Przejdź do zawartości

Bractwo Wielkiej Żaby/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Edgar Wallace
Tytuł Bractwo Wielkiej Żaby
Wydawca Instytut Wydawniczy „Renaissance”
Data wyd. 1929
Druk A. Dittmann, T. z o. p.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Marceli Tarnowski
Tytuł orygin. The Fellowship of the Frog
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ROZDZIAŁ II.
Rozmowa o żabach.

Dom Bankowy Maitlanda wyrósł w stosunkowo krótkim czasie z niewielkiego biura do olbrzymich rozmiarów. Maitland był człowiekiem w podeszłym wieku, o patrjarchalnym wyglądzie, skąpym w słowach. Przybył on do Londynu bez jakiejkolwiek protekcji i wybił się, zanim jeszcze Londyn zauważył jego obecność.
Dick Gordon ujrzał spekulanta po raz pierwszy, czekając w marmurowym hall’u. Był to mężczyzna średniego wzrostu, barczysty, z brodą, spadającą mu aż na piersi i oczyma ukrytemi niemal pod gęstemi, siwemi brwiami. Idąc wolno przez korytarz, nie patrzał wprawo ani wlewo, wsiadł do windy i znikł.
— To stary, widział go pan już kiedy? — zapytał Ray Bennett, który nadszedł przed chwilą, aby powitać gościa. — Bardzo czcigodny chłop, ale tak nieprzystępny, jak hermetycznie zamknięte drzwi. Nie wydobędzie pan z niego grosza, choćby pan zastosował nabój dynamitowy. Fil dostaje pensję, jakiejby się kto inny nie poważył zaproponować miernemu sekretarzowi, ale Fil jest zbyt łagodny.
Dick Gordon czuł się nieswojo. Obecność jego w banku Maitlanda była niezrozumiała, a pretekst wizyty niezmiernie słaby. Gdyby chciał powiedzieć prawdę młodzieńcowi, który czuł się mile pogłaskanym, że mu przerwano pracę, brzmiałaby ona: „Zakochałem się do szaleństwa w pańskiej siostrze. Pan sam wcale mnie nie interesuje, ale uważam pana za łącznika, który ułatwi mi ponowne spotkanie. Dlatego korzystam z rzekomej obecności w tej okolicy jako z pretekstu do wizyty i gotów jestem nawet zawrzeć znajomość z pańskim Filem, który mię z pewnością zanudzi na śmierć!“
Zamiast tego wszystkiego rzekł tylko: — Dlaczego nazywa go pan tak?
— Bo jest starym filozofem. Właściwe imię jego jest Filip. Każdy człowiek jest przyjacielem Fila. Należy on do owego gatunku ludzi, z którymi łatwo się jest zaprzyjaźnić.
W tej chwili otworzyły się drzwi windy, i Dick Gordon odczuł intuicyjnie, że łysy pan w średnim wieku, o dobrodusznej twarzy, który wyszedł z windy, jest osobą, o której właśnie rozmawiali. Na widok Ray’a okrągła jego twarz rozpromieniła się łagodnym uśmiechem. Oddawszy służącemu plik dokumentów, podszedł do rozmawiających.
— To mr. Gordon, — przedstawił Ray, — a to mój przyjaciel Johnson.
Fil uścisnął gorąco wyciągniętą do niego rękę. Ten wyraz „gorąco“ najlepiej charakteryzował osobę mr. Johnsona. Nawet Dick Gordon, który nie był zbyt skory do ulegania czyimś wpływom, uczuł się podbity urokiem jego szczerej serdeczności.
— To pan jest owym mr. Gordonem z prokuratury, o którym mi Ray opowiadał? — rzekł. — Cieszyłbym się, gdyby pan tak którego dnia zjawił się u nas i przymknął starego Maitlanda. Ze wszystkich ludzi, jakich spotkałem w życiu, zasługuje on na to najbardziej. Muszę już uciekać, w strasznym jest dzisiaj humorze. Możnaby pomyśleć, że żaby skaczą za nim.
Dowcip ten pobudził mr. Johnsona do śmiechu; widać był o, że lubi on śmiać się z własnych dowcipów. Wesoło skinąwszy dwum młodzieńcom głową, pobiegł zpowrotem do windy.
— Ale teraz i ja muszę już pójść, — rzekł Ray z lękliwem niemal spojrzeniem. — Dziękuję panu, że dotrzymał pan przyrzeczenia i odwiedził mię w biurze. Tak... chętnie zjadłbym kiedy z panem śniadanie. Siostra moja z pewnością także z radością się do nas przyłączy. Przyjeżdża często do miasta.
Pożegnanie jego było pośpieszne i nieco roztargnione, i Dick wyszedł na ulicę z uczuciem zawstydzenia.
Przybywszy do biura, zastał tam oczekującego go urzędnika policji, który na widok Dicka stropił się nieco. — No? — zapytał Gordon. — Co z Genterem?
Detektyw skrzywił się jak chory, gdy musi połknąć niemiłe lekarstwo. — Wymknęli mi się, — rzekł. — „Żaba“ przyjechał autem, na co nie byłem przygotowany. Genter wsiadł do niego, i zanim się spostrzegłem, co się dzieje, już ich nie było. Nie martwię się o niego, gdyż Genter ma rewolwer, a w trudnych sytuacjach umie sobie radzić, ale...
— Sądzę, że powinien pan był być przygotowanym na auto, — przerwał Gordon. — Jeżeli uważał pan misję Gentera za uzasadnioną, i jeżeli był on na tropie żab, jak pan powiedział, powinien pan był przygotować się na tę możliwość. Niech pan siada, Wellingdale.
Siwy detektyw usłuchał. — Nie próbuję się usprawiedliwiać, — rzekł. — Żaby wprawiły mię w oszołomienie. Dawniej uważałem je za żart.
— Może postąpilibyśmy mądrzej, gdybyśmy je dziś jeszcze uważali za żart, — rzekł Dick, odgryzając koniec cygara. — Może to tylko jakieś zwykłe tajne stowarzyszenie. Ostatecznie wolno przecież i włóczęgom mieć swoje lokale związkowe, hasła, sygnały i umówione znaki.
Wellingdale potrząsnął głową. — Doświadczenia ostatnich siedmiu lat dowodzą czegoś innego. Niedość, że co drugi bandyta, którego łapiemy, ma wytatuowaną żabę na przegubie ręki, to może być zwyczajne naśladownictwo, a nie ulega wątpliwości, że wśród rzezimieszków o niższej umysłowości popęd do tatuowania się jest bardzo rozpowszechniony. Ale podczas tych siedmiu lat przeżyliśmy serję bardzo przykrych przestępstw. Więc najpierw zamach na chargé d’affaires poselstwa Stanów Zjednoczonych, którego zabili w Hyde Parku. Potem sprawa prezesa Northern Trading Company, który został zabity kijem w chwili, gdy wysiadał ze swego auta na Park Lane. Potem olbrzymi pożar, który zniszczył Mersey Rubber Stores i pochłonął za cztery miljony funtów gumy. Było to bezwątpienia dzieło tuzina bomb, gdyż składy mieściły się w sześciu wielkich szopach, z których każda została podpalona jednocześnie z dwóch końców. Złapaliśmy dwóch ludzi z afery gumowej. Obaj byli „Żabami“, obaj nosili znak swego stowarzyszenia. Byli zwolnionymi więźniami, a jeden z nich zeznał, że miał rozkaz wykonania tej roboty, ale nazajutrz cofnął swoje zeznanie. Nie widziałem nigdy człowieka bardziej przerażonego. Mógłbym panu przytoczyć jeszcze dziesiątki podobnych wypadków. Wie pan, że Genter jest od dwóch lat na ich tropie. Ale de się przez te dwa lata wycierpiał, tego pan nie wie. Włóczył się po kraju, sypiał pod płotami, przyjaźnił się z najniższemi mętami, kradł z nimi i rabował. Kiedy mi napisał, że wszedł w kontakt z organizacją i ma nadzieję, że zostanie wtajemniczony, zdawało mi się, że bliscy już jesteśmy ujęcia ich.. Kazałem śledzić Gentera od chwili, gdy powrócił do miasta. Ale ranek dzisiejszy był dla mnie strasznym ciosem.
Dick Gordon otworzył szufladę biurka, wyjął z niej teczkę skórzaną i począł przerzucać zawarte w niej papiery. Studjował je starannie, jakby je widział po raz pierwszy. W rzeczywistości badał te protokóły więzienne niemal codziennie od kilku lat. Były to fotografje przegubów rąk wielu mężczyzn. W zamyśleniu zamknął teczkę i włożył ją zpowrotem do szuflady. Przez kilka minut siedział w milczeniu, bębniąc palcami po biurku. Na jego czole legła chmura. — Żaba wytatuowana jest zawsze na lewym przegubie, zawsze nieco ukośnie i zawsze znajduje się pod nią mała kropka, — rzekł. — Czy nie wydaje się to panu godne uwagi?
Ale detektyw nie znalazł w tem nic dziwnego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edgar Wallace i tłumacza: Marceli Tarnowski.