Bracia Karamazow/Część V/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Fiodor Dostojewski
Tytuł Bracia Karamazow
Część V
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wydania 1913
Drukarz L. Bogusławski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Barbara Beaupré
Tytuł orygin. Братья Карамазовы
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Teodor Dostojewski


Bracia Karamazow
PRZEKŁAD
BARBARY BEAUPRÉ
Część V.
F. Dostojewski - Bracia Karamazow cz-1 p-5.jpg
BIBLIOTEKA DZIEŁ WYBOROWYCH
WARSZAWA  SIENNA 2, TEL. 114-30.




CZĘŚĆ PIĄTA.

ROZDZIAŁ SIÓDMY.

Dochodzenie zbrodni.

Piotr Iljicz Perchotin, któregośmy zostawili dobijającego się z całych sił do mieszkania Gruszy, dostukał się, oczywiście, w końcu. Udało mu się także obaczyć Fenię i rozmówić się z nią.
„Patrzę na jego ręce, a tu krew kapie z nich kroplami” — opowiadała Fenia.
Wiedział wprawdzie Piotr Iljicz, że krew nie kapała, ale zawsze zestawienie tych faktów było wielce podejrzane, a najważniejszą rzeczą było dowiedzieć się, gdzie się wówczas udał Dymitr. Perchotin był prawie pewien, że pośpieszyć musiał do domu ojca i że tam musiało coś zajść. Zdawałoby się teraz, że najprościej byłoby udać się do domu Fedora Pawłowicza i sprawdzić fakt na miejscu, ale noc była ciemna, Fedora Pawłowicza znał tylko z daleka i wyobrażał sobie, jakby ten drwił później z niego, opowiadając po całem mieście, że nieznajomy jegomość wpadł do niego w nocy, dopytując, czy go kto nie zamordował. Skandal i śmieszność, a tego się najbardziej Piotr Ilicz obawiał.
Przyszła mu naraz myśl, czyby nie udać się do pani Chachłakow, aby się od niej dowiedzieć, czy to ona dała 3000 rb. Dymitrowi Fedorowiczowi. Gdyby odpowiedziała przecząco, Piotr Iljicz postanowił udać się natychmiast do sprawnika, w razie przeciwnym odłoży wszystko do jutra. Wizyta u pani Chachłakow o tak spóźnionej godzinie była również krokiem bardzo dziwnym, tembardziej, że Perchotin znał ją tylko z widzenia, ale coś pchało go do zajęcia się tą sprawą, mimo, że powtarzał sobie wciąż, zły sam na siebie, że to przecież do niego nie należy.
Była już godzina jedenasta, gdy zadzwonił do pani Chachłakow, gdzie wpuszczono go nie bez trudności.
Pani Chachłakow, rozdrażniona jeszcze niepomiernie poprzedniemi odwiedzinami Dymitra i jego szczególnem zachowaniem się, zlękła się tembardziej tak późnej wizyty człowieka, zupełnie sobie nieznajomego. Przemogła jednak w niej kobieca ciekawość i zdecydowała się przyjąć Perchotina, dowiedziawszy się od pokojówki, że jest to pan bardzo przystojny i dobrze ubrany.
Wyszła więc do salonu w szlafroku, bo szykowała się już do snu i zapytała z godnością swego gościa, czego sobie właściwie życzy?
— Pozwoliłem sobie trudzić szanowną panią w sprawie wspólnego naszego znajomego, Dymitra Karamazowa — rzekł Perchotin, zaledwie jednak wymówił to nazwisko, gdy pani Chachłakow przerwała mu gniewnie, a twarz jej wyrażała najwyższe oburzenie.
— Przepraszam bardzo, — zawołała, — ale jak pan śmie, jak pan może nachodzić nieznajomą kobietę w jej własnym domu o tak późnej godzinie i to po to tylko, aby mówić jej o tym okropnym człowieku, który tu, w tem samem miejscu, niedalej jak przed trzema godzinami, o mało mnie nie zamordował. O człowieku, który tu krzyczał, tupał nogami, a wyszedł tak, jak się z przyzwoitego domu nie wychodzi. On chciał mnie zabić. To też wiedz o tem, szanowny panie, że skarżyć się będę na niego, a i na pana także. Proszę, zostaw mnie pan w spokoju, bo nie chcę już słyszeć o tem ani słowa. Ja kobieta, ja matka — a wy...
Tu Perchotin przerwał ten potok wymowy, pytając.
— Jakto, więc i panią chciał zabić?
— A kogoż on już zabił? — zapytała pani Chachłakow.
— Racz mnie pani wysłuchać cierpliwie, a może uda się nam rozwikłać tę ciemną historyę. Oto Dymitr Karamazow pożyczył odemnie dziesięć rubli o godzinie trzeciej po południu i wiem napewno, że nie miał wtedy ani grosza. Tymczasem o godzinie dziewiątej wieczór, przyszedł do mnie, trzymając w ręku sporą paczkę sturublowych banknotów, na zapytanie zaś moje, zkąd wziął te pieniądze, powiedział mi, że otrzymał je od szanownej pani na podróż do kopalni złota. Miał przytem ręce zakrwawione i plamy z krwi na bieliźnie i ubraniu.
— Boże miłosierny! — krzyknęła pani Chachłakow, — zamordował widocznie starego swego ojca. Nigdy mu nie dawałam żadnych pieniędzy. O, biegnij pan, biegnij na miłość Boską ratować starego, kto wie, może jeszcze nie zapóźno.
— Przepraszam panią bardzo. Więc nie dawała mu pani żadnych pieniędzy? Czy pani jest tego pewna?
— Ależ nie dawałam mu nic, odmówiłam, bo nie umiał ocenić moich dobrych chęci.
A ten dziki człowiek wpadł w szał i rzucił się na mnie, tupiąc nogami, tak, że musiałam w tył odskoczyć. I jeszcze powiem panu, jako człowiekowi, przed którym nic mi już nie wolno ukrywać, że wyszedł, plunąwszy na mnie. Czy może pan sobie coś podobnego wyobrazić? Ale czemuż my stoimy, usiądź pan, proszę, albo lepiej śpiesz pan, śpiesz, do nieszczęsnego starca, aby go ochronić od śmierci.
— A jeżeli on go już zabił?
— To prawda! Ach Boże mój. Cóż robić w takim razie. Cóż robić?
Tymczasem posadziła Piotra Ilicza, a sama usiadła naprzeciw. Ten opowiadał jej w krótkości wszystko, co wiedział o dzisiejszych wypadkach. Słuchając go, pani Chachłakow wydawała okrzyki przerażenia i zasłaniała twarz rękami.
— Wystaw pan sobie, że ja to zawsze przeczuwałam. Ileż to razy, patrząc na niego, myślałam sobie, oto człowiek, który z pewnością skończy na tem, że mnie zamorduje. Tak się też i stało. To jest, jeżeli nie zabił mnie, a swego starego ojca, to tylko przypadek i palec Boży, który mnie od tego uchronił. Nie śmiał zamordować mnie, dlatego tylko, że przed chwilą włożyłam mu sama na szyję medalik świętej Barbary męczennicy. To mnie uratowało, ale jakże blizką byłam śmierci w owej chwili. Wystaw pan sobie, podeszłam do niego blisko, a on wyciągnął do mnie szyję. Boże mój, Boże i pomyśleć tylko, że jeszcze wtedy poważył się splunąć na mnie, choć zawsze to lepiej, niż gdyby mnie był zamordował. Czy wie pan, Piotrze Iliczu? (Nieprawdaż, tak się pan nazywa). Ja przestałam już wierzyć w cuda, z powodu starca Zosimy (pan słyszałeś o starcu Zosimie?). Ale od dziś zaczynam znowu wierzyć, bo to był wyraźny cud nademną. Słowem, że ten nędznik splunął na mnie i wybiegł z pokoju, ale dokąd on mógł pobiedz, dokąd? jak się panu zdaje?
Piotr Iljicz wstał, oświadczając, że musi teraz pójść do naczelnika powiatu, aby mu całą rzecz przedstawić.
— Znam go doskonale, to zacności człowiek, Michał Makarowicz. Idź pan, idź do niego, to wyborna myśl.
— Przykra to będzie dla mnie misya, — rzekł Perchotin, który usiłował napróżno wyrwać się z rąk pani Chachłakow i pożegnać ją, skoro dowiedział się już o tem, co mu było potrzebne.
— I wie pan co? — nalegała dama. — Przyjdź pan koniecznie do mnie opowiedzieć wszystko, czego się pan dowiedział. Chociażby o drugiej, o trzeciej, o czwartej nawet w nocy. Każ mnie pan rozbudzić, gdybym już spała. Chociaż ja napewno nie zasnę przez całą noc. A wie pan co? Możebym ja z panem pojechała.
— O nie! Nie potrzebuje się szanowna pani trudzić, wystarczy, jeśli mi pani da kartkę własnoręcznie napisaną i podpisaną, że Dymitr Fedorowicz nie otrzymał żadnych pieniędzy.
— Ależ naturalnie, dam ją panu natychmiast, to wyborna myśl. Poprostu w zdumienie mnie pan wprowadza przenikliwością swoją i rozumem. Taki młody. I pan tu urzęduje?
Mówiąc to wszystko i dużo więcej jeszcze na pochwałę młodego urzędnika, pani Chachłakow pośpieszyła do biurka i napisała szybko żądaną kartkę, którą doręczyła Perchotinowi.

„Nigdy w życiu nie dawałam żadnych pieniędzy nieszczęsnemu Dymitrowi Karamazow, a zwłaszcza, nie dałam mu dziś trzech tysięcy rubli. — Co przysięgam na wszystko, co mam najdroższego w świecie”.
Chachłakowa.

— Oto jest żądana kartka, — mówiła do Piotra Iljicza, — wielkiego czynu pan dokonasz, jeżeli, dzięki panu, prawda zostanie wyświetlona.
Perchotin żegnał ją pośpiesznie, ale pani Chachłakow nie chciała się z nim jeszcze rozstać, odprowadziła go do przedpokoju i mówiła wciąż:
— Jakże wdzięczna jestem panu, jak bardzo wdzięczna, że się pan do mnie pierwszej zwrócił. Byłoby mi niezmiernie miło widywać pana częściej u siebie. — Proszę, nie zapominaj pan o nas. Jak to przyjemnie pomyśleć, że mamy w naszem mieście tak zdolnego i inteligentnego urzędnika. Wyobrażam sobie, jak wysoko muszą tu cenić pańskie zdolności. Co do mnie, gotowa jestem zrobić dla pana wszystko, co będzie w mojej mocy. Ja tak kocham młodzież, przepadam poprostu za nią. Przecież to podstawa naszego życia i nadzieja kraju naszego. Żegnam pana, żegnam i czekać go będę z niecierpliwością.
Ale Piotr Iljicz wybiegł już, nie słysząc ostatnich jej słów. — Mimo wszystko jednak pani Chachłakow zrobiła na nim wrażenie bardzo sympatyczne. „Jak ona młodo wygląda” — pomyślał — „i jaka miła, przystojna”.
Bardzo podobne myśli snuły się po głowie pani Chachłakow, po odejściu młodego człowieka. Była nim poprostu oczarowana, tak dalece, że zapomniała prawie o tragicznym wypadku, który spowodował jego wizytę. — Udała się wkrótce na spoczynek i zasnęła spokojnie i słodko, marząc o niespodzianem spotkaniu, które w istocie miało dla niej w przyszłości bardzo ważne następstwa i stało się początkiem karyery młodego Perchotina.
On tymczasem udał się wprost do miejscowego sprawnika, Michała Makarowicza Makarowa.
Był to człowiek bardzo lubiany w mieście z powodu nadzwyczajnej swojej gościnności. Niezmiernie towarzyski, dnia jednego nie spędził bez gości, a pod najróżniejszymi pozorami urządzał u siebie proszone obiady i wieczory z kartami. — Był on już wprawdzie wdowcem, ale w domu jego nie brakło i kobiecego towarzystwa, bo mieszkała przy nim córka jego, również jak on, wdowa z dwoma dorastającemi córkami. Obecność młodych panienek ściągała, oczywiście, młodzież, to też w domu Michała Makarowicza bawiono się zawsze wesoło i gwarnie. Idąc do niego, Piotr Iljicz pewien był, że zastanie tam mniej lub więcej liczne zebranie, a przypuszczenie to nie zawiodło go. Przez dziwne jakieś zrządzenie losu, zebrani byli właśnie przy kartach wszyscy ci, których obecność konieczna była dla dochodzenia w razie jakiego zajścia kryminalnego, jak właśnie w tym wypadku.
Był tam więc zastępca prokuratora, którego jednak tytułowano prokuratorem, Hipolit Kiryłowicz, człowiek zdolny, ale mający o sobie bardzo wysokie pojęcie, przytem skłonny do suchot, a przez to chorobliwie rozdrażniony i zgorzkniały. Uważał on siebie za genialnie zdolnego Psychologa, umiejącego niemal odgadywać najtajniejsze pobudki zbrodni, a sprawa morderstwa, spełnionego w rodzinie Karamazowych — nastręczała mu wyborną sposobność do wsławienia swego nazwiska na całą prawie Rosyę.
Dalej, znajdował się tam jeszcze Mikołaj Neludow, młody sędzia śledczy, niedawno przybyły z Petersburga, który zalecał się do jednej z panienek i młody lekarz powiatowy, codzienny gość sprawnika.
Wszedłszy do mieszkania Makarowa, poznał odrazu Piotr Iljicz, że wiedzą już tu o katastrofie. Wszyscy rzucili karty i rozmawiali żywo, stojąc pośrodku pokoju. Okazało się, że Fedor Pawłowicz został w istocie zamordowany i ograbiony tej nocy, a wiadomość o tem doszła sprawnika przed chwilą.
Stało się to wszystko w następujący sposób: Żona Grzegorza, Marta Ignatjewna, zbudzona została nagle z głębokiego snu strasznym krzykiem, który, jak się pokazało, wydał z siebie Smerdiakow, dostając ataku epileptycznego. Marta znała dobrze te dzikie wycia, którymi rozpoczynała się zwykle jego choroba, ale lękała się ich zawsze, nie mogąc się nigdy do nich przyzwyczaić. Wstała więc i budzić zaczęła męża, ale, ku wielkiemu swemu zdziwieniu, nie znalazła go w izbie, łóżko na którem spał przed godziną, było puste. Wybiegła więc na ganek, nawołując po cichu, ale odpowiedzi nie otrzymała żadnej, natomiast usłyszała jęki, dochodzące z głębi ogrodu — „Boże miłosierny, — pomyślała, — zupełnie tak samo jęczała tu kiedyś biedna Elżbieta”. Poszła, mimo przestrachu w kierunku, zkąd dochodziły jęki, a po niejakim czasie usłyszała słaby i dziwnie brzmiący głos męża, który wzywał ją po imieniu. Znalazła go wreszcie zbroczonego krwią i usiłującego napróżno podnieść się. Krzyknęła wówczas przeraźliwie, mimo, że Grigorij nakazywał jej milczenie, mówiąc słabym głosem: „I czego krzyczysz, głupia? Idź lepiej i daj znać, komu należy. Morderca!... niegodziwy!... zabił własnego ojca”. Marta nie uspokoiła się jednak bynajmniej i krzyczała coraz głośniej, a potem pobiegła pod okno starszego pana, wzywając go na pomoc. Tu jednak straszny widok przedstawił się jej oczom. Oto Fedor Pawłowicz leżał na wznak na podłodze. Jasny jego szlafrok i koszula, zbroczone były obficie krwią, a stojąca na stole świeca oświecała żółtym blaskiem stężałe jego w martwej nieruchomości rysy.
Marta, zupełnie już nieprzytomna ze strachu i zgrozy, pobiegła za bramę do sąsiadów, wzywając ich na pomoc. Przeraźliwe jej krzyki zbudziły przedewszystkiem Maryę Kondratiewnę i matkę jej, zbudził się też i stróż, który tam przypadkiem nocował i wszyscy, wraz z Martą, udali się na miejsce zbrodni. Wpierw jednak zajęli się leżącym w ogrodzie Grigorem. Przenieśli go do jego izdebki i opatrzyli rany, on zaś polecił im zawiadomić natychmiast sprawnika o wszystkiem, co zaszło. W ten sposób, w chwili, gdy Piotr Iljicz wszedł do mieszkania Michała Makarowa, chcąc udzielić mu tylko obaw swoich i podejrzeń, zastał tam już wszystkich w popłochu i przekonał się, że to, co uważał za domysł i przypuszczenie, było już faktem pewnym i stwierdzonym.
Przedstawiciele władzy postanowili działać energicznie. Pomocnik prystawa otrzymał polecenie wybrania czterech najzdolniejszych agentów policyjnych, żeby z ich pomocą zbadać teren zbrodni. Udali się więc wszyscy do domu Fedora Pawłowicza, który, jak się okazało, miał głowę roztrzaskaną tępem jakiemś narzędziem, tem samem, którem, prawdopodobnie, ugodzony został Grigorij. Narzędzie to odszukano wkrótce w ogrodzie, obok miejsca, gdzie leżał Grigor. Był to poprostu duży, mosiężny tłuczek, ten sam, który Dymitr porwał z kuchni Feni w chwili, gdy się dowiedział o nieobecności Gruszy. W pokoju sypialnym, w którym leżał trup zamordowanego, nie było żadnych śladów walki. Wszystko było w porządku, prócz tego, że na ziemi, obok łóżka, znaleziono dużą rozerwaną kopertę, na której wyczytano napis, położony ręką Fedora Pawłowicza: „Trzy tysiące rubli, dla mego anioła, Gruszy, jeżeli zechce przyjść”. A dalej, w charakterze dopisku: „Mojemu lubemu kurczątku”. Obok leżała na ziemi różowa wstążeczka, którą związana była koperta.
Piotr Iljicz złożył wówczas urzędowe zeznania, co do wszystkich szczegółów, które mu były znane. Sędzia i prokurator zwrócili szczególniejszą uwagę na wiadomość, że Dymitr zabrał z sobą pistolety i zamierzał się o świcie zastrzelić. Należało więc śpieszyć się, aby uprzedzić jego rozpaczliwy zamiar, który uniemożliwiłby przeprowadzenie śledztwa. „To jasne, to zupełnie jasne — powtarzał prokurator. — To się spotyka bardzo często wśród takich zbrodniczych narwańców. Dziś morderstwo, jutro hulanka z kobietami, a potem samemu sobie kulką w łeb. Pamiętacie państwo tego chłopaka, który zabił kupca Ołsufjewa i ograbił go z półtora tysiąca rubli; tak samo, prosto z miejsca zbrodni, poleciał na hulankę z pieniędzmi w garści”.
Trzeba było jednak przedtem dopełnić wszystkich formalności w domu zamordowanego, opieczętować wszystko, zrewidować starannie całe mieszkanie, podać ekspertyzę lekarską i t. d. Uradzono więc, żeby wysłać powozem stanowego prystawa, Maurycego Maurykowicza, który miał przygotować wszystko, zachowując najściślejsze incognito, do czasu przybycia wyższych władz. Tak się też i stało. Stanowy, przybywszy do Mokroje, przypuścił tylko do tajemnicy gospodarza oberży, Tryfona Borysicza, który, na jego żądanie, wydostał pistolety Dymitra i umieścił je w bezpiecznem miejscu. Obaj też mieli wciąż na oku obwinionego. Było to właśnie wtedy, gdy Mitia, wyszedłszy na ganek, spotkał Tryfona Borysicza, dziwiąc się nagłej zmianie jego humoru. W godzinę później, o 5-ej zrana, przyjechali dwiema trójkami sędzia, prokurator, sprawnik i inni, i wówczas przystąpiono do urzędowego aresztowania mordercy. Doktór tylko został na miejscu, przy trupie Fedora Pawłowicza. Zainteresowała go także żywo choroba Smerdiakowa. Twierdził, że tak częste ataki epileptyczne są bardzo rzadkiem i dziwnem zjawiskiem i że jest to wypadek, należący stanowczo do nauki. Zdawało mu się przytem, że chory jest w niebezpieczeństwie życia i prawdopodobnie nie dożyje jutra.
Gdy Mitia usłyszał, że oskarżają go o zamordowanie ojca, spojrzał dokoła siebie dzikim wzrokiem, wołając: „Nie! tej krwi nie jestem winien; chciałem zabić, ale nie zabiłem. Nie ja! nie!” Zaledwie to jednak wyrzekł, gdy z za firanki wypadła Grusza i krzyknęła rozdzierającym głosem, rzucając się do nóg sprawnika:
— To ja! To ja, przeklęta, winna jestem wszystkiemu! Przezemnie on zabił ojca; dręczyłam go, męczyłam, aż doprowadziłam go do tego. I tego starego biedaka także męczyłam i rozum mu odebrałam. Wszystko to ja, wszystko przezemnie, jam główna winowajczyni.
— Ty! wiadomo, że ty! — krzyczał sprawnik, wygrażając jej pięścią. — Ty niegodna rozpustnico, źródło wszelkiej zbrodni.
Ale sędzia i prokurator schwycili go za ręce, powstrzymując niewczesną żarliwość.
— Miarkujcie się, Michale Makarowiczu — mówił prokurator. — Zachowujecie się niemożliwie i psujecie zupełnie porządek śledztwa.
— Przekracza pan miarę — hamował go młody sędzia śledczy. — Trzeba koniecznie zachować formy przyzwoite, konieczne.
— Sądźcie nas oboje razem! — wołała Grusza, wciąż jeszcze na klęczkach — i niech nas jedna spotka kara. Pójdę z nim wszędzie, choćby na szubienicę.
— Gruszo! życie ty moje i moja święta! — zawołał Mitia, rzucając się na kolana obok niej i ujmując ją mocnym uściskiem. — Nie wierzcie jej, panowie, ona nic nie wie, nic niewinna, żadna krew na niej nie ciąży.
Rozdzielili ich przemocą. Gruszę odprowadzono do przyległej izby. Mitia zaś znalazł się, sam nie wiedząc kiedy, za stołem, przy którym siedział naprzeciw niego młody sędzia śledczy, który zachęcał go uprzejmie, aby napił się wody.
— Wypij pan, proszę, to pana uspokoi — mówił, po nie wiem już który raz, wskazując na szklankę, pełną wody. Mitia przypominał sobie potem, że przez cały czas strasznego tego badania nie mógł oczu oderwać od pierścieni, zdobiących rękę sędziego. Jeden był z ametystem, drugi ażurowy, pięknej bardzo roboty i szczególnego blasku. Nie mógł nigdy pojąć, dlaczego pierścienie te pochłaniały tak wyłącznie jego uwagę.
Na krześle, na prawo od Miti, w miejscu, które zajmował przedtem Maksymow, usiadł prokurator, tam zaś, gdzie poprzednio siedziała Grusza, zajął miejsce pisarz, towarzyszący urzędnikom. Sędzia śledczy siedział na kanapie, gdzie wprzód figurował jegomość z fajką, niefortunny wielbiciel Gruszy. Sprawnik usunął się w zagłębienie przy oknie, gdzie dotrzymywał mu towarzystwa młody Kałganow.
— Proszę, napij się pan wody — zapraszał po raz dziesiąty może sędzia śledczy.
— Wypiłem już, panowie, wypiłem. No cóż! Sądźcie mnie teraz, skazujcie, wydajcie wyrok! — zawołał Mitia, patrząc przed siebie osłupiałym, nieruchomym wzrokiem.
— Tak, więc pan utrzymuje stanowczo, że nie winien jesteś śmierci ojca? — pytał sędzia.
— Tak, tak, tej śmierci nie jestem winien, przelałem inną krew, krew innego starca, ale ojca mego nie zabiłem. Opłakuję całem sercem tamto zabójstwo, ale strasznie, panowie, o, strasznie, odpowiadać za nie, inną krwią, tak blizką! To jakbyście mi obuchem dali po głowie. Ale któż zabił mego ojca? Kto go mógł zabić, jeśli nie ja? To coś nadzwyczajnego, niemożliwego.
— Kto mógł zabić ojca pańskiego... — zaczął sędzia, ale w tej chwili przerwał mu prokurator, zamieniając z nim znaczące spojrzenie, i zaczął sam, zwracając się do Miti.
— Starzec, o którego życie zdajesz się tak lękać, Grigorij Wasilewicz, sędziwy sługa waszego ojca, nie zginął, mimo morderczego ciosu, któryś mu pan wymierzył.
— Żyje! — zawołał Mitia z wybuchem nagłej radości. — Dzięki ci, o Panie, to widoczny cud ręki Twojej! Wysłuchałeś modlitwy grzesznika i złoczyńcy, jakim jestem.
Dymitr przeżegnał się trzy razy.
— Właśnie tenże Grigorij złożył ważne świadectwo przeciw panu — zaczął prokurator.
— Pozwólcie panowie! — przerwał Dymitr — na jedną tylko minutkę pobiegnę do niej.
Mówiąc to, wstał żywo z krzesła.
— Przepraszam, w tej chwili nie wolno! — syknął prokurator, zrywając się również z miejsca. Jednocześnie dwaj ludzie z blachami na piersi przytrzymali Mitię, który zresztą uległ bez oporu.
— Jaka szkoda, panowie! — mówił Mitia, zupełnie rozpogodzony — chciałem tylko powiedzieć jej, że zmyta już ze mnie ta krew, która przez całą noc ssała mi serce i że nie jestem mordercą. Chciałem jej to powiedzieć, bo to moja narzeczona, panowie — dodał, patrząc dokoła z tryumfem. — O, jakże wam wdzięczny jestem za tę wiadomość, odrodziliście mnie nią i wskrzesili do życia. Boże mój! wszakże ten starzec nosił mnie na ręku, gdy byłem jeszcze dzieckiem, pielęgnował mnie i był mi ojcem prawdziwym, wtedy, gdy opuszczony byłem przez wszystkich.
— Zatem pan utrzymuje... — zaczął sędzia.
— Pozwólcie panowie! jeszcze chwilę — przerwał Mitia, opierając się obu łokciami na stole — dajcie czas opamiętać się, przyjść do siebie. Wszystko to spadło na mnie tak nagle, a wy pytaniami waszemi uderzacie we mnie raz po raz. A ja przecież człowiek jestem, panowie, nie bęben, w który tłuc można bez opamiętania.
— Możeby się pan jeszcze wody napił — zaproponował raz jeszcze sędzia.
Mitia odjął ręce od twarzy i roześmiał się. Patrzył przed siebie śmiało, a wygląd jego zmienił się w jednej chwili, zaczął także mówić zupełnie innym tonem. Nie był to już obwiniony wobec sędziów swoich, ale człowiek dobrego towarzystwa, równy tym, z którymi rozmawia, jakgdyby się z nimi spotkał w jakim wspólnie znajomym domu.
Znał bo też wszystkich ich dobrze, u niektórych bywał częstym gościem, jak np. u sprawnika, który przyjmował go nawet bardzo łaskawie, a dopiero w ostatnich czasach boczyć się na niego zaczął za to właśnie, że Mitia, zajęty miłością swoją do Gruszy, nie odwiedzał go dość często. Z prokuratorem znał się także dobrze, a zwłaszcza łączyła go przyjazna zażyłość z żoną jego, kobietą bardzo nerwową i fantastyczną, która, niewiadomo dlaczego, lubiła go bardzo i zajmowała się jego losem. Z młodym sędzią śledczym spotykali się także często i prowadzili nawet z sobą zajmujące dysputy, przeważnie o kobietach.
— Widzę, Mikołaju Onufrowiczu, że artystycznie umiecie prowadzić badanie — zaśmiał się wesoło Mitia. — Nie lękajcie się, bo teraz ja sam ulżę waszej robocie i opowiem chętnie resztę. Miałem przyjemność widywać pana u kuzyna mego, Miasowa, nieprawdaż? Bądźcie spokojni, panowie, rozumiem wybornie wasze położenie względem mnie, a wobec oskarżenia Grigorja ciąży na mnie straszne, okropne podejrzenie. Ale do rzeczy, panowie, za chwilę wszystko się wyjaśni. Skoro już wiem, że nie zabiłem starca, skończymy całą sprawę w oka mgnieniu.
Mitia mówił dużo i prędko, z widocznem nerwowem podnieceniem, a sędziów swoich zdawał się uważać za najżyczliwszych swych przyjaciół.
— Zatem pan zaprzecza stanowczo i radykalnie wniesionemu na pana oskarżeniu — przemówił sędzia, a zwróciwszy się do pisarza rozkazał zapisać to w protokule.
— Zapisywać? Chcecie więc panowie wszystko zapisywać? I owszem, daję wam na to moje pełne zezwolenie. Tylko widzicie tak trzeba pisać: Winien jest ciężkiej obrazy, a nawet uderzeń, które zadał starcowi, winien jest myślą wewnętrzną, kryjącą się w głębi jego serca (chociaż tego nie trzeba pisać, — dodał, pochylając się ku pisarzowi, — wewnętrzne moje życie należy wyłącznie do mnie). Ale morderstwa tego nie popełnił, nie winien jest śmierci ojca. Wszak to byłaby dzika myśl, zupełnie dzika. Dowiodę wam tego, panowie, i przekonam was natychmiast, i śmiać się będziecie z własnych podejrzeń, serdecznie śmiać.
— Uspokój się pan — upominał go sędzia śledczy, usiłując przyprowadzić do równowagi rozegzaltowanego własnemi słowami Dymitra. — Przedewszystkiem zechciej pan odpowiedzieć nam zupełnie wyraźnie na jedno pytanie. Podobno nie lubiłeś pan swego ojca i byłeś z nim w ciągłym sporze. Przed kwadransem nawet zawołałeś pan: „Nie zabiłem, chociaż chciałem zabić”.
— Czy ja tak zawołałem? Może być, ostatecznie. Na nieszczęście chciałem go istotnie zabić, i to nie raz. Na nieszczęście.
— Chciałeś go pan zabić? A czy nie zechciałbyś pan objaśnić nas, co było przyczyną tak wielkiej pańskiej nienawiści do ojca?
— Cóż tam objaśniać? — odparł posępnie Mitia, wzruszając lekceważąco ramionami. — Nie ukrywałem moich uczuć, całe miasto wiedziało o nich. W restauracyi, w cukierni, niedawno jeszcze w celi starca mówiłem o nich otwarcie. Kilka dni temu uderzyłem ojca i omal go nie zabiłem, i to przy świadkach. Fakta krzyczą przeciw mnie, sam to przyznaję. Ale uczucia, panowie, uczucia, to inna rzecz. Wprawdzie zdaje mi się, że do uczuć moich nie macie prawa, że jednak nie ukrywałem ich i dawniej, owszem, mówiłem o nich głośno, we wszystkich miejscach publicznych, więc i przed wami nie będę robił tajemnicy. Widzicie panowie, ja rozumiem, że są na mnie straszne poszlaki. Krzyczałem na głos, że ojca zamorduję, a tu zamordowali go w istocie. Któż więc inny mógł zabić, jeśli nie ja? Cha, cha. Sam jestem do głębi poruszony, myśląc, ktoby go mógł zabić? Powiedzcie mi więc panowie, gdzie go zabili? jak? czem? Żądam od was koniecznie tych szczegółów. — Mówiąc to, obrzucił szybko wzrokiem prokuratora i sędziego.
— Znaleźliśmy ojca pańskiego, leżącego na wznak na podłodze, w sypialnym jego pokoju, a głowę miał roztrzaskaną — odpowiedział prokurator.
— Okropność! — wzdrygnął się Mitia i zakrył twarz rękami.
— Idźmy dalej — rzekł prokurator. — Przyczyną nienawiści pańskiej była, jak się zdaje, zazdrość — sam pan to kiedyś przyznałeś publicznie.
— Tak, była w tem zazdrość, ale nietylko to.
— Spór o pieniądze?
— Tak i spór o pieniądze.
— Chodziło podobno o trzy tysiące.
— Jakie trzy tysiące — krzyknął gwałtownie Mitia. — Więcej, daleko więcej. Ale gotów już byłem zgodzić się i na trzy tysiące. Tak bardzo, tak nieodzownie potrzebowałem ich. I rzeczywiście, trzy tysiące, które, jak wiedziałem, przeznaczył dla Gruszy i trzymał u siebie pod poduszką, uważałem za skradzione mnie.
Prokurator zamienił znów porozumiewawcze wejrzenie z sędzią śledczym, i mrugnął na niego nieznacznie, sędzia zaś rzekł:
— Pozwoli pan, że zanotujemy w protokule, żeś pan te pieniądze uważał jako swoją, niezaprzeczoną własność.
— Piszcie panowie, piszcie! Rozumiem doskonale, że to znów dowód przeciw mnie, ale mimo to, nie zaprzeczam i odpowiadam za siebie. Widzę teraz, że uważacie mnie za całkiem innego człowieka, niż jestem nim w istocie. Raczcie nie zapominać, że mówi z wami człowiek uczciwy i mimo, że zmierzył całą otchłań podłości, człowiek szlachetny — tak panowie, szlachetny wewnętrznie, w głębi swego jestestwa. Nie umiem się, być może, wyrazić. W tem właśnie cała moja męka, że przez całe życie szukałem szlachetności, pożądałem jej, tęskniłem za nią i odkryć ją chciałem, z latarnią Dyogenesa w ręku... tak... z latarnią. A mimo to, przez całe życie popełniałem rzeczy brzydkie, jak my wszyscy, panowie, t. j., przepraszam, wy może lepsi jesteście odemnie i tylko ja, ja jeden zbłądziłem. — Panowie! głowa mnie boli — dodał marszcząc czoło. — Co prawda, niepodobała mi się jego powierzchowność — mówił dalej. — Coś w niej było nieuczciwego, bezczelnego, sponiewierać musiał i splamić każdą świętość, przytem te wieczne drwiny, cynizm, było mi to wszystko wstrętne. Dziś jednak, kiedy wiem, że już nie żyje, myślę o nim inaczej.
— Jakto inaczej?
— Nie tyle inaczej, ile przykro mi, żem go tak znienawidził.
— Uczucie skruchy?
— Nie, o nie. Źle mnie rozumiecie. Widzicie panowie, sam przecie nie jestem ani tak pięknym, ani tak dobrym człowiekiem, abym miał prawo za wstrętnego go uważać.
Rzekłszy to, Mitia spochmurniał. Wogóle za każdem prawie pytaniem, które mu zadawano, stawał się coraz posępniejszy. Naraz zaszła całkiem niespodziewana scena. Grusza, którą odprowadzono niezbyt daleko, bo do trzeciej tylko izby, płakała tam bezradnie. Towarzystwa dotrzymywał jej jeden tylko Maksymow, niesłychanie strwożony i onieśmielony. Przy drzwiach został jeden tylko człowiek z blachą. Gdy żal wezbrał już w niej nad miarę, Grusza, nie bacząc na nic, wyrwała się z pokoju, gdzie była zamknięta i, wołając na cały głos: „Och, nieszczęśliwam ja! nieszczęśliwa!” wdarła się do izby, w której odbywało się przesłuchanie Miti. Ten, ujrzawszy ją, rzucił się, oczywiście, na jej spotkanie, ale nie dozwolono im zbliżyć się do siebie. Gruszę wyprowadzono znowu, Mitia zaś szamotał się długi czas, i dopiero czterech ludzi zdołało go zatrzymać. Gdy wreszcie uległ i usiadł na dawnem miejscu, krzyknął, zwracając się do sędziów.
— I czemu się nad nią znęcacie? Ona wam przecie nic nie zawiniła!
W chwilę potem wszedł do izby sprawnik, Michał Makarow i prosił o pozwolenie przemówienia kilku słów do więźnia, oczywiście, w obecności sędziów. Gdy mu na to pozwolono, stary rzekł szczerze wzruszony.
— Posłuchaj mnie, gołąbku, Dymitrze Fedorowiczu, sam odprowadziłem na dół twoją narzeczonę, Agrafię Aleksandrownę i oddałem ją tam pod opiekę córek gospodarza. Ten stary Maksymow siedzi wciąż przy niej, a ja sam uspokoiłem ją i perswadowałem, żeby zachowywała się spokojnie i nie przeszkadzała śledztwu, bo może zaszkodzić twojej sprawie. To dobra i rozumna kobieta. Pojęła, o co chodzi, a mnie, staremu, ręce całowała, prosząc i wstawiając się za tobą. Teraz przysłała do ciebie umyślnie, prosząc, żebyś był spokojny i trzeba, kochanku, trzeba, żebyś się uspokoił, inaczej nie będziesz się mógł dobrze usprawiedliwiać. — Cóż, Dymitrze Fedorowiczu, czy mogę jej powtórzyć, że zrobicie to, o co was prosi?
Stary sprawnik, przed chwilą tak gniewny, mówił teraz ze łzami w głosie, tak wzruszyła go do głębi dobrej duszy litość nad żywym, ludzkim bólem tych obojga. Dymitr rzucił się ku niemu z zachwytem.
— Dziękuję wam, o dziękuję za nią, Michale Makarowiczu! Anielską macie, anielską duszę. Będę już teraz spokojny i więcej jeszcze, będę wesół, szczęśliwy. Teraz, panowie, otworzę wam całą duszę i wszystko ze mnie wydobędziecie. Obaczycie panowie, jak się to łatwo skończy i jak wesoło. Panowie. Co to za kobieta i taka miłość! czem ja nędzny zasłużyłem na nią? Co jej dałem? ona mi jest światłem i świętością życia. — A słyszeliście ten jej krzyk: „Z tobą razem, choćby na szubienicę”. Ona, taka dumna, u nóg się wam włóczyła z mego powodu, a przecie jest niewinna. Jakże mam jej nie wielbić? jak nie rwać się do niej?
I opadł na krzesło, a zakrywszy twarz obu rękami, zapłakał cicho, ale były to łzy radości. Opamiętał się też natychmiast. Stary zaś sprawnik ogromnie był ucieszony dobrym skutkiem swego poselstwa, a i sędziowie także. Czuli oni, że sprawa badania więźnia wstępuje w nową fazę.
— No, panowie! — mówił Dymitr, — teraz wasz jestem, zupełnie wasz. Tylko proszę, nie grzebcie się panowie w mojej duszy, nie szarpcie jej drobiazgami, a pytajcie mnie o fakta, o same fakta, a zadowolnię was w zupełności. — Do dyabla z wykrętami!
Badanie zaczęło się znowu.
— Nie uwierzysz pan, jaką przysługę oddasz pan sam sobie, odpowiadając jasno na wszystkie pytania, — mówił sędzia z widoczną radością, błyszczącą w jego płowych, jasno niebieskich i trochę za blisko siebie osadzonych oczach. — W takiem położeniu, jak pańskie, wzajemna ufność jest koniecznym warunkiem powodzenia, a my z naszej, strony dołożymy wszelkich usiłowań, aby sprawa weszła na dobrą drogę. Nieprawdaż, panie prokuratorze?
— O bezwątpienia! — odpowiedział sucho prokurator. W gruncie nie pochwalał on zbyt życzliwego odnoszenia się sędziego do obwinionego. Tu wypada nadmienić, że młody sędzia śledczy, który niedawno przybył z Petersburga, był jedynym człowiekiem w mieście, wierzącym zupełnie szczerze w niepospolity talent i nieomylną przenikliwość prokuratora. W zamian za to, młody sędzia był jedynym człowiekiem, posiadającym szczerą sympatyę prokuratora. Jadąc tu, ułożyli się już w drodze w jaki sposób prowadzić mają badanie i rozumieli się teraz wybornie, z jednego słówka, z jednego mrugnięcia powiek.
— Pozwólcie mi panowie opowiedzieć wszystko samemu, tylko nie przerywajcie drobiazgami — niecierpliwił się Mitia.
— Ależ wybornie, najchętniej. Tylko wpierw pozwól nam pan skonstatować drobny, ale ciekawy dla nas fakcik o tych dziesięciu rublach, które pożyczył pan u przyjaciela swego, Perchotina, oddawszy mu w zastaw pistolety.
— Tak jest; panowie, zastawiłem swoje pistolety, zaraz po powrocie do miasta.
— Więc pan wyjeżdżałeś?
— Wyjeżdżałem, a wy panowie nie wiedzieliście o tem? Widzicie!
Prokurator i sędzia spojrzeli po sobie.
— Czy mógłbyś pan opowiedzieć nam systematycznie cały przebieg owego dnia? — zaproponował sędzia.
— Ależ i owszem. Czemuż nie żądaliście tego odemnie wcześniej. Właściwie, jeszczeby dla was było lepiej, gdybym rzecz całą zaczął od poza wczorajszego dnia. Poszedłem najpierw do kupca Samsonowa, dla pożyczenia od niego trzech tysięcy rubli.
— Przepraszam, — przerwał prokurator, — czy nie mógłby pan objaśnić nas, dlaczego chodziło panu mianowicie o trzy tysiące rubli?
— Ech! panowie. I znowu zaczynacie gubić się w drobiazgach. Jak? Kiedy? dlaczego? Czemu tyle, a nie tyle pieniędzy? I poco to? Czemu tyle a nie tyle pieniędzy? I poco ta cała babranina? Do czego was doprowadzi? Jeśli tak dalej pójdzie, to trzy tomy zapiszecie tą jedną sprawą, a i tak nie wystarczy wam to jeszcze i będziecie musieli dodać epilog.
Słowa te wypowiedział Mitia trochę niecierpliwie, ale tonem człowieka ożywionego najlepszemi chęciami i pragnącego wypowiedzieć całą prawdę.
— Panowie, — podchwycił on znów, — wierzcie mi, że rozumiem doskonale wzajemne nasze położenie, dopóki się rzecz cała nie wyjaśni. — I nie myślcie, proszę, że jestem pijany, a choćbym i był pijany, toby i tak nie miało żadnego znaczenia, bo u mnie widzicie tak:

„Wytrzeźwiał, wnet głupim został,
Upił się, rozumu dostał”.

— Cha! cha! — A przytem, panowie, wiem dobrze, że za pobicie starego Grigora należy mi się kara, pół roku, może rok więzienia, jak tam już po waszemu wypada. Nie można przecie bezkarnie starcom głowy rozbijać. Ale poza tem, musicie panowie sami przyznać, że moglibyście świętego wyprowadzić z równowagi takiemi pytaniami, jak gdzie stąpił i kiedy stąpił? dlaczego stąpił? W co wstąpił? I cóż z tego wszystkiego się dowiecie? Nic, ale to zupełnie nic. Zakończę więc prośbą do was, panowie. Dajcie już raz pokój tym mizernym i wykrętnym pytaniom. Kiedy wstał? co zjadł? jak splunął? gdzie splunął? Ładna metoda, niema co mówić. — Uśpić najpierw czujność przestępcy, a potem rzucić mu nagle w twarz oszołamiające pytania: „Kogo zabił”? „Kogo okradł”? Cha! Cha! Na tem polega cała wasza uczona i fachowa przebiegłość. Taka chytrość dobra może jest dla chłopów, których sądzicie, ale ja się przecie na nią nie dam złapać. Służyłem w wojsku i rozumiem się trochę na tych rzeczach. Wybaczcie, panowie, moje gadanie. Nie uszłoby ono może człowiekowi uczonemu, ale Mitia Karamazow może sobie na nie pozwolić.
Sędzia śledczy słuchał tych słów, śmiejąc się, co się zaś tyczy prokuratora, ten nie śmiał się wcale, ale nie spuszczał wzroku z obwinionego, jakby nie chciał stracić ani jednego słówka, ani jednego drgnięcia jego rysów.
— Uznaję w pełni słuszność pańskich rozumnych uwag, — odezwał się wreszcie prokurator — ale nie mogę odstąpić od pytania, które raz jeszcze powtarzam. Dlaczego pragnąłeś pan posiadać mianowicie trzy tysiące rubli?
— Dlaczego? dlaczego? No dlatego, że, że... chciałem dług oddać.
— Komu?
— Tego stanowczo nie powiem, z zasady, bo tu już zaczyna się kwestya mego życia prywatnego, kwestya mego honoru. Dług chciałem oddać, dług honorowy, a komu? nie powiem.
— Pozwoli pan, że zapiszemy to w protokule.
— Ale i owszem, piszcie panowie wszystko, macie widocznie dość czasu na to.
— Pozwól pan sobie powiedzieć, szanowny panie — rzekł sucho prokurator, — że nie mamy prawa zmuszać pana do odpowiedzi, o ile pan ich nam nie chcesz udzielić. Ale jednocześnie zwracam uwagę pana, że, przemilczając niektóre szczegóły, szkodzi pan własnej sprawie, zwłaszcza w tym wypadku.
Mitia dał się przekonać i opowiadał, jak mógł najjaśniej i najzwięźlej. Szczególniejszą uwagę jego sędziów zwrócił na siebie fakt sprzedania zegarka za 6 rubli. Rozpytywano go o wszystkie szczegóły i zapisano je starannie, jako dowód, że jeszcze w wilią nie miał on ani grosza. Opowiadając dalej, Mitia rozwodził się nad zazdrością, jaka dręczyła go w stosunku jego do Gruszy. Szczegółów tych słuchali sędzia i prokurator z naprężoną uwagą, podobnież, jak opowiadania o kontroli, którą rozciągnął nad jej krokami, śledząc ją ze stanowiska swego w ogrodzie Maryi Kondratiewny. O miłości swej i zazdrości mówił gorąco i obszernie, przemagając niejako wewnętrzną wstydliwość. W końcu przecież, — pomyślał sobie, — że ten smarkacz sędzia i ten zdechlak prokurator, nie warci są tego, aby przed nimi serce otwierać. Stawał się też coraz bardziej posępny, powtarzając sobie w duszy, że musi cierpieć i znosić, bo niema innego wyjścia.
Po chwili jednak nabrał znów otuchy i opowiadał dalej, prawie już wesoło; gdy doszedł do wizyty swojej u pani Chachłakow, miał ochotę przytoczyć parę anegdot o tej damie, ale sędzia powstrzymał go, polecając, aby nie odstępował od przedmiotu. — Opisywał dalej swoją rozpacz i wyrwało mu się mimowoli, że był wówczas w takiem usposobieniu, że gotów był prawie zamordować kogo i ograbić, byleby dostać te trzy tysiące. Przerwano mu natychmiast i Mitia musiał znieść w milczeniu, że szczegół ten zapisano starannie jako dowód przeciw niemu. Gdy doszedł do punktu opowiadania o tem, jak się przekradł do ogrodu ojca, aby tam śledzić Gruszę, sędzia przerwał mu nagle i wydobył z dużego skórzanego portfelu mosiężny tłuczek. Pokazał go Miti, pytając, czy przedmiot ten jest mu znany.
— Ależ tak, — potwierdził posępnie — dajcie mi go, niech mu się przyjrzę. Ech! do dyabła!
— Dlaczego pan nie wspomniał o tem dotąd? — zauważył prokurator.
— Nie wspomniałem? może być, w każdym razie nie zataiłbym, niema obawy, tylko mi wyszło z pamięci.
— Czy nie zechciałbyś pan opowiedzieć nam dokładnie, w jaki sposób doszedłeś do posiadania tego przedmiotu?
— I owszem, zechcę.
I Mitia opowiedział, jak porwał tłuczek z kuchni Feni i wybiegł z nim na ulicę.
— Jakiż zamiar mógł pan mieć na myśli, zaopatrując się w tego rodzaju oręż?
— Jaki zamiar? Żadnego nie miałem. Tak porwałem i wybiegłem.
— Czyż można zrobić taką rzecz bez zamiaru?
W Miti zakipiało wszystko z oburzenia i obrazy. Spojrzał uważnie na tego smarkacza sędziego i uśmiechnął się złym uśmiechem. Było mu teraz coraz bardziej wstyd, że mógł wywnętrzać się przed takimi ludźmi z szczerością i wylaniem.
— Pluję na was i na wasz tłuczek — zawołał nagle.
— Wszelako pozwól pan...
— Od psów go wziąłem, żeby się psom opędzić, na wszelki wypadek, w nocy.
— A czy i pierwej brał pan zawsze z sobą coś do obrony, gdy pan wychodził w nocy?
— Do dyabła! Tfu! panowie. Nie można mówić z wami uczciwie — zawołał Mitia, do najwyższego stopnia rozdraźniony.
Poczerwieniał z gniewu i krzyknął z zapamiętaniem w głosie, zwracając się do pisarza:
— No! więc pisz pan, zapisz prędzej, żem porwał tłuczek, aby zabić ojca mego, Fedora Pawłowicza, uderzeniem w głowę. Kontenci jesteście teraz, panowie? — pytał, patrząc wyzywająco na sędziego i prokuratora.
— Rozumiemy doskonale, że wyznanie to wypowiedziałeś pan w gniewie na nas, obrażony naszemi pytaniami, które się panu wydają drobiazgowemi i zbytecznemi, a które istotnie są ważne i konieczne — odparł sucho prokurator.
— Ależ zmiłujcie się, panowie. Wziąłem ten tłuczek, czyż wiem dlaczego? Któż może wiedzieć, dlaczego się w takich wypadkach bierze coś w rękę. Zostawmy już to w spokoju, inaczej, przysięgam, że słowa więcej nie odpowiem.
Oparł się łokciami na stole i zakrywszy twarz dłońmi, usiłował przemódz w sobie uczucie gniewu. W rzeczywistości chciało mu się ogromnie zamilknąć i nie wyrzec już ani słowa, choćby go na śmierć prowadzono.
— Widzicie, panowie, — przemówił wreszcie, — słuchając was, przypomina mi się sen jeden, który miałem nieraz. Śni mi się, że goni mnie ktoś, kogo się strasznie lękam, i pragnę ukryć się przed nim. Chowam się więc za drzwi, za szafę, a on szuka mnie, mimo, że wie bardzo dobrze, gdzie jestem ukryty, ale udaje, że nie wie, aby udręczać mnie dłużej i nasycić się lękiem moim.
Otóż to, co wy teraz ze mną robicie, podobne jest zupełnie do tego snu.
— To pan miewa takie sny? — zauważył prokurator.
— A miewam! Każ pan prędko zapisać, że miewam takie sny.
— Zapisywać nie każę, ale w każdym razie ciekawe są te pańskie sny.
— No! a teraz, jak widzicie, panowie, nie sen to już, a rzeczywistość, najrealniejsza w świecie rzeczywistość.
Jestem wilk, a wy, jak myśliwi, tropicie mnie i osadzacie.
— Porównanie zupełnie nietrafne — odparł sędzia, niezwykle miękko.
— Oszem, bardzo, bardzo trafne — zawołał Mitia, w którym gniew zaczynał wzbierać nanowo. — Możecie nie wierzyć zwykłemu przestępcy, czy tam podsądnemu, ale człowiekowi szlachetnemu, w całem, najszerszem znaczeniu tego słowa (krzyczę to śmiało), szlachetnemu, przynajmniej duchowymi porywami swojemi, nie macie prawa nie wierzyć.
No! ale „zamilcz, o serce i ucz się cierpieć w milczeniu.” — Cóż, czy mam mówić dalej?
— Ależ, oczywiście, prosimy.
I Mitia opowiadał dalej z wszystkimi szczegółami, starając się nie ominąć żadnego najdrobniejszego faktu.
Gdy doszedł do miejsca, jak stał pod oknem ojca i starał się dowiedzieć, czy tam jest Grusza, zauważył, że sędzia i prokurator patrzą na niego jakby obojętnie, nie zadając mu żadnych pytań. „Rozgniewali się, czy co?” — pomyślał i nie mógł nic odgadnąć z wyrazu ich twarzy. Opowiedział, jak wyjął z kieszeni tłuczek, a wtedy zatrzymał się nagle.
Patrzył przed siebie na ścianę, ale czuł, jak obaj sędziowie wpili się w niego wzrokiem.
— I zabiłem! chwyciłem broń i roztrzaskałem mu czerep w ciemności, wszakże tak według panów? — syknął Dymitr, błyskając gniewnie oczyma, a cała wściekłość, powściągana dotąd i tłumiona, wybuchła w nim znów z całą siłą.
— Według nas? No, a według pana, jak się to miało odbyć? — pytał prokurator.
Mitia spuścił oczy i milczał długo.
— Według mnie, panowie, według mnie oto co się stało. Czy łzy matki mojej wymodliły mi łaskę u Boga, czy Duch święty musnął mnie skrzydłem swojem, dość, że szatan został pokonany i odskoczyłem od okna. Ojciec, który wtedy dopiero mnie zauważył, przestraszył się i cofnął się w głąb pokoju, doskonale to pamiętam, ja zaś pobiegłem do parkanu, ogradzającego ogród. Tam to doścignął mnie Grigor, kiedy już siedziałem na płocie.
W tej chwili dopiero Mitia podniósł oczy i spojrzał na swoich słuchaczy. Obaczył ich twarze, zwrócone na niego z doskonale obojętnym wyrazem.
— Panowie drwicie sobie ze mnie! — zawołał.
— Zkądże pan to wnosi? — pytał sędzia.
— Nie wierzycie ani słowa z tego, co wam powiedziałem. Rozumiem zresztą sam, jak to wygląda. Starzec leży tam z roztrzaskaną głową, a ja tu opowiadam tragicznie, że chciałem go zamordować i wyjąłem już broń z kieszeni, a przecież go nie zabiłem. Cha! cha! Czysty poemat; pięknieby to może wyglądało w poezyi, ale w rzeczywistości... Śmiejecie się z tego w duchu.
— A nie zauważył pan, — pytał prokurator, jakgdyby nie widział wzburzenia Miti — nie zauważył pan, czy drzwi od mieszkania ojca pańskiego, które wychodzą na ogród, czy te drzwi zamknięte były, czy otwarte?
— Były zamknięte.
— Nie były.
— Ależ napewno były zamknięte, któżby je mógł otworzyć? — zadziwił się bardzo Mitia.
— Drzwi te były otwarte i morderca pańskiego ojca musiał wejść przez nie przed dokonaniem zabójstwa — objaśnił prokurator, powoli i dobitnie wymawiając każdy wyraz.
— Ależ to być nie może — obstawał przy swojem Mitia. — Drzwi te zamknięte były przez cały czas, gdym stał pod oknem. Zresztą, nieboszczyk nie otworzyłby ich nigdy bez usłyszenia umówionego znaku.
— Znaku? jakiego znaku? — pytał prokurator z niepohamowaną, pożądliwą prawie ciekawością i tracąc w jednej chwili poprzednią swoją sztywność. Pytał ostrożnie, prawie lękliwie, jakgdyby cicho podpełzając, poczuł bowiem, że natrafił na jakiś ważny punkt, a jednocześnie obawiał się, czy Mitia nie zechce cofnąć zeznania i nie odkryje go w całej rozciągłości.
— A! to nie wiedzieliście dotąd o znakach? — podchwycił Mitia, śmiejąc się złośliwie. — A cóż będzie, jeżeli nie powiem? Od kogo się dowiecie? Znaki te znane były tylko mnie, nieboszczykowi, a jeszcze i Smerdiakow wie o nich, ale on wam ich nie odkryje. A przecie fakcik to ciekawy i Bóg wie, co na nim można zbudować. No, uspokójcie się, panowie, powiem, nie zataję. Macie do czynienia z tak szczególnym podsądnym, że świadczy sam przeciw sobie, bo widzicie, panowie, on jest człowiekiem honoru, a wy...
Prokurator przełknął te komplimenta bez zmrużenia powiek, tak bardzo lękał się, aby mu nie wymknął się ów ważny dowód. Mitia też opowiedział im wszystko z całą dokładnością, wystukał im nawet na stole umówione hasła, objaśniając, co każde z nich oznacza.
— Macie teraz doskonałą broń przeciw mnie — zakończył Mitia, odwracając się od nich z pogardą.
— Zatem, prócz pana i pańskiego ojca, umówione te hasła znane były jeszcze służącemu Smerdiakowowi, nikomu zresztą więcej? — upewniał się jeszcze raz prokurator.
— Tak jest, nikomu więcej, chyba jeden Duch święty mógł o nich jeszcze wiedzieć, nie zapomnijcie zanotować, że i Duch święty — szydził Mitia.
Zapisali też wszystko skrzętnie, poczem prokurator zaczął znów, jakby tknięty nową myślą:
— Zatem jeśli, prócz pana i pańskiego ojca, hasła owe znał jeszcze tylko Smerdiakow, więc to może on zastukał do okna dla zwabienia Fedora Pawłowicza, a następnie, gdy drzwi zostały otwarte, wszedł i zamordował go. Jak pan sądzi?
Mitia spojrzał na prokuratora drwiąco, razem z głęboką nienawiścią. Patrzył długo i milczał, aż prokurator oczy zmrużył, potem rzekł:
— Rozumiem łapkę, zdaje się wam, żeście już tropioną zwierzynę za ogon pochwycili. Che! che! Przenikam cię już nawskroś, panie prokuratorze. Pan byłeś pewien, że skoczę natychmiast i krzyczeć będę w niebogłosy: „Ależ naturalnie, że to Smerdiakow — on jest mordercą!” Cóż, czy nie tak? przyznaj pan.
Ale prokurator niczego nie przyznawał, tylko czekał dalszego ciągu.
— Omyliłeś się pan, nie oskarżam Smerdiakowa — przemówił Mitia.
— Więc go pan wcale nie posądza?
— A pan go posądza?
— Posądzam i jego.
Mitia utkwił oczy w podłogę.
— Żart na stronę — mówił posępnie. — W pierwszej chwili, jakeście tu weszli, przemknęło mi na chwileczkę przez głowę, że to może Smerdiakow. Wołałem na głos, że nie winien jestem tej krwi, a w duszy myślałem: „Smerdiakow”. Ale jednocześnie pomyślałem sobie także: „Nie, to nie on, to nie może być on”. To nie było w jego siłach, panowie.
— Może więc ma pan podejrzenie jeszcze na kogo? — pytał ostrożnie sędzia śledczy.
— Nie wiem, nie mam pojęcia. Jakaś moc niebieska, czy piekielna, w każdym razie nie Smerdiakow — utrzymywał stanowczo Mitia.
— Dlaczego twierdzisz pan tak stanowczo, że to nie on?
— Takie mam przekonanie. Smerdiakow to człowiek o uczuciach bardzo nizkich, a przytem tchórz, to jest mało powiedzieć tchórz, to wcielenie tchórzostwa, chodzące na dwóch nogach. Istne kurczę. Rozmawiając ze mną, drżał zawsze cały z obawy, żebym go nie zabił. Padał mi do nóg i całował, płacząc, te same oto buty, błagając, żebym go nie zastraszał. Słyszycie, „żebym go nie zastraszał”; czy to nie dosyć? Lękał się mnie tak bardzo, choć nigdy na niego ręki nie podniosłem i dawałem mu nawet podarki. Taki niedojda, epileptyk, którego ośmioletni dzieciak mógł pokonać, ten nie mógł przecie popełnić morderstwa; zacóżby zresztą zabijał starca? wszak był, podobno, naturalnym jego synem, czy wiecie to, panowie?
— Słyszeliśmy tę legendę, ale wszak i pan jesteś jego synem, a mimo to, krzyczałeś na całe miasto, że go zabijesz.
— Kamień do mego ogródka, nizki, podły kamyk. Czy nie podłość to z waszej strony rzucać mi w twarz takie rzeczy, skoro ja sam powiedziałem wam wszystko, co mnie może obwinić? Sam wam powiedziałem, że chciałem zabić starca, że mogłem go nawet zabić, a mimo to, nie zabiłem. Słyszy pan, panie prokuratorze, nie zabiłem! Mój anioł stróż uchronił mnie od tego.
Tchu mu zabrakło. Przez cały czas prowadzenia śledztwa ani razu nie był tak wzburzony.
— A cóż wam mówił Smerdiakow? — spytał po chwili. — Czy mógłbym wiedzieć?
— I owszem, może pan pytać o wszystko, co ma związek z faktyczną stroną procesu — odparł chłodno prokurator. — Z pewnością odpowiemy na wszystko, cośmy obowiązani panu objaśnić. Smerdiakowa znaleźliśmy leżącego w łóżku, wśród ciągle powtarzających się ataków epileptycznych. Doktór utrzymuje, że może jutra nie dożyje.
— W takim razie ojca mego zabił chyba sam czart — wyrwało się Miti, jakgdyby dotąd jeszcze wahał się w przypuszczeniach: czy to Smerdiakow? czy nie Smerdiakow?
— Powrócimy jeszcze do tego szczegółu — zdecydował sędzia śledczy. — A teraz zechce pan mówić dalej.
Mitia prosił o chwilę wytchnienia. Udzielono mu jej bardzo uprzejmie. Po krótkim odpoczynku zaczął opowiadać, jak siedzącego już na płocie uchwycił Grigor za lewą nogę, jak on uderzył go w głowę, i jak potem skoczył nanowo do wnętrza ogrodu. Prokurator przerywał mu ciągle drobiazgowemi zaczepkami, teraz już umyślnie, aby go utrzymać w stanie ciągłego rozdrażnienia. I tak przerwał mu, żądając, aby opisał szczegółowo, w jaki sposób siedział na płocie. Mitia zdziwił się.
— Jakto, w jaki sposób? Tak, jak na koniu. Jedna noga z jednej, druga z drugiej strony.
— A tłuczek?
— Tłuczek trzymałem w ręku.
— Nie w kieszeni? Czy pan dobrze pamięta? Czy pan z rozmachem uderzył?
— Prawdopodobnie z rozmachem.
— Czybyś pan nie mógł usiąść na krześle, jak na koniu, dla uplastycznienia nam tego momentu — zaproponował prokurator.
— Cóż to? Czy pan drwi ze mnie? — spytał Mitia, patrząc z góry na prokuratora; ale ten ani drgnął pod jego wejrzeniem; wówczas Mitia, doprowadzony do wściekłości, usadowił się na krześle, jak na koniu, z umyślnym rozmachem, i zrobił gest w powietrzu.
— O tak! widzicie! tak zabiłem człowieka. Czyście zadowoleni?
— Dziękujemy panu. A teraz zechciej pan powiedzieć, dlaczego, mianowicie, zeskoczyłeś pan z ogrodzenia i powróciłeś do ogrodu?
— A licho wie dlaczego, chciałem zobaczyć...
— W takiem wzburzeniu i uciekając?
— Chciałeś pan może dać jaki ratunek rannemu?
— Jaki tam ratunek. A może zresztą chciałem.
— Czyś pan był wówczas tak wzruszony, że nie wiedziałeś, co czynisz?
— Doskonale wiedziałem i pamiętam wszystko co do joty. Zeskoczyłem z parkanu i ocierałem mu krew chustką.
— Widzieliśmy pańską chustkę. Czy miałeś pan nadzieję przywrócić rannego do przytomności?
— Może, czy ja wiem; chciałem poprostu przekonać się, czy żyje.
— Aa! O tem się pan chciałeś przekonać? No i cóż?
— Nie jestem doktorem, panowie. Odszedłem nie wiedząc. Właściwie myślałem, żem zabił.
— Bardzo dobrze, — zakończył prokurator — dziękujemy panu.
Mitia pamiętał doskonale, z jakim żalem stał nad nieruchomem ciałem Grigora, ale duma nie pozwoliła mu o tem wspominać, prokurator zaś wywnioskował ztąd tylko to, co mu było potrzebne. — Co za zimna krew i zatwardziałość, chciał się tylko przekonać, czy żyje jedyny świadek jego zbrodni. Dumny był, że potrafił rozdrażnić drobiazgami podsądnego i doprowadzić go do takich wyznań. Mitia opowiadał dalej, ale widocznie przychodziło mu to z wielką męką. — Nie chciał już żadną miarą otwierać serca przed tymi obcymi ludźmi, którzy wpijali się w niego, jak szczypawki. Postanowił też mówić jaknajmniej o swoich uczuciach i trzymać się ściśle faktów.
— Postanowiłem odebrać sobie życie — mówił dalej. — Dowiedziawszy się od Feni, że Grusza ma się połączyć ze swoim dawnym, tym, który miał do niej największe prawo, nie widziałem już nic przed sobą. Za mną hańba i krew przelana — myślałem o Grigorze. Poszedłem więc wykupić pistolety, chcąc o świcie wpakować sobie kulę w głowę.
— A przed świtem hulać całą noc.
— Tak, przedtem hulać całą noc. Kończcie już, panowie. Chciałem zastrzelić się o godzinie piątej zrana i napisałem ostatnią moją wolę u Perchotina, macie oto ten papier, czytajcie — dodał z pogardą, wydobywając zapisaną kartkę z kieszeni kamizelki i rzucając ją na stół prokuratorowi.
Ten, oczywiście, podjął ją bardzo ciekawie i odczytał wspólnie z sędzią, poczem dołączyli to do materyału dowodowego.
— Wchodząc do Perchotina, nie pomyślałeś pan o tem, że masz krew na rękach i twarzy? Czy nie obawiałeś się pan podejrzenia?
— Takich tam podejrzeń! Było mi wtedy wszystko jedno. Miałem przecież i tak zastrzelić się nad ranem, gdyby nie ta historya z ojcem, nie wiedzielibyście o niczem i nie przyjechalibyście tutaj. Szatan chyba was ostrzegł, szatan ojca mego zabił i sprowadził was tutaj. Jakim sposobem stało się to wszystko tak prędko? Dziw! poprostu bajka.
— Pan Perchotin zeznał, że, wszedłszy do niego, trzymałeś pan w zakrwawionych rękach paczkę banknotów.
— Było tak rzeczywiście.
— Teraz nasuwa się jedno maleńkie pytanie — przemówił niesłychanie nizko sędzia śledczy. — Zkąd pan wziąłeś tyle pieniędzy, skoro z samego zeznania pańskiego wynika, że pan nawet do domu nie zachodził?
Prokurator zmarszczył się na pytanie to, postawione tak poprostu, nie przerywał jednak sędziemu.
— Istotnie, nie zachodziłem do domu — odparł Mitia bardzo spokojnie, utkwiwszy wzrok w ziemię.
— Powtarzam raz jeszcze pytanie — rzekł sędzia niesłychanie ostrożnie, jakby się podkradając. — Zkąd pan dostał tak znaczną kwotę, skoro, według własnego pańskiego zeznania, tego samego jeszcze dnia, o godzinie piątej po południu...
— Nie miałem ani grosza i zastawiłem pistolety u Perchotina — podchwycił Mitia. — Tak, a potem chodziłem do Chachłakowowej prosić o trzy tysiące, lecz ta nie dała. A tu naraz pojawiły się pieniądze. Rozumiem doskonale, panowie, jaki was strach oblatuje na myśl, że nie powiem, zkąd wziąłem te pieniądze. Zgadliście, bo istotnie nie dowiecie się tego odemnie, stanowczo nie powiem.
Sędziowie milczeli chwilę.
— Zechciej jednak zrozumieć, panie Karamazow, że musimy koniecznie znać ten szczegół — cicho i prawie tkliwie przemówił sędzia śledczy.
— Rozumiem, a mimo to, nie powiem.
Wmieszał się i prokurator i znów upewniał podsądnego, że może nie odpowiadać na pytania, skoro to uważa za stosowne, że jednak taka metoda...
— Przynosi szkodę mnie samemu — podchwycił Mitia. — Wiem o tem, panowie, słyszałem już tyle razy, i tam dalej i tam dalej. Rozumiem, że to punkt niezmiernie ważny, a przecież nie powiem.
— To już pańska rzecz — zauważył cokolwiek nerwowo sędzia śledczy.
— Żart na stronę — mówił dalej Mitia, patrząc im prosto w oczy. — Byłem z początku tyle naiwny, że proponowałem wam wzajemne zaufanie. Mowy być nie może o tem teraz, bo musieliśmy się w każdym razie natknąć na ten punkt, który jest nieprzebytą zaporą. Wiem przecież, że nie uwierzycie mi na słowo.
Zamilkł, pochmurny.
— A czy nie mógłby pan, nie naruszając niczem swojej tajemnicy, wyjaśnić nam choćby tylko powierzchownie motywy, które zamykają panu usta w punkcie, jak sam pan przyznałeś, tak niezmiernie ważnym?
Mitia uśmiechnął się niejasno.
— Jestem o wiele lepszy, niż panowie myślicie i dam wam na to odpowiedź. Milczę i nie mogę słowa powiedzieć o tych pieniądzach, a to dlatego, że tu dopiero zaczyna się hańba moja, hańba stokroć gorsza, niż morderstwo i grabież. Oto, dlaczego mówić nie mogę, ze wstydu jedynie. Czy zapiszecie to, panowie?
— Zapiszemy — szepnął sędzia.
— Właściwie nie wypadałoby wam tego zapisywać. Powiedziałem to wam jedynie z dobroci, że tak powiem z łaski, pokazałem wam szmat mojej duszy. A wy zaraz w garść i do kieszeni — zauważył pogardliwie Mitia. — Piszcie zresztą, co chcecie, nie boję się was, i nie jesteście w stanie upokorzyć mnie.
Odmowa Dymitra była tak stanowcza, że sędzia przestał nalegać, prokurator tylko miał jeszcze nadzieję i rzucał dalsze pytania.
— Niech pan określi nam przynajmniej, jak wysoka była kwota, którą pan trzymał w ręku, wchodząc do Perchotina?
— Nie powiem i tego.
— W takim razie zechciej pan złożyć w nasze ręce całą gotówkę, którą masz przy sobie.
— Pieniądze? Ale naturalnie, rozumiem, że to niezbędne. Macie tu, panowie, wszystko.
Mówiąc to, powyjmował pieniądze z rozmaitych kieszeni i wysypał je na stół, aż do ostatniej miedzianej kopiejki.
Zliczono je szybko i okazało się, że jest ich osiemset sześćdziesiąt rubli i trzydzieści kopiejek. Doliczono wszystkie wydatki, jakie poniósł Mitia dnia tego, wynosiło to razem półtora tysiąca rubli.
— Wszyscy jednak utrzymują, że miał ich pan daleko więcej — zagadnął prokurator.
— Cóż ztąd?
— I pan także utrzymywał to samo.
— Być może.
— Przesłuchamy jeszcze świadków w tej sprawie. A o pieniądze może pan być zupełnie spokojny. Złożone zostaną gdzie należy i zwrócone panu będą po ukończeniu sprawy, jeżeli, oczywiście, pokaże się, że masz pan do nich prawo.
No, a teraz...
Tu sędzia śledczy wstał i oznajmił prawie surowo Dymitrowi, że musi się teraz poddać osobistej rewizyi.
— Ależ i owszem, proszę, powywracam wszystkie kieszenie — odparł Dymitr.
— To nie wystarcza. Musi pan zdjąć odzież.
— Jakto, rozbierać się? Tfu do dyabła! czy nie możecie i tak obejrzeć?
— W żaden sposób, Dymitrze Fedorowiczu. Musi pan koniecznie zdjąć z siebie całą odzież.
— Jak chcecie, — mruknął gniewnie Mitia — pod warunkiem tylko, żeby się to odbyło za firanką.
— Ależ oczywiście, za firanką — przyzwolił sędzia.
Tu nastąpił okres badania, zupełnie niespodziewany dla Miti i bardzo przykry. Nie wyobrażał sobie, żeby się znalazł na świecie ktoś, ktoby się z nim w ten sposób śmiał obchodzić. Wydało mu się to strasznie poniżające. Gdyby chodziło tylko o zrzucenie wierzchniej odzieży, byłoby wreszcie mniejsze. Ale kazali mu się zupełnie rozebrać, a on przez dumę nie protestował już napróżno i poddał się temu bez słowa. Za firankę, prócz sędziego i prokuratora, puszczono kilku chłopów.
„Prawdopodobnie chcą mnie zmusić siłą” — pomyślał Mitia.
— Cóż to, czy i koszulę mam zdjąć? — spytał wreszcie opryskliwie, ale prokurator, ani sędzia nic mu nie odpowiedzieli, pochłonięci zupełnie oglądaniem tużurka jego, spodni, kamizelki i czapki. Poważny wyraz ich twarzy świadczył o głębokiem zainteresowaniu, jakie budziły w nich te oględziny.
„Nie robią sobie ze mną ceremonii” — pomyślał Mitia.
— Pytam panów poraz drugi, czy mam zdjąć i koszulę? — przemówił jeszcze raz, głosem jeszcze mniej uprzejmym.
— Niech pan będzie spokojny, dowie się pan jeszcze o tem na czas — odparł sędzia.
Obaj z prokuratorem rozmawiali żywo, nie krępując się bynajmniej obecnością Miti, i wypowiadając podejrzenia bardzo dla niego ubliżające. Sędzia, Mikołaj Parfenowicz, dotykał sam starannie wszystkich części jego ubrania, przesuwając palcami po szwach, jakby tam czegoś szukał. Nie ukrywali wcale przypuszczenia, że mógł zaszyć zrabowane pieniądze gdzieś między wierzchem a podszewką.
„Traktują mnie, jak najprostszego złodzieja” — pomyślał Mitia.
Pisarz, który był także obecny temu przeszukiwaniu, przytoczył jeszcze przykład o niejakim „Gridi”, który, okradłszy całą kancelaryę, ukrył pieniądze w czapce.
— Sturublówki pozwijane były w trąbkę i założone za obramowanie czapki — mówił.
Sędzia i prokurator pamiętali wybornie ten fakt, to też i czapka Miti przepatrzona została i przewrócona na wszystkie strony.
— Przepraszam! — zawołał nagle sędzia, dostrzegłszy zawinięty mankiet od koszuli Miti — wszak to krew?
— Krew — odparł Mitia.
— Jakaż to krew? I dlaczego ma pan rękaw zawinięty?
Mitia opowiedział, że była to krew Grigora i że zawinął rękaw, myjąc się u Perchotina.
— To bardzo ważne. Musisz pan koniecznie zdjąć także koszulę.
Mitia zarumienił się i wpadł we wściekły gniew.
Cóż to? chcecie mnie zostawić zupełnie nagim? — krzyczał.
— Bądź pan spokojny, zaradzi się jakoś na to, a tymczasem bądź łaskaw zdjąć i skarpetki.
— Cóż to! żarty? i to ma być koniecznie potrzebne? — krzyknął, błyskając gniewnie oczami.
— Nie czas tu na żarty — odparł surowo sędzia.
— A no, jeżeli trzeba, to dobrze — mruknął Mitia, a usiadłszy na łóżku, zdejmować zaczął skarpetki. Czuł się jednak bardzo zażenowany. Dokoła niego ludzie poubierani, a on jeden zupełnie bez odzieży, wszyscy zaś przyglądają mu się. Poraz pierwszy uczuł się rzeczywiście jakby winowajcą, a przytem jakimś gorszym i niższym od nich wszystkich. „Mogą mnie teraz słusznie lekceważyć” — pomyślał. Szczególniej przykro mu było zdejmować skarpetki. Były dość brudne, jak i reszta jego bielizny, a przytem nie lubił sam kształtu swoich nóg. Zwłaszcza jeden palec u lewej nogi miał gruby, płaski, skurczony, wstydził się tego i nieprzyjemnie mu było pokazywać go innym. Ze złości i wstydu zaczął umyślnie zachowywać się grubiańsko. Sam zerwał z siebie koszulę i rzucił ją sędziom, wołając:
— Cóż? może jeszcze co potrzebujecie, skoro wam nie wstyd?
— Nic, dziękujemy panu, nic już więcej nie trzeba.
— Więc mam tak siedzieć nagi? — zawołał oburzony.
— Niech się pan przykryje tymczasem kapą, która tu jest na łóżku, a postaramy się panu o ubranie.
Zawinięto odzież jego w jeden pakiet i sędzia zabrał ją z sobą i wyszedł. Wyszedł też i prokurator, a Mitia został tylko ze strzegącymi go ludźmi, którzy oka z niego nie spuszczali.
Mitia owinął się kapą, ale było mu chłodno, bose jego nogi sterczały z pod okrycia i nie mógł się żadną miarą tak osłonić, aby je zrobić niewidocznemi.
— Traktują mnie, jak psa, — syknął zgrzytając zębami. — Ta kanalia prokurator poszedł i siedzi tam, zostawiając mnie nagiego, oczywiście, patrzeć na to nie mógł, przyzwoitość mu nie pozwalała.
Po chwili powrócił sędzia, a za nim pachołek, niosący pakiet z ubraniem. Mitia pewien był, że zwracają mu własną odzież, okazało się jednak, że to był garnitur Kałganowa. Sędzia zdawał się bardzo ucieszoy dobrym wynikiem swoich poszukiwań.
— Ma pan tu ubranie i bieliznę — rzekł z zadowoleniem do Miti. — Pan Kałganow jest tak grzeczny, że panu wszystko pożycza. Na szczęście, miał z sobą wszystko w kuferku podróżnym.
Mitia
strasznie się oburzył.
— Nie włożę cudzego ubrania! Proszę mi w tej chwili zwrócić moje.
— To niemożliwe.
— Niech dyabli biorą Kałganowa i jego stroje, nie włożę tego na siebie!
Długo musiano perswadować Miti, że ubranie jego, jako splamione krwią, dołączone być musi do materyału dowodowego i że prawo nie pozwala na zwrócenie mu go, dopiero po skończonym procesie. Mitia dał się wreszcie przekonać i zaczął się pośpiesznie ubierać.
Zauważył wówczas, że ubranie Kałganowa jest na niego za długie i zawązkie.
— Błazna robicie ze mnie dla własnej przyjemności! — krzyknął gniewnie.
Upewniano go, że to przesada, i że garnitur Kałganowa wygląda na nim zupełnie przyzwoicie. Okazało się jednak, że tużurek jest istotnie za ciasny w ramionach i nie można go było zapiąć.
— Proszę tylko oświadczyć panu Kałganowowi, że nie prosiłem go wcale o tę uprzejmość, że to wy sami robicie ze mnie pajaca.
— Ależ on to doskonale rozumie i ogromnie żałuje, t. j. nie ubrania swego żałuje, ale ubolewa nad pańskiem nieszczęściem — upewniał go sędzia, Mikołaj Perfonowicz.
— Pluję na niego i na ubolewanie! No! a teraz co mam robić?
Przeprowadzono go znów do gościnnej izby, w której odbywało się poprzednie badanie. Mitia zły był i chmurny i starał się nie patrzyć na nikogo. Czuł się upokorzony tem cudzem ubraniem, nawet w obec chłopów i Tryfona Borysicza. Twarz tego ostatniego mignęła mu na chwilę we drzwiach i znikła natychmiast. Mitia usiadł na dawnem miejscu, w najgorszem usposobieniu.
— No, teraz, każecie mnie zapewne wysiec rózgami, nic już wam innego nie pozostaje, — zgrzytnął, zwracając się do prokuratora. Na sędziego nie chciał już zupełnie patrzyć i obracał się do niego bokiem. „Podlec”! myślał o nim. „Umyślnie tak wywracał moje skarpetki, żeby wszyscy widzieli jakie są brudne”.
— Zajmiemy się teraz przesłuchaniem świadków, — rzekł sędzia.
— Oczywiście, — potwierdził prokurator, głęboko zamyślony.
— Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, aby panu ułatwić usprawiedliwienie, ale pańska stanowcza odmowa w sprawie wyjaśnienia nam pochodzenia owych pieniędzy, uniemożliwia to zupełnie.
— Co to za kamień w tym pierścieniu? — spytał Mitia, jakby wychodząc z zadumy i wskazał na jeden z trzech wielkich pierścieni, zdobiących prawą rękę sędziego.
— W którym? — spytał ze zdziwieniem Mikołaj Parfenowicz.
— W tym, który pan nosisz na trzecim palcu — dopytywał Mitia, z uporem rozkapryszonego dzieciaka.
— To topaz, zadymiony topaz — mogę zdjąć pierścień — niech pan obejrzy.
— Nie, nie, nie zdejmuj pan — zaprzeczył Mitia, zły sam na siebie.
— Tfu, do dyabła panowie, obrzydziliście mi własną duszę.
Czy wy sobie wyobrażacie, że gdybym zabił ojca, to byłbym w stanie ukryć to, wykręcać się przed wami, kłamać i udawać?
Gdybym był winowajcą, przysięgam, że nieczekałbym waszego przybycia, ale zastrzeliłbym się zaraz, jakem pierwotnie zamierzał, nie doczekawszy świtu.
Przez lat dwadzieścia nie nauczyłbym się tyle, ile przez tę jedną przeklętą noc.
Czy patrzyłbym wam prosto w oczy? czy rozmawiałbym tak z wami, ja, który się tak męczyłem domniemanem zabójstwem Grigora? A wy chcecie, ażebym przed takimi, jak wy, którzy drwicie ze mnie, nie wierzycie słowom moim, stawiacie mi co krok jakieś pułapki, żebym ja odkrywał wam dobrowolnie jeszcze nową podłość swoją i nową hańbę. Ten, co otworzył drzwi do mieszkania ojca mego, musiał go zamordować i ograbić, a kto on? niemam pojęcia, choć gubię się w domysłach. Tyle wam mogę powiedzieć i więcej ani słowa, a teraz wołajcie świadków.
Mitia umilkł i zdawało się, że istotnie już nic mówić niechce, ale prokurator, niczem nie zrażony, prowadził rzecz swoją dalej.
— Właśnie, co do tych drzwi, o których pan wspominał, czuję się w obowiązku oznajmić panu, że Grigor Wasilewicz oświadcza stanowczo, że drzwi owe widział odemknięte, w chwili, gdyś pan wybiegł z ogrodu.
— To być nie może. — Wydawało mu się, albo kłamie! — krzyknął Dymitr.
— Zeznanie jego jest bardzo stanowcze, pytaliśmy go kilka razy i zawsze odpowiadał to samo.
— Wydało mu się, bredził nieprzytomnie po wyjściu z omdlenia, albo umyślnie tak zeznał z nienawiści do mnie.
— On widział te drzwi nie po wyjściu z omdlenia, ale jeszcze przedtem.
No! a teraz przedstaw pan obwinionemu wiadomy przedmiot, — rzekł prokurator, zwracając się do sędziego.
Na to wezwanie sędzia położył na stół dużą kopertę, na której widniały jeszcze trzy nienaruszone pieczęcie, koperta rozerwana była z jednego boku.
Mitia otworzył szybko oczy.
— To... to z pewnością ojcowska koperta, ta sama w której miało być trzy tysiące i jeszcze napis: patrzcie „mojemu Kurczątku” widzicie!
— Widzimy, aleśmy już pieniędzy nie znaleźli, koperta była pusta i leżała na ziemi obok łóżka, za parawanem.
— Panowie! — zawołał nagle Mitia. — Ależ to Smerdiakow, na pewno, on jeden wiedział o istnieniu owej koperty.
— Przecież i pan wiedziałeś o niej, sam mówiłeś, że leżała pod poduszką.
— Nie, nie wiedziałem, tylko słyszałem od Smerdiakowa.
Pytaliście Smerdiakowa? Co on mówi? To najważniejsze.
On jeden znał hasło.
— Zapominasz pan, że hasło było niepotrzebne, skoro drzwi były otwarte, — zauważył sucho prokurator.
— Znowu te drzwi! A to zmora! taki dowód przeciw mnie, — rzucił bezmyślnie Mitia.
— Widzi pan — pochwycił prokurator. — Z jednej strony te drzwi, z drugiej strony pańskie uparte milczenie o pochodzeniu owych pieniędzy — wszystko to świadczy przeciw panu.
Mitia, słysząc to, zastanowił się chwilę i pobladł.
— Więc dobrze, — zawołał wreszcie, — odkryję wam moją tajemnicę i hańbę moją, i powiem zkąd miałem te pieniądze.
— I wierz mi pan, Dymitrze Fedorowiczu, — podchwycił sędzia niesłychanie słodko i nieumiejący ukryć swojej radości. — Wierz mi pan, że pełne i całkowite wyznanie z pańskiej strony pociągnie za sobą nieobliczalne następstwa, zwłaszcza teraz, bo...
Tu prokurator szturgnął go nogą pod stołem i sędzia urwał. Zresztą Dymitr i tak go nie słuchał.
— Panowie, — rzekł z przejęciem. — Te pieniądze, jeśli mam wyznać prawdę, były moje.
Twarze prokuratora i sędziego przeciągnęły się, spodziewali się obaj zupełnie czego innego.
— Jak to pańskie? — próbował zaprzeczyć sędzia, — skoro tego dnia jeszcze o piątej po południu, według własnego pańskiego zeznania...
— Ee! Zostawcie już raz, do dyabła, waszą piątą godzinę i moje zeznania. Te pieniądze były moje, t. j. ukradzione dawniej przeze mnie, i miałem je wciąż przy sobie.
— Skądże je pan wziął?
— Z woreczka, który nosiłem na szyi, były tam zaszyte i nosiłem je tak z wielkim wstydem i hańbą swoją.
— Od kogoś pan je sobie przywłaszczył?
— Chciałeś pan powiedzieć komu je ukradłem? Nazywaj pan, proszę, rzeczy po imieniu. Sam wiem, że ukradłem, po waszemu przywłaszczyłem je sobie, po mojemu jednak ukradłem. A zwłaszcza wczoraj wieczór. Wczoraj wieczór to już je zupełnie ukradłem. Było ich tam półtora tysiąca.
— Wczoraj wieczór? Przecież pan mówiłeś przed chwilą, że nosiłeś je już cały miesiąc przy sobie.
— To też nie ojcu, bądźcie spokojni, nie ojcu ukradłem je, a jej. Nie przerywajcie mi, proszę, bo mi i tak ciężko mówić o tem. Przed miesiącem wezwała mnie do siebie Katarzyna Iwanówna Wierzchowcew, dawna moja narzeczona. Znacie ją?
— A jakże, oczywiście.
— Wiem, że znacie. Najszlachetniejsza duszą, ale mnie nienawidzi, o już oddawna nienawidzi mnie i zasłużenie, całkiem zasłużenie.
— Katarzyna Iwanówna? — Przemówił ze zdziwieniem sędzia śledczy. Prokurator słuchał uważnie.
— Nie wymawiajcie jej imienia. I tak podły jestem, że ją tu wspomniałem. Otóż ona nienawidziła mnie oddawna, od samego początku. Jeszcze tam, w mieszkaniu mojem. Chociaż to do rzeczy nie należy. Nie godni jesteście wiedzieć o tem. Otóż wezwała mnie do siebie i dała mi trzy tysiące, abym je przesłał do Moskwy siostrze jej, że niby sama nie mogła się tem zająć. Było to właśnie w owej fatalnej chwili, gdym poznał drugą, tę moją dzisiejszą, którąście tam zamknęli na dole, słowem Gruszę. Porwałem ją wtedy i przyjechałem z nią tutaj, do Mokroje i przehulałem w jej towarzystwie połowę tych trzech tysięcy, t. j. półtora tysiąca. Druga zaś połowa została, zaszyłem ją w woreczku i nosiłem przy sobie, aż do wczorajszego dnia, — wczoraj dopiero wyprułem te pieniądze i straciłem je, t. j. nie zupełnie, bo te osiemset rubli, które wzięliście odemnie, to jest właśnie reszta z owego półtora tysiąca.
— Jakto? Przecież wszyscy wiedzą, że straciłeś pan wówczas trzy tysiące, a nie półtora.
— Kto liczył? Przed kim zdawałem rachunek?
— Zmiłuj się pan. Przecież tak sam utrzymywałeś zawsze, że straciłeś tam trzy tysiące.
— Mówiłem, opowiadałem głośno i całe miasto trąbiło o tych trzech tysiącach, a mimo to, straciłem tylko połowę, a połowę zaszyłem w woreczku i nosiłem przy sobie.
— I nie mówiłeś pan o tem nikomu?
— Nikomu.
— To dziwne.
— Wybacz pan — rzekł prokurator. — Postępek taki t. j. przywłaszczenie sobie pieniędzy powierzonych panu przez pannę Wierchowcew, była to lekkomyślność bardzo, może, daleko idąca, w każdym razie nie taka straszna hańba, jak pan to utrzymujesz, zwłaszcza, uwzględniwszy pański charakter.
Zresztą, nie robiłeś pan wcale tajemnicy z tego, że pieniądze te pochodzą od pańskiej narzeczonej, i całe miasto o tem wiedziało. Dlaczego taki sekret, co do tego półtora tysiąca, które pan zachowałeś przy sobie?
Dlaczego wołałeś pan przed chwilą, że wolisz iść do ciężkich robót, niż złożyć to wyznanie?
Prokurator uniósł się tak dalece, że zapomniał o zwykłej sztywności.
— Nie w tem była hańba, że miałem te półtora tysiąca, ale w tem, że, mając trzy tysiące, podzieliłem je na dwie części i jedną z nich schowałem.
— Cóż znowu — zaśmiał się prokurator, już z gniewem. — Dlaczegóż to podzielenie tych lekkomyślnie, czy, jeśli pan chcesz, haniebnie przywłaszczonych pieniędzy, ma być czemś gorszem i bardziej panu ubliżającem, niż wzięcie całej kwoty?
Ważniejszem jest przecie to, że pan wogóle wziąłeś te pieniądze, nie jakeś niemi rozporządził.
— Ależ panowie! — zawołał Mitia. — W tem właśnie podłość, że, dzieląc te pieniądze, postępowałem na zimno i z wyrachowaniem — i podłość ta trwała całe trzy miesiące.
— Nie rozumiem.
— Dziwię się wam, panowie, ża tego nie rozumiecie.
Gdybym był przehulał całe trzy tysiące odrazu, a na drugi dzień przyszedł do niej i powiedział: „Katia — straciłem twoje pieniądze przemarnowałem na hulankę”, to nie mówię, żeby to było dobrze. Postąpiłem, jak zwierz nie umiejący pohamować żądzy swojej — ale przynajmniej nie jak złodziej, nie jak prosty złodziej. Albo, gdybym straciwszy te półtora tysiąca, odniósł jej resztę — to także postąpiłbym może marnie, nędznie, ale przecież nie jak złodziej i ona mogłaby uwierzyć, że skoro zwróciłem jej tyle, oddam później i resztę.
— Być może, że byłaby w tem pewna różnica, nie tak jednak wielka, jak pan przypuszczasz, — uśmiechnął się chłodno prokurator.
— Ogromna, ogromna różnica, panie prokuratorze. Podle postąpi sobie niejeden, pozwól pan nawet powiedzieć, postąpi czasem podle każdy — ale złodziejem nie każdy bywa. A złodziej w moich oczach, to arcy podły człowiek — podlejszy od podłego.
Otóż widzi pan, nosiłem te pieniądze przez cały miesiąc, a nie byłem jeszcze złodziejem, bo w każdej chwili mogłem je zwrócić, chociaż nie mogłem się na to zdecydować.
Każdego dnia powtarzałem sobie. — „Zdecyduj się, łotrze, przemóż siebie i oddaj”. I nie oddawałem. Cóż, dobrze to było? uczciwie?
— Zapewne, że nie dobrze — odparł prokurator. — Ale daj pan teraz pokój tym subtelnościom, a opowiedz nam poprostu, na co przeznaczyłeś te zatajone pieniądze.
— Właśnie w tem była moja podłość, że pieniądze te przeznaczałem na później, dla wywiezienia ztąd Gruszy, w chwili, gdy zechce być moją. Nie znałem jej jeszcze wtedy, tak, jak dziś i myślałem, że jej przedewszystkiem potrzeba pieniędzy. Z zimną krwią więc i nikczemnem wyrachowaniem odłożyłem te półtora tysiąca. Czułem jednak wciąż hańbę moją, nosząc je na piersi, powtarzałem sobie wciąż: złodziej! złodziej jestem! Dlatego wyprawiałem takie awantury przez cały ten ubiegły miesiąc, dlatego sponiewierałem tego starca w restauracyi, napadłem na ojca, pobiłem Grigora. A przecież na dnie duszy mojej tkwiło wciąż ukryte marzenie, że jednak zwrócę pieniądze Kati i przyznam się do winy. Marzenie to pogrzebałem wczoraj, z chwilą, gdym rozpruł woreczek i pieniądze wyjąłem. Czy rozumiecie teraz; jaka to była podłość odkładać te półtora tysiąca?
Prokurator roześmiał się głośno.
Sędzia zaś rzekł.
— Ależ przeciwnie, było to bardzo przezornie z pańskiej strony, żeś pan nie wydał wszystkiego odrazu.
— Ależ to właśnie była kradzież, najgorsze złodziejstwo! Jak możecie tego nie rozumieć? Wstydziłem się też tego tak bardzo, że nie przyznałem się nawet bratu memu, Aloszy, że pieniądze noszę na piersi.
— Cóż pana skłoniło do tego, aby wyjąć je z woreczka właśnie wczoraj.
— Dlaczego pan to zrobił?
— Dlaczego? bo chciałem się zastrzelić i zdawało mi się, że to już wszystko jedno, czy umrę jako podły, czy jako uczciwy człowiek. Byłem pewien, że to wszystko jedno, a przecież okazało się teraz, że to wielka różnica. Wiele, wiele nauczyłem się przez tę dzisiejszą noc. O tak, panowie! Nietylko nie można żyć w podłości, ale i umierać w niej nie wolno. Umierać trzeba uczciwie.
— Zaczynam rozumieć skrupuły pańskie, Dymitrze Fedorowiczu, — przemówił słodko prokurator, — chociaż, o ile mi się zdaje, płynęły one głównie z nerwowego rozdrażnienia. Musisz pan wogóle być niesłychanie nerwowy. Czyż nie prościej było np. zamiast męczyć się tak cały miesiąc, udać się do panny Wierchowcew i poprosić ją o tę pożyczkę, dając jej choćby takie zabezpieczenie, jakie pan proponowałeś innym, np. pani Chachłakow.
Mitia poczerwieniał z oburzenia i spojrzał na prokuratora z niedowierzaniem.
— Czy pan na seryo uważasz mnie za człowieka do tego stopnia nikczemnego? A przecież w samej, rzeczy przychodziła mi na myśl i taka wstrętna kombinacya, nigdybym się jednak na nią nie zdecydował. Jakto? Iść do Kati, do narzeczonej mojej, wziąść od niej pieniądze i za te same pieniądze zdradzić ją, wyjechać z kobietą, której ona nienawidzi, która obraziła ją i znieważyła?! I pan, panie prokuratorze, proponujesz to jako naturalne wyjście? Pan chyba zmysły tracisz.
— W samej rzeczy, nie przyszło mi na myśl, że może tu zachodzić jakaś zazdrość kobieca — uśmiechnął się prokurator.
— Ależ toby już była taka podłość, takie łajdactwo, o jakiem ja nawet nie potrafiłbym pomyśleć. Bo wiedzcie, panowie, że ona mogłaby mi dać te pieniądze. Dałaby mi je nawet napewno z nienawiści ku mnie i przez zemstę, z pogardy by mi je dała, bo ta kobieta ma duszę wspaniałą, ale i piekielną w swej dumie. I ja wziąłbym te pieniądze, tak jest, wziąłbym je, a potem przez całe życie... Boże miłosierny. Wybaczcie panowie, ale mówić nie mogę. Choć wyznam, że ta piekielna myśl błąkała się we mnie jeszcze niedawno, przez cały wczorajszy dzień, gdym się napróżno starał o pożyczkę aż do ostatniej chwili.
— Doprawdy?
— Zrobiłem wam straszne wyznanie, — ciągnął dalej Mitia, — jeśli i to przejdzie mimo dusz waszych, jeżeli i tego nie zrozumiecie, umrę chyba ze wstydu, że mogłem do tego stopnia zaufać takim, jak wy, ludziom. Co? czy i to chcecie zapisywać? — krzyknął nagle ze strachem.
— Zapiszemy to, coś pan sam wyznał przed chwilą, co do ostatniej chwili przychodziło panu na myśl, że mógłbyś pan pożyczyć od panny Wierchowcew trzy tysiące rubli.
— Zmiłujcie, się panowie, tego przynajmniej nie zapisujcie. Rozdarliście mi duszę, a teraz grzebiecie się w niej i ryjecie w rozdartych miejscach.
Ukrył twarz w dłoniach.
— Nie lękaj się pan — rzekł prokurator, — zapisujemy teraz wszystko, ale odczytamy panu protokuł, i będziesz pan mógł zmienić to, co się panu wyda niezgodne z prawdą.
Wróćmy teraz do kwestyi trzech tysięcy. Możemy postawić conajmniej dziesięciu świadków, którzy twierdzą, że pan sam głosiłeś, że przywiozłeś do Mokroje całe trzy tysiące.
— Nie dziesięciu, ale stu i dwustu świadków postawić możecie, którzy to odemnie słyszeli.
— To jednak coś znaczy, jak pan sam przyzna.
— Nic nie znaczy, ja skłamałem, a za mną kłamali i inni.
— I dlaczego pan popełniłeś to kłamstwo.
— Czy ja wiem, dlaczego? Pochwalić się chciałem, żem wydał tyle pieniędzy. Chociaż nie, raczej chciałem zataić sam przed sobą, żem zostawił te półtora tysiąca. Dość, że, skłamawszy raz, nie chciałem sobie przeczyć. Czy można wogóle wiedzieć, dlaczego człowiek kłamie?
— Zapewne, że trudno to rozstrzygnąć. A teraz powiedz pan, jakiej wielkości był ten woreczek, który pan nosiłeś na szyi?
— Mały, jak storublówka, złożona we dwoje.
— Może pan masz jeszcze przy sobie jaki strzępek z tego woreczka.
— Niemam, wyrzuciłem.
— A w którem miejscu pan wyjął z niego pieniądze.
— W drodze, idąc od Feni do Perchotina.
— Gdzie mianowicie.
— Na Rynku.
— I tam go pan rzuciłeś?
— Tam. Każcie wymieść Rynek, to go znajdziecie.
— Z czego był zrobiony?
— Z jakiejś szmatki; poco wam ta wiadomość?
— Byłoby dla pana bardzo korzystne, gdyby się ten przedmiot znalazł. Może pan masz w domu jaką część bielizny, z której pan oddarłeś tę szmatkę?
— Niemam, teraz dopiero przypominam sobie, uszyłem go z czepka mojej służącej.
— Jakto z czepka?
— Wziąłem stary czepek, zdaje mi się dla otarcia pióra, a potem leżał na stole, więc uszyłem z niego woreczek.
— Pan umiesz szyć?
— Żołnierz musi umieć obchodzić się z igłą.
— A zkądże pan dostał igłę i nici?
— Dość już, dajmy temu pokój. Widzę, że nie wierzycie mi ani słowa. Moja wina, pocóżem wam dał się wyciągnąć na te wszystkie zeznania, jak mogłem zohydzić się sam dobrowolnie, odsłaniając wam wszystko, co czułem. Ciesz się, panie prokuratorze i śpiewaj hymn pochwalny na cześć swoją, dowiodłeś mi winy, nieprawdaż? O! przeklęci bądźcie z waszymi kruczkami.
Na tem skończono badanie obwinionego. Wszyscy byli niesłychanie znużeni, Mitia bezmyślnie patrzył w okno. Na dworze padał drobny deszcz i tłukł gęstemi kroplami w pozieleniałe szybki starych okien. Pod oknem biegł szary, błotnisty gościniec, gubiący się gdzieś w deszczowej mgle, a z drugiej strony czerniły się dachy wioskowych chat, wyglądających jeszcze biedniej i nędzniej w tej deszczowej pluchocie. Mitia przypomniał sobie złotokędzierzawego Feba, przy którego słonecznych promieniach zamierzał wczoraj jeszcze pożegnać się na zawsze z życiem.
— W taki ranek byłoby jeszcze lepiej — pomyślał.
Sędzia oświadczył, że czuje się wyczerpany i pokrzepiłby się chętnie herbatą i zakąską. Prokurator sprzeciwił się gruntownemu posiłkowi, nie było jeszcze na to czasu, należało wpierw przesłuchać świadków. Ostatecznie przyniesiono herbatę. Na uprzejme nalegania sędziego, wypił i Mitia szklankę, mimo, że w pierwszej chwili odmawiał stanowczo. Był on także ogromnie wyczerpany, wszystko zaczęło mu latać przed oczami i doznawał co chwila zawrotu głowy. Wprowadzono potem kolejno świadków. W przesłuchiwaniu ich sędziowie kładli głównie nacisk na określenie wysokości kwoty, którą Mitia przyniósł z sobą do Morkoje, te wszystkie zeznania były dla niego niekorzystne. Wszyscy świadkowie słyszeli o trzech tysiącach i nie przypuszczali, aby ich mogło być mniej.
Wprowadzono najpierw gospodarza oberży, Tryfona Borysicza. Wszedł pewnym krokiem, poważny i zachmurzony, nadając sobie pozory oburzonej cnoty, zdawał się być niesłychanie zgorszony postępowaniem obwinionego. Powiedział stanowczo, że przed miesiącem Dymitr Fedorowicz wydał tu całe trzy tysiące rubli.
— Sami cyganie wyciągnęli z niego najmniej tysiąc.
— Nie było i pięciuset — mruknął ze swego miejsca Mitia.
— Więcej, niż tysiąc, Dymitrze Fedorowiczu — obstawał przy swojem Tryfon. — Cyganie, wiadomo, naród chciwy, złodzieje i koniokrady. Ciskaliście pieniądze, a te szelmy brały, co popadło. Wygnała ich policya, a żeby nie to, sami by zaświadczyli, jak się wówczas przy was pożywili. Sam widziałem u was w rękach pieniądze, daleko więcej, niż półtora tysiąca. Liczyć, nie liczyłem, ale i na oko można poznać. Bogu dziękować, nieraz się przecież widziało gruby grosz.
Zapytany, ile pieniędzy Dymitr przyniósł wczoraj, Tryfon odpowiedział, że sam słyszał z ust obwinionego o trzech tysiącach.
— Czyż naprawdę mówiłem to sam? — spytał Dymitr...
— Napewno mówiliście to sami, zaraz po przyjeździe, słyszał Andrzej, wasz furman, jeszcze ten jest i może zaświadczyć. A potem, kiedyście weszli do izby, toście krzyczeli na głos, że zostawicie tu razem sześć tysięcy, niby trzy pierwej, a teraz znowu trzy, słyszał to Tomasz Kałganow, blizko stał.
Zeznanie o sześciu tysiącach podobało się bardzo prokuratorowi.
Wezwano potem Andrzeja, dorożkarza, który przywiózł Dymitra z miasta. Tu największe wrażenie wywołało opowiadanie jego o rozmowie, jaką miał z nim Mitia w drodze. Prokurator kazał zaciągnąć do protokułu, że Mitia zapytywał swego woźnicę, co go czeka na tamtym świecie, „Piekło, czy niebo”. To bardzo charakterystyczne, — mówił ze znaczącym uśmiechem.
Z kolei zaczęto badać Kałganowa. Poszedł zły i chmurny, nie miał najmniejszej ochoty świadczyć w tej sprawie. Względem sędziego i prokuratora zachowywał się tak, jakby ich widział pierwszy raz, mimo, że byli to dobrzy jego znajomi, których spotykał u wuja swego, Mjasowa. Zaczął od tego, że „nic nie wie i o niczem wiedzieć nie chce”. Oświadczył, że zupełnie nie zauważył, ile pieniędzy miał przy sobie Dymitr. Mimo widocznej niechęci młodego człowieka do dawania wyjaśnień, prokurator badał go długo i szczegółowo i wydobywał z niego rozmaite szczegóły, dotyczące romansowej strony procesu. O Gruszy wyrażał się Kałganow z zupełnym szacunkiem, mówił o niej wciąż Agrafia Aleksandrówna i ani razu nie pozwolił sobie nazwać ją Gruszeńka.
Dawny wielbiciel Gruszy i jego przyjaciel, którzy spali w przyległej izbie, zbudzeni zostali i oświadczyli wszelką gotowość do złożenia zeznań.
Mały pan z fajką mówił o stosunkach swoich z Gruszą z takiem samochwalstwem i tonem tak aroganckim, że Mitia nie wytrzymał i nazwał go kilkakrotnie podłym. Sędzia prowadził badanie z wielkim taktem, oszczędzając uczucia podsądnego, ale i tu wyszedł na jaw szczegół jeden bardzo niepomyślny dla Miti, a mianowicie wiadomość o tem, że ofiarowywał przybyszom trzy tysiące za odstąpienie Gruszy. Fakt ten rozpatrywano bardzo szczegółowo i zaciągnięto go do protokułu. Sędziowie tak byli wdzięczni świadkom, że nie zaczepiono wcale sprawy oszustwa przy grze w karty i wyszachrowane dwieście rubli zostały przy nich.
Wszedł wreszcie drobnym krokiem stary Maksymow, bardzo zmieszany i onieśmielony. Towarzyszył on dotąd nieustannie Gruszy, krzątał się przy niej i tak się nad jej losem rozżalał, że w końcu ona sama musiała go pocieszać.
Na zapytanie, ile mógł mieć Dymitr pieniędzy, oświadczył z przejęciem, że najmniej dwadzieścia tysięcy rubli.
— A widziałeś pan kiedy tyle pieniędzy? — pytał z uśmiechem sędzia.
— Widziałem, t. j. nie dwadzieścia, a siedem tysięcy, kiedy moja żona zastawiła w banku mój majątek. Pokazała mi wtedy z daleka; do rąk nie dała. Były tam same tęczowe papierki, tak samo, jak u Dymitra Fedorowicza.
Załatwiono się z nim prędko, aż w końcu przyszła kolej na Gruszę. Sędzia, obawiając się, aby przyjście jej nie doprowadziło Mitię do jakich wybuchów, uprzedził go kilku słowami i ten przyrzekł zachowywać się spokojnie.
Gruszę wprowadził sam sprawnik, Michał Makarowicz. Była bardzo blada i poważna; zachowywała się spokojnie i z prostotą i wywarła wrażenie bardzo dla siebie korzystne. Otulona była czarnym, pluszowym szalem, przy którym twarz jej wydawała się jeszcze bledsza i bielsza. Młody sędzia, Mikołaj Parfenowicz, zmieszał się cokolwiek na jej widok. Sam później powiedział, że wtedy dopiero przekonał się „jaka to rzeczywiście piękna kobieta. Maniery ma zupełnie wielkiej damy”, upewniał, mówiąc o niej w pewnem kółku kobiecem. Panie wyśmiały go i nazwały bałamutem i lekkoduchem, mimo to nie zmienił swego zdania.
Zmuszony był jednak zapytać ją, jaki stosunek łączył ją z Dymitrem.
— Przyjmowałam go u siebie jako znajomego — odparła poważnie.
Oświadczyła dalej z całą otwartością, że mimo, że się jej chwilami podobał, nie kochała go jeszcze.
— Wabiłam go do siebie, tak tylko z niegodziwości mojej, tak samo i jego ojca. Do starego Fedora Pawłowicza nigdybym nie poszła, obiecywałam mu tylko na żarty. Przez cały ostatni miesiąc myślałam o kim innym, ale sądzę, że to do rzeczy nie należy.
Tego samego zdania był i sędzia i badał ją tylko, podobnie, jak wszystkich innych, o sprawę trzech tysięcy. Grusza przyznała, że Dymitr wspominał jej o nich, pieniędzy tych, oczywiście, nie liczyła, wiedziała, że pochodzą od Katarzyny Iwanownej.
Gruszeńka opowiadała dalej, że przez cały ubiegły miesiąc Mitia skarżył się na brak pieniędzy. „Od ojca chciał je wydostać i na to jedynie liczył”.
— A czy nie mówił kiedy przy pani, że chce targnąć się na życie ojca?
— Och! mówił, niestety, nieraz — westchnęła Grusza — ale tylko wtedy, kiedy był bardzo zły.
— A wierzyła pani w to, że może spełnić swoją pogróżkę?
— Nigdy w świecie, polegałam na jego szlachetności.
— Panowie! — zawołał nagle Mitia — pozwólcie powiedzieć mi jedno tylko słowo.
— Proszę, niech pan mówi.
— Agrafia Aleksandrówna! — rzekł uroczyście, powstawszy z miejsca, — wierz Bogu i mnie; nie jestem winien krwi zabitego.
Usłyszawszy to, Grusza powstała również i przeżegnała się pobożnie przed obrazem.
— Bogu najwyższemu dzięki! — rzekła z przejęciem, a potem zwróciła się do sędziów, mówiąc:
— Jeśli tak powiedział, to mu wierzcie. Potrafi on czasem zmyślić coś, dla żartu, dla śmiechu, ale nigdy przeciw sumieniu. Nie skłamał on teraz i prawdę czystą rzekł, ja go znam.
— Bóg ci zapłać, Agrafio Aleksandrówno — odezwał się drżącym głosem Mitia. — Dużoś mnie podniosła na duchu i pokrzepiła.
Po skończonem badaniu, Mikołaj Parfenowicz ofiarował Gruszy swoje usługi, gdyby np. potrzebowała koni, albo towarzystwa i opieki.
— Dziękuję panu sędziemu — odparła, kłaniając się — odjadę z moim staruszkiem, Maksymowem, a tylko chciałabym zaczekać na dole, aż śledztwo skończy się zupełnie.
Po wyjściu jej, badano innych jeszcze świadków, poczem przystąpiono do ostatecznego zredagowania protokułu. Mitia poszedł w drugi kąt pokoju, a usiadłszy na dużym kufrze gospodarza, przykrytym dywanem, położył się na nim zwolna, a potem zasnął, sam nie wiedząc kiedy.
Miał wówczas dziwny sen, nie związany niczem z teraźniejszem jego położeniem. Śniło mu się, że jedzie gdzieś stepem szerokim, w miejscu, gdzie bywał niegdyś, służąc jeszcze w wojsku. Jedzie telegą, a wiezie go chłop z rudą brodą, siedzący na koźle. Zimno i śnieg pada dużymi, mokrymi płatkami, które, upadłszy na ziemię, tają natychmiast. Wiezie go chłop, przybrany w szarą wiejską kapotę, pogania szybko i biczem macha; nie stary jeszcze, ma lat najwyżej pięćdziesiąt. Ot, niedaleko już wieś! Widać już czarne, przeczarne izby, do połowy zgorzałe, z których sterczą czarne, okopcone belki. A przy wjeździe do wsi zebrało się dużo, dużo bab, cały tłum. Wszystkie chude, twarze jakieś wygłodzone, skóra na nich spalona, twarda; jedna, zwłaszcza, z brzegu, wysoka, koścista, lat może czterdzieści, a może dwadzieścia, poznać nie można. A na ręku trzymała dziecko płaczące. Piersi jej wyschły widocznie, ani kropli w nich mleka i dziecko płacze, płacze, nagie ramionka wyciąga, piąstki zaciska i drży całe od chłodu.
— Czego ono płacze? — pyta Mitia swego woźnicy, mijając wprędce całą gromadę.
— A płacze niebożątko — odpowiada chłop — płacze chudzina.
I podoba się to dziwnie Miti, że chłop wyraził się tak litościwie, po swojemu: niebożątko, a nie dziecko.
— I czegóż ono płacze? — dopytuje dalej Mitia, jakby nie rozumiejąc — czemu ma rączki nagie? czemu go nie otulą?
— Zziębło, niebożątko — odpowiada rudy chłop — przemarzła na nim koszulina, to i nie grzeje.
— A dlaczego to? dlaczego? — pyta natrętnie Mitia.
— Pogorzelcy biedni, chleba proszą.
— Nie, nie — woła wciąż Mitia — to nie to, ty mi powiedz, dlaczego stoją tu te biedne matki? dlaczego są biedni ludzie? dlaczego są biedne dzieci? dlaczego step taki pusty? Czemu oni nie całują się, nie śpiewają pieśni radosnych? dlaczego poczernieli tak od czarnej biedy? Czemu nie nakarmią swoich dzieci?
I czuje w głębi duszy, że chociaż pytania te są bez sensu, musi je przecież wypowiedzieć, musi tak pytać. I czuje także, że w sercu jego podnosi się coś, czego w niem jeszcze nie bywało. Jakaś wielka litość.
Płakać mu się chce i zrobić coś takiego, żeby nie było już płaczących dzieci, ani czarnych, wygłodzonych matek, i żeby już nikt nie płakał, i żeby łez wcale nie było, i to zaraz, natychmiast, bez chwili zwłoki, pożądał tego gorąco, iście po Karamazowsku.
— A i ja z tobą, na zawsze, na całe życie, nie opuszczę cię już nigdy — rozlega się obok niego miły, dźwięczny głos Gruszy, która przemawia z takiem uczuciem. I wówczas zapłonęło w nim serce i zapragnęło dążyć gdzieś do nowego światła, i żyć, żyć! Iść gdzieś, iść, coraz dalej, i to prędzej, prędzej, zaraz.
— Co? gdzie? — zawołał, otwierając oczy i siadając nagle na skrzyni. Zbudził się jakby z omdlenia i uśmiechał się promiennie. Nad sobą ujrzał Mikołaja Parfenowicza, który nalegał usilnie, aby wysłuchał czytania protokułu i podpisał takowy. Domyślił się Mitia, że spać musiał z godzinę, a może więcej, nie słuchał jednak, co mówił Mikołaj Parfenowicz, a uderzyło go tylko to, że ktoś, w czasie jego snu, podsunął mu pod głowę poduszkę.
— Kto podłożył mi pod głowę poduszkę? Kto był taki dobry? — zawołał z nagłym zachwytem, ze łzami prawie w głosie, jakby mu niewiem jakie wyświadczono dobrodziejstwo.
Dobroczyńca jednak pozostał nieznany. Być może, zrobił to któryś z żołnierzy, lub też pisarz Mikołaja Parfenowicza. W każdym razie, Mitia był niesłychanie wzruszony, głos jego drżał od łez. Zbliżył się do stołu i oświadczył, że gotów jest podpisać wszystko, czego od niego zażądają.
— Piękny sen miałem, panowie! — rzekł dziwnym jakimś głosem, z twarzą rozpromienioną od szczęścia.
Po powtórnem odczytaniu i podpisaniu protokułu, sędzia oznajmił Miti tonem ściśle urzędowym, że od tej chwili nie jest już wolny i odstawiony będzie pod ścisłą strażą do więzienia.
Mitia wysłuchał tego zupełnie spokojnie.
— Cóż! Nie obwiniam was, panowie, rozumiem, że nie mogliście postąpić inaczej.
— Odstawi pana na miejsce stanowy prystaw, Maurycy Maurykowicz — dodał prokurator.
— Stójcie, panowie! — zawołał nagle Mitia, z jakąś nerwową egzaltacyą. — Wszyscyśmy nędzni, marni, źli — istne zwierzęta. Wszyscy umiemy sprowadzać łzy gorzkie, na twarze głodnych matek i dzieciątek przy piersi. Być może, ja gorszy jestem jeszcze od innych... I rozumiem teraz, że takim ludziom, jak ja, potrzebny jest jakiś grom z ręki losu, który, chwyciwszy ich, jak na arkan, ściągnie ich przymusem i gwałtem, i zmusi do odmiany. Ja np. nie podniósłbym się nigdy o własnych siłach. Ale oto grom uderzył. Przyjmuję mękę niesprawiedliwego posądzenia, przyjmuję hańbę i chcę cierpieć, aby się cierpieniem oczyścić. Ale po raz ostatni jeszcze powiadam wam, panowie, że nie winien jestem tego zabójstwa, nie przelałem krwi ojca mego. Przyjmuję karę za to, że go chwilami chciałem zabić, że, być może, zabiłbym go nawet, ale walczyć będę z wami do ostatniej chwili i dowodzić swojej niewinności. Resztę niech rozstrzygnie Bóg.
A teraz, gdy za chwilę już zostanę aresztantem, bez własnej woli, pozwólcie, bym pożegnał was jeszcze jako człowiek wolny i równy wam.
Oto Dymitr Karamazow wyciąga do was rękę po raz ostatni, żegnając was; żegnam się z ludźmi i światem.
Głos zadrżał mu przy ostatnich słowach i rzeczywiście wyciągnął do nich rękę, ale Mikołaj Parfenowicz, który stał najbliżej, cofnął się i ruchem instynktowym schował rękę za siebie; spostrzegłszy to, Mitia opuścił swoją.
— Badanie jeszcze nie skończone — rzekł sędzia z pewnem zakłopotaniem. — Ja z mojej strony zrobię wszystko, co będę mógł, aby pana uniewinnić. Osobiście uważam pana raczej za człowieka nieszczęśliwego, niż za zbrodniarza. Posuwałeś się pan w namiętnościach swoich do ostatnich granic.
Mała figurka sędziego wyrażała w tej chwili wielką godność i przejęcie. Mitia jakby tego nie zauważył; przez głowę przemknęło mu, że oto za chwilę ten młodzik weźmie go pod rękę i, zasiadłszy gdzieś w kącie, zacznie mu szeptać jakieś uwagi o panienkach, jak to zwykle robił, gdy się spotkali w towarzystwie. Podobnie błahe myśli przychodzą nieraz do głowy nawet ludziom na śmierć skazanym.
— Panowie — zaczął znów Mitia — a czy będę mógł zobaczyć się z nią?
— Ależ, oczywiście, przy świadkach jednak.
Przyprowadzono Gruszę. Pożegnanie ich było krótkie. Ona skłoniła się głęboko Miti.
Bądź zdrów, człowieku niewinnie zgubiony! — rzekła, a potem dodała: — Słuchaj, powiedziałam, że będę twoją, i będę, i pójdę za tobą wszędzie, cokolwiekby się stało.
— Przebacz mi, Grusza, miłość moją i to, że kochaniem swojem i ciebie zgubiłem.
Nie rzekł już nic więcej i wyszedł na ganek. Otoczony był pachołkami policyjnymi, którzy go nie spuszczali z oczu. Przed gankiem stały dwa zaprzężone wózki pocztowe. Stanowy, człowiek przysadzisty i gruby, z twarzą pospolitą, w tej chwili zły i chmurny, krzyczał i fukał, wydając rozkazy i rozpędzając ludzi, tłoczących się pod gankiem. Zwrócił się do Miti i polecił mu opryskliwym tonem, by siadał na wózek.
— Inaczej nie wyglądał, kiedym go poił w restauracyi — pomyślał Mitia, wsiadając.
Około bramy stało mnóstwo ludzi, chłopi, baby, dzieci i furmani.
— Bądźcie zdrowi, ludzie Boży! — zawołał Mitia.
— Bywajcie zdrowi, a darujcie i nam, Dymitrze Fedorowiczu — odpowiedziało kilka głosów.
— Bywaj zdrów i ty, Tryfonie Borysowiczu! — zawołał Mitia do gospodarza.
Ale szanowny Tryfon nie raczył odpowiedzieć, udając, że jest czemś zajęty.
Okazało się, że chłopek, którego wsadzili na kozioł, żądając, żeby wiózł stanowego, nie był wcale pocztowym woźnicą, uchylał się więc od zaszczytu, wołając, że nie on ma jechać, a Jakim; żądał też koniecznie, aby czekano na owego Jakima, którego w żaden sposób nie można było odszukać.
— Widzicie, jaki to naród u nas bez żadnego wstydu! — uniewinniał się przed stanowym Tryfon Borysowicz, którego obowiązkiem było dostarczenie koni.
Ten Jakim cztery dni już temu wziął pieniądze za dzisiejszy dzień, ale przepił, a sam przepadł gdzieś, rozstąp się ziemio!
Tyle tylko powiem, że się dobroci waszej dziwię, z tym naszym podłym narodem.
— Możemy przecież pojechać na jednym wózku, nie bój się, Maurycy Maurykowiczu, nie zbiegnę ci w drodze! — wmięszał się Mitia.
— Pozwól pan sobie powiedzieć, że wypraszam sobie takie mówienie — odburknął opryskliwie stanowy. — Najpierw, że ja wam nie ty. I radzę pamiętać, jeśli was dotąd nie nauczono.
Mówiąc to, stanowy wlazł jednak na wózek, na którym siedział Mitia i rozparł się szeroko i wygodnie, wyciskając prawie z miejsca swego więźnia. W gruncie, był sam niezadowolony z powierzonej sobie misyi.
Tryfon Borysowicz stał dumnie na ganku, zaznaczając ostentacyjnie niechęć swoją do więźnia.
— Bywaj zdrów, bądź zdrów, Dymitrze Fedorowiczu — rozległ się nagle serdeczny jakiś i pełen sympatyi głos.
Był to Kałganow, który wyskoczył bez czapki i ściskał z wielką przyjaźnią dłoń Dymitra.
Konie ruszyły i ręce ich rozplotły się.
— Bądź zdrów, człowieku miły! nie zapomnę ci nigdy szlachetności twojej! — zawołał do niego Mitia, odjeżdżając. I wózek potoczył się po błotnym gościńcu, przy brzęku monotonnych dzwonków, wiszących na uprzęży. Deszcz ustał, ale niebo zaciągnięte było chmurami, a zimny, jesienny wiatr dął prosto w oczy jadących.
Kałganow, zostawszy sam, powrócił do izby, a usiadłszy gdzieś w kącie, ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się, jak dziecko. Wierzył on mocno w niewinność Miti. „Jak można — pomyślał — co za ludzie? Jaki świat? Czy warto? czy warto żyć?...” powtarzał sobie w duchu rozgoryczony.





ROZDZIAŁ ÓSMY.

Brat Iwan.

Dwa miesiące upłynęło od chwili uwięzienia Dymitra i proces jego był w pełnym rozwoju.
W chłodny dzień listopadowy Alosza udał się do mieszkania Gruszy, która zawezwała go do siebie dziś jeszcze zrana.
Otwierając drzwi, Fenia oznajmiła Aloszy, że pani jej jest czemś bardzo zatrwożona i to jeszcze od wczoraj.
W trzy dni po zaaresztowaniu Dymitra, Grusza zachorowała ciężko.
Choroba jej trwała pięć tygodni, a kilka dni leżała nawet bezprzytomna. Obecnie była już zupełnie zdrowa, ale zmieniła się bardzo i schudła.
Mimo to, zdaniem Aloszy przynajmniej, piękność jej nic na tem nie straciła, owszem, twarz jej wydelikatniała i nabrała wyrazu.
W niej także odbyło się widocznie duchowe przemienienie. Dawna lekkomyślność zniknęła gdzieś bez śladu, a miejsce jej zajęła jakaś siła wewnętrzna, świadcząca o stanowczem postanowieniu rozpoczęcia na nowo życia. Na czole jej ukazała się pierwsza zmarszczka, rysująca się pionowo między brwiami, co nadawało chwilami pięknej jej twarzy wyraz prawie surowy. Mimo to wszystko, i mimo nieroztrzygniętego jeszcze procesu Miti, nie straciła Grusza tej swojej młodzieńczej radości życia, która i pierwej stanowiła w niej tak wielki powab. Przycichła tylko trochę, oczy jej złagodniały, chociaż i teraz błyskał w nich niekiedy złowieszczy ogień, przypominający dawne płomienie. Działo się to wtedy, gdy kto wspomniał przy niej imię Katarzyny Iwanownej. Zazdrosna była strasznie o Katię, bredziła o niej nawet w gorączce. Nie było do tego przecież żadnej przyczyny, bo Katarzyna trzymała się z daleka i nie odwiedziła ani razu Miti w więzieniu, mimo, że miała do tego sposobność. Aloszy zato okazywała Gruszeńka zupełne zaufanie i co chwila zasięgała jego rady.
Wszedłszy do niej, Alosza zastał u niej Maksymowa, który od przyjazdu z Mokroje, zagościł już na stałe w jej domu. Starowina leżał na wpół na ceratowej kanapie, obok niego na stole rozrzucone były karty, widocznie zabawiali się oboje z Gruszą grą w durnia.
Bezdomny starowina nie miał w istocie kątka, gdzieby się mógł przytulić. Przyznał się do tego Gruszy, dodając, że dotychczasowy jego dobroczyńca Kałganow, powiedział mu otwarcie, że dłużej go u siebie trzymać nie będzie i dał na pożegnanie pięć rubli.
— No! to Bóg z tobą, zostań u mnie, — powiedziała mu Grusza, a po tem zapomniała prawie o nim. Mimo to, sługi pamiętały o Maksymowie, nawet w czasie choroby Gruszy, podawały mu jedzenie i słały pościel na tej samej ceratowej kanapie, która była stałą jego rezydencyą. Powróciwszy do zdrowia, Gruszeńka zaczęła codzień odwiedzać Mitię w jego więzieniu, powróciwszy zaś słuchała paplaniny Maksymowa, ot tak, żeby smutek zabić. Przekonała się, że stary ma duży zapas ciekawych, a zwłaszcza zabawnych historyjek, i z czasem tak przywykła do niego, że stał się jej prawie niezbędny. Prócz niego i Aloszy nie przyjmowała nikogo. Stary jej kupiec, Samsonow, zachorował poważnie, a czując blizki swój koniec otoczył się rodziną i zakazał nawet Gruszy przychodzić do siebie. Kazał powiedzieć, że życzy jej długiego i wesołego życia, i żeby o nim całkiem zapomniała. Mimo to, Grusza posyłała co dnia dowiadywać się o jego zdrowie.
Obaczywszy wchodzącego Aloszę, rzuciła karty i skoczyła na jego spotkanie.
— Ach jak to dobrze, że wreszcie przyszedłeś.
Alosza miły, a Maksymuszka straszył mnie wciąż, że już dziś wcale nie przyjdziesz, siadajże, proszę, może się kawy napijesz?
— I owszem, bom się porządnie wygłodził.
— Fenia! słyszysz, kawy podawaj prędzej i pierożki, tylko, żeby były gorące.
Wiesz Alosza, co było z tymi pierożkami? Upiekłam dziś i zaniosłam mu do więzienia, a czy uwierzysz, przyjąć nie chciał i do ust nie wziął, jeden na podłogę rzucił i nogą podeptał.
Zostawiłam dozorcy, żeby mu wieczorem podał i powiedziałam, że jeśli ich dziś nie zje, to znaczy, że mu nic nie potrzeba, bo się tylko złością swoją i jadem żywi. Takem i odeszła.
— Czy uwierzysz, że ile razy przyjdę, to się zawsze pokłócimy.
— O cóż wam dziś poszło?
— Wyobraź sobie zazdrosny jest i o kogo? o mego pierwszego. „Ty jego — powiada — znowu trzymasz” ciągle, ciągle, robi mi sceny. Nawet o Samsonowa.
— Przecież wiedział o wszystkiem.
— Ależ wiedział, naturalnie, a dziś raptem łajać mnie zaczął. Wstyd powtarzać, co gadał. Dureń! Rakitka tam u niego siedzi, może on go buntuje.
— Kocha cię bardzo i dlatego zazdrosny, a teraz jeszcze rozdrażniony.
— Jak niema być rozdrażniony, kiedy jutro sąd.
— Dlatego też poszłam do niego, chciałam mu jakie słowo jeszcze od siebie powiedzieć. Mnie samej strasznie pomyśleć, co jutro będzie. A on zamiast o tem, sceny mi robi o tamtego. O jednego Maksymuszkę nie jest zazdrosny.
— Moja żona była o mnie bardzo zazdrosna, — ujął się za sobą Maksymow.
— Także gadanie! Ktoby tam o ciebie był zazdrosny.
— Ależ tak, bardzo była zazdrosna o każdą pokojówkę.
— Cicho bądź, Maksymuszka! głupstwa nie pleć, nie do śmiechu mnie teraz. A na pierożki mi oczu nie wytrzeszczaj, boś chory i zaszkodziłyby ci znów.
Szpital z mojego domu robi! jeszcze jego doglądaj! — rozśmiała się do Aloszy.
— Ja wiem, że niewart jestem waszej dobroci, lepiejbyście opiekowali się kimś potrzebniejszym odemnie, — chlipał żałośnie Maksymow.
— E! Zkąd tam można wiedzieć, kto potrzebniejszy? A czy wiesz? — dodała, zwracając się do Aloszy, — że i ten mój dawny siedzi tu w mieście i rozchorował się, więc poszłam go raz odwiedzić i przyznałam się do tego Miti. O to się tak rozgniewał. Ot i w tej chwili przyszła służąca od tamtego prosić o pieniądze, wciąż odemnie pożycza, ale, bo rzeczywiście bieda u niego, więc daję.
A Mitia o to zazdrosny. „Ty, mówi, umyślnie tak robisz”. Zabiegłam tam raz po drodze, idąc do Miti, — a tamten zaczął mi na gitarze grać i piosnki śpiewać, myśląc, że znowu się rozczulę.
Opowiedziałam to Miti dla śmiechu, a on jak łajać zacznie. Kiedy tak, to umyślnie pierożków poślę memu pierwszemu.
Fenia, daj służącej trzy ruble i dziesięć pierożków w papier zawiń dla tego pana. A ty Alosza opowiedz Miti, że posłałam tamtemu pierożki.
— Za nic w świecie mu tego nie powiem — uśmiechnął się Alosza.
— Ech! ty myślisz, że on naprawdę o mnie taki zazdrosny, gdzie tam, jemu to wszystko jedno — mówiła Grusza z goryczą. — Umyślnie udaje.
— Jak to umyślnie? — zdziwił się Alosza.
— E! głupi ty Alosza, nic nie rozumiesz.
Myślisz, że gniewałabym się na niego o to, że jestem taka? Ale on to wszystko udaje, bo sam jest winien. Przecież ślepa nie jestem i widzę.
Przychodzę dziś do niego, a on mi o Kati gada. Że taka i taka. Że mu doktora z Moskwy wypisała i adwokata najlepszego, żeby go niby bronić. W oczy mi ją chwalił, bezwstydnik!
A teraz na mnie chce zwalić winę, żeby sobie mógł z Katią pozwolić. Ot co! umyślnie zazdrosnego udaje, umyślnie mówię... tylko, że ja...
Nieskończyła i rozpłakała się głośno.
— On nie kocha Katarzyny Iwanówny, — zaprzeczył stanowczo Alosza.
— No, już sama osądzę kocha, czy nie kocha, — zagroziła Grusza. I Alosza aż zdziwił się, widząc, jak w jednej chwili zmieniła się jej twarz, wyrazem głuchej złości, która zupełnie skaziła jej urodę.
— Ale dość już tych głupstw! — rzekła po chwili.
Nie po to cię wezwałam. Jutro sąd. Co będzie, co? Przecież to lokaj zabił, Smerdiakow.
A nikt się o to nie troszczy, nikt nie zapytał.
Pójdź sam do adwokata Alosza — opowiedz mu.
— Smerdiakowa badali i to bardzo ściśle! doszli jednak do przekonania, że to nie on. — On zresztą chory teraz — naprawdę chory.
— Poszedłbyś sam do tego adwokata — sprowadziła go podobno Katia, za trzy tysiące rubli.
— Złożyliśmy się na to we trójkę, brat Iwan, Katarzyna Iwanówna i ja. Adwokat nie przyjąłby tak małej kwoty, tylko, że sprawa nabrała rozgłosu na całą Rosyę, więc zgodził się dla sławy. Byłem u niego wczoraj.
— No i cóż? co mówił? — pytała niecierpliwie Grusza.
— Wysłuchał tego, com mu powiedział, a sam nic nie powiedział. Twierdzi, że wyrobił już sobie własne zdanie o całej sprawie.
— A pocóż sprowadzaliście doktora?
— Jako eksperta — sprowadziła go swoim kosztem Katarzyna. Chciano dowieść, że brat mój ma umysł nienormalny i zabił ojca w przystępie szału.
— To jednak byłaby prawda, bo on rzeczywiście był wtedy szalony. O, to ja, podła, doprowadziłam go do tego. Tylko on nie zabił. A tu wszyscy przeciw niemu, całe miasto. Nawet Fenia tak przed sądem świadczyła, że wypadło, jakgdyby zabił. I w sklepie gdzie kupował zapasy to samo — i ten urzędnik Perchotin, co się z nim przyjaźnił.
— To prawda, że bardzo wielu świadczy przeciw niemu — zauważył smutnie Alosza.
— Chociaż, co do tego pomieszania, to, rzeczywiście, Mitia mówi czasem takie rzeczy, że go zrozumieć nie można — zauważyła na raz Grusza. — Pięknie mówi, co prawda, tak, że myślałam sobie nieraz, że może tylko ja jestem głupia i nie rozumiem, ale wczoraj, jak mi zaczął mówić o jakiemś niebożątku, które płacze i że on za to na Sybir musi iść, choć on ojca nie zabił, to w końcu rozpłakaliśmy się oboje, on wtedy pocałował mnie i przeżegnał.
Jak myślisz, Alosza, co to może być to niebożątko?
— Rakitin odwiedza go często, — zauważył z zamyśleniem Alosza. — Chociaż to nie może pochodzić od Rakitina.
— Nie, to nie Rakitin, to Iwan, brat wasz Iwan, chodzi do niego i mąci mu duszę. — Tu Grusza urwała nagle i poczerwieniała.
Alosza spojrzał na nią zdziwiony.
— Jakto, Iwan go odwiedza? wczoraj jeszcze mówił mi Dymitr, że Iwan nie był u niego ani razu.
— Ot i wygadałam się, — zawołała zmieszana Grusza. — Poczekaj, Alosza, to ci już wszystko powiem, tylko mnie nie wydawaj. Iwan odwiedza Mitię potajemnie i przykazał mu, żeby nikomu o tem nie wspominał. Mitia powiedział mi to pod wielkim sekretem.
Alosza zamyślił się. Wiadomość o Iwanie zastanowiła go bardzo.
— Z bratem Iwanem widuję się teraz bardzo rzadko, — rzekł powoli. — O sprawie Miti nic ze mną mówić nie chce — a ile razy przyjdę do niego, przyjmuje mnie tak niechętnie, że w końcu przestałem go odwiedzać. Ale jeśli on chodzi do Dymitra, to istotnie musi mieć wpływ na niego, bo Mitia zmienił się bardzo w ostatnich czasach.
— Ot, zmienił się, zmienił, — podchwyciła żywo Grusza, — mają jakiś ważny sekret, taki, że się Mitia uspokoić nie może, a pierwej taki był wesół. A teraz, jak zacznie chodzić po pokoju, a włosy palcami rozgarniać, to już wiem, że coś ma na sercu.
— I naprawdę nie kazał mi mówić, że Iwan do niego chodzi? — pytał Alosza.
— Ależ naprawdę, ciebie najbardziej boi się i przed tobą największy sekret. Niech się już raz nieszczęsna dowiem, co mi sądzono.
— Więc myślisz, że sekret ten ciebie dotyczy?
— Nie wiem, ale kto wie, może i mnie. Porzucić mnie pewnie chce, a powiedzieć nie śmie. Zmówili się wszystko troje na mnie, on, Iwan Fedorowicz i Katia. Wciąż mówi o Kati, że ona taka i taka, znaczy, że to ja gorsza jestem, i pozbyć się mnie chce. Mówił mi raz, że Iwan kocha Katarzynę, wiem, że często do niej chodzi. Powiedz mi, Alosza, czy to prawda? Czy naprawdę kocha się w niej.
— Kłamać ci nie będę, — odparł Alosza. — Iwan, zdaniem mojem, nie kocha Katarzyny.
— A co! nie mówiłam. Kłamie przedemną, bezwstydny! Zazdrosnego udaje, aby się mnie tylko pozbyć. „Ty, — powiada, — także wierzysz, że ojca zabiłem”. Takie rzeczy mnie mówi. Bóg z nim. Ale niechno poczeka. Posłyszy odemnie ta jego Katieńka słóweczko jedno. W sądzie powiem jutro, na głos. Wszystko powiem. — I znowu rozpłakała się.
— Powiem ci jedno! Gruszeńka, — rzekł Alosza, wstając z miejsca. — Dymitr kocha tylko ciebie, kocha nad wszystko na świecie, już ja go znam i możesz wierzyć memu słowu. O sekret jego badać go nie będę, a jeśli mi sam powie, to uprzedzę go odrazu, że obiecałem go tobie powtórzyć, a jestem pewien, że Katarzyna Iwanówna niema z tem nic wspólnego. — Pożegnał ją uściskiem dłoni, ale czuł, że słowa jego nie pocieszyły jej bynajmniej, płakała wciąż, nie dowierzając jego zapewnieniom.
Alosza udał się teraz do mieszkania pani Chachłakow dla zobaczenia się z Lizą, ale już w przedpokoju usłyszała głos jego sama pani i zawezwała go do siebie. Pani Chachłakow chorowała od jakiegoś czasu na nogę, nie kładła się do łóżka, tylko w eleganckim negliżu przebywała stale na kanapie w buduarze, w pozycyi pół-leżącej. Mimo cierpienia swego, była bardzo ożywiona, a przedewszystkiem zawsze ślicznie ubrana. Do negliżu swego wprowadzała różne udoskonalenia, nosiła przytem rozmaite błyskotki, jako to, bransoletki, zapinki, przepaski — tak dalece, że zwrócił uwagę na nie nawet Alosza, chociaż odganiał od siebie myśl o tem, jako próżną i błahą! Między stałymi gośćmi ukazywał się teraz codziennie prawie młody urzędnik, Perchotin. Aloszę przyjęła pani Chachłakow z okrzykami zachwytu.
— Wieki! wieki! jakem już pana nie widziała, cały tydzień, chociaż prawda, że byłeś we środę u Lizy. Pewna jestem, że chciałeś teraz przemknąć się na palcach prosto do niej; ach, kochany, mój drogi panie, jak ta dziewczyna mnie niepokoi. Tobie, coprawda, ufam zupełnie, wiem, że wyperswadowałeś jej te dziecinne fantazye chorego dziecka, że niby ciebie kocha. Nie gniewaj się pan na mnie, że nazywam cię poprostu Alosza, mnie starej wszystko wolno — mówiła, uśmiechając się z kokieteryą.
— Ale po śmierci starca Zosimy, świeć panie duszy jego (tu przeżegnała się nabożnie) uważam pana za jego następcę. Chociaż tymczasem ogromnie panu do twarzy w kostiumie świeckim. Gdzie pan sobie kupił ten garnitur? sukno w prześlicznym gatunku. Ale nie o tem chciałam mówić, wszystko mi się teraz miesza w głowie. Co to będzie jutro z tym sądem? umieram z ciekawości. Widzę, że pan masz ochotę wymknąć się odemnie do Lizy. Ale kawy się wpierw napijesz. Julia! Grafio! Kawy podać!
Alosza podziękował za kawę, — tłómacząc się że pił ją już gdzieindzej.
— U kogoż to?
— U Agrafii Aleksandrownej.
— Co! u tej kobiety, która tylu ludzi zgubiła? Chociaż podobno teraz zrobiła się z niej święta, prawdziwa mniszka. Trochę zapóźno, co prawda, wybrała się ze swoją świętością, trzeba było pierwej o tem pamiętać. Cóż teraz komu po jej świętości?
Więc jutro ten okropny proces?
Pojadę koniecznie, chociażby mieli mnie wnieść na krześle do sali sądowej. Wezwana jestem jako świadek. Co ja im powiem? co powiem, to doprawdy sama jeszcze nie wiem.
— Nie wiem, czy pani będzie mogła wogóle pojechać przy swojem cierpieniu.
— Ależ owszem, ja mogę siedzieć. Taki ciekawy proces. Z jednej strony, dziki występek i Sybir, z drugiej miłość, i to tak szybko jedno po drugiem, a w końcu cóż z tego zostanie? starość i mogiła. Boże mój, jak to dziwnie bywa na świecie. Ta Katia, naprzykład, takie urocze stworzenie, ale jaki mi zawód zrobiła. Koniecznie się wybiera na Sybir za Dymitrem, ażeby nad nim czuwać, a brat wasz, Iwan, pojedzie tam także za nimi i dalej się tam dręczyć będą. W głowie mi się już miesza od tego wszystkiego. A jeszcze te gazety, piszą wszystko i o mnie nawet był artykuł. Nazywają mnie tam jedną z kochanek przestępcy, patrz pan, przeczytaj.
Mówiąc to, wyjęła z pod poduszki gazetę i podała ją Aloszy.
— „Pogłoski”, moja ulubiona gazeta, którą zaprenumerowałam od Nowego Roku.
Istotnie, cała prasa stołeczna zajmowała się bardzo żywo sprawą Karamazowych; czego już nie napisano o niej przez te dwa miesiące? Zajmowano się nietylko samym Dymitrem, ale i całą jego rodziną. Alosza np. wyczytał o sobie dwie zupełnie sprzeczne wiadomości. W jednej z nich donoszono, że pod wrażeniem przestępstwa brata przywdział habit zakonny. W drugiej, że i on także jest zbrodniarzem, który okradł kasę klasztorną i uciekł ze zrabowanymi pieniędzmi. Korespondencya, która tak zaalarmowała panią Chachłakow, brzmiała jak następuje: „Morderca, którego sprawa roztrząsana będzie w tych dniach w naszem mieście, spędzał życie, jak się pokazuje, na rozmaitego rodzaju miłostkach i miał ogromne powodzenie u płci pięknej. Wywierał on, zwłaszcza, jakiś szczególniejszy urok na pewien typ tęskniących w samotności kobiet. Jedna z takich samotnych, bardzo już dojrzała wdowa i matka dorosłej córki, była nim do tego stopnia oczarowana, że proponowała mu na dwie godziny przed spełnieniem zbrodni wspólną ucieczkę do kopalni złota na Sybirze. Zbrodniarz jednak uważał widocznie, że dogodniej mu będzie zamordować i ograbić własnego ojca, niż puszczać się w towarzystwie czterdziestoletniej piękności na niepewny eksperyment zdobywania złota na Syberyi.”
Alosza przeczytał uważnie przytoczony wyżej ustęp, poczem złożył gazetę i zwrócił ją pani Chachłakow.
— A co! — zaszczebiotała — widzi pan, czterdziestoletnia piękność, to napewno ja. A wie pan, kto to napisał? (Niech mu Pan Bóg wybaczy, jak ja mu wybaczam tę czterdziestoletnią piękność). Nikt inny, tylko pański przyjaciel, Rakitin.
— Nie jest moim przyjacielem, ale nie słyszałem, żeby to on pisał.
— Ależ on! on, napewno, wymówiłam mu dom, nie wiem, czy pan słyszał tę historyę.
— Wiem, że nie bywa u pani, ale nie słyszałem, z jakiej przyczyny, wogóle rzadko się z nim teraz spotykam.
— Co prawda, że nie mogę nawet mieć za złe jego postępku, gniewam się na niego troszkę, ale nie bardzo. Wyobraź pan sobie, że w ostatnich czasach bywał u mnie często, i biedak zadurzył się we mnie po uszy. A jak pan wie, bywa tu u mnie także młody tutejszy urzędnik, Perchotin, co to za rozumny i porządny człowiek, a przytem prześlicznie wychowany, miły, wykształcony, maniery ma doskonałe, głowa poprostu ministeryalna, przyszła znakomitość niezawodnie. Ubrany zawsze bez zarzutu, a przyjaciel pański, Rakitin, przychodził nieraz w zabłoconych butach i wyciera je o dywan.
Otóż, prawdę powiedziawszy, oni dwaj nie lubią się wzajemnie i przy spotkaniu zawsze jeden drugiemu dogryzie. Kiedyś Rakitin był bardzo sentymentalny i czuły, a odchodząc, ściskał moją rękę bardzo długo i mocno. I tak się jakoś zdarzyło, że tego samego dnia, kiedy mnie tak mocno uścisnął, rozbolała mnie noga i musiałam się położyć. Dowiedziawszy się o tem, przyjaciel pański, Rakitin, napisał wiersze do moich nóżek, wcale zgrabne, i przyniósł mi je, ot, leżą pod poduszką.
Przyszedł tego dnia i Perchotin, więc pokazałam mu wiersze, a on jak zacznie krytykować. Powiedział, „że to marne wierszydła, że napisał je z pewnością jakiś popowicz, że przytem temat zbyt ryzykowny.” Rakitin wysłuchał tego wszystkiego i okropnie się obraził. „To ja pisałem te wiersze, — powiedział — pisałem je na żart, ale wiersze są zupełnie dobre. Puszkin napisał także wiersz do kobiecych nóżek, za co mu teraz pomniki stawiają.” A Perchotin na to z drwiącą miną: „Bardzo przepraszam, nie wiedziałem, że to pan, nie byłbym powiedział mego zdania, wiem, że poeci są tacy draźliwi.” A wiedział doskonale, że to Rakitin. Wówczas pański przyjaciel podniósł głos i zaczął krzyczeć na Perchotina: „Pan ma pojęcia zacofane, nie rozumie pan nowych prądów, ani humanitarnych idei, nie ma pan wyobrażenia o postępie, a jako urzędnik, bierze pan z pewnością łapówki.” Wówczas zamknęłam oczy i myślę: „Wymówić mu dom, czy nie wymówić? jak śmie krzyczeć na moich gości i to jeszcze przy mnie.” No, i ostatecznie wymówiłam. Ale wie pan, nie dlatego nawet, żebym była obrażona, tylko zdawało mi się, że to bardzo pięknie wypadnie, taka niby scena, jak z dramatu. „Dom wymawiam dawnemu przyjacielowi.” A on obraził się i naprawdę nie przychodzi, a teraz ze złości napisał na mnie ten artykuł.
— Przepraszam panią, — próbował wymknąć się Alosza — ale muszę już odejść, bo mi bardzo pilno do brata.
— Ależ naturalnie, rozumiem, że panu pilno, ale poczekaj pan, jeszcze tylko jedno powiem. Czy pan wie, co to afekt?
— Jakto afekt?
— Taki sądowy afekt, za który najsurowszy sąd wszystko przebacza. Choćbyś pan niewiem co zrobił, wszystko panu darują.
— Właściwie, dlaczego pani o tem mówi?
— Jakto dlaczego? To ten doktór, który przyjechał; musisz pan wiedzieć, że Katia sprowadziła doktora, który umie rozpoznawać waryatów, choćby kto nim nie był. Albo ta Katia! Taka się teraz zrobiła skryta, takie tony ze mną przybiera, że już wcale nie mogę odgadnąć, w kim się kocha. Otóż, widzi pan, siedzi sobie, naprzykład, człowiek zupełnie zdrów, wcale nie obłąkany, tylko jest w afekcie, i przytomny jest, i wie doskonale, co robi, ale robi w afekcie. Wtedy, podobno, niema żadnej winy i wszystko sąd przebacza. To właśnie najnowsze odkrycie i dobroczynny wpływ nauki na rozwój sądownictwa. Otóż ten doktór był u mnie i pytał, czy Dymitr, wasz brat, był w afekcie owego wieczora, kiedy radziłam mu jechać do kopalni złota; oczywiście, że w afekcie, krzyczał przecież, tupał nogami, o pieniądze wołał, jednak mówił, że nie zabije, a przecież poleciał i zabił.
— Ależ on nie zabił... — zaprzeczył niecierpliwie Alosza.
— Ach, prawda! wiem już, wiem, zabił go ten Grigor.
— Zkądże znowu Grigor?... — dziwił się Alosza.
— Bardzo być może, że Grigor. Gdy go pański brat uderzył po głowie, leżał on jakiś czas nieprzytomny, a potem wstał, dostał afektu, i w afekcie zabił waszego ojca. Przecież to zupełnie prawdopodobne. Chociaż nie — lepiej, daleko lepiej, że Dymitr Fedorowicz zabił. Nie dlatego, że syn ojca, tego nie chwalę, przeciwnie, ale jeżeli go zabił w afekcie, to niema się czego martwić, bo i winy żadnej niema. Wszyscy doktorowie to potwierdzą. Jakby to przecież dobrze było, żeby go uwolnili, tak po ludzku, humanitarnie. Wie pan co, jeżeli go uniewinnią, to ja tegoż samego dnia wydam dla niego obiad proszony i mnóstwo osób zaproszę. Ja myślę, że on nie popełni już żadnego gwałtownego czynu, gdyby jednak chciał, to łatwo go będzie wyprowadzić. A potem pojechać może do innego miasta i zostać tam, naprzykład, sędzią pokoju. Najlepiej, aby został sędzią, bo tacy, którzy sami wiele przecierpieli, umieją potem sprawiedliwie sądzić innych. Koniecznie trzeba wprowadzić do naszego sądownictwa to prawo o afektach. Moja Liza także często wpada w afekt; czy pan wie, co ona dziś zrobiła? Ale pan pewno chce pójść do niej?
— Tak jest — powiedział Alosza i powstał z miejsca, chcąc już stanowczo opuścić panią Chachłakow.
— Ależ poczekaj pan! nie powiedziałam jeszcze tego, co najważniejsze. Mam do pana zupełne zaufanie i powierzam panu Lizę bez żadnej obawy. Ale nie mogę tego samego powiedzieć o pańskim bracie, Iwanie. Chociaż to bardzo inteligentny młody człowiek, nie powierzyłabym mu córki, tymczasem, niech pan sobie wyobrazi, on także zaczyna odwiedzać Lizę i to w sekrecie przedemną.
— Co? Iwan był u Lizy? — zawołał Alosza, tym razem naprawdę zdziwiony.
— Ależ tak, był u niej, a ja dowiedziałam się o tem dopiero w trzy dni potem, od Julii. Pytam Lizy, czego chciał, ale nic mi nie powiedziała, tylko raz, gdy przyszłam do niej, zaczęła wołać: „Ja nienawidzę Iwana Fedorowicza, niech mu mama dom wymówi.” A ja na to: Jakże ja mogę, moje dziecko, wymawiać dom człowiekowi tak dystyngowanemu, a jeszcze w takiem nieszczęściu, bo nie można powiedzieć, żeby to było szczęście ten wypadek z waszym ojcem i z Dymitrem. Ale otóż i Piotr Iwan Perchotin — zawołała nagle, promieniejąc cała. — Witam kochanego pana, a czemu się pan tak spóźnił? Gdzie to pan idzie, Aleksy Fedorowiczu?
— Ja do Lizy — odrzekł Alosza, rejterując szybko.
— Tylko nie zapomnij pan odwiedzić mnie znów.
Wszedłszy do Lizy, Alosza znalazł ją w bardzo złem usposobieniu. Była widocznie ogromnie rozdraźniona i zdenerwowana, schudła przytem, a pożółkła jej twarzyczka wyglądała chorobliwie.
— Wiem, że śpieszysz do brata, a mama zatrzymała cię całe dwie godziny i opowiadała niestworzone rzeczy.
— Zkądże wiesz o tem?
— Podsłuchiwałam pod drzwiami; cóż patrzysz na mnie tak surowo, podsłuchiwałam i wcale się tego nie wstydzę i zawsze tak będę robiła, bo nie ma w tem nic złego.
— Widzę, że jesteś bardzo rozdraźniona.
— Przeciwnie, jestem w doskonałym humorze i bardzo się cieszę, że ci odmówiłam i żoną twoją nie będę.
— Czy po to mnie wezwałaś?
— Po to. Chciałam ci powiedzieć jedno moje pragnienie. Okropnie chcę, żeby się ze mną ktoś ożenił, a potem porzucił, zdradził, odjechał. Ja nie chcę być szczęśliwa.
— Podoba ci się życie nieporządne?
— Tak! chcę prowadzić życie nieporządne. Lubię to! Takbym chciała, naprzykład, podpalić dom — i to tak: podkraść się pocichutku, żeby nikt nie widział i podpalić, a potem patrzeć, jak drudzy nie wiedzą, że pożar się zaczyna, a ja jedna wiem.
— Zkąd takie myśli? To bogactwo tak cię psuje, zbytek, w którym żyjesz.
— A tobie się zdaje, że lepiej żyć ubogim?
— Lepiej, stokroć lepiej.
— Wcale nie lepiej; wolę daleko, że jestem bogata i będę jadła konfitury ze śmietanką i nikomu nie dam. Tylko mi nie zaprzeczaj, nic nie mów, sto razy już słyszałam twoje wszystkie morały. Alosza! czy ty wierzysz, że jabym podpaliła?
— Dlaczegóźby nie? bywają dzieci, które podpalają, ale to choroba.
Patrzył na nią uważnie. Zdziwiła go niezwykła surowość, jakby starość, w tej nawpół jeszcze dziecinnej twarzy, ani śladu dawnej pustoty, widocznie jakiś ciężki proces wewnętrzny odbywał się w jej młodej duszy.
— Ty mną pogardzasz, Alosza, a mimo to powiem ci, że ja nie lubię robić dobrze, lubię robić źle. To tak przyjemnie zrobić coś złego pokryjomu, a potem wszyscy się dowiedzą i palcami wskazują, wszyscy patrzą i to jest przyjemnie. Powiedz mi, Alosza, dlaczego to jest przyjemnie?
— Bierzesz złe za dobre i nie zdajesz sobie z tego sprawy.
— Kiedy ja wiem, że ludzie lubią występek, kochają się w zbrodni.
— Widzę, że czytujesz złe książki.
— A naturalnie, że czytuję. Mama chowa pod poduszkę, a ja wykradam i czytam.
— I pocóż ci takie wiadomości?
— Bo to prawda. Oto, naprzykład, wszyscy niby oburzają się, że wasz brat zabił ojca, a przecież wszyscy tak się tem zajmują, jakby się cieszyli, jakby się coś najlepszego stało.
— Jest trochę prawdy w tem, co mówisz, Lizo, tylko, że Dymitr nie jest zabójcą.
— Słuchaj, Alosza! dlaczego ja się ciebie nie wstydzę i wszystko, wszystko ci mogę powiedzieć. Wiesz, że napisałam do brata twego, Iwana, i on był u mnie.
— Powiedz prawdę, Lizo. Więc rzeczywiście pisałaś do niego?
— Ależ tak, chciałam go o jedno zapytać, ale nie śmiałam, on posiedział pięć minut, pożegnał mnie i poszedł.
— Postąpił uczciwie — szepnął Alosza.
— Ale on mną pogardza.
— Lizo, to człowiek chory, tak, jak i ty. On nie pogardza, tylko nikomu nie wierzy. Chociaż nie wierzyć, jest prawie to samo, co pogardzać.
— Słuchaj, Alosza, jabym tak chciała... — tu rzuciła się nagle ku niemu i objęła go rękami. — Ratuj mnie, Alosza, ratuj! Mnie tak źle, tak strasznie źle, ja żyć nie chcę i nienawidzę wszystkich, czy słyszysz? wszystkich, prócz ciebie.
Alosza uspokajał ją, jak mógł, ale pilno mu już było, bo lada chwila mogli mu wzbronić wstępu do więzienia, który zamykano o dziewiątej. Gdy odchodził, Liza wsunęła mu do ręki zapieczętowany liścik.
— Oddaj to, oddaj koniecznie — krzyknęła za nim.
Alosza spojrzał na list — zaadresowany był do Iwana.
Gdy odszedł, Liza pobiegła do drzwi, a włożywszy palec w szczelinę, przycisnęła go sobie umyślnie aż do krwi. „Podła jestem, podła!” powtarzała cicho.
Późno już było, gdy Alosza przyszedł do więzienia, mimo to, wpuszczono go odrazu. Wszyscy go tam lubili, począwszy od dozorcy, aż do ostatniego stróża. Prócz niego, częstymi gośćmi w więzieniu byli także Grusza i Rakitin. Ten ostatni wychodził właśnie w chwili wejścia Aloszy. Rakitin nie lubił spotykać się z Aloszą, i teraz udał, że go nie widzi, zapinając niby palto i szukając parasola.
— Bylebym nie zapomniał tu co swojego — powiedział tak, aby coś powiedzieć.
— A zwłaszcza coś cudzego — zaśmiał się Mitia.
— Ostrzegaj przed tem swoich Karamazowych — odciął się Rakitin, nie ukrywając gniewu.
— A ty czego? Powiedziałem to tylko dla żartu, i o cóż się tu do dyabła obrażać? Oni wszyscy tacy — dodał, zwracając się do Aloszy — śmiał się przed chwilą i był w najlepszym humorze, a teraz się obraził.
— Czemu on tak często tu przychodzi, czyście się zaprzyjaźnili? — zapytał brata Alosza.
— Nie, nie to. Rakitin jest świnia, a mnie uważa za zbrodniarza, przytem nie zna się na żartach, oschła dusza. Ale rozum ma. No cóż, ze mną już koniec, drogi Alosza.
— Jutro sąd? Czy naprawdę nie masz żadnej nadziei?
— Sąd — fraszka, nie o nim myślę, mówiąc, że wszystko przepadło, a o tem, co miałem w głowie.
— Cóż to było?
— Ideje, bracie, ideje! Etyka. Wiesz ty co to etyka?
— Etyka? — zdziwił się Alosza.
— No tak, taka nauka.
— Wiem, że to nauka, ale nie potrafiłbym ci jej bliżej określić.
— A Rakitin potrafi. Rakitin wszystko wie. Ten nie pójdzie na mnicha. Do Petersburga się wybiera karyerę zrobić i zrobi niezawodnie; on do tego majster. Dla mnie zaś wszystko już przepadło, tak, Alosza miły, człowieku Boży, którego kocham nad wszystko. Serce mi drży do ciebie. Powiedz mi, kto to był Karol Bernard?
— Jakto, Karol Bernard?
— To jest chciałem powiedzieć Claude Bernard, Klaudjusz Bernard. Co to takiego? Chemik, zdaje się.
— Przyznam ci się, że nie wiem dokładnie — odparł Alosza.
— Czort bierz, i ja nie wiem — odparł Mitia — łajdak z pewnością jakiś, wszyscy oni tacy, te Bernardy, dużo się ich teraz namnożyło.
— Co ci jest, bracie? — pytał niespokojnie Alosza.
— Nic. Wiesz, Rakitin pisze studyum o moim procesie, biorąc za motto słowa: „Musiał zostać mordercą, dzięki środowisku”. Ma w tem być i źdźbło socyalizmu, tak mi mówił przynajmniej. Pracą tą rozpocząć chce swoją literacką karyerę. Brata Iwana nienawidzi, ciebie także nie miłuje. Ja go znoszę, bo co mi tam! bądź co bądź, mądry człowiek. Tylko mówię mu czasem tak: „Karamazowy to nie zbrodniarze, a filozofy, bo każdy prawdziwy Rosyanin jest filozofem, a ty, żebyś się nie wiem jak uczył, nie będziesz filozofem, a śmierdziuchem.” On śmieje się, niby, a zły — a ja mu na to: de gustibus non est disputandum. Widzisz, jaki się ze mnie zrobił łacinnik.
— Powiedz mi lepiej, dlaczego ci się zdaje, że wszystko przepadło? — pytał Alosza.
— No tak, bo przepadło, tylko Boga mi żal, ot co.
— Jakto! Boga żal?
— Wyobraź sobie, że właściwie są tylko nerwy, tak mnie Rakitin objaśnił. Patrzę naprzykład na coś oczami, wnet rozpoczyna się drganie niteczek nerwowych, przenosi się do mózgu, nie zaraz, a po sekundzie, i tworzy się obraz, nie obraz a przedmiot, nie przedmiot a myśl, czyli raczej zdarzenie. Mądra nauka! prawda? Wspaniała nauka. Rozumiem teraz, że powstanie z tego zupełnie nowy człowiek, nowy typ, ale zawsze wiary mi żal, dawnej wiary mojej.
— I to już dobrze — szepnął Alosza.
— Że mi żal? A Rakitin powiada, że teraz będzie tylko chemia. Uf! jak Rakitin nienawidzi wiary. On i jemu podobni. To ich drażliwy punkt, to ich bolączka, mimo, że kłamią i wypierają się tego. „Więc w takim razie — mówię mu — człowiekowi wszystko jest dozwolone, niema dla niego żadnego hamulca.” „A oczywiście — powiada — rozumnemu człowiekowi wszystko jest dozwolone, nie takiemu, jak ty. Tyś zabił i za głupie trzy tysiące gnijesz w więzieniu.” Świnia! pozwala sobie mówić mi takie rzeczy. Dawniej wyrzuciłbym takiego za drzwi, a dziś słucham, co gada. Bo trzeba przyznać, że jest mądry. Przeczytał mi raz jedną swoją broszurę, wypisałem sobie z niej jedno zdanie — posłuchaj, przeczytam ci:
„Chcąc rozstrzygnąć stanowczo jakąś kwestyę, należy przedewszystkiem przeciwstawić swojej indywidualności własną istotę wewnętrzną.”
— Czy zrozumiałeś co z tego?
— Ani słowa.
— Ja także nie. On powiada, że wszyscy teraz tak piszą. Najnowsza metoda. A słyszałeś o wierszach, które napisał do Chachłakowowej?
— Nie słyszałem.
— To ci opowiem, bo to cała historya. Przychodził do mnie i ciągle mi się zwierzał, a ze mnie szydził. „Ty — powiada — wdepnąłeś za marne trzy tysiące, a ja bez żadnego niebezpieczeństwa dostanę pół miliona. Ożenię się z wdową Chachłakowową, za jej pieniądze kamienicę wystawię w Petersburgu i dziennik wydawać zacznę.” I aż mu ślina do ust idzie, oczywiście, nie do Chachłakowowej, a do jej pół miliona. I umizgać się do niej zaczął. A tu, na szczęście, pojawił się Perchotin i, zdaje mi się, ubiegł go. Zuch chłopak! Czy wiesz, Chachłakowowa nigdy rozumu nie miała, a nie nabrała go i teraz, a przecież sambym tę idyotkę wycałował, za to tylko, że Rakitinowi dom wymówiła.
A jak się łotr obraził, że mu dom wymówili, aż zębami zgrzytał z gniewu.
— Już się zemścił — odparł Alosza — napisał korespondencyę o Chachłakowowej.
— Ach te korespondencye — westchnął Mitia — ile już kłamstw podłych wypisano o nas wszystkich, a zwłaszcza o Gruszy i o Kati.
— Bracie! — rzekł Alosza — nie wolno mi bawić tu długo, a jutro taki ważny dzień, a sąd Boży nad tobą, aż mi dziwno, że możesz myśleć o takich błahostkach.
— Nie dziw się — odparł Mitia — pocóż mam zaprzątać sobie głowę morderstwem, które popełnił Smerdiakow. On zabił, teraz jestem o tem najsilniej przekonany i Bóg sam ukaże go, zobaczysz.
Podszedł do Aloszy i pocałował go, a oczy jego gorzały dziwnym blaskiem.
— Posłuchaj, Alosza, Rakitin nie pojmie takich rzeczy, ale ty zrozumiesz. Bracie, ja w tych ostatnich miesiącach odkryłem w sobie nowego człowieka! Człowiek ten był we mnie zawsze, ale nigdyby się na jaw nie wydobył, gdyby nie ten straszny cios. Myślę, że w najlepszym wypadku skazany będę na dwadzieścia lat, rozbijać będę młotkiem twardą grudę. Nie przestrasza mnie to wcale, byleby ten nowy człowiek nie odszedł odemnie. Nie zabiłem ojca, a mimo to, zniosę karę, bo widać tak potrzeba. Nie darmo w takiej godzinie przyśnił mi się taki sen o tem biednem dziecku. Tak, trzeba, żeby ktoś cierpiał za innych, za biedne dzieci. Wszystko to przyszło mi na myśl wśród tych szarych, wypłowiałych ścian mojego więzienia. Pod ziemią, między katorżnikami, można także znaleźć ludzi i wskrzesić w niejednym zamarłe serce, odrodzić je tak, że z podziemnych min powróci na świat aniołem lub bohaterem. I tam nawet, pod ziemią, w kajdanach, wśród wielkiej nędzy naszej, zmartwychwstać możemy dla radości, bez której człowiek żyć nie może. Bo radość daje Bóg, to już jego wielki, boski przywilej. I jeśli tacy, jak Rakitin, wygnają Boga z powierzchni ziemi, to my, ludzie podziemni, przyjmiemy go do siebie i z piersi naszej popłynie wielki, tragiczny hymn, na cześć Jego i świętej radości życia.
Mitia mówił to wszystko z głębokiem przejęciem, usta mu drgały, a z oczu płynęły wielkie, kropliste łzy.
— Tak, życie i pełne życie odnaleźć można i pod ziemią. Ty nie uwierzysz, Alosza, jak ja teraz pragnę żyć, jak pożądam życia, istnienia i pełnej jego świadomości. Taki Rakitin nigdy tego nie zrozumie. On, byle miał dom w Petersburgu i lokatorów, którzy mu będą płacili, więcej nie potrzebuje. Na ciebie też czekałem, aby ci to wszystko powiedzieć. Nie boję się cierpienia i zniosę je, żeby było niewiem jak wielkie, bylebym tylko wiedział, bylebym mógł w każdej chwili powiedzieć sobie, że „jestem”. Cierpię, ale jestem, mąk tysiące znoszę, ale jestem i wiem o tem, i słońce widzę, a jeżeli nie widzę, to wiem, że świeci, a wiedzieć, że jest słońce, to już życie. Alosza! cherubinie ty mój! Ci ludzie zabijają mnie swemi filozofiami: Rakitin i brat Iwan. Iwan — to sfinks, milczy zawsze i tai w sobie swoją ideę. Ja dawniej nie miałem tych wszystkich wątpliwości, a teraz dręczę się niemi. Bo jeśli to, co mówi Rakitin, jest prawdą, to jakim sposobem człowiek może być cnotliwy? co będzie kochał? co czcił? Rakitin twierdzi, że i tak kochać można ludzkość, a ty, powiada, staraj się, żeby ceny mięsa nie podnosiły się, a więcej tem dobra wyświadczysz ludzkości, niż całą twoją filozofią. A ja mu na to: A ty z twoją filozofią pierwszy cenę mięsa podniesiesz i rubel do rubla na tem odkładać będziesz. Rakitin, powiada, że cnota to rzecz względna. Inną ma np. Chińczyk, inną ja. w takim razie co jest cnotą? Iwana pytam, ale on milczy; ze źródła jego duszy zaczerpnąć chciałem, ale on zawsze zbywa mnie niczem. Raz tylko powiedział słówko.
— Cóż takiego? — pytał niespokojnie Alosza.
— Ja mu mówię: Więc w takim razie człowiekowi wszystko jest dozwolone? A on mi na to: Nasz ojciec, Fedor Pawłowicz, to było zwierzę, ale umiał myśleć prawidłowo. Co z tego odgadniesz?
— To prawda — odrzekł z goryczą Alosza — a kiedyż Iwan był u ciebie?
— O tem potem. Iwan doradza mi jedną rzecz, ale to się rozstrzygnie dopiero wtedy, gdy na mnie wyrok wydadzą.
— A czy mówiłeś z adwokatem?
— Co tam adwokat? Opowiedziałem mu wszystko, ale on nie wierzy mi ani na obwinięcie palca, myśli, że ja zabiłem. „Pocóż w takim razie podjąłeś się pan obrony?” spytałem go. Pluję na nich wszystkich. Doktora wypisali, chcąc mnie waryatem zrobić; nigdy się na to nie zgodzę. Katarzyna opiekę nademną roztacza, obowiązek chce spełnić do końca. Babski upór. Wie wszystko, co powiedziałem o niej w śledztwie, powtórzyli jej. Dowody przeciw mnie mnożą się, jak piasek w morzu. Grigor wrogiem mi jest; coprawda, wolę mieć w niektórych wrogów, niż przyjaciół. (Mówię to nie o Grigorze, ale o Katarzynie Iwanównie.) Gotowa opowiedzieć publicznie pierwsze swoje ze mną przejście z tymi czterema tysiącami. Nie potrzebuję jej poświęceń, nie chcę, żeby o tem mówiła; wstyd zrobi sobie i mnie. Jej nie żałuję, sama chce. Ale Grusza, Grusza, za co tak cierpi? Myśl o niej zabija mnie. Była dziś u mnie.
— Wiem — odparł Alosza — wyszła bardzo na ciebie rozżalona.
— Uniósł mnie mój przeklęty temperament i zrobiłem jej scenę zazdrości. Płakała, pocałowałem ją na pożegnanie, ale jej nie przeprosiłem.
— Dlaczego, bracie? — pytał ze zdziwieniem Alosza.
— Niech cię Bóg strzeże, drogi chłopcze, abyś miał kiedy przepraszać kobietę, a zwłaszcza kobietę, którą kochasz. Nigdy, nigdy, choćbyś nie wiem jak przed nią zawinił. Bo widzisz, bracie, kobieta... Bóg jeden wie, co tam w nich siedzi, a ja przecież znam je trochę. Spróbuj tylko uznać się przed nią winnym, powiedzieć: zawiniłem, ale mi przebacz, daruj. Spadnie ci zaraz na głowę cały grad wyrzutów. Nigdy nie potrafi przebaczyć uczciwie, po prostu, zaraz cię poniży, sponiewiera, wyciągnie nawet takie rzeczy, których wcale nie było, niczego nie opuści, o niczem nie zapomni, swoje jeszcze doda — i wtedy dopiero daruje ci winę. I to jeszcze zrobi tak tylko dobra, zupełnie dobra kobieta. Taka w nich tkwi drapieżność, we wszystkich, co do jednej, w tych aniołach, bez których żyć nie możemy.
— Słuchaj bracie! Każdy, mniej więcej porządny mężczyzna, musi być pod pantoflem kobiety, tej, czy innej, takie jest przynajmniej moje przekonanie. Nie poniża to bynajmniej mężczyzny, nie poniży nawet bohatera, Cezara samego nie zmniejszy... Ale przepraszać? — nigdy w świecie. Miej to sobie za prawidło — nigdy. Poleca ci to twój brat, Mitia, którego kobiety zgubiły. Nie, już ja i bez przeproszenia czemś ułagodzę Gruszę. Kocham ją i czczę, ale ona tego nie widzi, nie chce widzieć, zawsze jej za mało. I zaprawia mi cierpieniem tę miłość naszą. Pierwej dręczyła mię tylko jej chwiejność, ale dziś duszę jej całą wziąłem w moją i przez to stałem się człowiekiem. Czy też pozwolą nam wziąć ślub? Inaczej umrę z zazdrości. Co ona ci mówiła?
Alosza powtórzył mu słowa Gruszy.
— Więc nie gniewa się o to, żem zazdrosny? Sama ma takież serce, i lubi to. I ja także lubię takie usposobienie, chociaż nienawidzę, gdy kto o mnie jest zazdrosny. Będziemy się z Gruszą strasznie szarpali, ale też i kochać się będziemy. Czy tylko wolno mi będzie wziąć ją za żonę? Katorżnikom podobno nie pozwalają się żenić, — a bez niej żyć nie potrafię.
Słuchaj Alosza — mówił dalej — ja ci powiem jedną tajemnicę, powiem i prosić cię będę, abyś wydał sąd, bo tobie jednemu wierzę. Tylko nie mów nic dzisiaj, dziś nie rozstrzygaj, a dopiero po procesie, gdy wyrok na mnie wydadzą. Wtedy powiesz, a zrobię co postanowisz. Oto widzisz, Iwan, odkąd przyjechał, namawia mnie do ucieczki, wszystko już obmyślił, przygotował i prosi bardzo, nastaje, nie prosi nawet, a każe. On mówi, że skazanym do kopalni nie wolno się żenić. Radzi mi uciekać do Ameryki z Gruszą. Widzisz, Alosza, innemu nie powiedziałbym, ale ty zrozumiesz. Czy wolno mi uchylać się od cierpienia? Czy wolno uciekać? A cóż będzie z moim hymnem podziemnym na cześć Boga i życia? Co będzie z pokutą, której sam pragnąłem? Ameryka kraj obcy i łajdactwa, ja myślę, sporo być musi w tej Ameryce — odrodzić się tam trudno. Mówiłem to Iwanowi, on rozumie moje skrupuły, ale nie wierzy w nie, nie wierzy w mój hymn podziemny. Iwan chce mnie ratować, a przecież uważa mnie za mordercę.
— Mówił ci to?
— Nie, ale ja to widzę, z oczu jego widzę. —
— A teraz, Alosza miły, pożegnajmy się do jutra, pamiętaj o mnie i módl się za mnie, módl się o jutro moje.
Uściskali się po wiele razy. Alosza przeżegnał brata.
— Poczekaj, — zawołał nagle za odchodzącym Mitia, — stań przedemną i patrz mi prosto w oczy. Powiedz, czy wierzysz? czy wierzysz, że nie ja zabiłem?
— Ani przez jedną minutę nie miałem cię za mordercę, — odpowiedział stanowczo Alosza.
— Dzięki ci, bracie! dzięki. Tobie nawet nie śmiałem zadawać tego pytania. A teraz bądź zdrów i kochaj Iwana.
Alosza wyszedł. Ostatnie słowa Miti zastanowiły go. Brat Iwan niepokoił go w ostatnich czasach, bardziej jeszcze, niż Mitia, postanowił więc udać się do niego.
Idąc do Iwana, musiał Alosza przechodzić obok mieszkania Katarzyny Iwanówny. Obaczywszy światło w jej oknach zaszedł i do niej, spodziewając się zastać tam Iwana. Istotnie, spotkał go na schodach, widocznie już odchodził.
— Ach to tylko ty, — rzekł Iwan sucho, zobaczywszy go. — Ty do niej?
— Tak.
— Nie radziłbym dziś, ona nie w humorze, a ty rozdrażnisz ją jeszcze bardziej.
— Nie, nie! — dał się słyszeć głos z górnego piętra, — proszę, niech pan wejdzie, Aleksy Fedorowiczu, pan wracasz od niego?
— Tak, byłem u Miti.
— Czy kazał mi co powiedzieć? Chodźcież tu obaj — słyszycie! — Ostatnie słowa wymówiła tak rozkazująco, że Iwan po krótkiem wahaniu, zdecydował się powrócić razem z Aloszą.
— Podsłuchiwała, — szepnął gniewnie sam do siebie, — ale tak, że go Alosza usłyszał.
— Pozwól mi zostać w paltocie, — rzekł Iwan, wszedłszy na górę, — zabawię tu najwyżej minutę.
— Siadaj pan, Aleksy Fedorowiczu, — prosiła Katarzyna.
Nie wiele się zmieniła przez ten czas, tylko czarne jej oczy gorzały ponurym blaskiem, wydała się Aloszy przedziwnie piękna.
— Cóż mi kazał powiedzieć?
— To tylko, — odparł Alosza, patrząc jej prosto w oczy — żeby pani nie wspominała w sądzie o okolicznościach, jakie zaszły przy pierwszej z nim znajomości.
— O tym pokłonie do ziemi, za pieniądze — podchwyciła, śmiejąc się szyderczo. — Czy boi się tego dla mnie, czy dla siebie?
— Dla pani i dla siebie — odparł Alosza.
— Tego się właśnie spodziewałam — odcięła szorstko, poczerwieniawszy z gniewu. — Pan mnie jeszcze nie znasz, Aleksy Fedorowiczu, — rzuciła groźnie, — może jeszcze przeklinać mnie będziecie jutro wszyscy za moje zeznania.
— Bylebyś pani mówiła szczerze i uczciwie to już wystarczy — szepnął Alosza.
— Szczerość! Uczciwość! to nie koniecznie kobiece zalety — syknęła gniewnie. — Zresztą ja sama nie wiem. Godzinę temu jeszcze zdawało mi się, że taki mam wstręt do tego potwora, jak do gadu obrzydłego, a teraz czuję, że jednak uważam go jeszcze za człowieka, że obchodzi mnie jeszcze los jego. Powiedzcież mi raz! zabił czy nie zabił? — krzyczała histerycznie. Alosza zrozumiał teraz, że pytaniem tem musi nieustannie dręczyć Iwana.
— To ty! to ty! wmówiłeś we mnie, że Dymitr jest ojcobójcą, — wołała do Iwana.
Alosza osłupiał na to „ty”, nie przypuszczał tak poufałego stosunku między nimi.
Iwan uśmiechnął się z przymusem i odwrócił się ku drzwiom.
— Idę już — rzekł — powrócę jutro.
Zaledwie wyszedł, Katarzyna rzuciła się do Aloszy i nalegała gwałtownie, chwytając go za ręce.
— Idź pan! idź za nim, nie odstępuj go ani na krok, on chory, ma uderzenia do mózgu, doktór mi mówił.
Alosza rzucił się za odchodzącym Iwanem i dogonił go wkrótce.
— Czego chcesz? — spytał szorstko tamten odwracając się. — Kazała ci biedź za mną, wmawiając, że jestem chory i warjat, z góry już wiem.
Iwan szedł dalej, nie zważając na niego, Alosza dotrzymywał mu kroku.
— A wiesz ty, Aleksy Fedorowiczu, jakie się ma uczucie, wpadając w obłąkanie? — spytał nagle Iwan zupełnie już innym głosom, w którym brzmiała jakby tylko ciekawość.
— Nie, niewiem. Przypuszczam, że muszą istnieć rozmaite rodzaje obłędu.
— A czy można kontrolować samego siebie?
— Myślę, że nie można dokładnie — odparł zdziwiony Alosza.
Iwan na chwilę umilkł.
— Jeśli chcesz rozmawiać ze mną dalej, to przedewszystkiem zmień temat — dodał po namyśle.
— Mam list do ciebie — rzekł nieśmiało Alosza — i wsunął mu do ręki kartkę Lizy. Dochodzili właśnie do latarni i Iwan poznał natychmiast pismo.
— To od tego dyablątka — zauważył, śmiejąc się niedobrym śmiechem i, nie otwierając koperty podarł list na drobne strzępki.
— Szesnastu lat nie doszła, a już się puszcza — rzekł z pogardą.
— Jakto, puszcza się? — zawołał Alosza.
— Wiadomo jak — jak każda rozpustnica.
— Iwanie, co ty mówisz? To dziecko, chore dziecko, przechodzi ciężkie przesilenie. Myślałem, że usłyszę od ciebie coś, co mi pomoże ją ratować.
— Nic odemnie nie usłyszysz, jeżeli ona jest dzieckiem, to ja nie jej piastunką. Nie mów już nic Aleksy, nie zaprzątaj mi głowy takiemi rzeczami. Zapomniałem już o niej.
Milczeli obaj czas jakiś.
— Gotowa modlić się całą noc, żeby wiedzieć, jak się ma jutro zaprezentować w sądzie — odezwał się Iwan.
— Ty mówisz o Katarzynie?
— Tak. Sama jeszcze nie wie, czy odegrać ma rolę zbawczyni Dymitra, czy też zgubić. Z tego powodu modli się teraz, wzywając rady niebios. Ta także chciałaby zrobić ze mnie niańkę, bym ją do snu kołysał.
— Katarzyna Iwanowna kocha cię, bracie — rzekł poważnie Alosza.
— Ale ja na nią nie amator.
— Ona cierpi. Pocóż więc mówisz jej niekiedy słowa, które podtrzymują w niej nadzieję. Przebacz mi, że ci to mówię — dodał nieśmiało.
— Nie mogę zrywać z nią teraz, bo przez zemstę zgubiłaby tego mordercę. Wiedząc zaś, jak mi zależy na jego ocaleniu, oszczędzać go będzie. Tu wszystko jest kłamstwem. Kłamstwo na kłamstwie, mówię ci.
Wyraz „morderca”, którego Iwan użył o Miti, dotknął boleśnie Aloszę.
— Czemże Katarzyna zgubić może naszego brata — pytał, zastanawiając się nad słowami Iwana — jaki ma dowód przeciw niemu?
— Ma w ręku dowód niezbity i przekonywający, z całą pewnością, że Dymitr jest ojcobójcą.
— To być nie może! — zaprzeczył żywo Alosza.
— Jakto nie może? Sam przecie czytałem.
— Taki dokument nie może istnieć, bo Dymitr nie jest zabójcą. On nie zabił ojca, stanowczo nie on.
Iwan Fedorowicz zatrzymał się nagle.
— Któż zatem jest mordercą według was? — spytał z mrożącym chłodem, a w tonie jego czuć było jakby obrażoną dumę.
— Ty sam wiesz kto — odrzekł cicho i dobitnie Alosza.
— Co? Znowu ta bajka o zidyociałym epileptyku, Smerdiakowie.
— Ty sam wiesz — powtórzył bezsilnie Alosza, drżał przytem cały z wytężenia i wysiłku.
— Jakto? skąd? — krzyknął Iwan — a całe jego panowanie nad sobą znikło gdzieś w jednej chwili.
— Ja tylko jedno wiem — szepnął Alosza, — że to nie ty, że nie ty zabiłeś.
— Co to znaczy? „Nie ty” — pytał osłupiały Iwan.
— Nie ty, tak, nie ty jesteś mordercą.
Milczeli obaj z pół minuty.
— Ja sam wiem, że nie ja, cóż to za brednie — pytał Iwan, blady jak ściana. Wpił się wzrokiem w twarz Aloszy, stali właśnie pod latarnią.
— Iwanie, boś ty powtarzał sobie nie wiem ile razy, żeś jest zabójcą.
— Kiedy? jak? byłem wtedy przecie w Moskwie — zupełnie już nieprzytomnie pytał Iwan.
— Powtarzałeś to sobie po tysiąc razy przez te straszne dwa miesiące i robiłeś sobie wyrzuty — mówił Alosza prawie bezwiednie i jakby ulegając obcej jakiejś sile, która zmuszała go do wypowiedzenia tych słów. — Obwiniałeś siebie i zdawało ci się, że nie kto inny, tylko ty jesteś mordercą, a przecież omyliłeś się — bo to nie ty, nie ty. Bóg sam posłał mnie, abym ci to powiedział.
Stali naprzeciw siebie obaj bladzi, patrząc sobie w oczy; blask latarni oświecał jasno ich rysy. Nagle Iwan zadrżał i chwycił Aloszę za ramiona.
— Więc ty byłeś u mnie? — syknął, — więc ty byłeś u mnie w nocy, kiedy „on” przychodzi, tyś widział go, widział?
— Kogo? Czy Mitię? — pytał, nierozumiejąc Alosza.
— Nie, daj mi pokój z tamtym. Jakeś ty się mógł dowiedzieć, że „on” przychodzi.
— Jaki on? Nie wiem o kim mówisz, bracie — wyjąkał przestraszony Alosza.
— Nie, ty musisz wiedzieć. Inaczej, skądżebyś mógł?...
Naraz jakby się opamiętał, zamilkł na chwilę. Na ustach jego ukazał się dziwny uśmiech.
— Bracie — mówił dalej Alosza — powiedziałem ci to, bo wiem, że słowom moim uwierzysz, i to na życie, na całe życie. I sam Bóg posłał mnie i kazał mi powiedzieć ci: „nie ty” choćbyś miał mnie od tego czasu znienawidzić..
Ale Iwan zdążył już całkiem nad sobą zapanować.
— Aleksy Fedorowiczu — przemówił z chłodnym uśmiechem. — Nienawidzę proroków i epileptyków, a zwłaszcza improwizowanych wysłańców niebieskich, musisz chyba o tem wiedzieć. Od tej chwili wszystko między nami zerwane i to, jak się zdaje, na zawsze. Radziłbym ci też, abyś mnie nie nachodził w mojem mieszkaniu, a zwłaszcza dziś, dziś, nie waż się przychodzić, słyszysz?
Odwrócił się i oddalił się pewnym krokiem, nie odwracając się.
— Bracie! — krzyknął za nim Alosza. — Jeśli ci się dzisiaj coś przytrafi, pomyśl o mnie, proszę cię, pomyśl.
Ale Iwan nic nie odpowiedział. Alosza stał jeszcze czas jakiś pod latarnią, na zbiegu dwóch ulic i patrzył za bratem, dopóki mu ten z oczu nie zniknął. Potem udał się do swego mieszkania. Mieszkali teraz w zupełnie przeciwnych sobie końcach miasta, Iwan zajmował wygodny i wykwintny apartamencik, ale żył zupełnie odosobniony. Usługiwała mu głucha, zreumatyzmowana staruszka, która kładła się spać o szóstej wieczorem. Ona jedna miała wstęp do jego mieszkania, po za tem żył zupełnie sam i nikogo nie przyjmował. Niekiedy nie wpuszczał nawet owej staruszki i sam uprzątał swój pokój sypialny. Teraz, przyszedłszy do swej bramy i trzymając już rękę na dzwonku, namyślił się nagle inaczej, splunął, zaklął siarczyście i poszedł do mieszkania Smerdiakowa.
Zaraz po przyjeździe z Moskwy, Iwan chciał widzieć Smerdiakowa, ale ten leżał wtedy chory w miejskim szpitalu i doktorzy upewnili Iwana, że stan jego jest jeszcze groźny, a osłabienie tak wielkie, że nie mógłby mu z pewnością udzielić żądanych wyjaśnień.
Twierdzili także stanowczo, że atak epileptyczny, w jakim znaleziono go w dzień śmierci Fedora Pawłowicza, nie był wcale udany, owszem, wyjątkowo niebezpieczny i cud prawdziwy, że chory wyszedł z niego żywym.
Iwan poszedł więc wpierw do więzienia, dla zobaczenia się z bratem. Zachowanie się Dymitra utwierdziło go w przekonaniu, że on to popełnił morderstwo. Dymitr był wtedy ogromnie rozdrażniony, nie starał się wcale usprawiedliwiać, owszem, twierdził z pewną zawziętością, że nie może go obwiniać ten, kto sam utrzymywał, że człowiekowi wszystko jest dozwolone, a jednak Alosza, wbrew mniemaniu całego miasta, obstawał przy twierdzeniu, jakoby Smerdiakow był zabójcą. Postanowił Iwan zobaczyć się z nim, bądź co bądź i zaszedł raz jeszcze do szpitala, gdzie go tym razem wpuszczono.
Należy przytem nadmienić, że, składając zeznania w sądzie, Iwan nie wspomniał ani słowem o rozmowie swojej ze Smerdiakowem, która mogła rzucić na niego pewne podejrzenia.
Nie miał bynajmniej zamiaru taić się z tem, tylko chciał wpierw widzieć się sam ze Smerdiakowem, aby wyrobić sobie własne zdanie w tej sprawie.
Smerdiakow umieszczony był w szpitalu w seperatce na dwóch, a oprócz niego, znajdował się tam jeszcze jakiś człowiek, chory na wodną puchlinę.
Ujrzawszy Iwana, Smerdiakow, zmieszał się cokolwiek, tak się przynajmniej Iwanowi zdawało, po chwili jednak odzyskał spokój, a usiadłszy na łóżku, patrzył obojętnie na gościa.
— Kiedy pan raczył przyjechać? — spytał słabym głosem.
— Wczoraj. Musiałem tu przybyć, aby naprawiać, coście tu nawarzyli.
Smerdiakow westchnął.
— I czego wzdychasz? Wiedziałeś przecież z góry, co będzie.
— Trudno było nie wiedzieć — odparł spokojnie Smerdiakow, — tylko nie wiadomo było, jak się uda.
— Co to znaczy? jak się uda. Ty mi się nie wykręcaj. Dlaczego przepowiadałeś już naprzód, że dostaniesz ataku tego właśnie dnia i o tej godzinie, a mianowicie w piwnicy. Dowiadywałam się od doktorów i wiem, że ataku epileptycznego nie można z góry przewiedzieć, nie można wiedzieć kiedy i o której godzinie nadejdzie.
— Czy pan to już zeznał w śledztwie? — pytał spokojnie Smerdiakow.
— Nie zeznałem jeszcze — krzyknął Iwan, tracąc cierpliwość — ale na pewno zeznam, nie myśl, żebym pozwolił robić ze siebie zabawkę.
— Jakżebym śmiał robić sobie z pana zabawkę, skoro po Bogu panu jednemu ufam.
— Dlaczego więc zapowiadałeś swoją chorobę?
— Nie zapowiadałem, tylko miałem przeczucie.
— Oznaczałeś dzień i godzinę.
— Spytaj się pan doktorów, którzy mnie znaleźli, czy stan mój był udany. Opowiedziałem im wszystko, co zaszło przedtem, i pan doktór Warwiński, asystent doktora Hercenszube wytłomaczył wszystkim, że to właśnie to ciągłe myślenie o chorobie, ta ustawiczna obawa sprowadziła mi atak. Zapisali to w sądzie i potwierdzili.
Wypowiedziawszy, to Smerdiakow umilkł jakby znużony.
— A czy opowiedziałeś w sądzie rozmowę, którą miałeś ze mną w wilię mego wyjazdu?
— Tak jest, opowiedziałem.
— Co do słowa?
— Co do słowa nie.
— Czy mówiłeś, że chwaliłeś się przedemną, jakobyś miał udawać chorobę?
— Nic o tem nie wspomniałem.
— Dlaczego mnie namawiałeś do wyjazdu?
— Przez przyjaźń i oddanie, bo po sobie najbardziej troszczyłem się o pana. Sądziłem, że się pan domyśla, że tu się gotuje coś złego i będzie pan wolał wyjechać na ten czas ze strachu.
— Czy masz wszystkich za takich tchórzów, jak sam jesteś?
— Wybacz pan, myślałem wtedy, że pan jest taki, jak ja. Zresztą, namawiałem pana na wyjazd do Czeremaszni, nigdy do Moskwy.
— Dlaczego?
— Bo Czeremasznia bliżej, łatwiejby więc panu było powrócić.
— A dlaczegóż powiedziałeś mi na pożegnanie: „Miło mi jest pomówić z rozumnym człowiekiem”.
— Myślałem, że mnie pan zrozumiał i jedziesz do Czeremaszni, aby wkrótce powrócić.
— A czy wiesz, że brat ciebie obwinia o zabójstwo?
— Cóż mu innego pozostaje? Musi tak mówić, aby się ratować. Gdybym miał złe zamiary i myślał o zabiciu waszego ojca, to przecież nie byłbym tak głupi, aby na dzień przedtem dawać na siebie takie poszlaki i to rodzonemu synowi. Spytaj pan sędziów, czy zrobił tak kiedy jaki zbrodniarz.
Iwan, przekonany logicznością tych wywodów, powstał i gotował się do odejścia.
— Widzę, żeś jeszcze słaby — rzekł do Smerdiakowa. — Czy nie trzeba ci czego?
— Dziękuję pokornie, Marta Ignatiewna przychodzi do mnie codzień i zaopatruje we wszystko.
— Słuchaj — rzucił jeszcze, odchodząc, Iwan, — nie mów w śledztwie, że umiesz udawać chorobę, a i ja tego nie powiem, aby ci nie zaszkodzić.
— Jeżeli tak, to i ja nie powtórzę wszystkiego, co pan ze mną mówił przed swoim wyjazdem, — odrzekł Smerdiakow.
Dopiero, wyszedłszy na korytarz, zrozumiał Iwan, jak ubliżające znaczenie miały wyrazy Smerdiakowa. W pierwszej chwili chciał zawrócić i dać mu należytą odprawę, ale potem machnął ręką i wyszedł, mówiąc sobie w myśli.
„Wszystko to głupstwo”.
W gruncie czuł się uspokojony, a nawet pocieszony faktem, że nie Smerdiakow, a Dymitr był zabójcą. Nie zdawał sobie sprawy dlaczego cieszyło go to, a właściwie nie miał najmniejszej ochoty do grzebania się we właściwych uczuciach, i chciał za wszelką cenę zapomnieć o wszystkiem.
Dodać tu należy, że w kilka dni po przyjeździe z Moskwy, Iwan poddał się bez oporu szalonej i bezpamiętnej miłości do Katarzyny Iwanowej i mówiąc przed chwilą Aloszy, „że nie jest jej amatorem”, kłamał haniebnie własnym uczuciom. To prawda, że chwilami nienawidził jej do tego stopnia, że pragnął ją zamordować, ale na to składało się wiele przyczyn. Katarzyna, dotknięta do żywego jawnem lekceważeniem Dymitra, rzuciła się do powracającego Iwana, jak do swego zbawcy, wiedziała doskonale, jak gwałtowną namiętność budziła w tym człowieku, którego umysł i serce stawiała wyżej nad wszystko, mimo to, dumna dziewczyna nie chciała się poddać i dręczyła się nieustannie skrupułami, jakoby to ona zdradziła Dymitra. To właśnie nazywał w niej Iwan kłamstwem na kłamstwie.
Pasując się tak wciąż z własną namiętnością, mógłby Iwan naprawdę zapomnieć o morderstwie ojca i zawiłych wątpliwościach, związanych z tym faktem, gdyby nie pewna okoliczność. Oto Alosza obstawał stanowczo przy twierdzeniu, że zabójcą jest Smerdiakow, Iwan, nie zdając sobie z tego sprawy, cenił wysoko zdanie młodszego swego brata i to jedno mogło go zachwiać w powziętem mniemaniu. W parę tygodni po odwiedzeniu Smerdiakowa w szpitalu, miał on rozmowę z Aloszą, która wstrząsnęła nim znów do głębi.
— Czy pamiętasz, bracie? — spytał go — jak raz Dymitr targnął się kiedyś na ojca, po obiedzie, i pobił go ciężko.
— Tak jest — odparł Alosza.
— A czy pamiętasz? jakem powiedział wówczas: „Niech się źrą gady”, mając na myśli spór ojca z Dymitrem. Czy przypuszczałeś, że pragnąłem, aby Dymitr zabił ojca i to jaknajprędzej.
Alosza zbladł i, milcząc, patrzył bratu w oczy.
— Prawdę mów! słyszysz! prawdę! — krzyknął Iwan, — ja muszę wiedzieć koniecznie, bez żadnej osłony.
— Bracie! przebacz, ja w istocie myślałem to — wyszeptał Alosza.
— Bóg ci zapłać! — odparł gorzko Iwan i odwrócił się od niego. Od tego czasu unikał brata, ale natychmiast po tej rozmowie poszedł znów do Smerdiakowa.
Smerdiakow wyszedł już był ze szpitala, i zamieszkał u starej swej przyjaciółki, Maryi Ignatiewnej, w charakterze narzeczonego jej córki. Obie kobiety bardzo go poważały, mając go za człowieka położonego wyżej od nich towarzysko. Iwan odnalazł bez trudności jego mieszkanie. Mieściło się ono w małym, wykoszlawionym domku podmiejskim i składało się z dwóch izb, przedzielonych od siebie niewielką sienią. Marya Ignatiewna, wyszedłszy na spotkanie Iwana, wskazała na drzwi Smerdiakowa. Wszedłszy, rozglądał się po izbie. Sprzęty były bardzo nędzne, parę ławek pod ścianami, stół, dwa krzesła, pokrzywiony samowarek, przy nim taca z dwoma szklankami. Stół przykryty był serwetą w kwiaty, a na obu oknach stały doniczki z geranium. Piec był widocznie bardzo rozpalony, a w pokoju panowała wysoka temperatura.
Smerdiakow wyglądał o wiele lepiej, niż wtedy w szpitalu. Przytył nieco i nabrał cery. Ubrany był w stary watowany szlafrok, a na nosie miał okulary. Ten ostatni szczegół uraził Iwana, nie wiadomo czemu.
— „Takie induwiduum będzie jeszcze okulary nosiło” — pomyślał.
Zobaczywszy wchodzącego, Smerdiakow podniósł głowę i spojrzał na niego przez okulary, potem podniósł się zwolna, bez śladu uniżoności, zachowując tylko ściśle niezbędną grzeczność. Iwan spostrzegł w jego ręku zeszyt, w którym coś zapisywał. Przypomniał sobie wówczas, że doktór Hercenszube wspominał mu jeszcze w szpitalu, że Smierdiakow, uczy się gorliwie po francusku, uważał to za dowód zboczenia umysłowego.
— Gorąco u ciebie — rzekł Iwan, wchodząc.
— Niech pan zdejmie palto, — przyzwolił łaskawie Smerdiakow.
Iwan zdjął palto i rzucił je na ławkę, potem drżącemi rękami przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciw eks-kucharza.
— Słuchaj! — zaczął. — Co znaczyły twoje słowa, któreś mi powiedział na pożegnanie w szpitalu, że jeżeli ja nie wspomnę o twoich udawanych atakach, to i ty przemilczysz moją z tobą rozmowę? Co miałeś w niej przemilczeć? gadaj mi zaraz.
Na pytanie to, wypowiedziane tonem umyślnie wyzywającym, oczy Smerdiakowa zamigotały złośliwie, przymrużył przytem znacznie jedno z nich, jakby mówiąc: — „Chcesz wypowiedzieć wszystko na czysto, niech będzie”.
— Chciałem nie mówić sędziom, że, pan domyślając się, jakie niebezpieczeństwo grozi ojcu, zostawiłeś go samego, mimo, że wiedziałeś pan o zamierzonem morderstwie. — Słowa te wypowiedział, jak zwykle, pomału i z namysłem, ale w głosie jego brzmiała jakaś zdecydowana na wszystko zuchwała zawziętość.
— Cóż to? czyś rozum stracił? — krzyknął Iwan.
— Mam rozum zupełnie zdrowy.
— Czyż ja wiedziałem o zamierzonem morderstwie? — krzyknął Iwan, uderzając pięścią w stół. — Jak śmiesz to mówić! co to znaczy? mów, łajdaku!
Smierdiakow milczał, obrzucając Iwana dziwnym jakimś wzrokiem.
— Mów, przeklęty! co to ma znaczyć?
— A to, że i pan także pragnąłeś śmierci ojca.
Iwan zerwał się bez przytomności prawie i skoczył do Smerdiakowa, uderzając go tak silnie pięścią, że ten zatoczył się o ścianę.
Uderzony, zalał się łzami, mówiąc płaczliwym tonem.
— Jak panu nie wstyd krzywdzić tak i bić chorego człowieka.
Zaczął chlipać głośno, trwało to jaką minutę.
— Dość tego! przestań, — krzyknął niecierpliwie Iwan, siadając znów — a na przyszłość nie wyprowadzaj mnie z cierpliwości.
Smerdiakow odjął od oczu swoją błękitną kraciastą chustkę, a każdy rys zmiętej jego twarzy wyrażał najgłębszą urazę.
— Więc ty nikczemniku myślałeś wtedy, że ja chcę, żeby Dymitr zabił ojca?
— Myśli pańskich nie znałem pierwej, dla tego właśnie, zatrzymałem pana przy bramie, aby się spytać.
— O co spytać? ty...
— A o to, czy pan chce, aby morderstwo nastąpiło prędzej.
— Słuchaj łotrze! to ty! ty zabiłeś — zawołał nagle Iwan.
Smerdiakow uśmiechnął się pogardliwie.
— Pan doskonale wie, że nie ja.
— Zkąd w takim razie to podłe podejrzenie na mnie.
— Ze strachu najpierw, a potem i z innych przyczyn.
— Z jakich? z jakich?
— Zabić sam nie potrafiłbyś pan, a może i nie chciał, ale żeby kto inny zabił, to by panu bardzo dogodziło.
— I tak spokojnie śmiesz to mówić? Dlaczego by mi to dogodziło, po co? na co?
— A choćby dla sukcesyi — podchwycił mściwie Smerdiakow. — Przecież po śmierci ojca przypadało na każdego z panów po 40 tysięcy, a nawet i więcej. A gdyby był Fedor Pawłowicz ożenił się z Agrafią Aleksandrówną, to nie dostałoby się wam ani grosza, bo to nie głupia kobieta, zaraz by cały kapitał na siebie przeniosła. A dużo to wtedy brakowało do ślubu? gdyby tylko ona palcem kiwnęła, to wasz ojciec poleciałby za nią z wywieszonym językiem i do cerkwi by ją zaprowadził.
Iwan hamował się z trudnością.
— Dobrze, — rzekł wreszcie — widzisz, że słucham cierpliwie i nie zabiłem cię, nie uderzyłem nawet. Mów zatem dalej, dla czego to, według ciebie, miałem chcieć, aby Dymitr został mordercą?
— Przecież to był dla pana czysty ratunek. — Jako zabójca, tracił prawo do swojej części spadku.
Gdyby zatem pan Dymitr został zesłany na Syberyę, na pana i na Aleksego Fedorowicza przypadłoby już nie po czterdzieści, ale po sześćdziesiąt tysięcy rubli.
— Słuchaj, łotrze! Gdyby mi nawet podobne myśli przychodziły do głowy, to rachowałbym nie na Dymitra, ale na ciebie. Tak, teraz przypominam sobie, że przeczuwałem jakieś łajdactwo z twojej strony, miałem to wrażenie.
— Ja też pomyślałem przez chwilkę, że pan i na mnie rachuje, — odrzekł Smerdiakow — bo w samej rzeczy, jeśli pan coś złego przeczuwał, a przecież wyjechał, to jakby mi pan mówił na pożegnanie: a owszem, zabij, nie będę przeszkadzał.
— Jakto! podły, toś ty to tak zrozumiał?
— Gdyby było inaczej, to panu należało przedewszystkiem oddać mnie w ręce policyi, jako podejrzanego.
Iwan siedział chmurny, oparłszy ręce na kolanach.
— Nie mogłem cię oddawać w ręce policyi, bo materyalnego dowodu przeciw tobie nie było, ale jednego mi tylko żal, żem wtedy tej podłej twojej facyaty na miazgę nie pogruchotał. Dziś prawo zakazuje bić, a przecież tego mi tylko żal.
— Prawo zabrania dziś bić w zwyczajnych wypadkach życia, — odparł sentencyonalnie Smerdiakow — ale w nadzwyczajnych biją i dziś jeszcze, nawet w tak cywilizowanych krajach, jak francuska Rzeczpospolita, i bić będą do końca świata. Jeżeli więc pan mnie wtedy nie uderzył, to tylko dlatego, że pan nie śmiał.
— Uczysz się po francusku? — spytał nagle Iwan, patrząc na jego zeszyt.
— A czemużby nie? Może i ja dostanę się kiedyś do tych oświeconych europejskich krajów.
— Słuchaj, gałganie! — krzyknął jeszcze Iwan, drżąc cały z gniewu — pamiętaj to sobie, że nie boję się ani trochę tych twoich podłych oskarżeń, i jeżeli cię teraz na śmierć nie zbiłem, to tylko dlatego, że pociągnę cię do odpowiedzialności sądowej i wszystko odkryję.
— A jabym panu nie radził zaczynać — odparł z flegmą Smerdiakow, — bo w takim razie musiałbym się bronić i powiedziałbym wszystko o panu, a choćby sąd nie uznał, to zawsze dojdzie to do publicznej wiadomości i opinię pan straci, i będzie panu wstyd.
Iwan nic już na to nie odpowiedział, tylko wziął palto i w najwyższem wzburzeniu poszedł do mieszkania Katarzyny Iwanownej. Opowiedział jej natychmiast całą swoją rozmowę ze Smerdiakowem, a chodząc wielkimi krokami po pokoju, powtarzał prawie nieprzytomnie: „jeżeli on zabił, to ja jestem wspólnikiem.”
Katarzyna uspokajała go, jak mogła, a widząc, że nic nie skutkuje, wyjęła ze swego biurka jakiś papier i podsunęła go przed oczy Iwana.
Był to ów dokument, o którym Iwan wspominał Aloszy, dowodzący, jak się zdawało, z matematyczną ścisłością, że nie kto inny, tylko Dymitr jest zabójcą.
Dokumentem tym był list, pisany przez Dymitra do Katarzyny w nocy, na parę dni przed morderstwem. List ten napisał Dymitr po pijanemu w restauracyi „Stołeczny gród” i ztamtąd go wysłał.
List ten pisany był w takim tonie, w jakim np. pijak, powróciwszy w nocy do domu, opowiada jakieś zajście swoje z urojonym przeciwnikiem, dowodząc, jaki tamten jest niegodziwy, a on jaki dobry, i jak się zemści, i mówi o tem wszystkiem długo i bez związku, roniąc pijackie łzy i tłukąc pięściami po stole.
Papier, którego mu widocznie dostarczono w restauracyi, był brzydki, ordynarny, w złym gatunku, z jakimś marnym wierszykiem, wydrukowanym na odwrotnej stronie.
List brzmiał, jak następuje:

„Fatalna Katiu!

Jutro dostanę pieniądze i oddam Ci Twoje trzy tysiące, a wtedy żegnaj mi, Ty ogromnego gniewu niewiasto, i pożegnaj się z miłością moją. Z nami już koniec. Jutro starać się będę o te pieniądze, a jeżeli mi ich nikt nie da, to daję Ci najświętsze słowo honoru, że pójdę do ojca, głowę mu rozwalę i pieniądze mu wyjmę z pod poduszki, byleby Iwan odjechał. Do ciężkich robót pójdę, a pieniądze Ci oddam. Żegnaj Ty mi! Pokłon Ci do ziemi oddaję, bo wobec Ciebie jestem podły. Przebacz mi! Chociaż nie, lepiej nie przebaczaj, lżej będzie Tobie i mnie. Milsze mi wygnanie i katorga, niż miłość Twoja, kocham inną, sama już wiesz o tem, więc jakżebyś mi mogła przebaczyć? Zabiję grabieżcę mego i ucieknę od was wszystkich. I tamtej także, bo Ty jej nie zazdrość. Ona także cierpi. Bądź zdrowa.
P. S. Przekleństwo Ci ślę, a przecież poważam Cię, czuję to w tajnem drżeniu jakiejś struny, która mi jeszcze w sercu została, ale i tę wydrę.
Zabiję się, ale wpierw zabiję tego psa, który mnie ograbił i pieniądze Ci rzucę pod nogi. Podłym mnie możesz nazwać, ale nigdy złodziejem. Czekaj odemnie trzech tysięcy, są one tam, u tego psa pod poduszką. To nie będzie kradzież, bo zabiorę tylko to, co moje. I nie waż się patrzeć na mnie z pogardą, bom nie złodziej, tylko morderca. Mordercą zostanę, aby nie znosić dłużej pogardy Twej i miłości.
Całuję Twoje nogi, bądź zdrowa.
P. S. Katia, módl się za mnie, abym pieniądze te dostał, inaczej krew popłynie. Zabij mnie.

Niewolnik Twój i wróg
D. Karamazow.”

Przeczytawszy ten dokument, Iwan był zupełnie przekonany, że brat jego, Dymitr, dokonał mordu. w takim razie zabójcą nie mógł być Smerdiakow, a jeżeli nie Smerdiakow, więc i nie on, więc i na nim nie cięży żadna odpowiedzialność, ani współwina. Wobec tego zapomniał prawie o podejrzeniach swoich, a wkrótce sam się począł dziwić, jak mógł dręczyć się do tego stopnia tak nieuchwytnemi poszlakami. O Smerdiakowa wcale się nie dowiadywał, raz tylko usłyszał o nim, że jest coraz słabszy, a młody doktór, Warwiński, utrzymywał, że niezawodnie skończy na obłąkaniu. Tymczasem sam Iwan uczuł się niedobrze. Na usilne naleganie Katarzyny zasięgnął porady lekarskiej znakomitego doktora, sprowadzonego z Moskwy dla procesu Dymitra.
W tymże czasie stosunek jego z Katarzyną stał się do najwyższego stopnia zaostrzony. Odnosili się do siebie, jak dwoje wrogów, śmiertelnie się nienawidzących, a jednocześnie śmiertelnie w sobie zakochanych. Katarzyna miewała niekiedy krótkie, ale bardzo silne powroty miłości do Dymitra, co również doprowadzało Iwana prawie do szału.
Nienawidził wówczas Dymitra, mimo to, odwiedzał go w więzieniu i nakłaniał do ucieczki. Ucieczkę tę sam obmyślił i przygotował i miał zamiar ponieść sam wszelkie jej koszta. Jak ostra drzazga wpiła mu się w pamięć wzmianka Smerdiakowa, że dla niego korzystnie byłoby widzieć w Dymitrze mordercę, ponieważ wtedy spadek jego po ojcu zwiększyłby się o dwadzieścia tysięcy rubli. Dlatego to właśnie gotów był wydać własne pieniądze na ułatwienie tej ucieczki.
Katarzyna, która sama podtrzymywała w nim zawsze przekonanie o zbrodni Dymitra, rzuciła mu naraz w oczy zarzut, że on to zwrócił podejrzenie na brata.
Był to najzupełniejszy fałsz, wypowiedziany w rozdrażnieniu, mimo to, Iwan uczuł się nim do żywego dotknięty. Gdy jeszcze dowiedział się, że i Katarzyna chodziła do Smerdiakowa i miała z nim jakąś rozmowę, postanowił udać się raz jeszcze do tego człowieka, aby wybadać go poraz ostatni. „Zabiję go chyba tym razem” — myślał po drodze.
Gdy przyszedł, Marya Kondratiewna wybiegła na jego spotkanie, prosząc go, aby nie męczył chorego zbyt długą rozmową.
— Taki już słaby, że nawet herbaty nie chciał pić, — mówiła z żalem — przytem ma gorączkę.
— Czy bredzi? — spytał Iwan.
— Ależ nie, przeciwnie, cichy jest, cichuteńki i słowa do nikogo nie powie — upewniała Marya Kondratiewna.
Iwan otworzył drzwi i wszedł do izby. W izbie było znów bardzo gorąco, przytem zaszły małe zmiany w umeblowaniu. Miejsce jednej z ławek zajęła duża, skórzana sofa, na której zasłana była dość czysta pościel. Przed kanapą ustawiono stół, przez co w izbie zrobiło się bardzo ciasno. Smerdiakow siedział oparty o poduszki; zmienił się bardzo, schudł i pożółkł. Oczy mu wpadły, dolne powieki były całkiem sine. Wchodzącego Iwana spotkał spojrzeniem zupełnie obojętnem, i nie zdziwił się ani trochę jego przybyciem.
— Widzę, żeś naprawdę chory — rzekł Iwan, siadając — nie będę cię długo zatrzymywał, odpowiedz mi tylko na jedno. Była tu u ciebie Katarzyna Iwanowna?
Smerdiakow milczał długo, w końcu odrzekł z nieopisaną pogardą:
— A! była, ale już dawno o niej zapomniałem.
Mówiąc to, spojrzał na Iwana z bezprzytomną prawie nienawiścią.
— Słuchaj, — rzekł Iwan — pamiętaj, że nie odejdę ztąd, póki mi nie odpowiesz.
— Z pańskiem zdrowiem, widzę, także niedobrze, — mówił Smerdiakow, jakby nie słyszał słów Iwana — czemu to pan tak schudł? a oczy panu pożółkły, białka ma pan zupełnie żółte.
— Zostaw, u dyabła, w spokoju moje zdrowie i odpowiadaj na pytania.
— Nie mam tu nic do odpowiadania.
— Zobaczysz, że cię do tego zmuszę.
— I czego się pan tak lęka? — pytał Smerdiakow, już nie z pogardą, a ze wstrętem prawie patrząc na swego gościa. — Jutro sąd, ale panu nic się nie stanie, idź pan do domu i śpij spokojnie.
— Nie rozumiem, czegobym się miał lękać — odrzekł Iwan, a jednocześnie uczuł, że na duszę jego powiał dziwny chłód.
— Mówię panu, że niema się pan czego lękać, przecież to nie pan zabił.
Iwan drgnął, słysząc te słowa, przypomniał mu się Alosza. Skoczył z miejsca i chwycił Smerdiakowa za ramiona.
— Mów wszystko, wężu ty! mów wszystko!
Smerdiakow nie zląkł się ani trochę.
— A jeżeli tak, to widać, że pan zabił — rzekł spokojnie.
Iwan puścił go i opadł na krzesło.
— Cóż to? czy zmysły straciłeś?
— Czy panu jeszcze nie dokuczyło grać taką komedyę? Siedzimy tu przecież we cztery oczy i możemy sobie prawdę powiedzieć. Pan jest główny zabójca, pan obmyślił, przygotował, a ja tylko spełniłem.
— Spełniłeś! jakto, więc tyś zabił? — wyjąkał Iwan, stygnąc prawie. Miał uczucie jakby mu się coś rozpadło w mózgu, i zadrżał cały chłodnym jakimś dreszczem. Smerdiakow szczerze się zdziwił strachem Iwana, był dotąd pewien, że tamten udaje tylko, aby na niego całą winę zwalić.
— Więc pan naprawdę nie wiedział? — pytał z niedowierzaniem.
Iwan patrzył na niego zmartwiałą źrenicą.
— Słuchaj! — rzekł zcicha. — Boję się ciebie, boś ty może nie człowiek, a sen lub zmora.
— Niema tu żadnej zmory, prócz nas dwóch, a i kogoś jeszcze trzeciego, który znajduje się tu z pewnością w tej chwili.
— Któż to? kto? — pytał Iwan nieprzytomnie, oglądając się na wszystkie kąty izby.
— To Bóg, którego oko patrzy tu na nas teraz. Tylko go pan próżno nie szukaj, bo go nie obaczysz.
— Tyś skłamał — zawołał nagle Iwan. — Nie zabiłeś, a tylko mówisz tak umyślnie, aby mnie draźnić.
— Poczekaj pan — rzekł Smerdiakow i wysunął naprzód lewą nogę i zaczął powoli odwijać nogawicę spodni. Okazało się, że ma na nodze długą, białą pończochę, bardzo przylegającą; odpiął podwiązkę, a zapuściwszy rękę za pończochę począł jakby coś szukać palcami. Iwan patrzył na to i nagle przyszło mu na myśl, że może Smerdiakow oszalał.
— Waryat! — krzyknął z przestrachem i skoczył tak gwałtownie, że się oparł plecami o ścianę, do której przywarł.
Smerdiakow, nie zważając na to, wydobył wreszcie z poza pończochy pakiet jakiś, zawinięty w papier, i położył go na stole.
— Patrz pan — rzekł zcicha.
— Co takiego? — pytał Iwan z trwogą.
— Niech pan raczy obejrzeć.
Iwan przystąpił machinalnie do stołu i zaczął rozwijać papier, ale cofnął się znów, jakby za dotknięciem oślizgłej skóry obrzydłego płazu.
— Ręce panu drżą — zauważył Smerdiakow i rozwinął papier sam, a wtedy wypadły z niego trzy paczki banknotów.
— Policz pan, tu jest trzy tysiące, nic nie brakuje. Weź pan je sobie.
Iwan patrzył na pieniądze, blady jak płótno.
— Więc pan naprawdę nie wiedział? — spytał jeszcze raz Smerdiakow.
— Nie, nie wiedziałem, myślałem, że to Dymitr, brat. — Tu chwycił się obu rękami za głowę. — Słuchaj! Czyś ty sam zabił, czy z nim, z bratem moim?
— Z nikim, tylko z panem, z panem tylko, a Dymitr Fedorowicz jest bez winy.
— Dobrze, dobrze! O mnie potem, jak mi ręce drżą, słowa nie mogę wymówić.
— A przedtem taki pan był odważny, a wszystko, mówiłeś, dozwolone jest człowiekowi.
— Mów, mów teraz wszystko!
Iwan umilkł, czując, że Smerdiakow powie teraz całą prawdę.
— Gdyś pan wyjechał, upadłem w piwnicy.
— Dostałeś naprawdę ataku, czy udawałeś?
— Naturalnie, że udawałem, zeszedłem najspokojniej po schodach, a potem ułożyłem się na podłodze i zacząłem jęczeć i rzucać się, dopóki mnie nie zabrali i nie wynieśli.
— Jakto? i cały czas udawałeś?
— A nie, na drugi dzień rano dostałem naprawdę ataku i to tak silnego, jakiego dawno nie miałem, i leżałem dwa dni bez pamięci.
— Przynieśli mnie do mieszkania Grigora, a Marta ułożyła mnie za przegródką, jak to zawsze robiła, gdy byłem chory. Ona była dla mnie od małości bardzo dobra. Leżałem tam, jęcząc zcicha, a wciąż czekałem na Dymitra Fedorowicza.
— A gdyby nie był przyszedł?
— Toby się nic nie stało. Bez niego nie odważyłbym się.
— Dobrze, dobrze. Mów tylko wyraźnie, bo nie zupełnie cię rozumiem.
— Byłem pewien, że Dymitr Fedorowicz przyjdzie, tak go już usposobiłem. Wiedząc o znakach, mógł się łatwo przedostać do wnętrza domu i zabić Fedora Pawłowicza.
— Czekaj! — przerwał Iwan.
— Gdyby go zabił, toby i pieniądze zabrał. To ja wmówiłem w niego, że Fedor Pawłowicz trzyma je pod poduszką, a to nie było prawdą. Przecież byłoby to bardzo głupio trzymać pieniądze pod poduszką, każde dziecko to pojmie, a mimo to, wszyscy uwierzyli, i sąd, i adwokaci. Głupie ludzkie sądy. Pieniądze trzymał Fedor Pawłowicz w szkatułce pod kluczem, a potem ja sam mu doradziłem, aby je ukrył w kącie, za obrazami, bo ich tam nikt szukać nie będzie. Gdyby więc Dymitr Fedorowicz zabił, to najpewniej uciekłby z pośpiechem, jak robi każdy morderca, albo też zaaresztowanoby go. A zawsze jabym zabrał pieniądze, tej samej nocy jeszcze, albo na drugi dzień.
— A dalej co? Mów.
— Leżałem, nasłuchując. Ktoś krzyknął tak, że Grigor zbudził się i poszedł patrzyć. Nasłuchiwałem jeszcze i znowu krzyk, a potem cicho — to Grigor jęczał, a i pan krzyczał, stojąc w oknie. Wtedy już wstałem i podszedłem pod okno, pytając co to? A pan mi na to: „Był — mówił — był, a teraz uciekł. Grigora zabił, on tam leży pod płotem.” O Dymitrze Fedorowiczu to wszystko mówił. Poszedłem szukać Grigora i znalazłem go. Leżał bez ducha i wcale się nie odzywał. Wtedy to taka zdjęła mnie chęć, taka chęć, że i oprzeć się nie mogłem, chciałem zaraz w tej chwili skończyć, dopóki Grigor leży bez czucia i nic widzieć nie może. Wróciłem wtedy do pana i mówię: „A ona tu jest, Agrafia Aleksandrówna, przyszła, prosi, byście wyszli”. Uwierzył zaraz i ucieszył się, jak dziecko. „Gdzie? — pyta — gdzie?” „Tam — mówię — stoi w ogrodzie, niech pan drzwi otworzy.” Patrzy przez okno i wierzy, to nie wierzy, a boi się otworzyć drzwi. Ee! myślę, to już źle, kiedy on i przedemną strach czuje; aż się nogi podemną ugięły ze strachu, że nie otworzy mi drzwi i nie wpuści do pokoju, a wtedy wszystkoby przepadło. Wtedy przyszło mi na myśl wystukać umówione znaki i, dziwno, na słowa mi nie wierzył, a gdy tylko znaki wystukałem, zaraz drzwi otworzył. Wszedłem, ale on stoi, zagradza mi drogę, abym nie szedł dalej. „Przyprowadź ją tutaj”, mówi. A ja mu na to: „A kiedy boi się wejść, krzyku się zlękła i schowała się w krzaki. Niech ją pan sam zawoła, przed okno.” A on, jakby coś czuł, nie chce odemnie odejść; ja pierwszy podszedłem do okna, wychyliłem się i zacząłem wołać. „Ona tu jest, śmieje się do pana.” Jak tylko to posłyszał, że się to w niej bezrozumnie kochał, skoczył do okna i cały się wysunął, wypatrując. Wtedy to wziąłem ze stołu żelazny przycisk, ten, pan wie, co tam zawsze leży, przeszło trzy funty waży i, rozmachnąwszy z całej siły, uderzyłem go w ciemię. Osunął się odrazu bez jęku, a ja poprawiłem drugi i trzeci raz. Wtedy dopiero zwalił się na ziemię, na wznak, cały we krwi. Otarłem przycisk, opatrzyłem swoje ubranie; żadnej na mnie plamki nie było, nigdzie krew nie bryznęła. Poszedłem w kąt, wyjąłem pieniądze z za obrazu, rzuciłem kopertę na ziemię i różową wstążeczkę. Poszedłem do ogrodu, trzęsąc się, jak w febrze, poszedłem do tej jabłoni z dziuplą, pan wie. Dawno już sobie to miejsce upatrzyłem. Zawinąłem pieniądze w papier, potem w przygotowaną umyślnie szmatkę, i zasunąłem je głęboko w wydrążony pień. Leżały tam dwa tygodnie; zabrałem je potem, gdy mnie już ze szpitala wypuszczono.
— Poczekaj! — pochwycił znowu Iwan — a drzwi! Jeśli ty je otworzyłeś, to nie mógł ich widzieć Grigor, który leżał wtedy nieprzytomny. A on przecież uparcie dowodzi, że widział je otwarte i to największa poszlaka przeciw Dymitrowi.
— Grzegorzowi wydało się, a to uparty człowiek, jak raz coś sobie wyobrazi, to już nie odstąpi, ja go znam.
To już tak na pana szczęście wypadło, bo przez te drzwi z pewnością jutro sędziowie pana Dymitra skażą.
— Słuchaj! — mówił Iwan — chciałem cię jeszcze o wiele rzeczy zapytać, ale nie wiem, nie pamiętam, gubię się w tem. Powiedz mi przynajmniej jedno: dlaczego rzuciłeś na podłogę kopertę i wstążeczkę, jakby umyślnie zostawiając taki dowód?
— Była do tego przyczyna — odparł Smerdiakow. — Gdyby pieniądze ukradł człowiek znajomy, swój, który widział je może na własne oczy, jak ja np., to z pewnością wsunąłby je do kieszeni, nie otwierając. Zupełnie co innego taki, jak Dymitr Fedorowicz, który o pieniądzach tylko słyszał, ale ich nigdy nie widział. Ten musiał się przedewszystkiem przekonać czy są i przeliczyć. Przytem Dymitr Fedorowicz nie był złodziejem, chwalił się już wpierw na całe miasto, że odbierze od ojca pieniądze, niby swoją własność. Dymitr Fedorowicz nie zwyczajny kraść, dlatego, rozerwawszy kopertę, nie podjąłby jej z ziemi, jak zwykły złodziej i z pewnością zostawiłby dowód na siebie, nie zauważywszy tego nawet.
To samo powiedziałem prokuratorowi przy śledztwie, nie otwarcie, ale tak niby nieumyślnie, jak człowiek ciemny, a on to wziął zaraz na język, jakby sam wynalazł, aż mu ślina do ust szła.
— Jakto? Toś ty to wszystko z góry obmyślił? — spytał Iwan, patrząc ze zdumieniem na Smerdiakowa. — Toś ty nie głupi, daleko, daleko jesteś inteligentniejszy, niż myślałem.
Wstał z zamiarem przejścia się po izbie, ale była tak zastawiona, że, postąpiwszy parę kroków, usiadł znów na krześle, jeszcze bardziej rozdraźniony.
— Słuchaj ty! nieszczęsny, ty nędzny człowieku, czy ty rozumiesz, że jeżeli cię w tej chwili nie zabiłem, to tylko dlatego, że potrzebny mi jesteś na jutro, abyś złożył swoje zeznanie sędziom. Co do mnie, być może, że jestem także winny, być może, że gdzieś w głębi duszy taiło się we mnie skryte życzenie, aby ojciec mój umarł, ale w każdym razie nigdy tobie takich myśli nie podsuwałem, nigdy cię nie namawiałem, nigdy, nigdy. Mimo to, pójdę jutro do sądu i świadczyć będę przeciw sobie, i ty ze mną pójść musisz, razem złożymy zeznanie, razem.
— Pan jest bardzo chory — zauważył Smerdiakow, bez cienia już szyderstwa, raczej ze współczuciem — białka masz pan zupełnie żółte.
— Razem pójdziemy, razem — powtórzył Iwan.
— Nie zrobi pan tego — zaprzeczył stanowczo Smerdiakow. — Przedewszystkiem będzie panu wstyd tak się obwiniać, a potem będzie to zupełnie bezskuteczne, bo ja wszystkiemu zaprzeczę i powiem, że pan to wszystko mówi z gorączki, z przywidzenia, albo z wielkiej miłości do brata, za którego pan chcesz się poświęcić. Któż panu uwierzy, kiedy nie masz pan żadnych dowodów?
— Pieniądze pokażę — rzekł Iwan.
— A! pieniądze. Weź je pan sobie, całkiem mi są już teraz niepotrzebne — odparł Smerdiakow drżącym głosem, podsuwając Iwanowi banknoty. — Miałem ja wpierw myśl, że za pieniądze te pojadę do Moskwy, albo zagranicę, że to niby, jak pan mówił, wszystko człowiekowi dozwolone, i cnoty niema, i wiara niepotrzebna. Wszystkiego tego pan mnie nauczył.
— Własnym rozumem doszedłeś — uśmiechnął się gorzko Iwan.
— Nie, to za waszem przewodnictwem.
— A cóż teraz? Uwierzyłeś w cnotę, skoro pieniądze oddajesz.
— Nie, nie uwierzyłem — wyszeptał Smerdiakow.
— Więc dlaczegóż oddajesz?
— Bo, widzi pan... Pierwej toś pan był taki odważny i mówiłeś, że wszystko wolno, a dlaczego teraz taki pan jesteś zastraszony i sam przeciw sobie chcesz świadczyć; tylko, że pan tego nie zrobi.
— Zobaczymy — rzekł Iwan.
— Nie zrobi pan, nigdy! Pan jest człowiek uczony i pieniądze pan bardzo lubi, ja to wiem. I poważanie ludzkie pan chce mieć, bo pan jest bardzo dumny i kobiecą urodę lubi pan nad miarę, a przedewszystkiem chciałbyś pan żyć w spokoju i wygodzie, i żeby się nikomu nie kłaniać, to najbardziej! Nie zechcesz pan sobie tak życia marnować, boś pan ze wszystkich synów najbardziej podobny do Fedora Pawłowicza, taką samą masz duszę.
— Tyś wcale nie głupi — powtórzył jeszcze raz Iwan. — Pierwej miałem cię za głupiego, widzę, że się myliłem.
— Z pychy swojej miałeś mnie pan za głupiego. Proszę, niech pan weźmie pieniądze.
Iwan wziął banknoty i wsunął je do kieszeni, potem wstał z miejsca, powtarzając jeszcze raz:
— Pamiętaj, że jeżeli cię nie zabiłem, to jedynie dlatego, że potrzebny mi jesteś na jutro.
— A zabij mnie pan, i owszem, zabij, choćby zaraz — mówił Smerdiakow, patrząc dziwnie na Iwana. — Ale gdzietam, pan się nie odważy na nic, na nic się pan teraz nie odważy, a pierwej był pan taki śmiały.
— Do jutra! — krzyknął Iwan.
— Niech mi pan jeszcze raz pokaże te pieniądze — prosił Smerdiakow.
Iwan zatrzymał się, wyjął banknoty z kieszeni; Smerdiakow patrzył na nie jakie dziesięć sekund.
— No, już teraz może pan iść.
Ale gdy Iwan odszedł, krzyknął jeszcze raz:
— Iwanie Fedorowiczu!
— Czego chcesz?
— Bywaj pan zdrów, Iwanie Fedorowiczu!
Iwan wyszedł z izby. Na dworze smagała go w oczy mroźna zamieć — uczuł się dziwnie słabym. „To czysto fizyczne uczucie” — pomyślał z radością. Czuł w duszy ogromne zadowolenie. Koniec już wahaniom, niepokojom, postanowienie powziął niezmienne. Uszedłszy kilka kroków, potknął się o coś. Pochylił się i przekonał, że to leży pijany chłop, do połowy już zasypany śniegiem. Iwan zajął się ratowaniem go. Zastukał do sąsiedniego domku, gdzie było w oknie światło, wywołał rzemieślnika, który tam mieszkał i z jego pomocą przeniósł śpiącego do najbliższego posterunku policyjnego. Tam polecił go opiece strażników, i dał im za to trzy ruble, kazał sprowadzić doktora, słowem, zajął się bardzo gorliwie tym obcym sobie przechodniem, co mu zajęło przeszło godzinę. Pomyślał też sobie, że gdyby go był spotkał w innej chwili swego życia, to splunąłby obojętnie i przeszedł mimo. „Oni mają mnie za waryata, a ja kontrolować mogę własne czynności” — pomyślał z radością. Gdy jednak przyszedł do swego mieszkania, znikł gdzieś naraz cały jego spokój i zadowolenie. Do serca jego wcisnęło się coś wstrętnego i bolesnego, myśl o czemś zewnętrznem, nienawistnem i dręczącem, co znajdować się musiało w tym pokoju. Usiadł znużony na kanapie i uczuł zawrót głowy. Chory się czuł i bezsilny. Drzemał jakiś czas, ale jakimś niezdrowym, gorączkowym snem. Obudziwszy się, wstał i przeszedł się po pokoju, chcąc odegnać senność. Zdawało mu się, że bredzi, ale nie interesował się swoją chorobą, a raczej oglądał się niespokojnie po wszystkich kątach pokoju, jakby czegoś szukając. Powtórzyło się to kilka razy. Wreszcie wzrok jego zatrzymał się na jednym punkcie. Iwan uśmiechnął się, a jednocześnie rumieniec gniewu wystąpił mu na twarz. Siedział długo w jednem miejscu, z głową opartą na rękach, a oczy jego biegły co chwila ukosem w pewnym kierunku. Tam, naprzeciw, w rogu kanapy, zauważył coś, co go draźniło, a jednocześnie przyciągało jego uwagę.

KONIEC CZĘŚCI PIĄTEJ.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Barbara Beaupré, Fiodor Dostojewski.