Boska Komedia (Stanisławski)/Czyściec - Pieśń II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
PIEŚŃ DRUGA.

Słońce już przeszło na kres widnokręgu,
Łuk południowy, którego zawisa
Najwyższym szczytem nad Jerozolimą;
A w przeciwległym wirująca kole
Noc z wód Gangesu wstawała z Wagami,
Co w przesileniu z rąk jej upadają; —
Tam więc, gdzie stałem, lica pięknej zorzy,
Białe i kraśne, podeszłe już w wieku,
Pomarańczową przybierały barwę.[1]
Byliśmy jeszcze na wybrzeżu morza,
Jak ludzie, którzy myśląc o podróży,
Duszą już idą, a ciałem nie ruszą.
W tem, jako w porze, gdy się ranek zbliża,
Mars czerwienieje w gęstej mgły osłonie,[2]
W stronie zachodu nad topielą morza,
Takiem się właśnie wydało mi światło
(Obym je znowu mógł zobaczyć kiedy),
Które po morzu śmigało tak chyżo,
Że ruchom jego żaden lot nie sprosta.
Kiedy na chwilę wzrok mój oderwałem,

Ażebym o nie Mistrza się zapytał.
Jużem je ujrzał większem i jaśniejszem.
Potem się oczom moim ukazało
Po obu stronach nie wiem, coś białego,
I znów stopniowo coś innego dołem...
Jeszcze Mistrz do mnie nie przemówił słowa,
Kiedy już białe zajaśniały skrzydła.
Naonczas, dobrze poznawsze żeglarza,
Zawołał: „Padaj, padaj na kolana!
I ręce składaj! oto aniół Boży:
Takich masz teraz widzieć tu sług Jego.
Gardzi on, widzisz, ludzkiemi przyrządy,
I niechce innych wioseł ani żagli,
Prócz własnych skrzydeł w tak dalekiej drodze.
Patrz, jak ku niebu wytęża je całe,
Powietrze siekąc wieczystemi pióry,
Co nie są zmienne jak śmiertelnych szaty.“
A w miarę tego, jak się ku nam zbliżał
Ów ptak niebieski, jaśniejszym się stawał,
Że oko z bliska wytrzymać nie mogło,
Więc je spuściłem. On tymczasem przybił
Do brzegu z łodzią tak zwinną i lekką,
Że się bynajmniej nie nurzała w wodzie.
U tyłu nawy sternik stał niebieski,
Na licach świętość niosąc wypisaną,
A wewnątrz więcej sta duchów siedziało,
Śpiewając wszyscy razem i w głos jeden,
Kiedy z Egiptu Izrael wychodził,[3]

Potem nad nimi krzyż święty naznaczył,
I dalej, co w tym napisano psalmie,
I wszyscy zaraz na brzeg się rzucili,
A on jak przybył, tak odleciał chyżo.
Rzucona przezeń ciżba się zdawała
Obcą w tem miejscu i patrzała w koło
Jak człek, co widzi nowe dla się rzeczy.
Już Koziorożca ze średnicy nieba
Słońce wprawnem spędziło strzałami,
I na wsze strony blask ciskało dzienny,[4]
Kiedy przybysze, wznosząc ku nam czoła,
Rzekli: „Pokażcie, jesteście świadomi,
Drogę, po której wchodzi się na górę.“
Wirgili odrzekł: „Sądzicie zapewne
Że tego miejsca jesteśmy duchami?
Lecz my jesteśmy, jak i wy, wędrowce,
Chwilą przed wami przybyliśmy tutaj,
Lecz inną drogą, tak dziką i trudną,
Że iść na górę igraszką nam będzie.“
Tymczasem duchy, gdy się przeświadczyły.
Z oddechu mego, żem jest jeszcze żywy,
A jak do posła, gdy z rószczką przybywa,
Chciwy nowiny lud ciśnie się mnogi,
I nikt się mieszać do tłumu nie wzbrania,[5]
Podobnież wszystkie te szczęśliwe dusze
Wzrok swój utkwiły we mnie, zapomniawszy,
Że idą aby w piękność się przystroić.
Potem z nich jedna, aby mnie uścisnąć,

Z tak wielką żądzą naprzód się podała,
Że i ja chciałem uczynić toż samo.
O marne cienie, chociaż widne oku;
Trzykroć rękami ją obejmowałem,
I trzykroć ręce na pierś mą wracały!
Zdziwienie pewnie na twarz mi wybiło,
Albowiem cień się uśmiechnąwszy cofnął;
A gdy ja za nim naprzód się pomknąłem,
On słodkim głosem rzekł, abym się wstrzymał.
Poznałem wówczas kim był i prosiłem
Ażeby stanął i pomówił ze mną.[6]
A on mi za to: „Jak kochałem ciebie
W śmiertelnem ciele, tak dziś kocham wolny;
Więc się wstrzymuję. Lecz pocóż tu idziesz?“
O mój Casella! odbywam tę drogę,
Abym powrócił znowu tam zkąd jestem.
Lecz za cóż tyle zwleczono ci czasu?[7]
— „Żadna mi, rzecze, krzywda się nie stała,
Jeśli ten, który kogo chce i kiedy
Zabiera z sobą, już mi kilka razy
Wzbronił przeprawy; wola bowiem jego
Zapewne z woli sprawiedliwej idzie.
Zaiste, oto już od trzech miesięcy,
Bierze on z sobą każdego, ktokolwiek
Chciał wnijść do łodzi z Bogiem pojednany.[8]
I ja więc, który stałem już nad morzem,
Gdzie wody Tybru słonemi się stają,[9]
Byłem przez niego łaskawie przyjęty.

Ku temu ujściu poleciał on znowu;
Tam bowiem ciągle wszyscy się gromadzą;
Którzy nie mają iść do Acherontu.“
A ja mu potem: Jeśli prawo nowe
Nie wzbrania tobie pamiętać i śpiewać
Miłośne pieśni, któremi zazwyczaj
Uspakajałeś wszystkie żądze moje,
Chciejże raz jeszcze pocieszyć mą duszę,
Która tu idąc w zmysłów swoich szacie,
Tyle po drodze doznała strapienia.
— „Miłość, co w mojej odzywa się duszy...[10]
Począł on śpiewać głosem tyle słodkim,
Że dotąd w piersiach słodycz mi ta dzwoni:
Mistrz, ja i wszyscy, którzyśmy tam byli,
Staliśmy pieśnią tak zadowoleni,
Jakby z nas żaden nie myślał o niczem.
Wszyscyśmy pilnie i chciwie słuchali
Śpiewania jego;... w tem starzec szanowny[11]
Zakrzyczał: „Cóż to, opieszałe duchy!
Co za niedbalstwo? pocóż tu stoicie?
Bieżcie ku górze, byście się pozbyli
Kory, co widok Boga wam zasłania!“
Jako gołębie zgromadzone w polu
Spokojne zboże, lub kąkol zbierają,
Że ani słychać zwykłego gruchania;
A w tem, jeżeli nagle się coś zjawi,
Co je przestraszy, rzucają jedzenie,
Bo inna, większa ogarnia je troska;

Podobnie nowych przybyszów gromada
Śpiew opuściła i ku górze biegła,
Jak ten, co bieży, nie wiedząc gdzie spocznie.
Ucieczka nasza nie mniej była prędka.




Przypisy

  1. Cały ten ustęp jest poetycznem oznaczeniem pory dnia, wedle ówczesnych pojęć astronomicznych i georaficznych. Dante wyobraża, że na kuli ziemskiej Jerozolima przeciwległą jest górze czyścowej i że między tą ostatnią, a Jerozolimą, w równej od obu odległości jest rzeka Ganges. Tak więc, kiedy dla Jerozolimy nastawał wieczór, w Czyścu nastawał ranek; zaś nad Gangesem była wówczas noc zupełna. Konstellacja Wagi widzialną jest w nocy tylko do czasu letniego przesilenia dnia z nocą, to jest do 10. Czerwca; a ponieważ Dante odbywał zaświatową swoją wędrówkę wiosną, więc jeszcze noc z wód Gangesu wstawała z Wagami. — Zważywszy jeszcze, że kiedy słońce ma wschodzić, brzask poranny, zrazu białawy, potem różno-kraśny, przed przed samym wschodem słońca, obleka się żółto-pomarańczową barwą.
  2. Mars — planeta widzialny jest nad rankiem w zachodniej stronie, nad poziomem widnokręgu, i dla tego właśnie błyszczy światłem czerwonawem.
  3. W oryginale jest po łacinie: In exitu Israel de Egypto. Jestto początek jednego z psalmów Dawida (CXIII.).
  4. Kiedy się pokazało słońce, przy blasku promieni jego zniknąć musiał znak Koziorożca, stojący wówczas na samej wysokości nieba.
  5. Posłowie pokoju, nawet za czasów Dantego, chodzili z rószczką oliwną w ręku.
  6. Po słodkim głosie Dante poznał dopiero, że przed nim stoi duch Casella, muzyka, śpiewaka i przyjaciela naszego Poety.
  7. Casella umarł, jak mniemają, na początku 1300 r. Dante, widząc Casellę wiosną dopiero przybywającego do Czyśca, z podziwieniem zapytuje go o tę zwłokę czasu. Z odpowiedzi Caselli widzimy, że czas przewiezienia dusz do Czyśca zależy od woli anioła-przewoźnika, który sam stosować się musi do woli najsprawiedliwszego Boga.
  8. Casella, a raczej Dante, napomyka tu na jubileusz, ogłoszony przez papieża Bonifacego VIII. na początku 1300 r.
  9. Dante wyobraża, że dusze przeznaczone do Czyśca gromadzą się przy ujściu Tybru do morza, gdzie słodka woda rzeki mięsza się z wodą morską i staje się słoną.
  10. W oryginale: Amor che nella mente mi ragiona. Jest to początek jednej z najpiękniejszych piosenek (canzoni) Dantego, znajdującej się się w innem dziele Poety pod tytułem Convito. Może Casella ułożył muzykę do tej piosnki Dantego.
  11. Katon, strażnik Czyśca.