Boleszczyce/Tom II/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Boleszczyce
Podtytuł Powieść z czasów Bolesława Szczodrego
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1877
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
III.



Po wczorajszéj uczcie, gdy wszedł dzień, około dworców królewskich dziwnie wyglądało. Noc długo kryła biesiadne śmiecisko, gdy rozwidniało, odkryło się ono w całéj szkaradzie swojéj.
Czeladź spała wypróżniwszy resztę beczek, nie było komu pozbierać łomów i brudów, jakie noc zostawiła po sobie.
Naprzeciwko dworca stały jeszcze stoły poobnażane z nakrycia, powywracane i potrzaskane ławy; na ziemi leżał gdzieniegdzie kubek zgnieciony, stłuczony dzban, kości ostatki, psy chodząc i warcząc ogryzały.
Na boku walały się beczki z dnami wybitemi, kadzie i cebry pogniecione, których nie sprzątnięto. Zielone gałęzie, co wczoraj do umajenia uczty służyły, dziś śmieciem się stały, poobalane, w ziemię wdeptane, zmięszane z błotem.
W przedsieniach dworu, pod budynkami i okopami, na ziemi i ławach leżała rozpierzchła, uśpiona jeszcze, pijana gawiedź, ze psy razem. Daléj na wałach widać było precz wyrzucone dwa trupy tych co się na śmierć zapili, na w pół odarte. Czekały one aż je gdzieś wywloką.
Gdzieniegdzie stały brudne jakieś kałuże, jedne jakby krwawe, drugie od saméj krwi ohydniejsze. Bili się i tłukli skłóceni, na śmiech drugim, a wielu z ranami i potłuczonemi wyszło głowami, nieczując kalectwa nawet.
Szczątki biesiady opowiadały jéj dzieje. Obok łachmanów leżały kosztownych sukien oderwane kawały, guzy złociste i konopne sznury, rozerwane bursztyny nogami pokruszone i pobite garnuszki proste... Męzkie i niewieście czapki i chusty walały się społem.
Ziemia, wczoraj porosła murawą, zmięszona była nogami, zgnieciona, zbita, a ślady nóg, rąk, głów odciśnięte na niéj pozostały wyraźne...
Skończyła się bowiem uczta, po odejściu króla, po wypróżnieniu ostatka w beczkach, jak szatańskie wesele — zwierzęcym szałem ohydnym...
Na to obrzydliwe pobojowisko wczorajszego królewskiego przyjęcia — spojrzeć nie było można bez wstrętu.
Stało ono długo nietknięte, aż nierychło zjawiać się poczęli parobcy, którzy je oczyszczać mieli. Wychodzili przeciągając się, zaspani, szukali mioteł i łopat, wlekli się i stawali nad śmietniskiem zadumani, jakby czytając w niem, co ono wczoraj widziało... Podejmowali szczątki i rzucali je, śmieli się i pluli.
Zmęczona wczorajszą wrzawą, od któréj nierychło uciec mogła, Krysta spała długo — obudził ją dzwonek na Skałce u Ś. Michała, a potém zaraz tentent koni.
Zadrżała, zerwała się, pobiegła w koszuli wyjrzeć przez okno, odsunęła okiennicę, i zobaczyła jak król jechał otoczony Boleszczycami... Dokąd? niewiedziała, ale serce jéj biło strachem.
Król się nawet nie obejrzał ku oknu, oglądał się tylko Borzywój pozdrawiając ją, i Zbilut jadący za nim. — Krysta się ukryła zawstydzona, bo niemiała na sobie nic oprócz bielizny; włosy się jéj we śnie porozplatały, czuła się zmęczoną, wiedziała że była bladą.
Ona, co tak dobrze dawniéj umiała śmiać się, o wszystkiem zapomnieć, wesołością swą dziecinną drugich rozśmieszać, czasem aż do szału się rozpasać i rozgzić — wczoraj nie mogła być nawet wesołą.
Coś ją cisnęło na sercu; oczy pana patrzały jakoś tak dziko, szał téj uczty pół chłopskiéj wył tak straszno... Mimowoli przypominała sobie inne czasy, lata inne, macierzyńskie podwórko ciche, matki uścisk pieszczony i usypiający słodko, mężowski dwór taki spokojny, pieśń u kądzieli płynącą, jak cichy strumień po darni zielonéj — ciepłe ognisko domowe, co się śmiało gospodyni.
Zapach wiosny przynosił jéj z sobą wspomnienia młodości. — Smutną była ciągle, a im uczta weselszą się stawała, tem ją strach większy ogarniał; smutniejszą jeszcze uciekła z piekielnego gwaru, i położyła się do snu. — W marzeniach sennych znowu przewijało się jéj życie dawne z gorączką teraźniejszą, trwoga i dreszcze przebiegały po niéj. — Zrywała się krzycząc. — Jutro! co będzie jutro!
I usypiała znowu a przed nią stawał Mścisław, nie taki jakim był za dawnych czasów, gdy ją w czoło całował, ale ten który się zjawił raz ostatni, straszny, mściwy, groźny i zrozpaczony. Mścisław chwytał ją za rękę z jednéj strony, z drugiéj ciągnął król, a pijana gromada stała przed nią, wyszczerzając zęby i okrzykując ją królową. — Męczyła się tak spać niemogąc — wstała wreście, dzień biały przez szpary okiennic zaglądał.
Jak ten dzwonek na Skałce, brzmiał jakoś i jęczał strasznie, pogrzebowo! — Byłto ten sam co w dniu klątwy lud zwoływał, i dzwonił świecom zgaszonym.
Gdy orszak królewski przesunął się przez podwórce, na zamku zrobiło się jakoś pusto i czarno. Krysta wyjrzała z trwogą ku temu miejscu, gdzie wczoraj takie brzmiało wesele. Tam parobcy z ostrzyżonemi krótko głowami, w brudnych sukmanach zwijali się z winnikami i mietli śmiejąc się śmietnisko. Niekiedy schylił się który, podjął błyszczącego coś i cieszył, zbiegali doń wszyscy, wyrywali sobie i śmiechem ich dzikim znowu rozlegało się podwórze. Usłyszawszy go Krysta schowała się i napół zasunęła okiennice.
Na zamku, po wczorajszéj burzy wesela — cicho było jak w grobie — król wyjechał, goście poszli precz, Rusini spali, czeladź spoczywała, od miasta nawet głosów i życia słychać nie było.
Dzwonek na Skałce zadrgał raz jeszcze i dźwięk jego obumarł w powietrzu.
Cisza ta wydawała się tak niemal straszna jak wczorajsza wrzawa. Dzień był żałobnie smutny, niebo gęste oblekały mgły z poza których słońce się wybić nie mogło. Białe osłony zdawały się ciężyć nad ziemią i dusić ją — nie było powietrza dla piersi, oko nie mogło przebić tych opon gęstych i nieprzejrzystych. — Odetchnąwszy czuć było woń mgły duszącą, co jak spalenizna jakaś, gryzie by dym i dławi.
Krysta siedziała w oknie, o krawędź oparta, patrzała i słuchała, myślała coś i rwały się jej myśli. — Chciała odgadnąć dokąd znów król mógł pojechać tak rano?
Choć on jéj niewidział, ona mu się dobrze przypatrzyła; miał twarz jakąś gniewną i rozjątrzoną, jak gdyby jechał ścinać i wieszać... Oczy mu stały słupem a nic nie widział. Ludzie co z nim byli, oglądali się dzikim wzrokiem, jak przestraszeni razem i zajadli. Borzywój i Zbilut spojrzeli ku niéj — nie po swojemu — oba tak jakoś patrzali, tak się kłaniali; jakby na stracenie szli a żegnali na wieki.
Dokąd że tak rano jechali i gromadnie?
Nie na łowy? — psów ni sokołow nie mieli z sobą, ani łuków, ani oszczepów — miecze tylko.
Wśród téj głuchéj ciszy — nagle — czy się jéj przydało? — usłyszała zdala krzyk okropny... krzyk wściekłości jakiejś i morderstwa. Potém zmięszane głosy i wrzawę, dzwonek na Skałce począł się poruszać żywo, bijąc jak na trwogę, raz po raz, nieustannie.
Zdala znowu, urwane jakieś jęki i wołania przerwały ciszę...
Serce jéj zaczęło bić strasznie — wczorajsza trwoga i smutek wróciły silniejsze jeszcze.
Trzebaż jéj było żyć tak zawsze, godziną szczęścia i dniami nędzy a strachu? — za godzinę płacić wiekami? Aż łzy popłynęły z oczów. Była królową, — toć królewskie życie.
Zatętniało nagle szalonym biegiem. — Ktoś czwałem biegł ku zamkowéj górze, jeden, dwu, kilkunastu... Gonili czy uciekali, gnali straszliwie — Krysta się wychyliła.
W bramie ukazał się król, Krysta go nigdy jeszcze takim nie widziała strasznym, z krzykiem zakryła oczy. — Blady był jak trup, a oczy mu wyskakiwały z powiek — usta miał otwarte, zęby zacięte. Patrzał i niewidział; na jednym policzku miał jakby plamę krwi, krew zdawała się ściekać jeszcze, obie ręce krwią miał oblane, mieczyk który mu wisiał u pięści, ściekał krwią i bryzgał kroplami.
Tuż za nim lecieli pobroczeni krwią jak on, pijani morderstwem Boleszczyce, krzycząc, popychając się, swarząc z sobą. Za niemi czeladź sunęła się wolniéj, niby wylękła i przerażona, szepcząc między sobą, oczyma goniąc za panem.
U przedsienia król z konia się zsunął wprost na ławę. Otoczyli go kołem Boleszczyce, gwar się wszczął jakiś, swar czy kłótnia, jakby nieprzytomni zajadać się chcieli. Stali, odchodzili, siadali ocierając ręce krwawe o murawę, o ściany, o poły i otrzeć ich niemogąc...
Króla widać było jak się rozsiadł dumnie, szeroko, ale pogrążony cały w sobie, nie słysząc, nie widząc nic, wąs gryzł w ustach, a palcami czasem krwawy policzek ocierał, jakby go ta plama krwi piekła.
Krysta ręce załamała — krew!! — krew! — Czyja to była krew?
Zwierza na łowach ubitego, czy człowieka w gniewie zamordowanego.?...
Tymczasem od miasta zaczynała buchać i dolatywać wrzawa jakaś, wzmagająca się coraz, rosnąca, podnosząca — płacz, krzyki i jęki z niéj biły. Śmiertelną trwogą opanowana Krysta, uczuła zimno w całém ciele i poszła skryć się w najciemniejszy izby kątek. — Zasunęła okno... ale wnet, wytrzymać nie mogąc duszącego powietrza izby, na nowo je otwarła.
Stało się coś — niewiedziała co — ale strasznego coś stać się musiało.
Podwórce przebiegali ludzie, pędem lecąc ku miastu, jedni po drugich. Inni z miasta wpadali przez wrota i pędzili ku dworowi. — Zajrzała Krysta co się z królem działo — nie było go już, Boleszczyce błądzili u przedsieni. Dym kłębami buchał z łaźni. — Z izb wyrywali się ludzie jacyś i powracali; słychać było drzwi trzaskanie, a od teremu dwóch królowych, jakby jeden płacz przeciągły i długi — jakby pieśń płaczek u trumny.
W mieście coraz mocniéj wrzało i grzmiało.
— A! — co się stało? co stać się mogło? — myślała Krysta.
W tém Ciarka wpadła zdyszana, oczy sobie zasłaniając, z krzykiem obaliła się na ziemię i ryczała wielkim płaczem — Krysta podbiegła do niéj — wołając by mówiła co jéj było, ale dziewczyna słowa powiedzieć nie mogła, zachodziła się i oczy zakrywała.
Wśród téj trwogi, drzwi się otwarły, na progu ukazał się Borzywój.
Był może pijany ucztą wczorajszą, bo się zataczał i na nogach ustać niemógł; twarz miał trupią, a ręce obmyte nosiły jeszcze ślady krwi na sobie. Wszedł obłąkanemi wodząc oczyma, mówić nie mogąc.
Szybko przypadła do niego Krysta, badającym mierząc go wzrokiem — patrzała nań. Patrzała i zobaczyła krople krwi przyschłéj na twarzy, we włosach; ręce powalane, na sukni ledwie przysychające plamy — wszędzie krew! — krzyknęła i uciekła kryjąc się przed nim do kąta. Borzywój stał sam patrząc teraz na swe ręce ze zgrozą, jakby obłąkany, tarł je, chował, dobywał, niepokoił się, szepcząc coś sam do siebie. — Zawrócił się do drzwi, jakby wynijść chciał, potém znów ku Kryście i znowu ku drzwiom, i jeszcze raz niemogąc zasuwy otworzyć, podszedł gdzie Krysta siedziała.
Na bladéj twarzy jego pot występował kroplami.
Ciekawość przemogła strach i zgrozę.
— Gdzieżeście byli? — co się stało? Krew, co znaczy ta krew?! — zawołała Krysta.
Borzywój, zawsze mężny i przytomny, teraz mruczał niezrozumiale, mięszał się, mówić niemógł.
Naostatek buchnęło z niego...
— Król, król — dla króla — szliśmy z królem... bronili jego.
— Król! król ranny!! — załamując ręce krzyknęła Krysta. — Któż śmiał się porwać na niego! Król?
Borzywój tylko głową potrząsł. Męczył się znów długo nim na słowo się zdobył.
— Nie ranny... rzekł — klechę trzeba było ukarać... zdrajcę? — Zabił go król! zabił!
Krysta twarzą się rzuciła na siedzenie i płakała. Borzywój stał, wciąż patrząc na swe ręce i wciąż je ocierając. Milczał zadumany. Podniosła się spłakana Krysta wołając.
— O Boże! król!
— Uspokójcie się, bełkotał Borzywój, który sam spokojnym nie był i czoło spotniałe lub dłonie pożółkłe ocierał ciągle. Uspokójcie się. Co król miał zrobić! Nie chciał go puścić do kościoła... Na progu... król ciął go — ciął... padł — porąbaliśmy w kawałki... małoż ludzi ginie na wojnie...
Toć wojna była! Krysta pochwyciwszy te słowa, krzyknęła znowu i odbiegła od niego daleko, kryjąc się w kąt izby i twarz tuląc do ściany.
Borzywój stał pomięszany w miejscu, sam sobie napróżno usiłując dodać ducha. Wtém nadbiegł Zbilut.
I na nim ślady przelanéj krwi widać było, i od niego czuć mordu gorączkę. Zobaczył od progu Borzywoja, oczyma poszukał Krysty. Spojrzeli na siebie bracia może raz pierwszy po powrocie, i zadrżeli...
Zdali się sobie ludźmi nowymi.
— Krew! — szepnął wskazując Zbilutowi suknie jego Borzywój.
— Krew! — odparł prawie razem, wyciągając ręce ku bratu Zbilut i ukazując mu twarz jego odzież i dłonie.
Krysta zdala wołała ku nim jęczącym głosem:
— Wynijdźcie ztąd! wychodźcie! — krew przynieśliście z sobą!
Zbilut zaczął coś mruczeć niewyraźnie.
— Przyszliśmy abyście byli spokojni — wszystko się już skończyło — wszystko.!
Przestraszona Krysta, niechcąc słuchać ich, wołać poczęła:
— Zbójcy! idźcie ztąd! Zbójcy!
Borzywój się chciał zaśmiać, niemógł. — Bił się w piersi ręką i mruczał, poglądając na brata.
— My nie poczynaliśmy... sam król ciął? — prawda? w głowę... Trysnęła krew... Sam król... Kazał rąbać. — Leżał już jak martwy na ziemi... wszyscy siekli... kiedym ciął.
— Tyś wprzódy nań padł.
— Nieprawda — ty!
— Nieprawda! jam nie tknął.
Poczęli się kłócić z sobą bracia.
— A zkądże u ciebie krew na rękach?
I słychać już nie było co mówili, bo razem poczęli krzyczeć, przypadając ku sobie.
Krysta w rozpaczy powtarzała ciągle jedno:
— Idźcie ztąd, wy, zbójcy! idźcie ztąd.
Aż Borzywój porzuciwszy kłótnię z bratem, zawołał na nią:
— Cóż i króla przepędzisz gdy przyjdzie? — Toć nie my go zabili, ale on.
— Kłamiesz! zbójco! — wy nie on! płacząc wołała Krysta — idźcie ztąd!..
Uparty krzyk kobiety wygnał ich nareście za drzwi; natychmiast oszalała ze strachu Krysta pobiegła za niemi i zasuwę zaparła, a sama się na ławę płakać rzuciła.
U drzwi jéj, jakby niewiedzieli co robić z sobą, stanęli oba Boleszczyce, patrząc jeden na drugiego. Nie mówili nic, wzajem tylko pokazywali plamy krwi na sobie. Z przedsienia słychać było gwar wielki na mieście... W tém od królewskiego dworca, krzyk donośny się rozległ:
— Tu bywaj!
Pobiegli natychmiast wyścigając się, był to głos króla.
Bolesław stał u wnijścia, blady, lecz już ostygły i przytomny. Ręce obie w boki wparłszy, patrzał do koła, jakby szukał kogo miał zabić jeszcze.
— Sam tu! — zawołał szybko, szparkiemi słowy, które się gonić za sobą zdawały — wskazując na Borzywoja. Sam tu! Ład mi zrobić. Ludzie i konie w gotowości. U wrót straże.,[1] czaty na wały. Na miasto niech pędzą konni i tłum od Skałki rozegnać precz. Biczami zagnać do domów. — Na Bawole, na dolinie, straż postawić, na gościńcach. Na zamek reszta i niech tu stoją... krzyknął. — Żywo!
Borzywój chciał biedz, strzymał go.
— Stój! — nie! Na zamku żeby ład był, więcéj nie trzeba — trwogi niema, niech nie myślą że się lękam... Kogo?
I rozśmiał się, ale razem brwi ściągnął, jak gdy zły bywał.
Rozbiegli się wszyscy, król na ławie w przedsieni ze psy siedział. Ludzie z zamku zaraz na miasto ciągnęli.
Lecz rozkazy pana trudne do spełnienia były. Siła jakaś niewidoma ciągnęła wszystkich ku Skałce. Tłumy oblegały kościołek. Ściągał je widok okropny.
W samych drzwiach kościoła stała kałuża krwi, od któréj krwawa ścieżka ciągnęła się aż do ołtarza! W progu leżał trup biskupa, a raczej szczątki okrutnie posieczonego ciała, którego każda część osobno rzucona, z resztkami poszarpanych sukni i ornata, krwią pobryzganych rozproszone były.
Ludzie stali nad niemi zachodząc się od płaczu.
Kościół otwarty był i pusty. — Na ołtarzu świece dogorywały jeszcze, na stopniach jego leżał wywrócony kielich, zgięta pod nogami patyna, chusta biała krwią zbroczona...
Od kościoła rozbiegło się zrazu wszystko co przy nim było, strwożone świętokradzkiém morderstwem.
Lud tylko u progu stał, cisnął się, niemogąc odejść, nieśmiejąc tknąć tych zwłok, które już uświęciło męczeństwo.
Od tego okrwawionego kościelnego progu, téjże godziny wieść leciała po całéj ziemi — król przy ofierze świętéj zamordował biskupa.
Ludzie ją nieśli nieznani do kościołów, miast, na zamki i grody...
Przez cały dzień na Skałkę płynęły i odpływały tłumy; nikt nie poważył się pomyśleć o tém aby cześć należną oddać relikwijom zabitego biskupa. — Wieczór nadszedł, gromady pozostały w oddaleniu, patrząc w nieméj rozpaczy na kościołek pusty i krew zaschłą na jego progu.
Noc zapadła na zamek, gród i okolicę; z Wawelu słuchając, można było jeszcze pochwycić gwar nieuśpionego miasta, tentent koni, wołania i krzyki. Z sąsiednich osad pieszo przybywało duchowieństwo, konne poczty ziemian, i rycerstwa. Około domku na Skałce nocą obozowała już cała gromada ściągającego się duchowieństwa, które się modliło, płakało i drżało, ku zamkowi spoglądając.
Posłańców wyprawiano na wsze strony świata, a gdy ranek wszedł nowy, zwłoki męczennika już znikły, ślady zabójstwa z niemi, kościół tylko zaparty stał, pieczęciami wielkiemi na drzwiach obwarowany. I dzwonek się już nie odezwał dnia tego.
Na Wawelu téż drugiego rana pieczęcie czarne wisiały u zapartych wrót Ś. Wacława.
Cisza grobowa panowała na zamku, król zamknął się na nim, obwarował i nie ukazywał.
Podwójne straże u wrot chodziły dniem i nocą, w podworcu stały gotowe konie i ludzie chodzili zbrojni, jakby je wnet dosiąść mieli...
Zamek wydawał się oblężonym.
Trzeciego dnia przez Wisłę widać było przeprawiający się oddział zbrojny, który wszedł do miasta i obozem się położył u stóp Wawelu. Tym dowodził stary Leliwa. Nazajutrz Kruk z drugim nadciągnął, na noc Brzechwa z trzecim stanął. Wszyscy w milczeniu, spokoju, legli niedaleko zamku, z okien widać było obozowisko.
Król kazał ostrzyć miecze, łuki i oszczepy gotować, ludzi swych liczył. Niewielu ich miał téż przy sobie, reszta żołnierstwa rozsypana była po zamkach, na pograniczu, w grodach, w których się gromadziła siła zbrojna od dawnych czasów, na zawołanie królewskie, gdyż żywić ją w jedném miejscu trudno było.
Od tamtych oddziałów złe przychodziły wieści. Duchowieństwo już z wodzami było w porozumieniu, ten i ów wymawiali się że przybyć nie mogą, inni milczeli, niektórzy wprost wypowiadali posłuszeństwa. Władzę tymczasowo chwytali wojewodowie i żupany. Za każdą odebraną wieścią król się porywał, jakby lecieć chciał ukarać winnych, lecz siły po temu nie było. Po posiłki słać i żądać ich od węgierskiego króla sromał się. Niechciał się przed obcemi przyznać do słabości, spodziewając siłę zastąpić odwagą. Na zamku krzątano się żywo.
Jednego dnia o mroku król kazał Borzywoja przywołać. Obóz na dolinie pod zamkiem, na który codzień patrzał, gniew w nim budził i niecierpliwość.
— Jedź, rzekł, wskazując ręką przez okno ku Wiśle. Jedź tam, do tych ludzi, zapytaj ich po co tu przyszli, czego tu stoją?
Borzywój, który od dnia popełnionego przez króla morderstwa, chodził jak obłąkany i nieprzytomny, nic nieodpowiedziawszy, wyszedł spełnić rozkaz. — Konia nie wziął, towarzysza sobie nie dobrał, sam jeden, o mieczyku tylko u pasa, śmiałym krokiem skierował się do obozu u stóp Wawelu.
Gdy ujrzano jednego z Boleszczyców, idącego ku namiotom, prawie bezbronnego, zdziwienie było wielkie; nikt przecie po drodze ani go zaczepił, ni się tknąć ważył.
Dopuszczono go do namiotu Leliwy, który mu na zapytanie ludzie wskazali.
Znalazł tu kołem zasiadającą starszyznę. — Spojrzeli na wchodzącego, którego z oblicza znali, a ze stroju widzieli iż do dworu należał. Nikt ani powstał, ani go pozdrowił; gospodarz z pod brwi nawisłych patrzał nań pogardliwie.
— Przychodzę do was od króla! rzekł Borzywój.
— Od jakiego? — zapytał sparty na ręku stary. Od króla? my tu żadnego nie znamy. Ten którego mieliśmy, wyklęty został i odsądzon od korony, a nowego jeszcze nie wybrano.
— Tak to już myślicie! rzekł Borzywój. — Dziwna rzecz aby klechy miały królów sądzić.
— Przecie ich namaszczają i koronują — odezwał się duchowny, który siedział za Leliwą.
— Nie moja sprawa to a wasza, rzekł Borzywój. Przychodzę od Bolesława syna Kaźmirzowego, który dla mnie jak był tak jest królem: po co tu obozem pod jego zamkiem leżycie? Chcecie z nim wojny? przyszliście mu w pomoc? król, pan mój miłościwy, wiedzieć potrzebuje.
Na to pytanie nikt nic nie odpowiedział, patrzali po sobie, jakby naradzając się, z czém go odprawić mają. Borzywój czekał napróżno, na ostatek, zawołał niecierpliwie:
— Cóż, wrogami mu jesteście!
Leliwa patrzał w ziemię, mieczem który trzymał w ręku grzebiąc w niéj. W tém wstał z za niego siedzący duchowny, wieku podeszłego, twarzy ostremi rysy oznaczonéj mężczyzna, i z wielką gwałtownością, palec wymierzywszy ku dworakowi — począł:
— Powiedz temu zbójcy, krwią oblanemu, powiedz Kainowi twojemu, iż przyszli tu ziemianie aby stali na straży i oblegali go dopóki precz nie wyżeną.
Krwią się jego mazać nie chcą, ale precz z téj ziemi musi iść.
Borzywój krzyknął z oburzeniem, chciał mówić, zahukano go, wszyscy podnieśli głowy, ręce powyciągali i wołali.
— Precz z téj ziemi musi iść! precz! precz!
Przyszedł wreście do głosu nie rychło Boleszczyc i zawołał:
— Nie łacno go wyżeniecie! Poskramiał on niejednych gorszych od was i silniejszych, i was poskromić potrafi.
Zaczęli się śmiać, urągać i szydzić ziemianie, nie odpowiadając mu. — Odwracali się tyłem do posła, rozmowy z nim nie chcąc prowadzić. Duchowny tuż zaraz słał chłopię, po święconą wodę i księgę, aby po nieczystym człowieku, który się wdarł tu, miejsce splugawione przezeń, modlitwą oczyścić. Borzywój nadto był dumny, aby się długo z niemi spierał, po takiém przyjęciu. Kilka przekleństw srogich z ust mu się wyrwało, pięściami pogroził i z namiotu wybiegł wściekły z gniewu. Po drodze przechodząc obóz i stojących kupami ludzi, co wycierpiał od szyderstw i przekąsów, plucia i odgróżek, ledwie znieść potrafił. Niemógł się do nikogo chwycić bo by żyw na zamek nie wrócił. Przyszedłszy tu, tak był jeszcze nieprzytomny i pomięszany, że do króla nie poszedł i siadł w kącie, aby to czém go nakarmiono, wydychać. — Przebył tak dość długi czas, gdy go zawołano do króla.
— Cóżeś przyniósł! — krzyknął niecierpliwie Bolesław — mów!
— Nie miałem z czém spieszyć, ponuro odparł Borzywój. Znać oni was niechcą. Krzyczą abyś z ziemi téj uchodził
Król stojąc naprzeciw mówiącego, rzucił się z gniewu ku niemu.
— Moją jest ta ziemia a nie ich! Moją! zawołał głosem wielkim: korony mi z głowy nie zedrze nikt. — Chcą wojny, to ją będą mieli — będą ją mieli.
Kazał sobie powtórzyć Borzywojowi wszystko, co w namiocie słyszał, do słowa i począł myśleć o obronie.
Tegoż wieczora, z ludzi którzy przy nim pozostali, wybrał Bolesław najwierniejszych sobie, najzręczniejszych i najśmielszych, kazał im dać odzież i uzbrojenie po którémby ich nie poznano łatwo i wyprawił z zamku, polecając aby lud zbrojny, między pospólstwem dla niego ściągali.
Nie łatwą to było sprawą teraz, lecz Bolesław jeszcze na wielu rachował po powiatach, których niegdyś obficie opatrzył majętnościami i wszelkiém mieniem.
Tymczasem bezczynność ziemian pod zamkiem stojących, dodawała otuchy, iż się posiłków król doczeka. Znikąd ich jednak widać nie było.
Jednego z pierwszych wieczorów po dokonaném morderstwie, gdy ochłonął nieco Bolesław, przypomniał sobie opuszczoną Krystę, i poszedł do jéj dworca. Dziwiło go iż się do niego przez sługi nie odzywała jak dawniéj.
Drzwi znalazł stojące otworem, nieład jakiś w mieszkaniu, dziewczęta z włosami porozplatanemi, w bieliźnie jednéj, siedziały na ziemi, jedne płacząc, drugie jakby snem znużone.
Oczyma zdumiałemi popatrzył król do koła — Krysty nigdzie widać nie było.
Gniewnie potrącił nogą leżącą na ziemi Ciarkę.
— Gdzie wasza pani? — zakrzyczał.
Dziewczęta płakać i jęczeć nieodpowiadając zaczęły.
— Gdzie ona jest? zagrzmiał powtórnie głosem groźnym, podnosząc rękę jak do bicia.
Dziewczęta porwawszy się zaczęły uciekać przerażone, a Ciarka, którą król za włosy pochwycił, padając na ziemię przelękła, wołać poczęła.
— My nic niewinne! my niewinne! — Niewiemy co się z nią stało! — Poszła. — Wczoraj jéj już nie było...
Król stanął z gniewu się trzęsąc... Chciał pytać, ale ze strachu od przytomności odchodzące dziewcze, jęczało odpowiedzieć nie umiejąc. Stała się wrzawa i wołanie na wszystkie strony, zbiegli się ludzie, poczęły pytania. Nikt nieumiał wskazać ani kiedy ani jak uszła Krysta, sama jedna czy przez kogo uprowadzona.
Rozesłano dwór szukać jéj po całym zamku po kątach i komorach, lecz nie znaleziono nigdzie, nie widział jéj nikt.
Wszyscy byli tak królem i sobą samemi zajęci, iż nikomu zajmować się nią na myśli nie postało. Król wpadł w gniew niewysłowiony. Siec kazał z kolei sługi, groził śmiercią, żadna męka wydobyć z nich nie mogła wieści o Kryście. Wśród chłosty plotły każda co innego, i coraz się przeciwiąc własnym wyznaniom. W istocie nikt nie wiedział co się z nią stało. Krysta potajemnie od dziewcząt swych chwyciła odzież prostą, płachtę grubą, wybrała chwilę gdy sługi się pospały, i nieprzytomna, na wpół obłąkana, wysunęła się z zamku, ciągle jeden wyraz powtarzając: krew! krew! We wrotach straż niewiast nie zatrzymywała, dano się jéj wyśliznąć, nie przypatrując nawet, o mroku.
Niewiedziała ani dokąd szła, ni co się z nią stać miało — uciekała od krwi, która goniła za nią. Ku miastu zszedłszy, zobaczyła kościołek na Skałce, i widok jego przeraził ją na nowo, uchodzić zaczęła pędząc co sił, bez drogi, na oślep — a krzycząc: krew! krew!
Biegła tak drżąca, zdyszana, zapłakana, aż póki, dostawszy się na gościniec jakiś nie padła. Oprzytomniawszy poznała tę drogę. Stał nad nią drewniany krzyż, obwieszony płachtami chorych ludzi. Tą drogę — pamiętała, jechała niegdyś z królem, gdy ją z Bużenina na zamek uwoził, śmiejąca się jeszcze, szczęśliwa, marząc, że zostanie królową.
Wracała nią teraz pieszo, zapłakana, nieprzytomna, przelękła, patrząc niespokojnie na siebie, na ręce swe, na szaty, na nogi, i widząc wszędzie, krew!
Upadła znużona na ziemię wilgotną i zerwała się prędko, bo mokra darń wydała się jéj krwią przesiąkła... Chciała biédz daléj, gdy brzęk oręży i tentent koni ją nastraszył — przypadła znowu, pragnąc się ukryć.
Gościńcem jechał cały zastęp ziemian zbrojnych — coraz bliżéj, coraz głośniéj chrzęszcząc zbrojami, brzęcząc łańcuchami; miejsce było odkryte, nigdzie ani krzewiny. Krysta zerwała się i biédz poczęła co sił ku zaroślom.
Uciekając posłyszała za sobą tentent konia, jeździec jakiś ją doganiał, dopędził i nagle za suknię pochwycił. Krysta zachwiała się i upadła na wznak, płachty któremi głowę miała obwiązaną, rozpadły się i twarz jéj odkryły.
Dwa razem krzyki ozwały się z piersi dwojga, krzyk radości i trwogi, nad nią stał Mścisław.
Przeczucie jakieś pognało go za uciekającą niewiastą.
— Krysta! — zawołał głosem pełnym boleści, Krysta!
Ona omdlała leżała na ziemi, blada jak trup, a gdy Mścisław ocucił ją nareście, rzuciła nań wzrokiem obłąkanym, zawołała.
— Krew! — i zemdlała znowu.
Mścisław, choć rycerz i mąż wielkiéj siły, oczy miał łez pełne.
Nigdy on uwierzyć niechciał, ażeby płoche to serce odwrócić się miało od niego, rozmiłowany był w niéj zawsze; nawet gdy uwieszona na ramieniu króla wypowiedziała mu wiarę i w tém jeszcze widział tylko kłamstwo dla ocalenia mu życia popełnione.
Odzyskać swą Krystę, pragnął najgoręcéj — namiętność jego była ślepą. Rozradowany więc tém co za cud prawie uważał, jak matka troskliwie około niéj chodząc, począł ją cucić i tulić.
Krysta przerażona widokiem jego drżała ciągle i płakała — rękami odpychała go, a usta ciągle powtarzały jedno: krew!
Nierychło przekonał się Mścisław iż widok jego tak ją trwożył iż jéj zmysły odbierał. Musiał się odsunąć nareście i powierzyć opiece obcéj, aby nowych omdleń i krzyku nie być przyczyną. Niemogła nań patrzeć i zakrywała oczy... Z gromady ludzi których miał z sobą, wysłał natychmiast dwu do miasta, aby mu wóz i starą jaką niewiastę do dozoru nieszczęśliwéj sprowadzono. Do domu posyłać za tém, zbyt było daleko. Sam zdala został czekając na straży; osłoniwszy leżącą na ziemi z zakrytemi oczyma. Mścisław, który przeciw króla ziemian pobudzał, jechał razem z innemi, łączyć się z Krukiem i Leliwą; jechał wrąc zemstą i jątrząc drugich a nagląc do napaści. Lecz teraz, co mu był król, wojna, zemsta, gdy Krystę odzyskał! — O wszystkiém zapomniał. Ludzi swych odprawił do obozu, sam pozostał.
Pod noc już, nierychło nadciągnął wóz i znajoma mieszczka, babka z Krakowa, która nieraz w Bużeninie bywała, bo ją za lekarkę miano. Właśnie znużona płaczem i głodem może Krysta, usnęła była leżąc na ziemi. Zwolna podniesiono ją i położono na wozie, a gdy zbudzona otworzyła oczy, ujrzała nad sobą nie już strasznego Mścisława, ale twarz staruszki, która jéj jak niańka dziecku, głowę otulała.
Zamknęła oczy — niechciała patrzeć. Wóz zwolna się poruszył, a za nim Mścisław sam konno, gdyż go nikomu niechciał powierzyć.
Do Bużenina z chorą było mu zadaleko; bliżéj do Góry, w któréj owdowiała matka Krysty mieszkała, bo tylko jeden mały dzień drogi. Tam téż jechać kazał.
Krysta na wysłanym wozie leżała jak w kolebce, dając się karmić i poić, bezmyślnie, jak dziecię. Zdało się jéj że to wszystko co przeżyła, snem było; że znów powracały dni dzieciństwa i młodości; że mogła być znowu szczęśliwą, spokojną, kochaną.
Tamto wszystko co się jéj przypominało z przeszłości burzliwéj — zmorą jakąś było straszną, która przeminęła na wieki.
W nogach jéj na wozie siedząca starucha zgarbiona, otulała ją ciągle i jak dziecku do snu nuciła.
Mścisław jechał umyślnie zdaleka, aby tentent konia ją nietrwożył i brzęk żelaza które miał na sobie. Drugiego dnia nad ranem koniom dla paszy i spoczynku stanąć trzeba było. Mścisław kryjąc się jeszcze przed nią, przez litość, którą miał nad nieszczęśliwą, poszedł w zarośla spocząć opodal od wozu.
Stara pomogła Kryście chusty odrzucić, aby popatrzyła na świat boży. Przebudziła się zdziwiona, powiodła do koła oczyma czarnemi. Las zieleniejący stał nad, niemi pusto było i cicho, ptaszki śpiewały w gąszczach, nad głowami lazurowe rozpościerało się niebo. Lice się jéj rozpogodziło — trochę zapomniała przeszłości i pozbyła trwogi.
Wóz stanął na spoczynek nad gościńcem samym. Krysta jeszcze się zdumionemi oczyma rozpatrywała w łąkach i drzewach, gdy na drodze jeźdzcy się pokazali.
Była to gromada ziemian zbrojnych, jadących także ku Krakowu, na zawołanie starszyzny. Ciągnęli powoli, i przeciągać mieli mimo stojącego w cieniu wozu; gdy jeden z nich spojrzał, rozśmiał się głośno, dziko i z koniem do wozu przyskoczył.
— Hej, Krysta Bolesławowa! hej Krysta miłośnica! Cóżeś to pana porzuciła! — krzyknął.
— Krysta miłośnica! powtarzali za nim inni, śmiejąc się okrutnie, i wóz otaczając do koła.
— Krysta, a gdzie twój pan miły? — Czy do piekła pojechał? — Czy się skrył do Smoczéj jamy!
— Krysta miłośnica! — wołali jedni do drugich, pokazując ją sobie palcami.
— Zabić wiedźmę przeklętą! — poczęli wołać inni.
— Zgnieść to plugastwo wszeteczne...
— Krysta! Krysta! — odzywało się na wszystkie strony..
Nieszczęśliwa, pod tą chłostą słów okrutnych, pod gradem tych wejrzeń strasznych, padła jak nieżywa, zakryła twarz, wtłoczyła się niemal na dno wozu, i głosem rozdzierającym znowu krzyczeć poczęła:
— Krew! krew!
Obłąkanie wracało. — Drżąc i miotając się stężała z boleścią na wykrzywionych ustach. Gdy Mścisław, ściągnięty jéj krzykiem przypadł aby ją bronić, zastał już omdlałą i prawie bez życia.
Ujrzawszy go nadbiegającego, nielitościwi ludzie, zamiast usłuchać wołania i próśb, jęli się z niego urągać.
Mścisław się rzucił na nich jak wściekły, o mało do krwawego boju nie przyszło. Starszyzna ulitowawszy się wreście nad nim, gdy go rozbrojono, po krótkiéj walce, odjechała szybko zostawując leżącego na gościńcu.
Nie obeszło się jeszcze bez wykrzyków nad Krystą i śmiechów, a swawolnych wyrazów.
Gdy gromada odciągnęła, stara baba, ledwie się nieszczęśliwéj zdołała docucić. Życie z niéj uszło prawie: skołowaciała leżała z pianą na ustach i oczyma nieruchomemi. Z życiem wracającém, wróciła trwoga, krew i obłąkanie.
Mścisław, któremu w czasie walki u wozu, koń się był przestraszony wyrwał i uciekł, idąc pieszo prowadził daléj Krystę do matki. Zdało mu się, że szedł za trumną.
Gdy dwór się pokazał w Górze, otoczony częstokołami, poszedł przodem do niego.
Zięć tam drugi gospodarzył, przy którym stara matka mieszkała.
Sulisławowa córki téj, od czasu jak jéj srom uczyniła, znać ni wiedzieć o niéj niechciała.
Pusto było w Górze; siostra Krysty po chorobie niedawnéj leżała nie wstając jeszcze, stara Sulisławowa za nią i zięcia gospodarzyła w domu. Wielkie wrota pod dachem, stały zaparte, cisza panowała we dworze. Mścisław przez furtę boczną wszedłszy pocichu, matkę zastał na przedsieniu z kądzielą. Ta, ujrzawszy go i poznawszy, kądziel rzuciła aż się stoczyła na ziemię, dłonie podniosła. Krzyknęła i uciekać chciała. Wstrzymał ją krzykiem Mścisław.
— Matko moja — zawołał. Miłosierdzia proszę! Ratuj mnie i Krystę...
Usłyszawszy to imie, stara w ręce podniesione uderzyła, zatrzymała się i krzyknęła.
— Coś ty oszalał?
— Krystę do was wiozę — Krystę moją nieszczęśliwą, ledwie żywą. Uciekła ona sama z zamku, gdzie ją gwałtem trzymano. Znalazłem na polu, chorą, biedną...
Sulisławowa przerażona, niepewna, powtórnie chciała uciekać, rozmyśliła się i wróciła. Łzy miała na oczach, serce matki zwyciężyło.
— Oto ją tu wiozą, matusiu najdroższa! Ona jeszcze na mnie dla sromu patrzeć nie może... Chora jest, nieszczęśliwa, ulitujże się! ulituj!
A widząc że się matka waha jeszcze dodał:
— Cóż ona winna! co winna!
A tuż i wrota skrzypiały, które na oścież otwierano, i wóz się powoli wtaczał w podwórze na którym ledwie żywa leżała blada Krysta. Mścisław skrył się u węgła. Wóz się zatrzymał u wnijścia. Sulisławowa już nie uciekała, łzy jéj ściekały po policzkach.
Starucha zwolna podniosła bezwładne choréj ciało, ręką ostrożnie jéj odchyliła zasłonę z twarzy. Krysta otwarła oczy strwożone i natychmiast zamknąć je chciała, gdy przed sobą ujrzała i poznała matkę, która ku niéj drżące wyciągała ręce.
W jéj umyśle znów stał się przewrót dziwny, życie znów niby się snem wydało, a otwarcie oczów przebudzeniem.
— Matuś ty moja! odezwała się.
— Dziecko moje!
I głowa nieszczęśliwéj spoczęła na ramieniu staréj, oczy się jéj jak do snu spokojnego zamknęły...
— A! jaki to był sen okropny! — poczęła szeptać. A! to ja w Górze! w Górze... Oglądała się podnosząc trwożliwie. Nieprawdaż? to Góra?? Tu niema nikogo złego? tylko ty matuś, siostra i Krysta... a tamto wszystko co było, to sen i zmora!!
Sulisławowa płacząc potakiwała dziecięciu — powoli, ostrożnie z wozu ją zniesiono.
Teraz dopiero przypatrzeć się jéj mogła matka. Cóż się to stało z jéj Krystą! Z tą śliczną, białą, różową, jak kwiatek świeżą Krystą, przed którą królowie na twarz padali!! Lice miała jak rąbek niebielony blade, i żółte, usta sine jak zwiędły liść róży, oczy wpadłe; drżała jak gałąź osiny, niemogąc się na nogach utrzymać.
— Góra! powtarzała po cichu — a! co to za sen ciężki miałam matusiu!
Znowu główkę sparła na jéj ramieniu, płacząc po cichu, aby gorzkie łzy co jéj ciężyły wypłakać z siebie. Sulisławowa płakała z nią milcząca. Matczyna łza gorąca padła jéj na twarz, Krysta się targnęła z krzykiem, wołając:
— Krew! krew!
Dwie niewiasty obejmujące ją rękami poczęła odpychać przerażona, aż matki posłyszawszy głos oczy w nią wlepiła, przytuliła się do niéj, i uspokojona szeptała.
— Sen to był — sen, matusiu!
Baba stojąca przy niej, powtarzała po cichu:
— Sen, mara...
I matka potwierdzała głaszcząc ją po zimném licu. — Sen, sen! Tak ją do cichego zaprowadzono kątka i położono na spoczynek. Mścisław na przedsieniu usiadł, sparł się na rękach, i jak wierny pies pozostał na straży. Odstąpić jéj niechciał i niemógł, a przystąpić do niéj nie wolno mu było.
Krysta nie była przytomną i nie była obłąkaną — zdziecinniała wracając do Góry, gdzie była niegdyś dziecięciem. Dobrodusznym, starym babkom co ją otaczały, pojąć było trudno co się z nią działo. Mówiły sobie że to czary, a uroki.
Posłano po baby aby urok odczyniły, aby zamawiały licho, by jéj wróciły przytomność i zdrowie.
Mścisław, któremu niedawno tak pilno było iść z innemi wraz na króla, upadł na siłach i męztwie: siedział w drugiéj izbie na ławie, lub sparłszy się na stole drzémał, czatując a pilnując co się z Krystą dzieje.
Próbował do niéj iść, lecz ile razy się pokazał, oczy zakrywała, mdlała ze strachu przed nim, choć łagodnemi do niéj mówił słowami, a pieścił ją jak dziecko.
Matka go téż precz pędziła, musiał wracać do pierwszéj izby w kąt, na ławę, przysłuchując się ztąd głosowi cichemu Krysty, która z matką dziecinniała...
W Krakowie na zamku coraz, co dzień puściéj było. Ucieczka Krysty zgniewała króla i przybiła, przypisywał ją księżom i zdradzie. Chodził po izbach pustych, patrzał po kątach ciemnych, czasem się gniewem wielkim unosił, a co mu naówczas pod rękę wpadło tłukł i zabijał.
Od dnia popełnionego morderstwa godziny spokoju nie było... Każdego ranka ktoś uchodził. Posyłał król po kogo, nieprzybywał; nie było dlań żywéj duszy, oprócz garści dworu, drużyny i niewielu zbrojnych ludzi co na zamku stali, niemiał z sobą nikogo.
Duma pańska, walczyła z tém wypowiedzeniem wojny przez kraj cały. Nie ustępowały z błoni pod zamkiem kupy nagromadzone ziemian i rycerstwa, które go znać za króla niechciały; nie ustępował on z Wawelu.
Często na złość im król wychodził albo wyjeżdżał sam jeden, mijał je powoli, nastręczał się oczom, zdawał ich wyzywać bezbronny.
Naówczas zoczywszy go ludzie, odwracali się jakby go niewidzieli; gdy wołał, udawali że nie słyszą; gdy pytał, nie odpowiadali, niektórzy bojaźliwsi uciekali od niego. Nieporywał się nań nikt, ale mijali wszyscy.
Z dniem każdym stawało się gorzéj.
Kościoły pozamykane były wszystkie, nigdzie dzwonu ni modlitwy, nigdzie księdza u ołtarza, lud ochrzczony i już chrześcijański, szczególniéj po miastach, próżno się domagał spowiedzi, ślubów, pogrzebu.
Księża się przed nim zamykali.
Spróbował król wysłać zaufanych do Poznania, do Gniezna, do Płocka, do Wrocławia, wzywając aby się doń zjechali biskupi; wszyscy mu jedną dali odpowiedź, iż zabójcy i świętokradzcy za pana znać niechcą, ani głów na miecz jego narażać. Odpowiedzi przychodziły mniéj więcéj zgodne, łagodniejsze lub ostrzejsze — odmowne wszystkie.
Uśmiechem złym król pokrywał gniewy; ramionami potrząsał i wiódł życie po staremu, nie zważając na nic. Tylko na zamku z dniem każdym było samotniéj a i ludu prostego trudno zwabić, jadłem i napojem.
Przy nim stała wierną tylko ta gromadka Boleszczyców, co się na wszystko poświęciła, byle dochować wiary; dwie królowe i Rusini ich dworu. Zamek jak wyspa na morzu stał odosobniony od świata. Kto w nim mieszkał do tego już w końcu mówić niechciano i siąść z nim do jednego stołu, ani mu ręki podać nikt się nie ważył.
Bezsilny gniew króla rozbijał się o milczący, zimny opór kraju. Nie napastował nikt, lecz nikt nie chciał go. Dnie bez końca długie, milczące, straszne, wlokły się na Wawelu, co gorsza, bo bez jutra.
Dworacy Bolesławowi za niego się trwożyli i biegali.
Był jeszcze na stolicy wrocławskiéj naówczas biskupem Jan Jastrzębiec, Odylona[2] syn najstarszy.
Borzywój, po naradzie ze swojemi, nic królowi nie mówiąc, dnia jednego wybrał się do Wrocławia, do niego. Mało stryja tego znał, ufał przecie związkowi krwi z nim, że tam znajdzie radę i opiekę...
Na podróż tę przywdziać musiał odzież inną, aby się nie wydawać ludzkim oczom z tém że do dworu króla należał; a że i z twarzy go dość znano, przebierać się musiał manowcami i lasami ku Szląskowi, co podróż wielce przedłużyło.
Dopiero w świat ruszywszy przekonał się jak trudno było króla ratować. Wszystkie głosy odzywały się przeciw niemu, duchowieństwo trwogą, nawet lud, na który król rachował, odegnało od niego. Nikt nie myślał stawać w obronie tego, którego dusza i ciało były w mocy szatańskiéj.
Rycerstwo i ziemianie górę brali, sieli przestrach, nikt ruszyć nieśmiał przeciw nim. Pamiętano czasy po wygnaniu Kaźmirzowym, gdy cały kraj się zawichrzył i zasypał gruzami i popiołem; obawiano się ich powrotu, w ciszy i trwodze czekano jakiegoś końca. Za królem nikt się ani odezwać nie śmiał, choć może go kto i żałował.
Rozpowiadano już o cudach u grobu męczennika, o orłach co porąbanych zwłok jego pilnowały, o światłości co nocami, nad grobem jego gorzała.
Borzywój kryjąc się z sobą, i czém był i z czém jechał, znużony i znękany przybył wreście na dwór stryjowski. Tu u progu się opowiedział jako synowiec pański: ale niewiele to pomogło, bo nierychło go dopuszczono.
Biskup Jastrzębiec, był już starcem, złamanym wiekiem, z długą brodą siwą, o kiju chodzącym, ale na umyśle przytomnym. Gwałtowny charakter Odylona w części po nim odziedziczył, chociaż go chrześciańskie wychowanie znacznie złagodziło. Popędliwość ojca, w synu się stała surowością niezbłaganą.
Milczący kleryk zaprowadził Borzywoja po długiém oczekiwaniu, do Biskupa. Izba była przyciemniona, starzec opodal w krześle poduszkami obłożony siedział, i gdy Borzywój stanął w progu, podnosząc nań oczy zbladłe z pod nawisłych brwi siwych, zapytał naprzód głosem ostrym:
— Z tych jesteś co przy królu byli?
— Z tych co przy królu są — odparł Borzywój z westchnieniem.
— Nie zbliżaj się do mnie! — Zdala stać! krzyknął biskup. Nieważ się z progu! — Czego tu chcesz? Wszyscyście razem z nim wyklęci! Znać cię ani mówić z tobą nie chcę. — Precz!
— Miłość wasza, pozwoli.
— Powinni cię byli pod ten dach nawet nie wpuszczać — wołał biskup ręką bijąc o poręcze.
Czemuś go zaraz nie porzucił? — Odprawiłeś pokutę? przejednałeś się z kościołem? Mordercy! świętokradzcy!
— Jakże mogłem króla odstąpić, rzekł Borzywój, gdy wszyscy nas i jego odpychają, nawet rady znaleść nie umiemy.
— Rady! — Niema jéj dla bezbożników, dla zbójców w grzechu zakamieniałych, mówił biskup.
Gdzie ten morderca?
— Na zamku w Krakowie.
— Trwa więc w złości swéj, zabójca błogosławionego brata naszego i swojego. Kain ten krwią obluzgany, rozpustą zgniły.
Borzywój zmilczał. — Biskup popatrzał nań surowo, zdawało się że w nim trochę litości obudził.
Borzywój niewiedząc co już mówić ma spytał:
— Co król uczynićby powinien, aby mu odpuszczono było?
— Azali mu ta zbrodnia odpuszczoną być może? krzyknął Jastrzębiec. Swiętokradztwo! ojcobójstwo! Jeden tylko biskup rzymski pan nasz, naznaczyć mu może pokutę, a ta lekką nie będzie.
Borzywój słuchał milcząc.
— Pokuta, mówił stary biskup, z powrozem na szyi, boso, ze świecą w ręku, u drzwi kościelnych stać lata całe, kościołowi oddać wszystko co ma, a precz iść z kraju, bo pomazany krwią ojcowską, pomazańcem Bożym być nie może.
Wzdrygnął się Boleszczyc — biskup pilnie go śledził oczyma.
— Toż samo was czeka, służalców coście z nim byli. Ty? byłeśli tam? podniosłeś rękę?
Borzywój nie odpowiedział, ogarniał go przestrach i zgryzota, głowę spuścił jak winowajca.
Milczenie za odpowiedź starczyło.
Biskup rękę suchą wyciągnął i drzwi mu wskazał, uparcie trzymając palce drżące, skierowane ku nim. Borzywój nie odchodził.
— Chwili mi tu nie powinieneś zostać! wołał stary Jastrzębiec głosem wzruszonym. Vade retro! Vade retro! precz! — nieznam cię jako krew naszą. — Precz!
— Ojcze mój — odezwał się zimnym oblany potem Borzywój — pójdę, nie idzie mi o siebie, ale o pana mojego. Radźcie co czynić ma.
— Tak więc jeszcze kochacie tę potworę? — krzyknął Jastrzębiec — tak stoicie o tę zgniliznę co się tylko zdała na ogień piekielny? Ha! Czujecie że spólnictwo zbrodni was z nim wiąże! Razem djabłu wpadniecie w paszczę...
— Rady! krzyknął Borzywój błagająco...
— Niech się wlecze w żebraczém odzieniu do Rzymu, niech tam u nóg Ojca naszego, papieża padłszy, błaga o rozgrzeszenie, a królestwo niech opuści, bo dopóki on je kala przytomnością swoją, ani świętéj ofiary, ani błogosławieństwa nie ujrzy ta ziemia: odłogiem zalegnie, spustoszeje, ogień ją pożre jak Sodomę i Gomorę.
Gniew wzrastał w piersiach biskupa, Borzywój nie śmiał się odzywać; myślał się już w ostatku cofnąć, gdy Jastrzębiec zawołał nań:
— Litość mam nad tobą, rzekł, jeżeli się kajać będziecie ty i twoi bracia, naznaczę pokutę i wyjednam oczyszczenie! Zostań poza obrębem mojego dworu, za bramą, los ci obmyślę.
— Ojcze mój, odezwał się Borzywój, dzięki wam składam najpokorniejsze, alem ja jeszcze sługą i do mojego pana powrócić muszę.
Zaledwie usłyszawszy tę odpowiedź, biskup się porwał trzęsąc z siedzenia.
— Precz zatwardziały! precz nie poprawiony, bezecny! który wracasz do nieprawości swéj jako pies do tego co z siebie wyrzucił. Precz! noga twa niech tu nie postanie, oczy moje niech cię nie widzą więcéj!
Biskup gwałtownie w ręce bić i kija wyszukawszy stukać nim zaczął, miotając się cały zburzony. Wpadł kleryk przelękły.
— Precz z tym poganinem! za wrota go wyrzucić! Niech mi nie kala podwórza i progu! — precz!
W gniewie namiętnym biskup, któremu głosu brakło, upadł na krzesło, a kleryk zlekka za rękaw ująwszy Borzywoja, natychmiast, wedle rozkazu, wywiódł go ze dworu.
Otwarto wrota, wyprowadzono konie ze dworu biskupiego, wyrzucono na ulicę i wrota się za nim zamknęły na wrzeciądze.
Po wyjściu jego jeszcze starzec zajadły, przywołał ludzi, nakazując im, aby mu ni chleba ni wody nie dawali, choćby z głodu umierał.
Pozostawszy tak na gościńcu u wrót, Borzywój, który choć chwilowo, spodziewał się przytułek znaleść u stryja, w obcém miejscu, sam jeden, niebardzo wiedział jak się obrócić. Na dworze biskupim, miał wprawdzie bratanka Pawła, którego stary Jastrzębiec wziął do siebie, aby go do stanu duchownego sposobić, lecz o tego ani się teraz dowiedzieć, ni doń było można przystąpić. Chciał sprobować ludzi pytać, lecz po zatrzaśnięciu wrót, gdy przez okno go postrzeżono stukającego, nikt nawet mówić doń niechciał.
Stary Jastrzębiec długo potém uspokoić się niemógł.
Od niego Paweł, bojaźliwy, zahukany nowicjusz, dowiedział się o losie Borzywoja, lecz szukać go, mówić z nim byłby nieśmiał, jako z wyklętym. Klątwa wszystkie węzły rodziny zrywała.
Borzywój pociągnął do miasta ubogiéj sobie szukając gospody, aby trochę w niéj spocząwszy, zaraz nazad powracać do Krakowa.
Po Szląsku już chodziły wieści, że się tu znowu Czechów spodziewano, którzy kraj, jako bezpański, prawem dawnego podboju zajmować chcieli. Przysposabiało się znowu rozerwanie królestwa i łupieże.
Borzywój, który ze wszystkich najczynniejszym był, nazajutrz już siadł na koń i wracał do Krakowa, postanowiwszy zataić przed królem co od biskupa usłyszał. Znowu temi samemi manowcami puścił się w swą drogę, unikając ludzi, omijając gościńce, noclegując po lasach i gęstwinach.
Gdy na Wawelu stanął, znalazł tu wszystko jak było, tylko garść co przy królu stała, zmniejszoną, a Bolesława ogarniętego jakimś szałem niby wesołym, w istocie rozpaczliwym, urągającym się światu całemu. Przez tyle dni nie widząc Borzywoja, król gdy go znowu postrzegł przy sobie, nie spytał nawet gdzie był i co poczynał, popatrzał tylko nań długo, odwrócił się i poszedł.
Dumny król o tém co mu groziło, co go otaczało, dotykało, nie wspomniał nigdy, mówić nie chciał, zdawał się niewidzieć. Występował z całym królewskim przepychem, sypał skarbami i o jutro niezdawał się troszczyć wcale. Z drużyną rozprawiał o łowach, koniach, sokołach, o kobietach, o wojnie, o dawnych czasach, nigdy o tém co się działo. Gdy kto słowo jakie wtrącił o sprawach obecnych, odbierał wejrzenie groźne i zmuszonym był milczeć.
Twarz tylko królewska świadczyła, że to co z niego nie wychodziło, pożerało go wewnątrz. Żółkł, starzał, posępniał, a wesołym chcąc być, stawał się złym. Najmniejsze przewinienie we wściekłość go wprawiało.
Wieczorem, po powrocie Borzywój poszedł z innemi za królem do sypialni, a gdy się tamci porozchodzili, u drzwi pozostał. Król zobaczywszy go, stojącego uparcie, w chwili gdy na sen kubek miodu dopijał, wedle zwyczaju, odezwał się ostro do niego:
— Czego ty chcesz odemnie!
— Miły panie, odparł Borzywój, czasem i o tém mówić trzeba co boli.
— Nie! zawołał król — o tém co boli tylko baby rozprawiają, mężowie ból powinni umieć zwyciężyć i śmiać się.
— Gdybyście pozwolili, miłościwy panie — odezwał się Borzywój.
— Mów, gdy cię język piecze — rzekł król niecierpliwie, mów a niebaw mi długo.
— Nie kazalibyście mi do Węgier jechać i przyprowadzić trochę ludu?
— Ja? prosić o posiłki u cudzych ludzi na domowe sprawy! — wybuchnął król. Cóż mi grozi! — Stoją i patrzą, poczynać nic nie śmieją. Lud trzeba ruszyć, a nie obcych ściągać, lud, gmin.
— Miłościwy panie — lud teraz się wyciągnąć nie da. Zapóźno.
Król się obruszył gniewny.
— Boście wy wszyscy baby, tchórze, i bez mózgu czereda! Nieumiecie nic, a ja sam od chaty do chaty chodzić niemogę.
— Od chaty do chaty chodzili księża i postraszyli ich...
Bolesław legł dopiwszy kubka, odwrócił się do ściany, i natychmiast zmienił rozmowę; chciał się dowiedzieć o liczbie ziemian i rycerstwa, które pod Wawelem stało. Borzywój nie umiał odpowiedzieć na to, uląkł się tylko, gdyż przewidywał myśl króla, który mógł z garstką sobie wiernych rzucić się na tłumy.
Wszystka ta gromada, jaką król miał przy sobie, ograniczała się do kilkuset głów zaledwie, a zbierający się ziemianie i rycerstwo po przedmieściach i stojący w okolicy, na tysiące się liczyli; byli dobrze zbrojni i przez samego niegdyś Bolesława do wojen zaprawieni. Byłato czujna straż otaczająca Wawel, wyczekująca na ustąpienie króla, do którego zmusić się go, naostatek choćby głodem, spodziewali...
Długo milczał król jakby usypiał, potém porwał się i zawołał sięgając do próżnego kubka, który sobie nalać kazał.
— Wyjść i stłuc to na miazgę, a będzie spokojnie!
Borzywój niemógł już milczeć dłużéj.
— Miłościwy panie, rzekł, gdybyśmy ich nawet pobili, jeżeli sami rozpoczniemy wojnę, gdy oni porywać się nie śmieją, ściągniemy na siebie wszystko co żyje i nie ujdzie nas ztąd ani noga.
— Nieprawda! — krzyknął Bolesław nie zwyciężą mnie i nie uczynią mi nic. Imie moje popłoch sprawi! Pierzchną jak zające przedemną, gdy śmiało spadniemy im na karki. Nieprawda! Lud się naówczas ruszy gdy zobaczy że wojna ze zdrajcami rozpoczęta.
Borzywój chciał coś rzec, król zamknął mu usta, nieznosił przeciwieństwa, począł łajać i urągać drużynę swą zwąc tchórzami, zdatnemi do kądzieli i spódnicy, lecz i o wycieczce zamilczał.
Nazajutrz jakby się do wytrzymania oblężenia przygotowywano, wysłano w okolice po żywność i zapasy, król opatrywał wały, ostrokoły i bramy. Srogi był, gniewny, lecz czynny i rozgorączkowany. Borzywojowi już słowa sobie powiedzieć nie dawał i unikał z nim spotkania.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; błędna interpunkcja, najprawdopodobniej zbędna kropka.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Powinno być Odolaja.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.