Boleszczyce/Tom II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Boleszczyce
Podtytuł Powieść z czasów Bolesława Szczodrego
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1877
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
II.



Nazajutrz po klątwie rzuconéj na króla, wieść o niéj biegła od kościoła do kościoła, od wsi do wsi, z ust do ust, piorunem się rozchodząc po kraju całym.
Zdawało się że ją jakaś niewidzialna siła dźwignęła i na skrzydłach niosła. — Ludzie się z nią spotykali na gościńcach, na rzekach płynąc, oracze na łanach, kosarze na łąkach, przylegała do obcych podróżnych, szła jak mór, który niesie powietrze.
A od dworu do dworu widziano tych dni jeżdżącego człowieka, na koniu lichego sukna kawałkiem okrytym, w odzieży prostéj i odartéj, z głową obnażoną, z brodą rozwianą, z włosem rozczochranym, który gnał bez dróg od wsi do wsi, wjechawszy w podwórze porzucał konia samopas, szedł do dworca, do ziemian, stawał przed nimi, wywoływał słów kilka gorących i po chwili nie spocząwszy, siadał znowu na szkapę, jechał daléj.
Stary Odolaj chodził z Okiem i Hyżem po swém podwórcu w Jakuszowicach, gdy do wrót ten gość odarty zastukał.
A Oko mówiło panu.
— Człek jakiś na mizernéj szkapie — obdarty, bez szłyka, w sukmanie prostéj, zdyszany. — Dobija się na gwałt, posłany być musi chyba od kogoś.
Hyż patrzał dziko ku wrotom.
— Niech go puszczą — rzekł Odolaj.
Otwarto jezdźcowi, który z konia zaraz zeskoczył. Nim Hyż, który już gotował się biedz, mógł się rzucić na niego, odwołał go stary i przy nogach leżeć kazał, a pies legł mrucząc posłuszny.
Zbliżał się ów dziwny poseł, daleko śmieléj niż na jego odzież i stan przystało. Suknie miał wyrobnika — a postawę pańską.
Odolaj posłyszawszy kroki zbliżające się, zawołał.
— Cóś zacz.? — Mów.
— Mścisław z Bużenina — rzekł przybyły śmiało, ten któremu król niepoczciwie żonę wziął, któremu dom zesromocił, łoże pokalał, którego uwięził i na urągowisko puścił.
Mścisław jestem, ten do którego krzywdy, z innemi i twoje wnuczki i prawnuczki przyłożyli się, służąc swojemu panu nie jak rycerze, ale jak podłe niewolniki. — Mścisław jestem który nawołuje do zemsty, do sprawiedliwości. Biskup na króla rzucił klątwę, przeklęty kto z nim, kto mu służy, kto pomaga, kto się o niego ociera. — Twoi z nim przeklęci, ród twój, krew twoja...
Stary słuchał ślepemi oczyma patrzeć się zdając na wściekłego i dyszącego gniewem człowieka, któremu wargi wyschłe popękały od gorączki i krwią płynęły, oczy krwią zachodziły, a lice było żółte i czarne.
— Nie blużń, ty, poganie jakiś! — krzyknął gniewnie stary — nie bluzgaj, plugawcze! — Ojcem twym i dziadem mógłbym być, a lat i włosów moich nie szanujesz — zbóju jakiś! — Dla jednéj niewiasty twojéj, coś jéj trzymać nie umiał, ma się całe królestwo obrócić w perzynę!
— A! — niech się w perzynę i zgliszcze obróci — krzyknął nie zmięszany Mścisław — niech wszystko przepada! — On i królestwo jego i wy wszyscy jego wspólnicy.
— Wściekły wilku nie człecze! — Począł w gniewie stary Odolaj. — Któż ci to mówił że my jego wspólnikami jesteśmy!
I nogą a kijem począł bić o ziemię, trzęsąc się cały. Pies podniósł się, zęby wywarł i ujadać począł, niemogąc się ruszyć, a że stary go uderzył, — zawył.
— Kto ci mówił że my jego wspólnikami? — ciągnął Odolaj. — Ja ród mój przekląłem jeżeli mu służyć będzie, nie podaruję mu, znać ich niechcę. — Zapieram się. — A co ta nędzna garść znaczy?
— Z garści się korzec sypie — zawołał Mścisław nie ochłonąwszy — ale twoja garść, stary Odolaju, zostanie w krótce samą. Jadę od dworu do dworu, wołam w imie nie moje, ale jako mi biskup przykazał, aby od niego precz szli wszyscy — precz! — słyszycie! — I odstąpią go, muszą, wszyscy, krom waszych.
Srom wam i hańba, stary! — Srom i hańba na ród!
Odolaj drżał z gniewu.
— Gdybym oczy miał, dawno byś ty dłoń moją poznał! — Zakrzyczał.
Mścisław się śmiał, Hyż zawarczał.
— Przybyłeś mi się tu urągać na moich śmieciskach? — zawołał Odolaj.
— Nie — rzekł pan z Bużenina — ja ci przyszedłem oznajmić, abyś posłał po nich i ratował siebie i ich. — Mam litość nad twemi włosami siwemi — ale nad ich krwią, niemam litości.
Ślij do nich z przykazem, zaraz..
Stary głową trząść począł.
— Tak — rzekł — poślę — a ty, tu legnij mi, leż i czekaj, ażebyś był świadkiem co im rzeknę.
— Ja? — leżeć? czekać? — rozśmiał się Mścisław — a maszże ty taką siłe coby mnie przykuła choć na pół dnia do ziemi. — Ja muszę jechać, wołać, budzić. — Gore! — Aby wszyscy szli jako do ognia przeciwko niemu, na niego.. Wyklęty jest! — Precz z nim! — Wyklęty!
Odolaj wstał i począł się zbliżać na głos idąc, ku niemu.
— Niech cię tam słota niesie i wiuha! krzyknął — jedź, biesie, na złamanie karku; ażebyś mi tu był trzeciego dnia na zaraniu, jeżeli cię Lich nie porwie. Rozumiesz! — Trzeciego na zaraniu!
— A czemuż to ja mam twoich rozkazów słuchać? — Spytał Mścisław.
— Bom ja stary i ślepy, a tyś wściekły i bezrozumny! ty — ty, coś się w jednéj niewieście do szału rozmiłował, że ci oczy zabiegły krwią a serce zemstą. — Jedź, jedź, a do trzeciego dnia byś mi tu był — a nie będziesz — daj cię wilcy szarpali.
— No, to będę — rzekł Mścisław.
Ani słowa nie mówiąc szedł zaraz wprost do konia, który się pasł na murawie, głowę mu podniósł, skoczył nań, a gdy siadł, Hyż nie pytając pana o pozwolenie nagle się kopnął aż do szkapy, rwąc się jéj do pyska i przeprowadzając go szczekaniem zajadłem aż za wrota. Gdy Mścisław już za bramą był, pies ziemię zębami pochwycił i gryźć ją począł ze złości. Stary wcale mu téj zabawki nie wzbraniał.
Oko stojąc przy starcu, śmiał się po cichu ze psa i ruchami rąk jeszcze go podszczuwał.
W tém Odolaj się odezwał.
— Oko, skocz mi duchem po Kota, a sam usiadł na wałach i pies zmęczony przyszedł mu się u nóg położyć.
Biegiem poleciało chłopię i natychmiast przywiodło z sobą parobka, który do pana się zbliżywszy do nóg mu się pokłonił.
— Jest Kot? — Zawołał stary. Konia mi weź zaraz i leć do Krakowa, — moich znasz co tam są?
— Znam, panie.
— Pierwszemu którego spotkasz powiedz że Odolaj dziad przykazuje mu, aby natychmiast konia wziął, niezważając na nic do Jakuszowic się stawił.
Ledwie to rzekł, Kot już był na powrót w szopie, sukna kawał na konia rzucił, pędził we wrota i zniknął.
Odolaj tego dnia nie przysiadł ani spoczął, nogami staremi całe swe zamczysko schodził w koło sto razy, a co się położył ze znużenia, to zrywał natychmiast jakby go co piekło i gnał znowu.
Tyta widząc że ojciec się zamęcza, przyszła do niego z prośbą, aby wypoczął trochę, ofuknął na nią stary.
— Babo, ślepsza odemnie, idź do kąta kądziel prząść, co ci do mnie!
Oko chodził za starym płacząc i drzémiąc; Hyż w końcu położył się w pośrodku dziedzińca na trawie i wzrokiem tylko za paném wodził. Tak było i tego dnia i drugiego. Nocą wreście legł starzec i zasnął mocno, ale nadedniem o brzasku zerwał się znowu i wyszedł.
Czuł że dnieć musiało — podsłuchiwał czy kto nie jedzie? — Nie było nikogo. — Bydło wypędzali dopiéro na rosę i stadnina z noclegu powracała.
Stary wdrapał się na sam wału wierzchołek, Hyż nosem ciągnął powietrze i pomrukiwał jak był zwykł, gdy zdala co poczuł.
— Jadą! — rzekł stary.
Widać nie było, słychać nie było — czuć było.
Zszedł Odolaj podparłszy się na ramieniu Oka i potoczył do izbicy, siadł w rogu jéj, pies się na swoim barłogu położył — czekali.
W tém tętnieć już i brzęczeć zaczęło na drodze, wrota skrzypnęły, koń zarżał, chód słychać było żywy i zgrzany, zmęczony, ocierając pot z czoła wszedł Dobrogost.
Stary z kąta zapytał tylko.
— A który tam!
— Dobrogost Mszczujów.
— Hultaje jacyś — począł Odolaj — psy parszywe — co wy sobie myślicie? — Czém ja dla was? — Kto wy? — Gdzie nasza krew? — Macie wy ojców? — Kogo wy słuchacie?
Dobrogost milczał, czując go rozsierdzonym mocno.
— Z królem trzymacie! — Dodał Odolaj.
— Inaczéj nie możemy, ośmielił się Dobrogost. Król pognębiony i opuszczony.
— I będzie zgnębiony na proch, na nic, dodał stary, zczeźnie! — W tém wyrazy mu w gardle zastygły, znowu tentent słychać było i wrota skrzypnęły, wbiegł człowiek, stanął a dyszał.
— Otom ci jest, masz mnie!
Oglądał się do koła obłąkanym wzrokiem. Stary szepnął. — Wiem — Mścisław. On to był, w téj saméj odzieży zbrukanéj i odartéj; czarny, żółty, osmolony, z oczyma palącemi się i usty spiekłemi a krwawemi. Stojąc tak dojrzał u drzwi ceber z wodą, i zamiast czerpakiem się jéj napić oburącz chwycił ceber, do ust go sobie chyląc. Pił strasznie, bo mu wnętrze gorzało.
— Słuchaj, wściekły człecze — odezwał się stary gdy ceber postawił — oto masz przed sobą zwołanego tu Jastrzębia. — Słuchaj co mu powiem, — wypieram się ich wszystkich do nogi, jeżeli przy królu zostaną. — Kazałem i rozkazuję precz ze dworu iść.
Mścisław zwrócił się do Dobrogosta.
— Cóż ty? — co?
— Ja mówię dziadowi że my nie możemy iść — nie pójdziemy, odezwał się Dobrogost nieśmiało.
Srom mówicie z królem trzymać, a srom téż ze strachu go rzucić, gdy wszyscy idą precz.
Starsi nasi postanowili, nie pójdzie żaden z nas teraz, a szyję będzie trzeba, to damy.
Starzec aż się porwał z kąta.
— Ty padalcze — śmiesz!
— Ubijcie mnie jeźli wola — odpowiedział spokojnie Dobrogost, nie mogę rzec inaczéj. — Wszyscy przy tem stoją, ja się od braci oddzielić nie mogę.
Czy Sreniawy zostaną, czy Drużyny dotrzymają — niewiem, a Jastrzębcy trwać przy nim będą.
To nasza powinność.
Mścisław mu plunął pod nogi.
— E! — Plemie niewolnicze! — raby, sługi cherlawe! — parobki królewskie..
W téj że chwili Dobrogost mu do gardła przyskoczył i ścisnął je tak w silnych rękach, że Mścisław posiniał cały. Chciał mu się wyrwać, niemógł. Miotali się niemówiąc słowa, Dobrogost dusił go w śmierć.
Stary posłyszawszy ten ruch, domyślił się co się stało i ryknął głosem ogromnym.
— Puść mi go zaraz bo cię zasiec każę.
— Tobie dziadzie, wolno zrobić ze mną co zechcesz — krzyknął Dobrogost, ale temu psu wara!
Mścisław puszczony ze strasznego uścisku, zatoczył się i upadł na ławę. Oczy jego zbladłe stały nieruchome, wargi mu drżały.
Stary Odolaj stał kijem bijąc w ziemię.
— Wiesz ty — zawołał do Dobrogosta się zwracając, ktom ja?
— Dziad nasz — rzekł Dobrogost, który ręce krwią nabiegłe ocierał.
— Siwa głowa rodu, począł Odolaj, ojciec ojców waszych, com wam wszystkim żywot dał, co ma prawo każdemu z was żywot odebrać, bom go nie dał na hańbę ale na poczciwość.
Dobrogost walką z Mścisławem był rozgorączkowany i zburzony.
— Tak, zawołał — jesteś ojcem ojców naszych, żywot weź, jeźli chcesz, a do podłości nas nie zmuszaj. Podłość mówicie takiemu panu służyć, a no gorsza jakiegokolwiek rzucić gdy ginie, tego i psy nie robią.
Mścisław odszedłszy nieco, pluł krwią i klął cicho.
— Czyńcie tak! — rzekł — czyńcie! — A no dobrze! — Z nim razem i ze psami jego pójdziecie precz z ziem naszych. — Ścierw waszych żaden cmentarz nie przyjmie, wilcy chyba się nad niemi zlitują! — Idźcie z nim! — Idźcie!.
Dobrogost zamiast mu odpowiadać, jakby nie słyszał co mówił, odezwał się do starego.
— Gdyśmy na dwór do króla przystawali kto nas tam słał? — A no wy sami, ojcowie i dziady.
Pędziliście nas do niego i mówili, wierni mu bądźcie, miłujcie go, szanujcie, służcie mu. Takeśmy uczynili wedle rozkazania. Teraz żądacie znów byśmy tonącego rzucili i wypowiedzieli służbę, kiedy wszyscy nań biją?
Odolaj mruczał.
— Jaja mędrsze od kur. — Jak to się tam nauczyło dworować — a czyjeż rozkazanie mocniejsze ma być czy krwi waszéj czy króla?
— Krewże nas własna królowi oddała — rzekł, Dobrogost.
— No, to gińcie i przepadajcie z nim razem! Zakrzyczał Mścisław.
— Będziemy stać przy nim i nie zginiemy — zawołał Dobrogost ośmielając się coraz bardziéj.
Garść nas jest, ale król w potrzebie na Ruś zawoła i na Węgry, przyjdą doń. — Wszystkich wrogów swoich zgniecie i wytępi.
Nie zwyciężyliście jeszcze nas, wy, z klechami waszemi! — dodał zwracając się do Mścisława.
— Hej! — hej niecnoto jakiś! — nim mu Węgry przyjdą i Ruś nadciągnie — nogi was tu nie stanie — krzyknął Mścisław.
— A no! — odparł obojętnie Dobrogost.
— Wszystkie ziemie i powiaty, i co żywo u nas, przeciw wam, wołał pan z Bużenina.
— Ino z królem lud i gmin! — odparł Dobrogost, a na was ziemian garść i rycerstwa dość będzie i tych z pałkami.
Już miało znowu przyjść do łajania, do razów może, gdy Odolaj gwałtownie w tok kijem stukać począł.
— Milcz ty, kobuzie jakiś — krzyknął.
Dobrogost głowę spuścił, usta zaciąwszy a Odolaj zwrócił się do Mścisława.
— Otóż masz, widzisz ty, wścieklico, rzekł — że ja rodowi mojemu nie folguję. — Widzisz com im rozkazywał, słyszysz co mi te gołowąsy gadają. — Jam niewinien.
— Tyś winien — gwałtownie wybuchnął Mścisław — ty i twoi! — Pocoście ich dali pookuwać w te dyby. Rzuciliście ich sami w tę kupę gnoju i dziwujecie się teraz że gniją?
Odolaj w pierwszéj chwili gniewu, kij podniósł do góry, zamierzył nim, jakby go chciał uderzyć — i opuścił bezsilnie. — Gościem był.
Mścisław dyszał wyciągnięty na ławie. — Znużeni zamilkli wszyscy czas jakiś. Pan z Bużenina oglądał się i przysłuchiwał niespokojnie. Czekał on przybycia tych, którym oznajmił że ma być w Jakuszowicach i wezwał aby w pomoc przyszli. — Szło wszystkim o to aby króla Boleszczyce, ile ich było, opuścili.
Sobie i Odolajowi nie ufając, Leliwę, Kruka i Brzechwę napotkawszy, stawić się im kazał do Jakuszowic tego rana.
Czekał azali nie przybędą.
Dobrogostowi stać jak przed kościołem w kunie, miło nie było — i ozwał się szorstko.
— Jeżeli miłość wasza, jużeście wszystko rzekli co chcieli — azali nie odpuścicie mnie?
— Idź na skręcenie karku! — krzyknął Odolaj — idź. — Między mną a wami niema już nic, ani na pogrzeb mój nawet nie śmiejcie przyjść. Czeladź was kijami od trupa odpędzi...
Dobrogost ruszył się już.
— Spieszno wam, szydersko i gniewnie odezwał się Mścisław — wstyd, srom.. Strzymajcieno się, jeźli odwagę macie, przybędą tu inni jeszcze co wam od wszystkiego ziemiaństwa rzekną, co was czeka.. Warto słuchu..
Stary się żachnął zagniewany.
— A kogoż wy tu do mnie, śmieliście nawoływać? — Wy! — do mnie? — a to jakim prawem?
— To sprawa ziemiańska — odezwał się Mścisław, a wyż kto? — Każdy dom dla niéj powinien być gospodą, chce czy nie.
Nic na to nie odpowiadając Odolaj poszedł z kijem do kąta i położył się — Dobrogost szedł do drzwi.
— Czekaj! — zakrzyczał Mścisław. — Czy się boisz! — Stój, gdy mówię, starszyzna przyjedzie. — Boisz się!
— Ja! — oburzył się Dobrogost.
— Nie boicie się to przystańcie mało, bo oto jadą — dodał Mścisław, zaraz ich będziesz miał.
W istocie Leliwa i Kruk przybywali. Gdy w sieni już ich usłyszał Odolaj, ruszył się, zły był, mruczał sam do siebie.
Gdy wchodząc zaczęli pozdrawiać gospodarza zaledwie im pół głosem odpowiedział. Mścisław powstawszy z ławy, wskazał na stojącego w kącie Dobrogosta.
— Oto macie, jednego z tych Boleszczyców. — Dziad mu próżno mówił, próżno klął, jeszczeno wy powiedźcie co macie.
Leliwa oczyma szukał Dobrogosta w ciemnym kącie izbicy.
Widząc to obwiniony śmiało naprzeciw okienka wystąpił.
— Cóż wy mi rzec macie? — spytał zuchwale — co?
Zmierzył go oczyma od stóp do głów stary.
— Butne pany! zawołał. — Co my wam mamy rzec to krótkie słowo, tak jak z wami sprawa będzie krótka. — Król nas chłopom chciał sprzedać, kościoła nie szanował, i my go i kościół znać nie chce. Kto z nim trzyma, przeciw nam idzie, wróg nasz. Rozumiecie? — Chcecie z nim zostać! — toście nie bracia nasi, ale wywołańcy, którego pochwyciemy głowę da. Majętności i ziemie wasze zabrane będą, bo ziemi nie wart mieć kto jéj nie broni — i swéj braci. — Oto co was czeka.
Zaprze się was ród, zaprze ziemia, będziecie zaprzańcami, głowy wasze zdejmie kto zechce.
— Byle mógł — odparł pogardliwie i szydersko Dobrogost. — Co ja wam na to mam powiedzieć? Nic. — Kto głową nałoży to Bogu wiadomo, a co my czyniemy, wiemy dla czego. Sumienia naszego nikt nie ma prawa sądzić, ino my sami.
A co więcéj? — spytał w końcu.
Kruk popędliwie wtrącił.
— Jeszcze wam mało?
— Upamiętajcie się, łagodniéj począł Leliwa — choć sprzeniewierzona, wyście taki nasza krew. Zal was. Poszaleliście z szalonym królem waszym..
On już nie król.
Dobrogost ramionami ruszył, i powtórzył znów obojętnie.
— A co więcéj?
Kruk się zżymnął, rękami rzucił i odwrócił od Dobrogosta, jakby nań już patrzeć nie chciał.
Mścisław oburącz przebierając we włosach, darł je z głowy.
Gdy zamilkli, Dobrogost, który nabierał odwagi i gniewu razem, odezwał się.
— Ja powiem wam jeszcze jedno!
Ani pana ani nas tak łatwo jak się wam zdaje mieć nie będziecie. Poleje się jeszcze krwi dużo, poleje! — Macie wy siłę, ma król téż swoich. — Wy sprowadzicie Czechów, on Rusinów i Węgrów. Będzie to co było za Kaźmirza, gdyście wy wygnali precz z kraju pana, a potémeście na kolanach prosić go musieli, aby do was powrócił. — Za to was pan nasz miłować ma żeście jego rodzica wyganiali? — A kto to uczynił jak nie wy? Dziś jego precz chcecie wyżenąć, aby wam z biskupami panowanie zostało!
Próbujcie! — Król pewno nie pójdzie jak Kaźmirz po dobréj woli.
Kaźmirz król inny był, wygnać go łacniej było. Na Bolesława choćby i klątwa padła — twardy pan nasz, nie zgniecie go.
Ludu przy nim zostanie dosyć, aby na obronę przeciw wam stało..
Wy naszym głowom grozicie, niewiem co z waszemi będzie.
Leliwa słuchał nie przerywając.
— A no! — a no! rzekł — lepiéj nam z księżmi i klechami, niż pod jego rózgą na równi z chłopy i niewolnikami.
Wszystkim się już od téj mowy swarliwéj twarze paliły. Mówić nie było co więcéj, chyba łajać i bezcześcić, a odgrażać.
Dobrogost spojrzał po nich, zawrócił się i zwolna szedł ku drzwiom precz. Zwrócił się ku Odolajowi.
— Głową ojcu panu! — odezwał się.
— Ja was znać niechcę! — krzyknął stary.
Zwij sobie ojcem psa rudego.
Słyszysz — idź mi won.
Wśród śmiechu wyszedł Dobrogost. Kipiało w nim. Za progiem stanął tchnąć tylko, tu nań stara Tyta czekała.
— Cóż wy tu robicie? — zapytała — jam was po głosie poznała. — Stary na was zły! — łajał.
— Cóż! — przyszedłem tu na jego rozkazanie własne, aby mnie przy obcych, na współ z niemi zesromocił. — Bywajcie zdrowi, ciotko miła, już tu bodaj noga nasza nie postanie. — Przyszło nam na to, że dziad wygnał..
Zdrowi bywajcie!
To mówiąc Dobrogost za próg się wysunął, spojrzał po starém swém gnieździe spokojném, które porzucał na zawsze, wypędzony; ciężko mu się stało, lecz zmienić co czynił już nie mógł.
— Stanie się co ma być! — rzekł w duchu.
A stary Odolaj znowu leżąc w kącie mruczał.
— Krew nasza! — Psubraty! — szyję dadzą a woli ich nie złamać. Biciem nic nie zrobisz z niemi, ani groźbą. — Krew nasza!
Dobrogost do konia się swojego brał, gdy za nim i Mścisław się wysunął. — On także nie miał tu już co czynić — musiał jechać daléj, wioząc z sobą nawoływanie do zemsty.
Dobrogost dał mu się wyprzedzić i zwolna pociągnął nazad ku Krakowu.
Porzucił był zamek wśród uczty, a gdy wrócił nań zastał go jeszcze gwarliwszym, pełnym ludzie hałasu i śpiewu.
Nadjechali do króla Rusini, których przyjmował ochoczo, rad że mu się goście obcy trafili. Drugi już dzień na zamku trwały szalone igrzyska.
Końmi się uganiano, ciskano włócznie, z łuków strzelano, król dawał nagrody, a strojnéj Kryście i żeńskiemu dworowi królowéj siedzieć kazał, przypatrywać się, pieśni śpiewać, i dodawać wesela.
Gdy Dobrogost wjechał w tę wrzawę i tłum, potém co słyszał i co wycierpiał, jakoś mu to się nie miłém wydało, że król mało o sobie myśląc, nie ważąc odgróżek, lekko brał co nań ciągnęło, Dobrogost czuł że tu na uczty czasu nie było. Okolice które przebył, ludzi których spotykał, co się o uszy jego obiło, oznajmywało że wszyscy się w obronie biskupa przeciw królowi gotowali. Lud, choćby go Bolesław miał za sobą, nie wiele mógł; z ziemian z nim nikt prawie nie trzymał, z rycerstwa znaczniejsza część i najdzielniejsza, po kijowskiéj sprawie go odstąpiła.
Tymczasem król urągać się zdał niebezpieczeństwu, im ono widoczniejszem się stawało, tém mniéj okazywał że je widział i czuł.
Tego wieczora szczególniéj huczno na zamku było, ucztowano w podworcach, na wałach, tak aby wszyscy widzieli iż król się nie trwożył. Beczki wytaczano jedne po drugich, z miasta i przedmieść czerń, choć wiedziała że biskup zabraniał zbliżania się do króla, oprzeć się nie mogła ponęcie jadła i napoju.
Lud téż zawsze był przywiązany do niego, czując że miał w nim opiekuna, a kościelnych klątw nie wiele rozumiał i w wierze mocen jeszcze nie był. — Gdy brakło ziemian i rycerstwa, on zastępował ich u stołów. Król dla oka i dla swawoli wielu z nich poprzyodziewać kazał bogato; co im równie jak miód głowy zawracało.
Dworni królewskiéj ta czerń co się na równi z nią stawiła, nie bardzo była do smaku, lecz pokazać tego nikt nie śmiał. Gdy we łbach zaszumiało, cała szorstkość i dzikość ludzi tych wychodzić na jaw poczęła, i uczta zmieniła się w istny szał, wśród którego zaledwie król już był poszanowany.
Ci co wczoraj głodni włóczyli się w łachmanach, a na których dziś powdziewano jedwabie, i do syta im dano najprzedniejszego napitku i jadła — pamięć straciwszy, sami się królami sądzili.. Głowy się zawracały.
Boleszczyce stojąc przy królu i za nim, ostro na to patrzali, ale król sam śmiał się i podżegał jeszcze zbytkujących, rzucając im, jak kości psom do gryzienia, nazwiska znienawidzonego sobie rycerstwa.
Jednego z charłaków kazał przybrać niby w biskupie szaty i dać mu na głowę czapkę o dwu rogach, a w rękę kij zakrzywiony — dopieroż z niego strojono żarty, a on się popisywał z bezwstydy..
Widząc że wolno obelgi miotać i bluzgać, ludzie téż gąb nie żałowali. Za każdém słowem dobitniejszém, ciżba śmiechem odpowiadała jak chórem.
Na tę zabawę, wśród któréj nikogo nieoszczędzano, natrafił Dobrogost, i właśnie się w tłum wmięszał, gdy mieszczanin Sroka, którego odziano w opończę wyszywaną, szłyk i łańcuch, na rycerstwo całe wydziwiał, żony ich i domy bezczeszcąc.
— Hej! — panku na Bużeninie! wołał pijany — a gdzie żonka twoja? — Wysoko poleciało białe ptasze — wysoko! — Siadło na złotéj jabłoni, a tyś goniąc za niém wlazł w błocko po kolana!
Krysta słuchając, twarz zakrywała zarumieniona, łzy się jéj w oczach kręciły. Wstyd jéj było po raz pierwszy może, być tak wziętéj na języki przy ludziach i w oczy — ale król, patrzał na nią śmiejąc się i jeszcze mówiącego podżegał.
— Hej panku Leliwo — ciągnął Sroka daléj, któremu król dolewać kazał. — Panku Leliwo! — z tobą gorzéj być może! — Król ci nie żonkę weźmie, bo stara i nie harna, ale siwą główkę, zetnie jak makówkę i każe zatknąć na płocie aby sobie przeschła..
Smiech się znowu rozległ jak grzmot do koła.
Sroka siedząc u stołu na miejscu które dawniéj pany zajmowały, pysznił się, nadymał, rozpierał, szłyka poprawiał, pił ciągle i na króla tylko patrzał, czy mu to miłém było.
— Ej! ej! — mówił popijając — mnogo im nasze parobczaki żonek nazabierali — a no to tylko za nasze dziewki po dworach płaca! Resztę im jeszcze białychgłów odjąć trzeba, aby się plemie nie rozradzało! Dosyć było ich panowania, za naszego króla przyjdzie kolej na tych co byli spodem, żeby na wierzch wyleźli. Kto wieszał tego powieszą, kto ścinał tego zetną, reszta co zostanie, do pługów ich zaprzężemy i, batem po uszach — wiu hot! Niechcieli pana słuchać dobrego, będą złéj pletni słuchać musieli — wiu hot! po uszach!
Ludzie się aż kładli ze śmiechu, król twarz téż miał wesołą, tylko drużyna pańska, ziemian dzieci, burzyła się i krew w niéj wrzała słuchając.
Sroce się gęba nie zamykała.
— Królu, panie miłościwy! — wołał kubek podnosząc — daj ci Boże panowanie na długie lata. Tyś się nad nami litował, my tobie służyć będziemy, krwią i potem... Pójdziemy za tobą w ogień i wodę.
Niechaj się panowie rycerstwo policzą, zobaczemy kogo więcéj, czy mrówek na polu, czy ptastwa co nimi żyło. — Setne lata panu naszemu! Setne lata!
I pili tak a wywoływali, król z Rusinami siedział i słuchał. Wśród téj wrzawy, bracia postrzegłszy że Dobrogost powrócił, na stronę go odciągnęli, aby się od niego dowiedzieć z czém przybywał.
Wprawdzie z lica mu się tego było można domyśleć, ale posłyszeć chcieli, jak tam było.
Odeszli z nim na podsienie, kędy nikogo nie było i gdzie tylko pijane dochodziły śmiechy, i Borzywój badać począł, co się w Jakuszowicach działo.
— Co ma być! — rzekł Dobrogost, tam toż samo co wszędzie — albo to nie wiecie! Źle dla nas słychać i dla pana. Stary dziad o mało mnie od siebie nie wyszczuł psami, a z tym... Mścisławem musiałem się chwycić za bary, i tylko żem go nie udusił.
Leliwa i Kruk gardłem nam grożą, mówią że kogo z królem pochwycą, żywcem nie puszczą. Ot co słychać. Rycerstwo i ziemianie zjeżdżają się, gromadzą na głos duchownych — jeden wszędzie krzyk: „król wyklęty, znać go nie chcemy“[1] Spotykałem po drodze poczty zbrojne, dobrze żem z życiem uszedł, Boleszczyce razem z Bolesławem wyklęci. Nie będąc silny, coraz się musiałem w las kryć przed zbrojnemi kupami.
Mścisław szalony objeżdża dwory, nawołując przeciw królowi, za swój i całego ziemiaństwa srom i hańbę: za biskupa i kościół!!
A stary dziad, jak niegdy, tak teraz, kijem stuka i precz nam każe iść od króla — precz a precz, albo żebyśmy się jego rodem zwać nie śmieli.
To mówiąc westchnął Dobrogost.
— Od króla iść! po czasie — odezwał się Borzywój — teraz, kiedy na niego wszyscy szczują!
— Mówiłem to staremu, rzekł Dobrogost, za to mnie ze psy królewskiemi porównał i precz wygnał.
Stojący w koło Boleszczyce zadumali się smutno.
Działo się to na uboczu, ale niedaleko od zastawionych stołów. Jastrzębcy kołem oblegali Dobrogosta, milcząc a myśląc nad tém co im przynosił, choć nowego dla nich nic nie było... W tém król z siedzenia swojego ruszył, obejrzał się i ku nim zbliżać zaczął.
Wiedział on o wyjeździe Dobrogosta, domyślił się pewnie nad czém naradzać się mogli, przystąpił do nich — w oczy im spozierając jakby czytać chciał co myśleli.
— Czy i wy tu już kupą stoicie, jakbyście kupą odemnie iść chcieli? — zapytał szydersko.
Borzywój zwrócił się doń ze smutną a żałościwą twarzą.
— Miłościwy panie, rzekł — nie krzywdźże tych co wam służą wiernie. Wyrzekliśmy się swoich dla ciebie a z drogi już się nie zawróciemy.
Król, nie odpowiadając mu na Dobrogosta nastąpił.
— Coś ty przywiózł!
— Z czémem jechał z tém wróciłem, rzekł zapytany — niema tam o czém mówić, zjemy co nam zgotowano, nie dzieląc się, bo niesmaczna strawa. — Miłościwy pan tyle powinieneś wiedzieć, że zdrajcami nie będziemy.
Król zmierzywszy ich oczyma, zawołał:
— Za wierność waszą — weźmiecie co zechcecie, choćby pół królestwa mojego.
W tém Borzywój mu się do kolan pokłonił i rzekł z wymówką.
— Miłościwy panie, a coby taka wierność była warta, za którą płacić potrzeba.
Król zmilczał, uderzył go tylko po ramieniu, a Borzywój ośmielony, począł stanąwszy przed nim.
— Dajcie słówko rzec, miłościwy królu — a nie gniewajcie się.
Na zamku prawda wesoło, a no pod zamkiem groźno. Ziemianie się kupią. Biskup nie śpi, rycerstwo się zbiera — nas garść — nas garść.
Król się do tłumu i czerni odwrócił i rzekł wskazując nań.
— Posłuchajcieno jak ta sroka skrzeczy! — Policzcie no tych druhów moich co tam siedzą — albo to oni rąk nie mają jak ziemianie? — A mało ich jest? — A co jest ich to moje! To ziemiaństwo nowe, i rycerstwo... Ja innego nie potrzebuję.
Słuchajno jak ta sroka skrzeczy? — to gęba tego tłumu. Co on myśli na trzeźwo, ten po pijanemu wygaduje... Niebójcie się, rycerstwo i ziemianie nie zrobią mi nic. Gdy zechcę a skinę gniazda ich zrównam z ziemią.
Gdy król mówił, patrzali nań Boleszczyce, jakoś niedowierzająco i prawie litościwie, aż Borzywój do nóg mu się skłonił, i rzekł.
— Królu panie nasz. — Lud ten do krzyku i wrzawy dobry jest — a do roboty on licha wart! Czy my go nie znamy! — Aby się napił, a najadł, a dobrze mu było, tak samo jutro ziemianom krzyczeć będzie, jak dziś Tobie. — Spłoszy się to łacno jak zające, choć pokrzykuje a odgraża się, gromada duża a pociecha z niéj nie wielka. Dziesięciu zbrojnych a mężnych skoczy na nich i tysiąc tego robactwa rozpędzi i zmiażdży.
Król słuchał cierpliwie, odważył się przeto Borzywój wypowiedzieć co na sercu miał, i ciągnął daléj.
— Miłościwy panie, darujcie mi mowę moją. Nam kędyś po posiłki słać potrzeba, niepodołamy im.
Małeż to wojsko jest któremu biskup dowodzi co po wszém świecie rozsiane, jednego wodza słucha? — Kędy kościół i parafija, wszędzie u niego rycerz z pocztem stoi. W każdéj wsi swojego mają — dwór z księdzem gdy sobie ręce dadzą.
Król pogardliwie głową potrząsł.
— U nich dwoje rąk czy czworo, a gromada we wsi — moja!
Zamilkli wszyscy, tylko Dobrogost szepnął.
— Daj Boże by tak było.
— Tak być musi — rzekł król.
Borzywój głowy ruchem zaprzeczał. — Nie wszędzie tak będzie, szepnął — nie wszędzie.
— Tchórze i baby jesteście, gwałtowniej wybuchnął Bolesław oburzony. — Jednego klechy, a choćby i stu i kupki ziemian miałbym się lękać i za posiłkami słać!!
Zmilczeli wszyscy.
— Ja im igrać i odgrażać się nie dam długo, dodał król. — Prędko się wszystko skończy.
Padnie popłoch na nich i rycerstwo z ziemiany na kolanach przyjdzie łaski i miłosierdzia prosić.
Król się odwrócił.
— Co moich jest tu — rzekł odchodząc — wszyscy żeby byli mi gotowi.
Znając króla nieustraszone męztwo i żelazną wolę, Boleszczyce nieśmieli mu się ani przeciwić ni odzywać więcéj. Gdy odszedł popatrzali na się smutnie. Widzieli go oni nieraz, w wojnach które prowadził, w kilkadziesiąt mieczów rzucającego się na tysiące, ale tu gorszy bój się zwiastował niż w otwartém polu, a samo męztwo nie starczyło.
— A no! będzie co losy zrządzą! — westchnął Dobrogost.
— Król ma szczęście — dodał Borzywój.
Inni szeptali między sobą, wtém król nagle od stołów zawrócił ku nim znowu. Szedł krokiem prędkim i nachmurzony, odezwał się do Borzywoja.
— Prawda to, że biskup mi broni kościoła?
— Tak mówią — odparł Boleszczyc.
— Klecha ten śmie przedemną zamykać kościoły które moi dziadowie im pobudowali! — Mnie, ma być wnijść nie wolno!
Wstrząsł się cały.
— Trzeba choć poprobować czy do kościoła nie wpuści — począł szydersko. — Na zamek już nie chodzi, boi się!
— Na zamku od tamtego dnia kościół zaparty — rzekł Zbilut.
— A na Skałce mszę prawi? — zapytał Bolesław.
— Tak jest, codzień na zaraniu dzwonią na nią — odpowiedział Borzywój.
— Jutro zemną, wszyscy, na Skałkę! — oko w oko spotkamy się z obrzydłym klechą.
Niektórym z nich pobladły twarze.
— Miłościwy panie — ośmielił się wtrącić Dobrogost — Kościół.
— Milcz — zawołał król. — Gdzieindziéj go nie chwycę, bo uchodzi lis przedemną. — Jutro rano, wszyscy na Skałkę...
Nikt się już odzywać nie śmiał. Król odszedł do stołów.
Gdy się to działo na podsieniu, u węgła stojący człek jakiś, sparty o ścianę, który wszystko mógł słyszeć, wysunął się natychmiast i zniknął w mroku.
Za stołem Sroka jeszcze zabawiał króla i gości, gdy człek ów, wymknął się z zamku i korzystając z ciemności i zamięszania, zbiegł drogą ku miastu i Skałce.
W biskupiém mieszkaniu świeciło jeszcze; gwałtownie zapukał do drzwi. — Nierychło otworzył mu czuwający kleryk.
— Z Biskupem mówić potrzebuję, rzekł młody człek, który opończą szarą starannie ubranie swoje okrywał, i wielce zdawał niespokojnym.
Kleryk rzuciwszy nań okiem, pomimo opończy, poznał strój Boleszczyców dworski, odstąpił parę kroków, i rzekł twardo.
— Królewski jesteś.
— Choćbym i królewskim był, czy przeto z biskupem mówić niemogę?
— Żaden z was na próg tego domu nogą stąpić nie ma prawa — precz — ani się waż!
I drzwi zaraz zatrzasnął.
Lecz przybyły upartym był, i tém gwałtowniéj się dobijać zaczął. Rachował na to może iż biskup posłyszy stukanie. — Powtórnie ukazał się ten sam kleryk ze starszym duchownym, który rozwarłszy drzwi, groźnie przybysza precz gonić zaczął.
— A nie pójdziesz ty mi ztąd zaraz — a nie pójdziesz!. Precz — precz!
— Ja z biskupem mówić muszę — odparł stanowczo młody chłopak.
Był to z Boleszczyców najmłodszy Andrek.
Spierali się tak głośno u drzwi, bo uparty chłopak nietylko ustąpić niechciał, ale prąc drzwi, zamykać ich nie dawał, gdy wreście wrzawą tą ściągnięty sam biskup się ukazał.
Kleryk i ksiądz zwróciwszy się doń, tłómaczyć mu poczęli co za człowiek był, i dla czego mu wnijście tamowano, gdy Andrek gwałtem prawie się wparłszy do srodka, sam stanął przed biskupem.
— Ojcze miłościwy, rzekł prędko, jeżelim się tu przyjść ważył, to nie w złéj myśli — pozwólcie mi powiedzieć słowo.
Biskup milcząc wskazał mu na drzwi i sam go poprzedzając, wszedł do izby.
— Czego chcesz? zapytał.
Andrek, który pobożny był — pokląkl przed nim.
— Ojcze mój! począł. — Uczyniliście już z królem panem naszym coście pożądali, litość miejcie nad nim i nad sobą. — Jutro rano, każcie zamknąć kościół wasz na Skałce i mszy w nim nieodprawiajcie! Zamknijcie dom wasz i do dnia ustąpcie z niego. — Niech królewski gniew, który jest jak ogień straszny — przeminie...
Biskup słuchał spokojnie, ręce na piersiach złożywszy.
— Czegoż się jutro mam obawiać? — spytał cicho.
— Ojcze mój — ja, ja niewiem, zawołał Andrek. Od króla i zapalczywości jego, wszystkiego obawiać się można. — A! panie! — miejcie litość nad nim i nad sobą!
To mówiąc do nóg mu się rzucił i ściskać je zaczął. Biskup go zlekka usunął.
— Nad sobą! — powtórzył uśmiechając się — a cóż wasz król mi uczynić może?
— Ja niewiem! niewiem — ale drżę i lękam się, mówił Andrek — słyszałem tylko jak nakazywał aby jutro z nim wszyscy pogotowiu byli iść na Skałkę, na mszę do kościoła. — A cóż — jeźli mu przystępu wzbronicie?
— Wzbronię! jakom żyw! — zawołał biskup gwałtownie — noga jego chyba po trupie moim wejdzie do świątyni.
Andrek ręce załamał. — Biskup spojrzał nań razem z politowaniem jakiemś i dumą.
— Ja? zawołał jakby do siebie mówił — miałbym, Boga mając z sobą, ustąpić przed nim i cofnąć się, aby tryumfował że Boga zwyciężył żelazem! — Miałbym się ulęknąć pogróżek jego i waszych. Chłopcze, małego serca i ducha, dobrym chcąc być, grzesznym jesteś. Ja nie człowieczą siłą, ale prawicą Wszechmocnego z nim wojuję.
Cóż on mi uczynić może? — Choćby krew moją przelać miał, tryśnie ona na niego i na plemie a ród jego. — Mnie da życie wiekuiste, a jemu — śmierć i potępienie.
Andrek drżał widząc biskupa w uniesieniu, niemal gniewnym i strasznym. Nieśmiał już mówić, wzrokiem błagał go tylko.
— Ojcze, zawołał wreście, głosem cichym — ojcze. — Król się może opamiętać gdy z gniewu ochłonie! — Pierwszy w nim ogień najstraszniejszy. Dziś w srogiéj jest zapamiętałości, — po ojcowskuby było ustąpić mu.
— Jam mu już nie ojcem, ani on mi dziecięciem, zawołał biskup unosząc się coraz bardziéj i palcem na zamek wskazując. — Nie jest już ani królem waszym, ani bratem niczyim, bo przestał być synem Ojca naszego Jezusa Chrystusa i matki naszéj, Kościoła świętego. Zwierz to dziki i wyuzdany, bez opamiętania i rozumu.
Wyrok ten jak piorun padł na Andrka, który stał blady, ręce załamał i bezprzytomny palce sobie wykręcał, niewiedząc co począć. Chciał iść już, w tém biskup, który się parę razy przeszedł po izbie, stanął naprzeciw niego, popatrzał nań z politowaniem i począł mówić powoli.
— Wy wszyscy, słudzy jego, co przy nim stoicie, co z nim jeszcze trzymacie, patrzcie abyście z nim razem w bezdno piekielne i paszczę szatana nie poszli. — Dlaczego nieodstąpiliście go! Wy to, wy; niemacie miłosierdzia nad nim i gubicie go. Gdyby co żyje odeszło od niego, gdyby jak od trędowatego pierzchnęli wszyscy, tedyby się może opamiętał i pokutował. — Dla czego stoicie przy nim?!
Andrek odpowiedzieć nie śmiał. To z czém przyszedł dokonane zostało, — nie przyniósłszy skutku, niemógł już nic więcéj nad to, musiał powracać z przerażeniem myśląc o tém co jutro przyniesie, straszny ranek jutrzejszy.
Prośba moja o zmiłowanie daremna — rzekł chłopak smutnie, niech się więc stanie co Bóg przeznaczył.
Biskup go ręką tylko odprawił.
— Stanie się co powinno — rzekł a zaprawdę, nie godzi się mnie, ani cofnąć, ani ustępować, ani godziny odkładać, ani okazać jakobym się go lękał.
Wychodził Andrek, gdy w progu ukazał się stary benedyktyn O. Otton, kapelan królowéj, który wybierał się do Mogiły.
Wielisława dowiedziała się od sług sobie wiernych, że król nazajutrz na Skałkę się wybierał. Ogarnęła ją téż trwoga, posłała szukać O. Ottona aby go do biskupa od siebie z błaganiem wyprawić. Benedyktyn niemógł się już ukazać na zamku, ani pójść ją uspokoić, lecz od Ochmistrza królowéj dowiedziawszy się czego od niego żądała, przywlókł się do biskupa, z niewielką nadzieją, aby prośba jego wyjednać co mogła. Znał on nieugięty charakter i surowość ks. Stanisława ze Szczepanowa.
Wchodząc z poselstwem swem.[2] O. Otto posłyszał odprawę jaką biskup dawał Andrkowi Boleszczycowi, domyślił się łatwo z czém chłopak przyszedł, i zwątpił aby jemu szczęśliwiéj powieść się mogło. Nie pozostawało mu jednak nic nad spełnienie posłannictwa, choćby ono daremnem być miało.
— Padnę mu do nóg — i będę go prosił! — rzekł w duchu — Bóg go natchnąć może miłosierdziem!
O. Ottona znał biskup nie wiele, widywał rzadko, u siebie go nie miewał nigdy, zdziwił się mocno zobaczywszy go o téj porze niezwykłéj i odezwał się przystępując doń, po łacinie.
— A wyż z czém do mnie przychodzicie o téj porze, Ojcze Ottonie?
Biskup Stanisław Szczepanowski, jak wiadomo, w czasie pobytu swojego w Paryżu, oprócz szkoły biskupiéj, uczęszczał téż do benedyktyńskich. Miał nawet zamiar przywdziać suknię zakonną i zachował zawsze miłość wielką dla synów S. Benedykta, których niemal za braci swych uważał. Dla O. Ottona, którego zdala tylko i z odgłosu znał, szacunek miał wiedząc jak cnotliwy staruszek wśród zepsutego dworu, samym przykładem swym wiele dobrego czynił i hamulcem był nieraz dla zbytników.
Zamiast odpowiedzi na zapytanie, O. Otton nie mówiąc słowa, przyklęknął przed nim, skłonił głowę siwą, i ująwszy rękę, pocałował.
— O przebaczenie naprzód proszę, przewielebności waszéj, rzekł, iż śmiem z tąż samą pewnie prośbą, z którą mnie człowiek ten poprzedził, — stawić się przed Pasterzem!
Ojcze wielebny — o króla i rodu jego losy przyszłe przywlokłem się was błagać. Dajcie mu czas — niechaj w nim płomień wygorzeje! — król z dziecka żołnierzem jest, prawa on nierozumie, władzy nad sobą nigdy nie czuł i nie znał. — Czas mu dajcie! Nie narażajcie własnego żywota drogiego, na wściekłość jego...
Biskup wysłuchał cierpliwie, oburącz potem podniósł z ziemi staruszka, i patrząc nań dobrotliwie, łagodnie — mówić począł.
— Wyście to rzekli, ojcze Ottonie? — Wy? Kapłan? — mąż świątobliwy i uczony? Nieznacież, czy nie chcecie pamiętać historyi kościoła naszego? — Azali nie pomnicie co uczynił Ambroży, i nie chcecie mi dopuścić bym stokroć gorszego niż Teodozjusz człowieka, który nie Tessaloniczan rzeź, lecz tyle krwi niewinnéj, tyle zgorszenia, tyle plugawéj rozpusty plam ma na sobie — wygnał tak precz z kościoła, jako mnie Ambrożego przykład naucza?
Chcecie więc bym ja, biskup ustąpił przed katem, abym ja kapłan uląkł się żołnierza? — Chrystus pan trwogi nie znał, i słudzy jego znać jéj niepowinni.
— Ojcze — odparł Otton zwolna, Teodozjusz był okrutnikiem, ale był chrześcijańskim monarchą, któremu światło ewangelij przyświecało, ten na pół — poganinem jest. Niebronię go! — nie ujmuję się zań, znam grzechy jego.! Nie o niego mi idzie, ale o was, pasterzu i o drogi żywot twój. Wściekły ten człek nie poszanuje nic, żadna go świętość miejsca ni osoby nie powstrzyma. Patrzałem nań, znam go — ojcze mój, drżę.
Biskup słuchając białe ręce złożył jak do modlitwy i łagodnie z powagą, odpowiedział O. Ottonowi.
— O moje życie wam chodzi! — Ojcze! dobry pasterz chętnie żywot daje za owieczki swoje! Cóż życie moje? co życie człowieka? — można li je lepiéj dać jak za prawdę świętą i dla nawrócenia obłąkanych? Nie wyzywam go ani wyzwę, ale nie cofnę się wyzwany. Kościół na téj ziemi chwieje się, podwalin trwałych niema jeszcze; nie powolnością ale potęgą zakładać potrzeba ciosowe jego fundamenta. — A jestli do nich krew moja, jak wapno potrzebna, aby kamienie węgielne spoiła na wieki?
To mówiąc biskup zadumał się głęboko i dodał z wyrazem pokory.
— Nie sądzę, ojcze mój, by mimo zuchwalstwa swojego, aż do gwałtu nademną posunąć się mieli, — lecz Bóg niech rozporządza. Stań się wola jego. O. Ottonie bądź dziś spowiednikiem moim i pozwól bym przed tobą wyznał grzechy moje. Zasnę potém spokojny, czekając co mi dzień przyniesie jutrzejszy. Żołnierzem Chrystusowym jestem, jeżeli mi za pana mojego życie dać przyjdzie — umrę szczęśliwy...
I biskup ukląkł przed świątobliwym staruszkiem do spowiedzi.
Na zamku ucztowano do dnia białego, dobrze się już na brzask brało, gdy Sroka tłum ludu napiłego prowadząc za sobą, spuścił się z nim zawodząc huczną pieśń, drogą z zamku, około Skałki. Tu owe kupy stanęły umyślnie, nieco zdala i na urągowisko biskupowi, bo im tak przykazano, poczęły szaloną jakąś pieśń swawolną porykiwać, za każdą zwrotką wykrzykując dzikiemi głosy.
Król ucztował także noc całą, spędził ją bezsenną, czekając poranka. Odziany i zbrojny, rozgorączkowany, oczekiwał dzwonka, który się miał odezwać wołając na mszę do S. Michała.
Dzień wschodził chmurny, z niebem mglistém, z światłem ołowianém, powietrzem chłodném, słońce mu przyświecać niechciało..
W progach dworca stała kupka Boleszczyców, na któréj twarzach widać było jakby na śmierć iść mieli i stracenie. Bledzi byli, drżący, niemówił żaden słowa. Jedni stali jak kamienni nie poruszając się długo, jakby zapomnieli że żyli; drudzy targali się z niepokojem chodząc, z oczyma w ziemię wlepionemi.
Na pierwszy głos dzwonka kościelnego na Skałce, Andrek który stał pod ścianą, upadł na ławę i zakrył sobie oczy. Inni wyprężeni słuchali, ku sieniom spozierając zkąd król wynijść miał.
Nakazaném było dać znać gdy się da słyszeć dzwonek — nikt jednak ani myślał spełnić rozkazu... Woleli karę znieść niż mu zwiastować ten głos, co im brzmiał jak pogrzebny dźwięk...
— Usłyszy sam król — powiedział starszy Borzywój — znać tak losy chciały, nie dojdzie go on? — niech się dzieje co chce!!



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast kropki winien być przecinek.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.