Boleszczyce/Tom I/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Boleszczyce
Podtytuł Powieść z czasów Bolesława Szczodrego
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1877
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III.



Królewski gród na Wawelu, nie wiele się naówczas różnił od innych zamków po kraju rozsianych; mocny położeniem swém, wałami, ostrokoły, i palami, któremi był obwarowany, we średzinie wspaniałością się żadną nie odznaczał. Drewnianych dworców starym obyczajem stawianych z przedsieniami w słupach rzeźbionych, więcéj było niż muru, którego kawał tylko jeden, nad urwistym góry brzegiem był wzniesiony. Stajnie, szopy, dwory dla wojaków i drużyny wszystkie były z drzewa, a choć okraszone malowaniem, nizkie, niepokaźne stały porozrzucane, na dość wielkiéj przestrzeni. Pomiędzy niemi i letnich kleci, i ladajakich komor kryło się wiele,
Niedaleko od wrót kościołek nie wiele się téż podnosił nad otaczające go wały; skromny był i ludu wiele nie mógł w sobie pomieścić. Pusto było około niego, natomiast w szopach, stajniach i dworach ludu się roiło mnóstwo — a wszystek ten lud, drużyna pańska, wojacy jezdni i piesi, czeladź, pachołkowie, którzy się tu mieścili, daleko świetniéj niż same dworce wyglądali.
Dla obcych i swoich, dworu i gości pod dostatkiem było wszystkiego, czego zapragnęła dusza.
Butno téż wyglądał dwór pański złożony z wszelkiego narodu. Było tam Polan i Mazurów i Rusi-[1] i Ugrów i Pieczyngów i Jazygów i różnego plemienia mnogo, szczególniéj młodzieży pięknéj, dorodnéj i silnéj.
Niewiastami téż roił się zamek, a i te rozmaicie wyglądały, jakby nie na jednéj rodziły się ziemi i nie z jednéj krwi pochodziły. Czarnobrewe i śniade, białe i złotowłose, kędzierzawe z czarnemi, niebieskiemi i siwemi oczyma, drobne i rozrosłe, z wesołemi śmiechy uwijały się wszędzie. Języków téż przysłuchawszy się wiele rozróżnić było można, bo oprócz swojego, podobny do niego czeski (który tak wówczas niemal jak i polski brzmiał), ruski, węgierski, niemiecki nawet tu owdzie się odzywał.
Ruski przecie, około dworu staréj królowéj matki i młodéj, co z sobą dużo ludzi przyprowadziła, najgęściéj słychać było. Król téż sam często się, nawykłszy doń w Kijowie, nim odzywał, a Węgrów rad ich mową zaczepiał. Z Rusi król naściągał służby wszelakiéj, a ta mu była najmilsza, bo na skinienie służyła ochoczo i zawsze z twarzą wesołą.
Lubił Bolko ślepe posłuszeństwo, bo w zawojowanych państwach goszcząc długo, przywykł do niego. Gdy na Wawelu mieszkał, ten co i w Węgrzech się panem czuł i na Rusi jakby w domu, wszystko co żyło tchu jego słuchało, spoglądało trwożliwie, oprócz ulubieńców pana. Za to gdy go nie stało na grodzie, gawiedź się rozpuszczała dokazując okrutnie, i na królowę nie wiele zważając cugli sobie popuszczała. Więc wrzawy i bitki powstawały ciągłe, przy dostatku pokarmu i napoju, a z kobietami żarty, które czasem do późna w noc po zamku się rozlegały.
Gdzie się téż i za grodem ludzie Bolesławowi pokazali samopas, strach biegł przed niemi, bo miary nie znali w niczém, a ulubieńcom wszystko uszło bezkarnie. Poskarżył się królowi skrzywdzony chłop, ubogi kmieć albo osadnik, ujął się za niego często i bez miłosierdzia ukarał — gdy władyka, ziemianin użalił na drużynę, wyśmiał go i z niczém odprawił. Dwory téż przed królewską drużyną zamykano, gdzie się kolwiek pokazała.
Władyków i ziemian możnych nie lubił król, jakby czuł, że i oni doń serca nie mieli. Odgrażał się na nich głośno, i dawał we znaki, gdy tylko mógł. Codzień ich mniéj na dworze i na grodzie widać było. Miał który sprawę, wolał ją sam sobie rozsądzić mieczem, niż po sprawiedliwość iść do pana. Dla kogo dobrym był król to bez miary. Boleszczyce jego ze skarbca brali co sami chcieli, ulubieńcy chodzili w złocie i złotem sypali, król o nie wcale nie dbał. Lecz kto na taką łaskę chciał zasłużyć, musiał iść na stracone imie, nie oglądając na nic i nie opierając w niczém. Zabij! porwij! Czynić musieli co kazał. Zawahał mu się kto raz, lub odpowiedział słówkiem małém, już łaskę stracił. Bolesław nań ani spojrzał więcéj; precz ze dworu mógł iść kędy chciał, rad, że życie uniósł całe.
Przebaczenia u niego, posłuchu ani pomiarkowania nie było. Cóż dopiero, gdy kto mu się śmiał stawić, chociażby równym mu królem był? Niezniósł ani przebaczył oporu, czując się tak silnym, jakby mu nikt zrównać i nic go złamać nie mogło.
Poprzednicy jego wszyscy, aż do pobożnego ojca, świątobliwie kościołowi służyli, on chciał kościół mieć na rozkazy. Duchownych téż nie czcił, jak ojciec, dziad i pradziad, mieniąc ich urzędniki swoimi, których pod władzą chciał trzymać.
Dla tego i biskupów wolał mieć Polaków, niż Włochów i Francuzów, aby mu łacniéj posłusznymi byli i za panowania jego na gnieznieńskiéj katedrze, na wrocławskiéj i w Krakowie Polacy już siedzieli, choć z Rzymu na to krzywo patrzano.
Dnia tego na zamku czuć było jakieś przygogotowania[2] niezwyczajne. Król ze swémi Boleszczycami, drużyną i zwykłemi łowów i zabaw towarzyszami, wieczora poprzedzającego wrócił był do Krakowa, gdyż na ten dzień naznaczono składanie do skarbca danin wszelkich i podatków od wszech stanów.
Odbywało się to zwykle z obrzędem uroczystym i okazałością, którą król lubił. Zjeżdżali powołani władycy, żupanowie, ziemianie, osadnicy, wszyscy co osobiście dań do skarbu dawać byli obowiązani i przed tronem królewskim, u nóg jego ją składali. Bywało dawniéj, że ci co się bogactwy pochlubić chcieli, nie tylko to co byli powinni, ale dwakroć i trzykroć więcéj ofiarowali panu, aby sobie łaskę jego pozyskać. Kto nie mógł inaczéj składał dań skórkami, które powiązane półsorokami i sorokami, szły do skarbcu na podarki i odzież dworu.
Dnia tego na równinie u stóp Wawelu, wszystko już było do téj uroczystości przygotowaném, którą z powodu wojen i nieobecności królewskiéj, przez lat kilka zaniedbywano.
Od rana widać było ciągnących zewsząd ku Krakowu i rozkładających się na łące u stóp góry jezdnych, pieszych i wozy.
Rozbite tu były namioty królewskie i siedzenie dla króla szkarłatném suknem wysłane, na kilku stopni wzniesione, nad którém na pozłocistych tykach wielką od słońca rozpięto oponę.
Lubił Bolesław okazałość pańską we wszystkiém, a ile razy występował przed tłumy, zwykł się nią był otaczać, naśladując cesarzów niemieckich, z którémi się równym rad mienił.
Wkrótce po wschodzie słońca, na grodzie ruch znaczny się rozpoczął, a na łące między ludem szmer powstał, iż król nadjeżdża.
Ze wrót zamkowych pokazał się téż zaraz orszak jego wspaniały. Było się czemu przypatrzeć, bo i ci starce co czasy Bolesława Chrobrego pamiętali, wyznawali, że za jego szczęśliwych czasów, okazalszego nie widzieli dworu. Dobór ludzi, uroda młodzieży, strój ich i zbroja, prawdziwie były królewskie; ze wschodu i zachodu ściągnięte klejnoty, tkaniny, oręże poczty przystrajały.
Przodem jechali ci co na rogach trąbiąc znać dawali pospolitemu ludowi, iż pan jedzie, aby mu z drogi ustępowano i cześć oddawano należną. Ci rogi mieli złocone i czapki bramowane złotem, opaskami, a było ich dwunastu, którzy z kolei po czterech w rogi dęli, coraz innemi głosy... Za nimi szedł poczet pieszych ludzi z toporami w rękach i tarczami, jak jeden odzianych z piórami u kołpaków, twarze ogorzałe, groźne i posępne. Tarcze, które na rękach nieśli rzemykami przytwierdzone, obciągnięte skórami, obite blachami, całe były złocone i kraszone oznakami różnemi. Ci byli z dalekiéj północy ściągnięci i maleńkie ich oczy skośno z pod czoła patrzały.
Po nich jechała czeladź pańska na koniach dziarskich, niebiesko odziana, pancerni wszyscy, konie na pół przykryte kropierzami, w rękach włócznie żelazem okute całe, błyszczące; na głowach téż hełmy jasne z żelazami na nosy pospuszczanemi. Tu było Rusi najwięcéj rumianéj, zdrowéj i swawolnie z po za hełmów poglądającéj na ludzi... Niektórzy jadąc włóczniami straszyli pobliższych i zamachiwali się na niewiasty, zkąd popłoch powstawał. Daléj następowała królewska drużyna i sam dwór pański, na podziw wspaniały, lecz każdy człek inaczéj odziany wedle ochoty i możności, jeden nad drugiego piękniéj i dostatniéj.
Sadził się każdy, by towarzysza przesadził i wystąpił jak najokazaléj.
Tu napatrzéć się było można wszelkiéj zbroi, i starych, które przez Ruś z za morza przywożono, i nowych niemieckich, mieczów saskich, włóczni frankońskich, misternie u końców wyrzynanych, a w kutasy przystrojonych, i żelaznych hełmów różnego kształtu, ozdobionych piórami, kitami, skrzydły ptasiemi i łańcuchami. Każdy swój oczyścił i wytarł, żeby się na słońcu błyszczał i świecił jak srebrny, u niektórych téż żelazo blaszką ociągnięte złocistą, połyskiwało i gorzało, jakby się im łby paliły.
Wielu z nich mieli z ramion poprzewieszane skóry zwierząt suknem krasném podszyte. U kilku na szłykach widać głowy było niedźwiedzie, rogi jelenie, dzióby ptasie.
Wszyscy się znać wysadzali na pasy i łańcuchy, bo te były i kamieniami gęsto natkane i malowane po grecku i na podziw pięknie rzeźbione. Na tych wisiały miecze i mieczyki z rękojeściami bogatemi i pochwy nabijanemi gwoźdźmi złotemi. Niektórzy u lewéj nogi przypiętą mieli długą ostrogę złoconą, u innych wędzidła, nagłówki na koniach i czuby u nich złocisto świeciły. Konie, które kropierzami pookrywane nie były, strojono w opony wzroczyste, szyte barwnie i wspaniale, tak że im nie jedna niewiasta téj sukni pozazdrościła. Najwięcéj tu było odzianych z ruska i grecka, wedle obyczaju przywiezionego z Kijowa. Ztamtąd téż bogactw tych przyszło wiele.
Wśród tego orszaku jeden wiózł chorągiew pańską szkarłatną ze złotemi wisiadły i sznurami, na któréj godła różne i postacie szyte były...
Najprzedniejsi ulubieńcy w strojach najbogatszych, przed królem postępowali, który w małym po nich odstępie, jechał na swéj klaczy siwéj ulubionéj, złotą kapą okrytéj.
Swierzopa królewska, co z nim nie jedną odbyła wyprawę, wypasiona, z grzywą długą, szła zwolna, poważnie, jakby wiedziała, że pana dźwigała na sobie. Rząd cały na niéj był od złota i szkarłatu, a nad głową czub się trząsł, kamieniami błyszczący.
Bolesław jechał, w bok się wziąwszy, z góry patrząc jakby nic widzieć nie chciał, nie kierując prawie koniem, gdyż u uzdy szli dwaj mali pachołkowie, oba miecze na ramionach niosąc ogromne.
Odziany był cały w bławat purpurowy, a na głowie czapkę miał, którą okalała szyta na niéj korona królewska. Wzrok więcéj niż pogardliwy i dumny, nie zdawał się nawet chcieć patrzéć na tłumy i o widzenie ich się nie troszczył. Nic się go nie zdawało obchodzić, myślał o czém inném, jadąc znudzony i obcy temu co miał przed sobą. U boku mały mieczyk tylko zwieszony był dla ozdoby. Niesiono za nim królewską tarcz złotą całą i jeden miecz jeszcze pasem obwinięty, a daléj następowali w szatach wytwornych futrami bramowanych dostojnicy dworu, urzędnicy przyboczni i panowie; z laskami w rękach, łańcuchami na szyjach, pasami na biodrach. Twarze ich, jak królewska surowe były i dumne.
Sędziwych starców prawie tu widać nie było, ani twarzy tych, na których radę widać rozumną i męzką powagę. Średnich lat ludzie, obliczów startych, zdali się zastępować miejsca tych, którzy się stawić nie chcieli.
Na końcu biegła dworska gawiedź i służba pomniejsza, która za plecami starszyzny swawolić sobie pozwalała, popychała się, rozbiegała i skupiała... Ale i na niéj widać było królewski dostatek, bo niektórzy jak panowie wyglądali i nie mniéj od nich buty okazywali, osobliwie względem bezbronnego tłumu, który brzegi drogi zalegał...
W zamku na górze, na wałach, za ogrodzeniami stały niewiasty rzędami, jedna koło drugiéj, przypatrując się pochodowi wspaniałego orszaku pańskiego, który ku namiotom zwolna, przy odgłosie trąb się posuwał. Niektóre w wiankach na głowach z włosami porozpuszczanémi, inne w białych namiotkach, w krasnych chustach, w bieliźnie i kożuszkach bławatami okrytych, śmiały się, z góry sobie pokazując palcami młodzież, która ku nim zwabiona śmiechem, podnosiła głowy... Nie jeden kwiatek upadł tam z ręki i po wałach się potoczył, zawiązłszy w pół drogi.
Na dolinie pod Wawelem po za miejscem, które wbitemi żerdziami i sznurami oddzielone było, stały tłumy, bo co żyło w Krakowie, na Stradomiu, Kleparzu, Piaskach, Bawole i we wsiach nawet okolicznych, na tę się uroczystość zgromadziło. W pierwszym rzędzie ciekawych, nawet duchownych rozpoznać było można, lecz ci osłaniali się, niechętnie naprzód wychodząc. Mnogo ziemian stało na koniach w blizkości, a ci, choć jadąc na dwór po pańsku okazać się pragnęli i strojni byli, gaśli w obec królewskiego dworu. Strój ich stare przypominał czasy, i oręż był nie dzisiejszy.
Twarze ich były jakby z innego świata, a wejrzenia, gdy się spotkały z drużyną królewską groźno ku sobie strzelały. Bolesław nie spojrzał nawet ku gromadom.
Ciągle poprzedzany grającemi na rogach, wjechał król na plac, wśród którego siedzenie dlań przygotowane było. Piesza służba, która u namiotów czekała, przybiegła konie od pana i starszyzny odbierać; drużyna nie zsiadając z nich, dokoła się ustawiła w porządku. Starsi urzędnicy stali na przodzie i zabierali się wywoływać ziemie, powiaty i grody, które z kolei dań składać miały.
A że wszyscy ci ludzie nie pismienni byli i pamięcią starczyć nie mogli. Skarbny królewski Ścibór, do boku swego wziął dnia tego nowicyusza, młodego kleryka, który na długim zwitku pargaminu spisane miał ziemie do wywoływania.
Król zasiadł miejsce swoje, a czy był znużony bezsennością, czy znudzony tym żywotem spokojnym domowym, do którego od młodości nie nawyknął — ledwie usiadłszy podparł się na łokciu, nie patrząc już na to co się dziać miało, zadumał się czy zdrzemnął może. Siedział posągiem bez ruchu.
U stóp jego leżały rozesłane sukna, na których dań składano, tak, że na jedném futra i skóry, na drugiém złoto i srebro kładziono.
Jechali naprzód bogatsi ziemianie, żupanowie z grodów znaczniejszych, potém władyki inne i bogaci kmiecie i rycerstwo. Za innych królów bywało zwyczajem, iż przy takich zjazdach, król nie tylko ugaszczał przybyłych, ale ich rozpytywał, rozmawiał i zabawiał się z niémi, żalów słuchał, rady dawał, często żartów dopuszczał i rad był, gdy śmiejące się widział twarze.
Bolko nie miał ochoty spojrzeć nawet na swych ziemian i rycerzy, z którymi od powrotu z Kijowa srodze się zadarł a powaśnił. I teraz choć mu pokłony bito, nie skinął nawet, ani dał poznać, że je przyjmował. Jeśli się ozwał słowem to do swoich młodych ulubieńców i orszaku.
W milczeniu więc składał każdy co przywiózł, a podkomorzowie pańscy zapraszali do namiotów, pod którymi na przybranych stołach zgotowane były mięsiwa, jadła różne, miód i piwo w beczkach i kadziach.
Kto chciał i jako chciał jadł i pił, lecz, jak król nie widział swych gości, tak oni stołu pańskiego znać nie chcieli. Znaczniejsza część przesunęła się tylko przed namiotami, i chleba w nich nie rozłamawszy, na swe miejsca powracała.
Ciżba choć milczała, szmer od niéj szedł głuchy — słychać było chrzęst zbroi, koni rżenie, gwar stłumiony ludu i szelest opon, które lekki wiatr poruszał.
Około króla uroczyste panowało milczenie, dwór tylko pański, palcami sobie z po za tronu ukazując przybywających z daninami, urągał się im i wyśmiewał bezwstydnie. Na niektórych téż Bolko spoglądał z ukosa, gniewnie brwi czasem marszcząc, choć żadnemu nie odpowiedział na skłonienie, a od innych odwracał się z widocznym wstrętem i wzgardą.
Z twarzy przybywających, nie tyle obawę co niechęć i gniew widać było. Szli wszyscy jak z obowiązku, niektórzy młodszym krewnym zastępować się nakazując, aby pokłonu nie bić i czoła nie uchylić. Dań jednak była obfita i wspaniała i na kupach gromadziło się srebro, złoto, pieniążki różne, kawały kruszcu porąbane.
Bolko prawie nie patrzał na to, nie wiele się zdając cenić co mu przynoszono. Więcéj oczyma śledził tych co nieśli, niż to co mu oddawano. Brzęk go czasem obudził z zamyślenia, w które znowu wpadał, mrużąc oczy i jakby do snu się zabierając.
Skarbny głosem znużonym wywoływał ziemie i imiona, przez otwarte wrota wchodzili powołani, za niemi niesiono dań, i pokłon złożywszy, ustępowali ku namiotom...
Dziwny szmer przebiegł w tłumie i dworze, zwróciły się oczy wszystkich ku wnijściu, i ujrzano stojącego na koniu, w odzieży oszarpanéj, ubranego nędznie, z potarganym na głowie włosem, Mścisława z Bużenina. Oczekiwać się zdawał na koléj swą, ale mu tak z oczów patrzało, jakby tu z czém inném przybył, i króla chciał w obec mnogich świadków o krzywdę swą pozywać.
Bolesław siedzący z głową zwieszoną nie widział go jeszcze; drudzy niespokojni poruszali się przez tłum ku niemu przedzierając, aby mu wystąpienie zuchwałe odradzić. Mścisław stał, nie chcąc się dać z miejsca swojego poruszyć.
Nadbiegł doń Dryja, który zdala go zobaczył i za cugle konia mu pochwycił.
— Czego stoisz! co ty tu robisz! — zapytał.
— Albo mi to stać i patrzéć nie wolno? — z uśmiechem gniewnym odparł Mścisław.
— Cóż-eś to o wszystkiém zabył i chcesz się z nim zadrzéć, aby ci prędzéj głowę zdjęto? — rzekł Dryja.
— Jako żywo! — odpowiedział Mścisław — nic nie chcę więcéj, tylko aby się mnie odartemu napatrzył do syta, aby mnie miał przed oczyma, aby przeczytał z moich oczu, że mu zemstę poprzysiągłem. Wiem, że mu tym widokiem dzień struję... Chcę mu struć choć godzinę...
I nie dał się odwieść Mścisław, owszem przybliżył do szranków tak, aby król widzieć go musiał.
Stało się jak życzył, bo głowę podniósłszy Bolesław, zobaczył męża Krysty, i wlepił weń oczy gniewne. Oba wyzywająco patrzali na siebie, król wzrok odwrócił, lecz niepokoiło go to zjawisko, i coraz w tę stronę spoglądał. Mścisław odarty stał nieruchomie.
Wszyscy na niego i na króla patrzali na przemiany, drżąc, jak się skończy ta sprawa. Lecz wkrótce Bolesław, jakby chciał okazać, iż go Mścisław nie obchodzi wcale, na co innego wejrzenie odwrócił. Począł się wpatrywać w kleryka, którego Skarbny wziął z sobą do wywoływania i liczby.
Był to biedny wyrostek, żółty, chudy, wynędzniały, z twarzą długą, oczyma niespokojnémi, rękami długiemi, które z pod szaty nazbyt obcisłéj wystawały — niepozorny i wylękły. Pełnił swoją powinność poddając Skarbnemu nazwiska ziem i powiatów, ale oczy jego, co nigdy tyle złota nie widziały, chciwie biegały po kupach tych bogactw, coraz się powiększających. Widok skarbów, które u stóp jego leżały zrzucone jak drzewo, mięszał go widocznie. Śmiał się do nich, poruszał, ciekawie wpatrując, zapominał się i ręce ku nim wyciągał, to za głowę się chwytał z podziwu i szału; słowem, widok bogactw królewskich przytomność mu odbierał.
Skarbny widząc go tak rozgorączkowanym, parę razy za suknię pociągnął, aby się opamiętał, że przed obliczem króla stał. Nic to jednak nie pomagało.
Bolesława śmieszył ten kleryk biedny, jakby dla zabawienia go był tu ściągnięty. Oczów już z niego nie spuszczał, usta mu się do śmiechu krzywiły, a ramiona drgały, jakby go tłumił w sobie. Nagle z siedzenia zagrzmiał straszny głos pański:
— Klecho! co ci jest?
Wszyscy się ruszyli, król wskazał ręką na kleryka. Strwożył się człek biedny, ale nie wierzył, aby o niego chodziło. Skarbny za ramię go pochwyciwszy, dał mu znak, iż król go pyta.
Naówczas wyrostek ów z trwogi prawie tracąc przytomność, padł na kolana drżący i rzekł składając ręce, zwrócony ku panu:
— Panie! nie jestem winien!
Rozśmiał się król z trwogi i zawołał powtórnie:
— Co ci jest, iż tak niespokojnym się stałeś?
— Miłościwy panie — począł zawahawszy się kleryk, który i teraz oczów nie spuszczał z kup złota. — Przebacz mi miłościwy panie, widok tych skarbów i twojego majestatu, omamił mnie, iż przytomność utraciłem... Porównywałem je z moją nędzą i ubóstwem, myślałem jakby z tém złotem szczęśliwym być można.
Bolesław rozśmiał się szydersko, sparty na ręku patrzał ciągle na wylękłego, klęczącego przed sobą klechę, wszyscy milczeli, czekając jak się to zakończy.
— Cóż? Klecho? chciałbyś mieć dużo tego złota! — zapytał król.
Uśmiechem jakimś rajskiego wesela, rozjaśniła się twarz kleryka. Odpowiadać nie śmiał, oczy tylko chciwe, żarzące się pragnieniem wlepił w stos kruszcu nagromadzony u nóg pana.
— No! chcesz złota? mów! — zagrzmiał głos królewski.
— Cóż po chęci! królu wielki! — odparł kleryk głosem drżącym — co po chęci takiéj, gdy posiąść nie mogę!
Rozśmiał się Bolesław.
— Bierz tego złota ile go udźwigniesz — rzekł szydersko — bierz, co uniesiesz to twoje.
Dwór i Boleszczyce stojący po za królem śmiechem wybuchli, potém patrzali wszyscy milczący i zdumieni — kleryk osłupiały niedowierzał.
— Bierz! a żywo! — zawołał król nakazująco — bierz!
Słysząc ponowiony rozkaz królewski, kleryk się rzucił jak oszalały, odgarnął naprzód poły wązkiéj sukni, lecz wnet zważył, że w nie zabraćby mógł mało... Szybko więc na nic się już nie oglądając, suknię zdjął całą, pod którą mało-co podartéj i brudnéj widać było bielizny — rozpostarł ją na ziemi, ukląkł i garnąć począł do niéj, co leżało pod ręką.
Chwytał i cisnął chciwie co mu się nastręczało, gromadził gorączkowo, spoglądając tylko kiedy niekiedy ukradkiem na króla, który z pośpiechu i niezgrabności się wyśmiewał.
Tłum stał w milczeniu, ziemianie mający iść z kolei oczekiwali, król okazując jawnie jak mało dbał o złoto, z pogardą patrzał, jak mu je kleryk zabierał.
Na ostatek suknia uboga była już pełną wszelkiego kruszcu i pieniążków, kleryk co żywiéj począł ją wiązać, schylił się i usiłował na plecy ująć to brzemię. Blady, zadyszany oblany potem, słysząc dokoła wybuchające śmiechy szyderskie, obawiał się może, aby król nie odwołał darowizny i spieszył z pochwyceniem zdobyczy. Z wielkim wysiłkiem udało mu się pochwyciwszy, ogromne brzemię owo zarzucić na plecy, ale natychmiast ugiął się wpół pod niezmierną jego wagą i zachwiał. Kroku daléj postąpić nie mogąc, silił się daremnie. Widać było jak się słaniał, uginał, naprężał, — krok postąpił naprzód, twarz mu straszliwie pobladła, potém pokraśniała nagle, krew buchnęła ustami — i padł twarzą na ziemię złamany brzemieniem.
Milczenie straszne panowało czas jakiś. Myślano że się podniesie, drgnięcie tylko widać było, ręce mu się ścisnęły i — ciało poruszać przestało. Król wzgardliwie patrzał, nie mówiąc nic.
Dwóch z czeladzi podbiegło na dany znak ku leżącemu, jeden z nich ujął go za głowę, drugi podniósł kleryka... Oczy mu stały słupem, martwy był i wybladły, twarz miał trupią. — Nie żył.
— Miłościwy królu — odezwał się Skarbny — człek ten nie żyje — co uczynić z nim?
— Ukarany za chciwość! — rozśmiał się Bolko z tronu. Bogdaj jak on wszyscy chciwcy przepadli! Cisnąć trupa do Wisły, razem z tém złotem co go zabiło! Pogrzebu nie warte ciało — a co król raz dał tego nie odbiera.
Precz ze ścierwem[3]
Doniosły, namiętny głos króla daleko słychać było; w milczeniu, ze zgrozą słuchano wyroku.
Czterech pachołków podeszło natychmiast spełnić rozkaz, zabierają zwłoki i węzeł co je przydusił. Wśród milczenia tego z tłumu podniósł się głos jakiś:
— Królu, niesprawiedliwe są sądy twoje, — nie chciwość go zabiła, ale miłość; albowiem rodziców ma w nędzy, dwóch braci czeka okupu w niewoli, biedak nie dla siebie skarbów tych pragnął, ale dla tych, których miłował więcéj niż siebie...
Czy król posłyszał i zrozumiał te wyrazy? wiedzieć było trudno, gdyż w rogi zatrąbiono i znowu daléj powiaty wywoływać zaczęto, a Bolko nawet nie odwrócił głowy...
Trup, któremu do szyi przywiązano złoto, poszedł z niém na dno Wisły.
Wypadek ten, który na chwilę przerwał uroczystość, uczynił na tłumach wrażenie wielkie. Wspaniałość króla, nieopatrzna chciwość biednego człowieka, sprawiedliwość bożą, nielitościwy wyrok pana, ów głos sądzący sędziego — wszyscy brali do serca, zdumiewali się i trwożyli. Twarze oblokła powaga, smutek, bojaźń, tylko król obojętności swéj nie zmienił. Spojrzał ku miejscu gdzie stał Mścisław i znalazł go tam nieruchomego z oczyma w siebie wlepionemi.
W chwilę potém znikł z tłumu Mścisław...
Drogą do zamku wiodącą, która teraz pustą była, bo nawet straże od bram poszły się przypatrywać złotemu widowisku, — szedł wkrótce potém mężczyzna prostą odziany sukmaną, w czapce chłopskiéj, z kijem w ręku. Na czoło miał nasunięte włosy ciemne i czapkę, a kołnierz odłożony tak, iż mu twarzy małoco widać było. Czarny zarost dobywał się tylko i dwoje oczu połyskujących. Szedł, oglądając się bacznie, krokiem wolnym jakby się czegoś lękał, choć do króla małemu ludowi i sukmanom zawsze przystęp był wolny, a od kijowskiéj wyprawy jeszcze swobodniejszy niż kiedy.
Ci co widzieli na łące Mścisława na koniu, przypatrującego się królowi uparcie, mierzącego go zuchwałemi oczyma, po sukni i postawie w tym wieśniaku domyślećby się mogli męża Krysty. On to był w istocie. Po wyniesieniu zwłok kleryka wysunął się, konia rzucił gdzieś i pieszo starał się wkraść do zamku. Szedł ostrożnie, niekiedy głowę podnosząc, przyglądając się bacznie niewiastom, które dotąd po nad palami i ostrokołami stały gromadnie na górze.
Tak doszedł do wrót samych, a że mu nikt nie stanął do zamku na przeszkodzie, wkroczył przez bramę, wciąż rozpatrując i zazierając we wszystkie kąty. Gdy się znalazł na płaszczyznie, kędy dworce pańskie stały, a gdzie teraz pusto było, bo ledwo część psiarzy, sokolników i stajennych parobków na zamku została, zdawał się wahać dokąd daléj ma kroczyć. Obejrzał się raz jeszcze i szedł ku dalszym budowlom, które od królewskiego i królowych dworca łatwo rozeznać było. Wyglądał przebrany w tę siermięgę, z obówiem nędzném, tak ubogo i odarto, że go o żebraninę posądzić było można, bo od pierwszych drzwi począwszy, kroczył z kolei od sieni do sieni zaglądając wszędzie ciekawie, stając u drzwi i okien nasłuchując bacznie.
Nikogo tu prawie nie było, okna poodsuwane stały otworem, drzwi na oścież były odmykane. Dwoje czy troje sieni pominąwszy, od mieszkań których ludność wybiegła była na wały, przypatrywać się królewskiéj uroczystości, zatrzymał się nagle i drgnął Mścisław. Tu przez okno widać było wywieszoną odzież niewieścią, którą chciwemi zmierzywszy oczyma, dokoła się obejrzał i wśliznąwszy w ciemne przedsienie, zniknął.
Nikt nań nie zważał, nikt nie widział, jak się gdzieś ukrył w kącie.
W chwilę potém niewiasty czy znudzone widokiem jednostajnym, czy dla słońca i wiatru, który się zrywał, poczęły z wałów schodzić i po jednéj, po dwie do dworców powracać.
Ukazała się wśród nich i pańska Krysta, cała białą zasłoną obwinięta, biegnąc właśnie ku téj sieni, w któréj się mąż jéj ukrywał. Była sama jedna, a choć ją od stóp do głowy okrywały cienkie rąbki, poznać mógł ją łatwo każdy po kibici zręcznej i ruchach pieszczonych... Żadna inna, ani tak biegać, ni tak stanąć, ni się tak wdzięcznie przegiąć i główki pochylić nie umiała.
Z wałów, szepcząc coś między sobą, odwróciły się patrząc na nią wszystkie niewiasty i ścigały ciągle oczyma. I śmiały się, ruszały ramionami, palcami ją sobie ukazywały, a zazdrość i gniewy wybuchały w ich głosach.
Zaledwie Krysta wbiegła do dworca, po chwili krzyk się dał słyszeć, krótki, urwany, ale pełen trwogi i przerażenia.
Za tém nagle ucichło. Nikt tego rozpaczliwego nie pochwycił głosu. Izba Krysty, w któréj teraz nikogo nie było, bo się służba jej rozbiegła, tak złocisto i bogato przybrana świeciła, jak wszystko, co króla otaczało i co mu służyło.
Krysta blada, z rękami załamanemi, z głową spuszczoną, stała w pośrodku. Opadła z niéj na ziemię zasłona biała, pozostała w jednéj sukience opiętéj, jakby do ciała przylegającéj, która śliczną jéj kibić obejmowała i do stóp spadała fałdami gęstemi.
Przed nią w progu stał Mścisław w brudnéj sukmanie, czapkę trzymając w ręku i oczyma gorącemi, załzawionemi pożerał żonę. Patrzał na nią, drżał, mówić nie mógł, płakał jak nie mężczyzna, jak matka co dziecię straciwszy, nagle je odzyskuje. Kryście, widok męża, od którego król ją porwał, odjął przytomność na chwilę, lękała się, aby ją nie zabił. A Mścisław stał oczarowany nią, oniemiały, bezsilny, tak że choć tu życia swojego nie był pewnym, gdyby go pochwycono, choć rozmówić się z żoną pilno mu było, zapomniał o wszystkiém... patrzał tylko... Spoglądali tak na siebie, czytając w swych twarzach, ona szukała w nim co przyniósł z sobą, zemstę czy przebaczenie, on patrzał czy w niéj tę miłość znajdzie jeszcze, dla któréj życie ważył. Niewiasta prędzéj zrozumiała go i ochłonęła z przestrachu. Swawolna była jak dziecię, ale bystra i pojętna, przez czarne jéj źrenice błysk jakiś przeleciał.
— Krysto moja! Krysto! — zawołał mąż ręce ku niéj wyciągając. — Nie! tyś o mnie zapomnieć nie mogła, ty taki tęsknisz za mną... ty do mnie powrócisz. Mów Krysto moja...
Spuściła oczy niewiasta i usta się jéj zacięły; z pod brwi rzuciła oczyma wylękłemi, jakby go chciała badać jeszcze i żywo rzekła.
— A! tak! tak! Zrobię co chcesz, pójdę, ale teraz... gdyby cię tu kto zastał, gdyby sługi nadeszły! A! nieszczęścieby się stało! Król tak zazdrosny! ludzie tacy źli... Schowaj się, ukryj gdzie do nocy...
— A nocą uciekniemy! — krzyknął Mścisław ręce ku niéj wyciągając.
— A! tak! uciekniemy! — prędko powtórzyła Krysta.
— Gdzież się mam skryć! mów, pokaż! — wołał Mścisław.
— Gdzie? ale ja nie wiem! — niespokojnie się poruszając odpowiedziała kobieta, głowę zwracając to ku oknu, to na drzwi komory.
— Skryć się! trzeba się skryć gdziekolwiek! Gdy nadejdą dziewki moje, domyślą się, pobiegną, wydadzą. Schowaj się co prędzéj, gdzie chcesz, ale prędzéj! a! prędzéj!
To mówiąc Krysta zaczęła obiegać po izbie, parę razy znów oknem wyjrzała, chwyciła się za serce, za głowę... nie wiedziała co począć z sobą. Gdyby Mścisław nie miłował jéj tak bardzo, możeby był mógł poznać, iż więcéj było trwogi w niéj i gniewu, niepokoju o siebie, niż obawy o niego.
On sobie tłumaczył bojaźń tę jako oznakę miłości żony. Uradowany, zapomniawszy o wszystkiém, powtarzał tylko pytanie, gdzie i jak ukryć się może?
Krysta miała się czas namyśleć, stanęła i palce na zbladłych położyła ustach.
— Idź na wyżki! w sieniach stoi drabina, nikt tam prawie nie chodzi, nie znajdą cię tam.
Mścisław chciał natychmiast usłuchać, lecz porzucić ją żal mu się zrobiło. Stąpił krok i zawahał się.
Mów jeszcze — zawołał — powiedz kiedy mam przyjść po ciebie... Wymknę się z zamku i powrócę...
Krysta nogą uderzyła w ziemię z niecierpliwości.
— Uciekaj — zawołała — ja nie wiem nic, ja ze strachu szaleję! jam biedna i nieszczęśliwa.
Zakryła oczy i płakać zaczęła.
Potém nagle widząc, że to nie skutkuje, jakby oczy jéj oschły, odsłoniła je i zaczęła mówić pospiesznie, na drzwi ręką wskazując.
— Powracaj, ja nie wiem, o mroku. Stanę w progu, odzieję się w chusty proste, gdy będzie można, ujdziemy.
Chciał Mścisław pytać jeszcze, gdy Krysta pobiegła do okna, wychyliła się niem, sparła i wyjrzawszy daleko, wołać poczęła żywo.
— Uchodźże, a to ci życie niemiłe! Uciekaj! z wałów wracają dziewki moje! a! uchodź co prędzej, póki czas!
— Więc o mroku! dziś! — zawołał Mścisław.
— A tak! tak! dziś! o mroku! ale idź! idź! idź!
I rękami białemi na drzwi ukazując, miotając nagliła, aby wychodził co prędzéj.
Mścisław ociągał się patrząc jéj w oczy, wyszedł nareście. Ujrzawszy drzwi zamykające się za nim, Krysta pędem wpadła do sąsiedniéj komory i drzwi ogromną zasuwą zaryglowała za sobą.
Mścisław jak pijany z izby się wytoczył, zachwiał, o ścianę sparł, musiał stać tak dobrą chwilę, dopóki nie oprzytomniał i nie przyszedł do siebie, bo drogi zapomniał, drzwi nie widział i nierychło ostygłszy, czapkę na oczy nacisnął, kołnierz podniósł, zwolna się wytaczając na podwórze.
Co się w komorze działo?
Tam słychać było oddech ciężki; potém chód szybki, jęczenie, płacz... i wszystko zamilkło.
Odsunęła się zasuwa ostrożnie, powoli, przez szparę wyjrzała Krysta czarnemi oczyma.
Nikogo w izbie nie było, odetchnęła wsuwając się do niéj ostrożnie, na palcach.
Podeszła cicho ku drzwiom od sieni, uchyliła je bacznie, rzuciła wejrzenie w ciemną głąb, ku drabinie, nic się nie poruszało nigdzie, nie było nikogo.
Odetchnęła nieco z przerażenia. Zdala widać było kroczącego wolno ku wrotom Mścisława, więcéj nikogo, mógł ujść bezpieczny jak przyszedł. Lżéj się Kryście zrobiło. Na bladą jéj twarz wróciło trochę rumieńca.
Lecz stała w progu niespokojna jeszcze, zadumana, z palcem na ustach. Oczy jéj biegały zdając się ścian pytać i stropu: co poczniemy!
Pobiegła wewnątrz, zarzuciła białą płachtę na siebie, wyszła szybko z dworca ku wałom i rozmyśliła się inaczéj. Wróciła niespokojna do izby, zrzuciła zasłonę, stanęła ręce łamiąc, kręcąc się, przysiadając, podrażniona, prawie gniewna.
Brwi się jéj ściągnęły, usta ścięły, piękna niewiasta stała się straszną, oczy jéj ciskały pioruny. Nogą biła o podłogę, ręce wyciągała ku drzwiom, kręciła się jakby w skoczném wirując kole, potém stawała skamieniona, a wzrok topiła w ziemię.
Z tych ruchów głowy, rąk i oczu, czytać było można wyrazy, które w duchu mówiła do siebie.
— A! tak źle, tak nie można! potrzeba inaczéj. Co począć! I tak straszno, i tak nie dobrze! i milczeć nie mogę i mówić się boję. A! jakżem ja nieszczęśliwa!
Gniew w niéj zbierał, gniewała się na niego, na siebie, na króla, na swą dolę, najwięcéj pono na upartego co ją tak kochał, że gotów był swe życie i jéj życie poświęcić.
Pobiegła ku drzwiom, u drzwi stała srebrna konew z wodą i kubek wisiał przy niéj. Napiła się wody, aby orzeźwieć, paliły się usta, serce biło, w oczach to płomienie przelatywały, to czarne płatki.
— A! wodo moja! wodo! — wołała — wodo powiedz mi co czynić mam nieszczęśliwa!! Czy iść się utopić w tobie, czy za tym iść, któremum przysięgała, czy za tamtym co mi jak słonko świeci! jak słonko pali! To król, to pan, a ja jego królowa, ja tu pani, nie ta stara co w kącie płacze!! I wszystko porzucić, a iść gdzie smutek, gdzie żałoba. Dogonią, krew się poleje! krew! A! ja widoku jéj znieść nie mogę! Mnie zabić mogą! Jego przezemnie! krew na głowę mi spadnie! krew!
Pomyślała nieco.
— Powiem wszystko, powiem lepiéj? Cóż mu się stanie? Ja mu życie wyproszę, oczy mu wyproszę... posiedzi w ciemnicy. Pocałuję to wypuścić go każe... Uciekać? a nie, nie. Nie chcę! nie mogę!
Rozmyślała tak po izbie biegając, gdy za drzwiami ktoś chrząknął, nastawiła ucha i pobladła, stała milcząca, potém na palcach biegła ku komorze, kaszlnął ktoś raz drugi.
Na drzwi komory patrzała Krysta, jakby sobie dając do wyboru uciekać czy czekać, zostać czy uchodzić, palec przycisnęła do ust, jakby z niego wyssać chciała, jak sobie radzić?
Już wchodziła po cichu do komory, stanęła w progu, zawróciła się niepewna.
Wtém i drzwi się uchyliły od sieni, w szparze ich widać było Borzywoja Boleszczyca, który śmiał się i mrugał ku pięknéj niewieście. Krysta się zarumieniła. Wszedł. Obejrzał się dokoła, ona do okna pobiegła i wychyliła niem rozglądając po podwórzu, a podniósłszy się pogroziła zuchwałemu.
Niby mówiła, jak śmiał przychodzić tak poufale? ale widać było, że się wcale nie gniewała. Borzywój dnia tego nie pojechał z braćmi w orszaku, uczynił się chorym, może umyślnie, dlatego, aby chwilę upatrzywszy bezpieczną, zejść Krystę samą jedną.
I on i Zbilut i wielu innych się w niéj zdala rozmiłowywało. A ona? wszystkim hołdom rada była, oczyma wabiła, ustami łajała, nie odstręczając żadnego. Była tak zalotną, że się i gołębiom na strzesze wdzięczyć była gotową, tak ją nieszczęśliwą stworzył Bóg, na własne i ludzi utrapienie. Nie czuła się winną, zdawało się jéj, że nie mogło być inaczéj. Była tak piękną, juści wszyscy się w niéj kochać musieli a jéj, ot tak, biedaków żal było.
— E! ty, ty! — szepnęła niby gniewnie — po co bo ty tu? po co!
— Złoto moje, królowo moja! aby ciebie zobaczyć...
Chciał się Borzywój zbliżyć trochę, furknęła.
— Stój zdaleka, a nie to zawołam na dziewczęta...
— To co? powiem, że pańskiego dobra pilnuję! — odezwał się Borzywój wesoło — a dziewki żadnéj téż niema, bo wszystkie na wałach.
Zarumieniła się Krysta i parsknęła.
— A no! stój zdala, bo oknem zakrzyczę!
Lecz mówiąc tak groźno, rozśmiała się dziwnie, głos jéj dźwięczał pychą, dumą, zalotnością i niepokojem, oczy to w niego topiła, to gniewnie odwracała...
Borzywój ciągle starał się przybliżyć.
— Dajże ty mi pokój, ty jakiś! — wołała nań przestawszy się śmiać. — Doprawdy wydam cię przed panem, zobaczysz co będzie!
Rączką na gardło pokazała.
— Nie wydasz i nie powiesz, boś ty dobra i litościwa — rzekł Borzywój — zresztą niema co i gadać przed panem. Albo to on nie wie, że się wszyscy do jego Krysty palą jak pochodnie, a Krysta strzela oczyma i śmieje się ze wszystkich.
Krysta się nieco obraziła, dumną minkę zrobiła.
— Albo co? — podchwyciła — strzelam oczyma? Na to je mam, abym niemi strzelała... no, i śmieję się!! bo wszyscy sobie coś myślicie, a to nieprawda! nieprawda! Patrzcie go! jakiś!
Téj wielkiéj grozy Borzywój się nie uląkł wcale.
— No, jeśli na to masz oczy, abyś niemi strzelała, to i usta na to są, abyś całowała. Dajże mi choć raz gęby!
Posunął się zuchwale, Krysta srogą, groźną, straszliwą twarz nastroiła, tupiąc nogą.
— Stój u progu lub źle będzie!
Westchnął Borzywój, ale mu z oczów patrzało.
— Przyjdzie chwila, że ty do mnie zagadasz inaczéj.
Krysta główką potrząsając, zamyśliła się, nie mogła jeszcze swojéj biedy zapomnieć.
— Ot, słuchajno — rzekła podnosząc nań oczy — wdziej suknię i zaraz odemnie idź do pana.
— Do pana? król siedzi na tronie i króluje, to nie pora!
— Co mi tam!
— Alboś się tak za nim zatęskniła! — spytał żartobliwie Borzywój.
— Pewnie! czyż niema za kim! — odparła Krysta dumnie.
— Z czémże mam iść do niego?
Na to pytanie, odpowiedź była trudną, Krysta na palcu zawijała i rozwijała chustynkę.
— Powiesz mu — rzekła — tylko tyle, że Krysta chce, aby do niéj co najprędzéj powracał, bo, bo jéj pilno, bo, ma wielkie słowo na ustach, straszne słowo, a słowa tego przez nikogo mu posłać nie może, tylko mu je sama musi powiedzieć do ucha.
Mięszała się i jąkała mówiąc, a Borzywój głową potrząsał, żartobliwie się uśmiechając ze strasznego słowa, jak gdyby w nie wierzyć nie chciał.
— Gdybyście mnie do ucha dali to straszne słowo, wiernie bym mu je zaniósł i nie zgubił po drodze.
— O nie! nie! To słowo ja sama mu powiedzieć muszę.
— Abyś się mnie pozbyła, bo może czekasz na innego! — szepnął Borzywój.
Krysta się oburzyła naprawdę.
— Brzydki człowiecze! — rzekła — kiedy się klnę na matusię moją, że w tém słowie śmierć lub życie być może.
— O ho! — przerwał Borzywój.
— A tak! — potwierdziła Krysta — śmierć lub życie!
— Czyje? — spytał dworak.
— I czyjeś i moje! — odparła Krysta brwi marszcząc.
Borzywoj u drzwi stał nie ruszając się jeszcze, ciężko odejść mu było.
— No, to pójdę — rzekł — ale mi choć co dajcie na drogę, jak mam iść za waszą sprawą bez gościńca? Nie pójdę!
Krysta się rozśmiała zimnym śmiechem zalotnicy, która rozumieć niby nie chce tego, o czém wié doskonale, i główką pokręciła.
— Jeszcze czego!!
Ale stała w miejscu i choć niby pierzchnąć się zabierała, nie uciekała. Dopiero gdy Borzywój przyskoczył chcąc ją pocałować, popchnęła go silnie od siebie i pędem wpadłszy do komory, nim ją zaryglowała za sobą, główkę mu jeszcze pokazując, krzyknęła.
— Idźże mi zaraz... wszakżeś zapłacony! idź!
Borzywój odetchnął ciężko, popatrzał groźno, zawrócił się niechętnie i wyszedł nareście.
Zamkniętéj w komorze niesposób było usiedzieć długo, odsunęła zasuwę, wysadziła głowę, obejrzała się i wyszła. Sama się sobie uśmiechała, ale jéj było bardzo smutno. Siadła na ławie, sparła się na ręku, dumała potrząsając głową.
— Co mi tam wszyscy oni! — mówiła sobie — Król mnie porzucić nie może, o nie! Ile razy mnie zobaczy, zaśmieją mu się oczy, choćby z gniewu krwią zapłynęły. Królowa postarzała i wciąż płacze. Łzami ich nie przytrzymać, odpędzić chyba, wszyscy oni łez nie lubią. Im trzeba ust co się śmieją, choćby dusza płakała, o! ja to wiem co im trzeba!! Ja wszystko wiem, wszystko... choć nie wiem jak? kto mi to mówi?
Ruszyła ramionami.
— Co tam! dosyć że wiem. Mały palec mi powiada.
I śmiała się do siebie sama, dumna tą niewieścią przenikliwością.
W tém dziewcząt dwoje wpadło śpiewając do sieni, śpiew ich ustał na progu i wsunęły się do izby sznurując usta.
Były to pani dziewki służebne. Spojrzały na nią, ona na nie. Zlękły się może brwi zmarszczonéj, ust groźnie wydętych i cicho przesunęły się do komory.
Tam znów słychać było chichotanie i szepty. Namyśliła się Krysta, popatrzywszy na suknię swoją.
— Ciarka! — zawołała.
Starsza z dziewcząt stawiła się z uśmiechem przed panią.
— Mów, cobym ja włożyła, abym piękną była?
— A! — ręką usta zatulając rzekło dziewczę — a! choćbyście i gzła nie mieli, toby wam było chyba piękniéj jeszcze.
I z za dłoni, którą się zasłaniała, śmiała się figlarnie poufała dziewczyna.
— Mów jaką ja mam wdziać? — poczęła Krysta — czy niebieską suknię, czy kraśną, czy złotą? Mój pan przyjdzie do mnie... Popraw mi włosy, zasłona mi je popsuła...
Ciarka się zbliżyła i pani a sługa poufale z sobą gwarzyć i śmiać się zaczęły. Niesiono suknię jedną i drugą i trzecią, aż Krysta rzucając, przebierając, na szkarłat się namyśliła, czarnobrewie było w nim najkraśniéj, wyglądała jak królowa.
— Będę jak królowa! — szepnęła do Ciarki.
— Boś ty królowa! — przypochlebiając się mówiło dziewczę.
We dwie aż przyszły na nią wdziewać i opinać na niéj suknię obcisłą, gdy w podwórzu wrzawa wielka powstała, tentent koni, rogów granie.
Król powracał. Krysta biegła do okna, wychyliła się ku niemu i zdala zobaczywszy, ręką znak mu dawała.
— Bywaj, do mnie!
Dostrzegł król czy nie, lecz nagle stanął wśród podwórza, z konia zsiadał. Siwą klacz jego wiedli do stajni uroczyście, i król naprzód poszedł za nią.
Dwór rozpełzł się po podwórcu, kilku tylko na zawołanie przy panu zostało, a i ci zobaczywszy, że ze stajni do Krysty idzie, powoli, ociągając się, zostali w podwórzu i przedsieniach.
Król wszedł sam, zasępiony, zmęczony, taki, którego długo trzeba było nosić jak ptaka łowami podrażnionego, aż oczy przymknął i usnął na ręku.
Krysta strojna, z włosami na ramiona rozpuszczonemi, siedziała z chustynką w ręku, jakby się jéj na łzy zbierało.
Spojrzał Bolesław na nią.
— A co ci to, czarnobrewo, co się jak księżyc mienisz? Trzpiotałaś się jak wróbel rano, juści pod wieczór łzy przyszły?
Krysta jakby nie słyszała, nie spojrzawszy nań siedziała nadąsana, chmurna, milcząca, głowy nawet nie zwróciła ku niemu, głos usłyszawszy. Król zbliżył się i uderzył ją ręką zwolna po białych ramionach aż zadrgnęła.
— Co tobie? mów — rzekł rubasznie, ty wiesz Krysto, że ja ni łez, ni zagadek nie lubię.
Wtém nagle oczy odsłoniwszy, ręce rozpostarłszy, Krysta powstała i do nóg mu upadła.
— Panie miłościwy, panie mój, jeśli mnie nie poratujesz, jestem zgubioną.
Król się zmarszczył i rozgniewał, nogą tupnął aż ostroga brzękła złota.
Wstała z ziemi Krysta, uwiesiła się królowi na szyi i szeptać poczęła.
— Królu panie! daj mi słowo, że mu nie weźmiesz życia!
— Komu? — krzyknął Bolesław.
— Daj mi słowo!
Bolesław zlekka ją od siebie odtrącił.
— Mów komu! mów co zawinił!
— Daj słowo!
Nagniewał się pan, ale mu pilno było.
— Żyć będzie, mów co daléj?
Krysta wróciła do królewskiego ucha.
— Mścisław tu był, tu...
Bolesław aż się cofnął i za mieczyk pochwycił.
— On? tu? gdzie i jak? kiedy?
Skinęła nań Krysta, aby usiadł przy niéj na ławie, objęła go ręką za szyję, czoło położyła na ramieniu i poczęła cicho szeptać mu coś do ucha. Po twarzy króla przelatywały burze i pioruny. Nie mówił nic tylko mu białka w oczach krwią zapływały, usta zbladły i zęby się ścięły.
Słuchał tego ust jéj szmeru długo, zadumany, potém wstał od niéj nie mówiąc nic i przechadzać się począł. Krysta biegała za nim niespokojna, znała go już, że strasznym był gdy głos podnosił gniewny, ale straszniejszym gdy milczał. Nie odpowiadał jéj wcale, stanął w oknie, patrzał w nie długo i nierychło ku niéj się obrócił.
— Bądź spokojna, jam nieżądny dusić robaki, choć sam mi lezie pod stopy! Życia nie wezmę, ale rozumu uczyć go potrzeba! Mścisław chce się z królem mierzyć! ze mną!
Bolko rozśmiał się a w śmiechu zębami zgrzytał i straszny był. Krysta przestraszona spoglądała nań jeszcze, gdy, gwałtownie cisnąwszy drzwiami, król wyszedł od niéj i na dworce swoje pociągnął.
O kroków kilkanaście spotkali go i otoczyli Boleszczyce, on im mimochodem kilka słów rzucił i szedł daléj.
Widać było, że im dał jakieś rozkazy. Kupką stanęła drużyna naradzać się z sobą. Było ich kilkunastu, żwawo, pochylając się ku sobie, rozprawiając, szepcząc, poczęli się umawiać o coś Boleszczyce. Z ruchów i twarzy znać było sprawę ważną i pilną, któréj wykonanie gorąco ich obchodziło. Jedni się wyrywali, wstrzymywali drudzy, sprzeczali.
Tajemnicą musiało być co im powierzył król, bo gdy się kto z dworzan do nich przybliżał, milkli, pozbywali się go, odsyłali, sami potém znowu wracając do narad i cichych szeptów między sobą. Niektórzy rozglądali się dokoła w podwórcach, wskazując miejsca, jakby stanowiska sobie wyznaczali. Wtém we wrotach orszak się jakiś powoli wjeżdżający ukazał. Na przedzie widać było konno pomiędzy kilku duchownymi jadącego biskupa Stanisława ze Szczepanowa, za nim czeladź jego i domowników, skromny dwór składających. Od wrót wszyscy się skierowali ku dworcowi królewskiemu, gdzie u wnijścia głównego zsiadł biskup, a jeden z kapelanów poszedł o nim podkomorzym króla oznajmić.







Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Rusinów.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – przygotowania.
  3. Gallus.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.