Boleszczyce/Tom I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Boleszczyce
Podtytuł Powieść z czasów Bolesława Szczodrego
Pochodzenie Skany na commons
Data wydania 1877
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
II.



Gdy Bolesław zabawiał się tak na królewskim dworcu, o kilka mil z tamtąd ściągało się po cichu rycerstwo, zwołane na radę przez Mścisława z Bużenina i innych ziemian, którzy od króla odeszli. Na ten zbór jechał i Biskup krakowski Stanisław ze Szczepanowa, którego Boleszczyce z małym orszakiem na drodze spotkali.
Zwołano radę jakby ów stary wiec, który wprzódy wiciami rozsyłanemi gromadzono, ale potajemnie i cicho. Teraz już starych tych obyczajów porzucono wiele, nie godziły się już one z nowym ładem i składem. — Gromady nie miały głosu jak bywało. Od czasów Mieszka panowali knezie a królowie; oni sami tylko zwoływać wiece mieli prawo, a szli na nie ci, których pozwano i przypuszczono, kogo pan zażądał.
Pod żelazną dłonią Chrobrego, ziemianie i rycerstwo starych swych praw wyrzec się i zapomnieć musieli, nikt do nich odwołać się nie śmiał, choć żyły jeszcze w starych ludzi pamięci. Gdy potém Mieszko Bolesławów syn z Ryksą objęli rządy, podniosła nieco głowę dawna swoboda słowiańska, ale się to nieładem, burzą i zniszczeniem skończyło. Za Kazimierza wrócił dawny królewski porządek i posłuszeństwo, a gdy rządy po nim objął rycerskiego ducha Bolko Szczodry, nikomu téż z sobą władzy dzielić nie dawał.
Od początku niemal panowania, wojował bezustanku, rycerstwo wodził ze sobą to do Węgier, to na Ruś, spoczywać mu nie dając. Ziemian innych znać niechciał, oprócz tych co mu służyli. — Głowy podnosić zbyt wysoko nie pozwolił nikomu.
Urodzony z matki rusinki Dobrogniewy, ożeniony z ruską księżniczką, z Rusią związany ciągłemi wojny i brataniem, Bolko jak wojak krajem rządził, jak wódz i pan, a u siebie doma tak chciał mieć jak w zawojowanym kraju, i jak bywało na kijowskiéj Rusi.
Musiało mu służyć na skinienie wojsko, ziemianie, lud, nawet duchowieństwo, które on sam sadzał na biskupich stolicach i chciał je mieć sobie posłuszném. Wolał przeto polskich mieć biskupów, niż Włochów i Francuzów, których mu z Rzymu stręczono.
Z duchowieństwem szło opornie; czuło się ono nadto silnie związaném z całą potęgą kościoła na Zachodzie — by mu ulegać miało nie broniąc swéj niezależności, gdy gdzieindziéj albo władzę ze świeckiemi dzieliło lub nad niemi brało górę.
Była to w całéj Europie chwila przełomu, która o losach kościoła stanowić miała, — miałli on, wedle wyrażenia Hildebranda, być słońcem, a królowie i panujący księżycami, czyli przy słońcu cesarskiém, jak skromny stanąć satelita.
Cesarstwo wprawdzie wasalów mnogich liczyło, siły wielkie, ale czémże one były obok potęgi duchowieństwa, rozsianego po świecie całym, skupionéj w ognisku z którego płynęły rozkazy; dzierżącego w ręku najpotężniejszy oręż klątwy i wyłączenia ze społeczności, równającéj się śmierci i nad samą nawet śmierć straszniejszéj.
Piętnastu biskupów polskich otaczało tron Bolesława Szczodrego, w czasie koronacyi jego w Gnieźnie; — byli to jakby piętnastu wojewodowie potężnego zastępu, który władzy królewskiéj albo mógł iść w pomoc, lub z nią walczyć.
Bolko ani znać od nich nic innego nie chciał nad posłuszeństwo i poddanie się rozkazom. Spotykał opór bierny, choć mu się otwarcie jeszcze sprzeciwiać nie śmiano, czuł że tu miłości nie miał — zastraszyć nawet nie potrafił.
On téż na czele rycerstwa swojego nie lękał się żadnéj wojny.
Tymczasem duchowieństwu wypadki w pomoc przywiodły część téj siły którą król za swoją rachował.
Mścisław z Bużenina, którego młodą żonę wziął Bolesław z mężowskiego domu, wrzał chęcią zemsty przeciw niemu, mieli téż i inni ziemianie niechęci powody; zwołano więc w pewném uroczysku niedostępném, zwaném „dziewiczy łan“ wiec, który miał stanowić, jak sobie daléj poczynać miano.
Był to początek zmowy przeciw królowi, który wielu już dorobił się nieprzyjaciół w domu.
Mścisław nie naznaczył na ów zbór miejsca, ani we dworze, ni we wsi, ani na oczach ludzi, bo wiedział że to by się prędko doniosło do uszu króla, który pospolity lud miał za sobą. — Obawiano się zdrady, naprowadzenia i napaści — bo choć ziemianie i część rycerstwa na króla sarkała, zniechęconą będąc do niego — miał on z sobą drużynę swoją, swych Boleszczyców i żołnierzy, którzyby zań życie dali i poszli choćby na rodzonych braci.
Obesłali się więc starsi, uproszeni przez Mścisława, głowy rodów znaczniejszych: Toporczycy, Śreniawy, Doliwy, Lisy i inni, po cichu a ostrożnie, na dzień ów stawić mając na dziewiczym łanie w lesie, sami bez czeladzi, bo téj nieufano. — Jeździł pan z Bużenina sam od dworu do dworu i nie żałując trudu, aby na swém postawił.
On był duszą tego zboru przeciw królowi, a wiedząc iż i biskup krakowski mu był niechętnym — narzekając i bolejąc nad jego swawolą, — także go na radę zaprosił. Nie pierwszy to raz Mścisław się do niego udawał, znał go już dawniéj Biskup, rodzinie téż nie będąc obcy, więc gdy przybył na zbór go prosząc, miejsce i czas oznajmując, rzekł mu pasterz:
— Nie przystało mi, słudze Chrystusowemu i kapłanowi jego, potajemne czynić zmowy, i kryć się z tém co czynię. Czyny moje i słowa jawne są, nie lękam się ich ani światu ni królowi na oczy postawić. Nie żądajcie więc po mnie tego abym z wami był.
Ale Mścisław, do rąk jego przypadłszy, całować je począł i błagać aby dla nich to uczynił i przybyć raczył, bez czego, jak powiadał, gorszy nieład i zaburzenie przypaść mogło.
A tak biskup Stanko, po długiém namyśle i pilném rozpytaniu, gdy się przekonał, iż skuteczną być może bytność jego, przyjechać wreszcie obiecał, zapobiegając aby niesforne umysły rozjątrzonych ludzi, szkodliwego co nie postanowiły.
Pod wieczór dnia tego widok dziwny przedstawiała dolina wśród lasów, zwana „Dziewiczym łanem“ — oddalona od osad i wsi, odosobniona i w koło ścianą drzew i gąszczy objęta.
Była to łąka i pola część dość rozległa, zdawna odłogująca. — U stóp wzgórza na którém się rozpościérała, ku jednéj ławie puszczy zlekka skłaniając, płynął strumień leśny po brzegach gdzieniegdzie kamieniami usłany...
W samym środku pola onego stał odwieczny dąb rozłożysty, ogromny, tak jeszcze żyw i zdrów jakby kilkuset lat i niezlicznych burz i zim nie przebył.
Niegdyś tu, wedle podań, odbywały się Sobótki, schadzały czasem wiece, a nieopodal miało być cmentarzysko pogańskie i zgliszcze. Pod lasem widać było zielonym darniem okrytą mogiłę, zwaną Kurową, od imienia wodza jakiego; który tu zginął przed wieki. Lud dotąd w pewne dni zbierał się nocami nad strumień, na uroczysko, pieśni śpiewał i obrzędy pogańskie odprawiał. Dla tego proboszcz wystawił tu był krzyż drewniany, na którym, jak dawniéj na drzewach, zawieszano płachty chorych, a pod nim stawiano obiaty.
Przed zachodem słońca, przybyło już pod dąb jezdnych kilku, a choć nikogo nie znaleźli, powoli się rozkładać zaczęli.
Ponieważ, dla bezpieczeństwa, nikt z sobą czeladzi nie prowadził, sami panowie około koni swych staranie mieć musieli, i sami téż sobie posługiwali. Niektórzy, co synów i młodzież zabrali na radę, nią się wyręczać mogli. Wszyscy téż naówczas nawykli byli do najtwardszéj pracy i nikt się od niéj nie wymawiał, a chlubę z tego ciągnął, gdy sam sobie we wszystkiém dawał radę.
Trzech Toporów, którzy tu przybyli pierwsi, bracia Starżowie, nie długo pozostali sami, zjawiło się wnet dwu innego rodu, a po nich pięciu Toporów, których Kołkami zwano. Witali się jedni, drudzy mniéj znani sobie, bliżéj dopiéro zapoznawali.
Wszyscy podesławszy opony z koni zdjęte na ziemi się porozkładali, bo jak czeladzi i wozów, tak namiotów téż nikt nie brał z sobą, trzeba było pod dębem się chronić...
Obojętna poczęła się rozmowa co i gdzie się w okolicach działo, jak stało we dworach, osobliwie tych, które jeszcze po kijowskiéj wyprawie i swawoli służebnych, do ładu przyjść nie mogły.
Posępni byli wszyscy i nie zbyt radzi wiecowi; nie małą bowiem rzeczą było na owe czasy, zjeżdżać się niechętnym i poróżnionym z królem, który o zdjęcie głowy z karku ziemianinowi nikogo nie pytał, nikogo się nie zwykł był radzić, a gdy ukarać postanowił, sądów nie zbierał, posyłał siepaczy swych i ścinać kazał, tak dobrze prostego człeka jak najmożniejszego władykę. —
Choć ze zgromadzonych tu, mało komu co na sercu nie leżało, nie spieszyli ze skargami i żalami, czekano, aż się zbierze więcéj ludzi i Mścisław zagai. Niektórzy zapewniali że i Biskupa z Krakowa spodziewać się było można, lecz temu nie bardzo dawano wiarę. Znano go jako męża co otwarcie zawsze występywać był nawykły, a po królu największą miał powagę.
Z każdą chwilą powiększał się ów zbór u starego dębu, i o słońca zachodzie już z pół seciny, po większéj części mężów statecznych i podżyłych naliczyć było można. Wielu z nich siwy włos okrywał, a młódź, ściągnięta starszym ku posłudze, nieco się opodal trzymała. Po uzbrojeniu i szatach rozpoznać było można zamożnych władyków i ziemian dostatnich, u niektórych nawet oręż i sprzęt złotem obficie połyskiwał. — Konie téż, które młódź na łąkę, splątawszy puściła, piękne były i dobrane, a pieszczono znać chowane, jak u rycerzy zwyczajnie. Boć pieszy człek naówczas nie wiele był wart, i wojak nie stąpił bez konia.
Zebrani gwarzyli głosy stłumionémi, gdy naostatek z lasu pokazał się Mścisław, duchownego pana mając u boku, sam jeden z nim, bo czeladź swą i brata młodszego opodal zostawił. Obaczywszy go niektórzy zdala rękami witać poczęli, inni wołać ku niemu:
— Bywaj!
Mścisław żywo z konia zeskoczył, księdzu, którego wiódł z sobą pomagając, i oba wierzchowce, do gromady odpędziwszy, sam pospieszył do tych co nań oczekiwali.
Znani i nieznajomi mogli się teraz lepiéj przypatrzéć dawno niewidzianemu panu z Bużenina; który po wzięciu mu żony, długo na świat oczów nie pokazywał. — Mąż to był lat średnich, czarno zarosły, zawczasu siwizną przypruszony, oczu bystrych, nizkiego czoła, krępy i silny, w którym niepomiernéj zaciętości, a zarazem żalu wielkiego, boleści głębokiéj wyraz uderzał.
Szedł zwolna, z pod gęstych brwi nachmurzonych rzucając wejrzenia niespokojne na tych co go witali, z dumą jakąś i wstydem niemal. Widok tylu ludzi przed którémi na srom swój się miał użalać, mięszał go i burzył razem. U boku jego idący bratanek, duchowny z Krakowa, przy nim się zdał wylękły i do zbytku pokorny, a spokojniejszy daleko. Szepcząc téż coraz coś na ucho Mścisławowi starał się i jego ukoić.
Powstawali z darni leżący pod dębem aby witać przybyłego, który ze wzruszeniem znaczném jednych obejmował, drugich w twarze i ramiona całował, innych pokłonami pozdrawiał, rozglądając się ile już ich tam było. — Tymczasem nowi przybywali coraz, rosła liczba zebranych, i gwar w kółku, a jeszcze jakby oczekiwano na kogoś, i ku lasom spoglądano.
— No — ozwał się najstarszy z Toporów, my tu sobie sami sługami dziś być musiemy, gdy nam na to zeszło że własnéj czeladzi wierzyć nie można. — Niechże młodzi ognia naniecą, kołem siadajmy wszyscy, a zacznijmy radzić o sobie aby czasu nie tracić.
Tedy Mścisław, obejrzawszy się dokoła, odezwał się głosem cichym, iż Biskupa Stanka ma nadzieję oglądać, życząc aby się z naradą wstrzymano aż przybędzie. Na to téż inni godząc się, zamilkli wszyscy.
Nieco na uboczu, młodzi, których myśl weselsza nie opuszczała, choć starszych twarze posępne były, wzięli się ochoczo i swawolnie do naniecenia ognia. Wieczór był piękny i spokojny, ale rosa padała tak obfita, iż ognia rozpalić nie przyszło łatwo. Namęczyli się dosyć nim go potrafili dobyć, a gdy z chrustu suchego i gałęzi płomię się ukazało, aż raźniéj się zrobiło wszystkim. Ten i ów dobywać począł co przywiózł z sobą, bo każdy się po troszę opatrzył na drogę. Pokładziono na trawie, co kto przywiózł, podobywano baryłki podróżne, wyciągnięto z sukien kubki, i wzajem się częstując, pokrzepiać zaczęto, przyczém wrzawa i rozmowy coraz się weselsze rozlegały...
Mścisław tylko z księdzem siadłszy na uboczu, sparł się na kolanach, i ani jadł ani pił, ani się zdawał słyszeć co się wkoło niego działo, tak był w myślach zatopiony — poglądał wciąż niespokojnie w tę stronę, z któréj się przybycia Biskupa spodziewał...
Nikt téż zbolałego człowieka nie zaczepiał słowem, nie drażnił wzrokiem, bo wszyscy nad nim litość mieli.
Mrok już padł był dobry, gdy z lasu ujrzano wyjeżdżających dwu mężów, a w jednym z nich poznano Biskupa Stanka, przeciw któremu, zerwawszy się z ziemi, pospieszył zaraz Mścisław z bratankiem swym i kilką innemi.
Reszta zgromadzonych żywo wstawać i poruszać się zaczęła, gotując do wiecu, rzucając dlań jadło i rozmowy.
Młodzi podłożyli ognia, który jaśniéj znowu gorzéć zaczął, oświécając jaskrawo dąb, dolinę, gromadę zebranych ziemian, i w dali pasące się konie.
Gdy tak stali w niemém oczekiwaniu wszyscy, ukazał się Biskup zwolna idący pieszo, z twarzą swą poważną i pogodną, zamiast pozdrowienia błogosławiąc krzyżem na wsze strony. Głowy wszystkich skłoniły się z poszanowaniem.
U boku jego zajęli miejsca dwaj duchowni, a tuż przy nich stanął Mścisław.
Była chwila milczenia, w czasie któréj Biskup stanąwszy, ze złożonemi rękami, zdawał się cichą odmawiać modlitwę.
Dokoła ściskając się i starając przybliżyć, stanęli ziemianie, a Biskup skinął na Mścisława. Pan z Bużenina pochylił głowę, potrzebował chwili by mu głos w piersi zastygły powrócił, tak gniew i przypomnienie krzywdy doznanéj je ucisnęło. — Nareście stłumionym, cichym ozwał się oczy podnosząc.
— Radzić nam o sobie potrzeba, miłościwi panowie — radzić samym, bo i my się bez opieki zostali, wydani na pastwę jakby dzikiemu zwierzowi! Radzić nam trzeba, jeśli ginąć nie mamy.
Zatrzymał się nieco, szmer poszedł koło.
— Czas o sobie myśleć — dodał, — i głowę spuścił, bo znowu mu głosu zabrakło. Milczeli wszyscy, czekając co daléj mówić będzie. Mścisław, jakby się w nim gotowało i wrzało, bełkotał tylko, ręką po czole wodząc spotniałém, w ziemię patrząc nie na ludzi. Żal brał widząc silnego człowieka, którego boleść niemym czyniła.
— Radźmy — rzekł stłumionym głosem, jeśli ginąć nie chcemy.
— Radźmyż! podchwycił ulitowawszy się nad nim Topor, na lasce z siekierką oparty — radźmy o sobie. (Wszyscy owi Topory, Starżowie i Kołki bez siekier nigdy nie stąpili).
— Sprawę moją znacie — odezwał się wreszcie Mścisław niepodnosząc oczów. — Srom mówić o niéj, a no, gdy człeka zwiérz okaleczy, ranę okazać musi, choćby sromotnie był okaleczony. Tak i ze mną. — Sromotnie okaleczony jestem przez tego, który mnie od sromu bronić był powinien... Król, co opiekunem być miał, stał się rabusiem, żonę mi wziął...
W tém z boku mu któryś przerwał.
— Azali białogłowa lekka nie sama go ku temu wyzwała? Sam ci pokrewnym jéj, mówił daléj, a bronić nie chcę i obwinię raczéj. Któraby nie dozwoliła nie byłoby z nią tego co się z twoją Krystą stało.
Mścisław gniewnie odwrócił się ku mówiącemu, i rzucając się niemal na niego, zawołał.
— Azali nie wiecie co niewiasta każda jest? alboli która z nich rozum ma? Przeto gdy jedna z nich zgrzeszy, nie jej winą, a tego co ją przywiódł do grzechu — bo ona dzieckiem jest... Winien Król co miał więcéj psiej chuci niż rozumu i sumienia.
Uderzył się Mścisław silnie w piersi.
— Wy ją winicie, a ja jéj nie winię! Słabą była i nierozumną, a ten, co ją uwiódł, silny był i podły.
Zaszemrano dokoła, a potem milczenie się stało głuche.
W tém poruszył się jeden co stał w drugim rzędzie, mąż opalony, barczysty, wojak z postawy i twarzy; przedarł się naprzód dokoła, stał i mówić począł.
— Alboż to jedno co zbroił ten kat a nie król? alboli to jedno?
Pytajcie co się u mnie stało, co u innych wielu? Trzymał nas lat tyle w Kijowie u boku swego, a doma zbytki się działy. Po co i my tam siedzieli, aby mu za straż służyć, gdy szalał? I ja tak rzeknę jak Mścisław, nie niewiasty nasze były winne, bo to są dzieci, choćby i jak stare były. — Serce się nam rwało do domów i dzieci, trzymał nas bezlitośnie za górami, a doma sługi i pachołki, widząc że nas nie stało, gwałtem sobie żony nasze pobrali.
Toć wiecie cośmy potém zastali, gdy cierpliwości zbrakło...
Jak nas wieść doszła w Kijowie co się działo, i ja i sotnia cała, nie pytając pana lecieliśmy na skręcenie karku, bronić tego co jak życie drogie.
Tu tłuszcza ta, własne nam wrota pozamykała, wiedzieli łotry z czém przybywamy. Do domów nam swoich szturmem się dobijać przyszło, siec, karać i wieszać gwałtowników.
A za kimże się król ujął?
Za nami?
Nie — za tłuszczą i gwałtownikami, za czeladzią naszą, a żonom którym niepoczciwy gwałt zadano, szczenięta do piersi przystawiać kazał, i swoją klacz wodzić krzycząc, że ona więcéj była warta niż te żony co się sprzeniewierzyły!!
Ścięto dziesięciu i więcéj braci naszych, za to że samowolnie zbiegli z Kijowa, ja głowę musiałem ratować ucieczką, po lasach się tułam, bo i mnie miecz czeka!
Na żony nasze, na nas spadły gniewy, a niepoczciwe sługi, a motłoch i czerń niewinna, téj się nam tknąć nie godzi, choćby ludzi niewolnych!
Gdy tak coraz mocniéj głos podnosił, dech mu zabiło, ustał — rękami w powietrzu rzucając, miotając się cały, potém za czoło chwycił się ręką jedną, za piersi drugą i jęknął boleśnie.
Patrzali nań wszyscy w milczeniu, żal było wojaka mężnego, który kryć i tułać się musiał...
Tuż wystąpił drugi, odarty jak on, w resztkach zszarzanego i oszarpanego pancerza.
— To co on mówił i ja potwierdzić mogę, odezwał się schrypłym głosem. — Królowi ziemianie i rycerstwo solą w oku, nasby się wszystkich rad zbyć, a z motłochu sobie dobrać drużynę. — Rusinami się otacza co mu pokłony biją, Pieczyngów przy sobie chowa i niewolników. My cośmy na téj ziemi ojczyce dawni, u niegośmy i psa nie warci; krom tych co jak Boleszczyce i za katów mu służą i za druhów do wszelkiego plugawstwa.
Takli ma dłużéj być? poginiemy wszyscy...
— Do dziś dnia — począł inny, którego głowę tylko z za stojących widać było i włosy najeżone, do dziś dnia nam żeśmy z Kijowa uszli i żonom naszym nie przebaczył. Ino się który ukaże, wołają nań, zbieg, włóczęga, na gałąź z nim, łeb mu ściąć.
A jakżeśmy nie mieli uchodzić z Kijowa, gdy nam dobro nasze czerń łupiła? Mnie, żonę i siostrę parobcy wzięli... Powiesiłem ich obu — tak należało. Baby nie winne nic...
Za tém począł się taki gwar, coraz podnoszących głosów, iż już nic posłyszeć nie było można, nikt nie hamował wrzawy, okrzyki namiętne wznosiły się ze stron wszystkich.
Nie rychło poczęto syczeć, lecz gdy jedni milkli, drudzy się wyrywali z żalami i skargami, którym końca nie było...
— Chodził Tomko Swadźba do króla, chcąc go przebłagać — rzekł ktoś z tłumu, do nóg mu padł z pokorą, a nie był winien więcéj tylko że z Kijowa bieżał i sześciu parobków co mu dom skazili, wieszać kazał. Ścięto go przeto bez litości...
— Nie przebaczy żadnemu! potwierdził inny.
Stary Topor podniósł do góry siekierkę na znak iż mówić chciał, i uciszyło się jakoś powoli, zatém on zabrał głos.
— Nie tak bywało, rzekł za Mieszka starégo i za Bolka Chrobrego. Królowie surowi bywali, ale sprawiedliwi, bez rady téż swéj nie czynili nic. Ziemianie do nich szli jak dzieci do ojca, we wszelkiéj potrzebie. Ten znać innéj nie chce tylko swoją wolę, swój miecz, my u niego z czernią za jedno stoimy. Władyka, żupan czy wojak, a rab i parobek u niego równo waży.
I zwrócił się ku przysłuchującemu Biskupowi.
— Ojcze miłościwy, odezwał się, wy znacie i wiecie, jak gdzieindziéj na świecie się dzieje, wiecie co nas boli, wy nam radźcie co począć mamy.
Gdy ujrzeli wszyscy iż na Biskupa wskazał i spodziewali się że przemówi, ucichło wszystko nagle; ciekawe głowy zwróciły się ku kapłanowi. Biskup stał poważny, zadumany, nie spiesząc ze słowem.
— Co mówicie, na co się użalacie, rzekł w końcu — jam téż to widział i patrzę na to; lecz nim się co pocznie przeciw złemu, rozwagi potrzeba, aby większego zła nie ściągnąć.
Pamiętają z was niektórzy, jak po Mieszku i Ryksie, gdy panów nie stało wygnanych, wszystka ta ziemia zniszczoną była i w popiół obróconą. — Lepiéj więc, zaprawdę próbować czy się go do opamiętania nie przywiedzie, niżeli knować na jego obalenie.
Do ostatka cierpliwości wyczerpać potrzeba.
Rozśmiał się Mścisław cicho, ale mu znak dano, aby milczał, i cofnął się za Biskupa.
— Może téż, da Bóg, kończył Biskup, krew ta bujna, wojacza ostygnie w nim i uspokoi się. Gdyby gorszego nam co groziło, a król upamiętać się nie chciał, naówczas nie wam się porywać na niego i wojować z nim, ale nam — kościołowi wystąpić przyjdzie, któremu także krnąbnie się stawi.
Po nad tą koroną, którą z Rzymu ma, od papieża, stoi Biskup rzymski, kościół i my słudzy jego... Kościół co korony rozdaje, co rozkazuje światu i prowadzi go, kościół słowem jedném więcéj uczynić może niż wy mieczami waszemi i odgróżkami. Przed nim on ukorzyć się będzie musiał.
To mówiąc Biskup wskazał na ziemię, jakby dumną głowę ugiąć chciał ku niéj. — Milczeli wszyscy. Biskup nie rzekł więcéj, a Starża drugi począł.
— Tak, miłościwy ojcze — ratujcie nas chrześcian przeciw poganom, których miłuje król. Ziemianie, rycerstwo, ojczyce starzy tutejsi, na woli jego jesteśmy jako pachołkowie. Bywała Rada przy królu, on jéj znać nie chce. — Garściami złoto rzuca i nam i czerni, ale poczciwego słowa nie da; przystępu doń innego nie ma tylko na kolanach, głową bijąc pokłony. Jednemu z nas życie wziąć, majętności odebrać, czci zbawić — toć igraszka...
Zwrócił się do stojącego nie daleko, człowieka nie wielkiego wzrostu, palcem go wytykając.
— Waszych on lubi, Kaniowy u niego w łaskach, Boleszczyców z waszego rodu najwięcéj... tak, waszych... waszych...
Kaniowa ów łysy, mały człeczek, napuszył się i ostro stanął przeciw Starży.
— Widzicie przecie że choć téj krwi co oni, tu z wami jestem, a nie tam z niemi! Więc nie wszystkie Kaniowy z nim. A że się znalazło kilku co mu dworują, co przy nim wiszą, a co ród winien!
— Winien — przerwał Starża — ich tam najwięcéj, waszych Mszczuja synów! Jakuszowieckich waszych krewniaków. Czemu tam nie ma moich, albo i drugich?
— Jako żywo, odparł rozjątrzony Kaniowa, nie sami tam nasi koło niego, są Śreniawy, są Drużyny...
— A waszych najwięcéj! powtórzył Topor gniewnie.
— Każdy za siebie odpowiada — odezwał się zwadę uśmierzając Biskup — nie ród winien a ludzie.
Stary Kaniowa cofnął się gniewny, pomrukując i zapalczywe rzucając wejrzenia.
— Brat mój przecie Biskupem we Wrocławiu — krzyknął odchodząc, azali i jego winić będziecie?
— Winni ci wszyscy co królowi dopomagają do swawoli, mówił Topor. — Gdyby ich z sobą nie miał, siły by mu do znęcania się nad nami zabrakło; gdyby nie Kaniowy, Śreniawy i Drużyny owe, nie ważył by się.
— Nie byłoby ich, byliby Rusini i Pieczyngi, coby nas gorzéj jeszcze dusili; krzyknął z tłumu nieustępujący Kaniowa.
— Dusiliby a nie gorzéj — zawrzał Topor. Z cudzéj ręki cierpieć niczém jest, od swoich to już ostatnia zguba.
— Ani oni winni, ni kto kolwiek inny, wtrącił Doliwa, który stał milczący oszczepem się podparłszy — winien on, on sam... Jaki pan taki sługa. Sługa pana nie czyni, a pan sobie urabia służkę, jakiego mieć chce. Winien on...
— On winien! on! zaczęto powtarzać żywo dokoła. — On winien!
— Ukojcie się, ukojcie — przerwał Biskup. — Nie chronię go ani oczyszczam, do cierpliwości skłaniam tylko, azali się nie upamięta. Chodziłem doń raz, gdy z Kijowa przypadł gniewny, grożąc pomstą i śmiercią — chodziłem nadaremnie, pójdę jeszcze i chodzić nie przestanę... Nie usłuchali rady i napomnienia, będzieli gorzéj niż jest — ujrzemy co naówczas czynić mamy.
Tak Biskup starał się niespokojne, rozgorączkowane głowy i serca skłonić do cierpliwości i pomiarkowania. Miasto ukojenia jednak, zgromadzenie w którém każdy się z żalem rozwodził, coraz więcéj na jaw dobywając samowoli — podrażniło wszystkich i wzburzyło.
Gniéw wybuchał gwałtowniéj coraz, rosnąc gniewy pokrewnemi.
Mścisław, który ziemian zwoływał, stał ponuro patrząc pod nogi.
— Ojcze wielebny — rzekł w końcu — czyńcie i rozkazujcie jako wam się zda. Cierpieliśmy dłużéj, pocierpiemy jeszcze, lecz, gdyby się miłości waszéj nie powiodło, a słowo nie skutkowało, my o sobie téż myśleć musimy i pomyślemy.
Rzucił dokoła oczyma, szukając wspólników, rąk sporo wyciągnęło się ku niemu, kilka wejrzeń strzeliło, i z różnych stron poczęły się odzywać głosy.
— Pójdziemy z tobą!
— Ujmiemy się za ciebie...
Biskup tedy, widząc, że noc już dość późna była, bo przerywana rozmowa i głosy trwały długo, raz się odezwał jeszcze.
— Dla dobra waszego, proszę was, nie rwijcie się za gorąco i nieopatrznie. — Dajcie mi czynić, nie pożałuję zdrowia ni życia, a powinność kapłańską spełnię. Pójdę doń, prawdę mu niosąc, nie ulęknę się — usłyszy ją z ust moich całą.
Namaszczon jestem jako on i — jemu równy, a potęga tego kościoła, co mnie posyła, większą jest nad wszystkich królów potęgę.
Mówiąc to Biskup spojrzał z dumą i ufnością w siebie po zgromadzeniu, które głowy w milczeniu skłaniało.
Za czém słów jeszcze dodawszy nie wiele ku pokojowi i cierpliwości, szepnął Mścisławowi iż jechać pragnie.
Przeżegnawszy potém zgromadzonych, z których bliżsi ręce mu całowali, cofnął się Biskup z koła. Starszyzna, widząc że się do odjazdu zabiéra, wyszła przeprowadzając go. A tak szedł Biskup, po bokach mając dwu duchownych i gromadę starszych za sobą, ku łące, gdzie już młodzież, przodem poskoczywszy, konia mu wiodła i ramię podać do siedzenia gotowała się.
Księżyc się podniósł nad lasy, noc była jasna, spokojna i widno prawie jak we dnie, gdyż do wiosennego poranku było nie daleko.
Szli tak przy Biskupie Topor, Starża, Doliwa, dwu Śreniawów i Belina stary, ku którym, gdy się od gwarnego oddalili tłumu, zwrócił się jeszcze raz Biskup.
— Nie godzi się słów niebacznych rzucać przed tłumem — rzekł — bo się one z ust do ust szeroko przed czasem rozchodzą i tętnią daleko...
Źle jest — lecz, gdyby lepiéj już być nie mogło — co myślicie czynić?
Topor długo milczał zasępiony, ręką rzucił, głowę podniósł.
— Ojcze miły, odezwał się. — Dziadowie moi Piastom wierni byli a co im z tego przyszło? Co nam wszystkim z Piastów?
Ród to nasz własny, nie od dziś ich znamy, — albo się z nich rodzą bohatery lub znoski i potwory... A czemubyśmy innego rodu panów szukać sobie nie mieli?
Śmiałe te wyrazy innym usta zamknęły, spoglądali na się z obawą, jakby myśli swe przeniknąć chcieli.
— Mieszko, mówił Topor — ostatni, na poły się niemcem uczynił. — Kazimirz téż przez niemców był chowany. Bolko się zrusił i tamtejszym obyczajem chce nas prowadzić — albo my to sobie innego pana znaleźć nie możemy, jak to już bywało?
Biskup położył mu rękę na ramieniu, a Topor umilkł spoglądając mu w oczy.
— Ze słowy temi nie spieszcie — odezwał się, niebezpieczne one są, a zamięszanie wzniecić mogą.
— Dla tegom ich tam nie rzekł, ciągnął Topor, a mówię to, przed wami ojcze, bo wiem że u królowéj Światawy i na dworze czeskim macie zachowanie. — Niech oni nas zabiorą, jako już byli raz zawojowali, niech nami rządzą tak jako Czechami. Siłę z niemi mieć będziemy większą, aby się oprzeć Cesarstwu.
Biskup tylko nań spojrzał.
— Zawczesne to słowa — rzekł. Prawda to że siostrę króla naszego Światawę szanuję, a małżonka jéj mam dla siebie życzliwym — ale daleko jeszcze do tego byśmy nowego pana i panowania szukać potrzebowali. — Nie czas jeszcze.
— Król się już nie poprawi, rychléj zepsuje, gdy go gniewy ogarną — dodał Doliwa.
Nie mówili więcéj, Biskup szedł ku koniowi, którego dlań trzymano, podsadzili go starsi, ucałowali rękę, i powoli, zadumani do koła wrócili.
W kole, po oddaleniu się Biskupa, którego przytomność wybuch hamowała, gwar się wszczął coraz burzliwszy, namiętnemi mowy na króla się rzucano. Narady jednak ogólnéj nie było, gdy głowy zabrakło kupkami pościągali się jedni do drugich; starzy wojacy, ziemianie, młodzież, z osobna każdy. Mścisław błądził między niemi szukając sobie ludzi, którychby mógł téż na stronę odciągnąć, bo miał na sercu niedolę własną.
Nawinął mu się Sokoł Dryja i Benko z Kurowa, oba starzy druhowie. Tych wziął z sobą na bok. Inni widząc że z narady nic już więcéj nie urośnie, poczęli myśléć o powrocie do domów, dopóki by nie weszło słońce. Wielu téż, zaraz po odjeździe Biskupa, po konie poszło, i nie żegnając tylko bliższych — precz ruszyło w lasy na różne strony.
Mścisław z Dryją i Beńkiem, opodal nieco odszedłszy, na ziemi przysiadł. Obu ich nie widział od czasu jak mu porwano żonę, więc począł żale rozwodzić.
— Cóż wy na tę moją nieszczęsną przygodę mówicie? odezwał się, ręce załamane na kolanach zakładając — co myślicie o niéj i o mnie? Mało ten człowiek bab miał do wyboru, żeby mu moją jedynę wziąć było potrzeba?
— A co ci ma boleć już? odparł Dryja. Zapomnieć trzeba i wziąć inną.
— Nie mogę! nie mogę! krzyknął zrozpaczony Mścisław. — Plunąłbym na nią, gdyby mi nie siedziała tu, w głowie i za pazuchą... to dziecko było! Ona niewinna, a ja ją podziśdzień miłuję jak oczy moje...
— A co ci teraz po niéj! rzekł Benko — co ci po niéj!
— Jabo bez niéj nie wyżyję! jęczał Mścisław. Niech się ludzie ze mnie wyśmiewają kiedy chcą, bylem ją miał!!
— Człecze! począł Dryja — toć mi wstyd za cię! Gdyby cię ona miłowała, nie poszłaby za nim...
— Gwałtem mi ją wziął! gwałtem! zakrzyczał rwąc się Mścisław. Ja to wiem i baby świadczą które tam były. — Klną się iż rzewnie płakała, gdy on śmiejąc się na koń ją sadził. — Ona! ona nie winna — biedniątko! Któż się takiemu drapieżnikowi oprzéć potrafi!
— A ty mu téż jéj teraz nie wydrzesz — dokończył Dryja.
Mścisław siedzącego przy sobie pochwycił za szyję, objął rękami i całować począł.
— Pomóżcie wy mi tylko! wydrę mu ją! Na to was tu ściągnąłem, abym o pomoc prosił. Swoje odebrać i od króla się godzi.
A! ja wiém, biedaczka tęsknić musi za domem i za mną jak ja za nią; ten ją w żelaznych trzyma okowach, na oczach ciągle. Ale my mu ją wydrzéć możemy, chytrością czy siłą...
Dryja ramionami ruszył.
— Szalony z ciebie człek! odezwał się — jakim sposobem ze dworu ją mamy wziąć, gdy sam mówisz, że z oka jéj nie spuszcza. Słychać, że ją przy sobie na zamku posadził, straże dzień i noc chodzą!! Nadaremnieby człek karku nastawił i śmiechu tylko napytał.
Mścisław słuchać nawet nie chciał.
— Na zamek się wkraść, gdzie wchodzi kto chce, łatwo — zawołał gorąco. Ona, byle mnie zobaczyła, poleci za mną! Z dobremi końmi w lasy łatwa ucieczka! o w puszczy nikt mnie nie wyszuka. Bylem się pokazał Kryście, porzuci wszystko, pomoże do ucieczki! — Na zamku samym znajdę przyjaciół i pomocników.
Mówił coraz żywiéj Mścisław, ciągle oczy zwracając to na jednego to na drugiego ze swych słuchaczów; ci milcząc, namyślając się po sobie trwożliwie spoglądali, nie kwapiąc się z obietnicą pomocy. Rzekł w końcu Beńko.
— Miarkujno, król się do niéj przywiązał, pewnie też i pilnować musi tego skarbu, ludzi dużo, oczów wiele, o zdrajcę nie trudno... Ciebie czy nas pochwycą, głowę damy, a zaprawdę, czy warto, sądź sam? Zdala to ci się łatwém zdaje!!
— Jam wszystko wyważył — odezwał się Mścisław, ani chcąc słuchać towarzyszów. — Pochwycić nas nie mogą. Król jéj przecie z sobą na łowy nie wozi, a gdy zamki objeżdża, zostawia ją w Krakowie. Dzień taki wybrać gdy go nie ma w domu, moja rzecz, ludzi kilkunastu i konie rącze.
— Królowej staréj i młodszéj dwór, choćby co widział, nie ruszy się, rad będzie gdy ją weźmiemy. — Byleście pomogli.
Mimo upartego dowodzenia Mścisława, że porwanie Krysty możliwe było i łatwe, Dryja i Beńko, głowami potrząsali, cmokali dziwnie i ochoty w nich widać nie było. Nie śmieli wręcz odmawiać, a przyrzekać téż nie chcieli.
Mścisław ciągle nalegał.
— Dryjo, bracie, tyś mi, pomnij, pobratymem poprzysiągł być, bądź że nim w złéj doli. Beńku, ty mnie ratowałeś nie raz, jam ci pomagał, nie odmawiaj mi gdy proszę. Nic nie pragnę tylko ją nazad dostać. — Bylem ją miał, nie znajdą mnie, nie wytropią — Świat szeroki, będę wiedział dokąd uciekać i zajdę na Ruś.
— Człecze, Bolko na Rusi jak we własnym domu! zawołał Dryja.
— To do Węgier.
— Tam ci on pan — przerwał Beńko.
— No, to do Czech, do Niemiec. Za świat! choćby do pogan na Pomorze — krzyczał Mścisław rzucając się — bylem ją miał!
— Hej! Hej! ozwał się Dryja głową kręcąc — co za dziw że król się w niéj tak rozmiłował, kiedy oto ten jeszcze za nią szaleje. Urok na cię rzuciła, ziele ci dała pić.
— Kto ją wie! Czary nie czary! pić mi ziele dała! albo ja wiem? albo ja rozumiem! mówił Mścisław gorączkowo — jedno znam że mi się śni gdy spię, że we dnie mi się przed oczyma snuje, że głos jéj w uszach słyszę, że chodzę jak skręcony.
A! wyście bo mojéj Krysty nie znali!
— To mówiąc westchnął, zakrywając sobie oczy, a Beńko ramionami potrząsł i na Dryję popatrzał, jakby mówił. — Oszalał.
— Nic innego tylko to gusła są, odezwał się głośno. — Żeby nie wiem jaką była, człekby się w nią żaden tak jak ty nie wlepił. Pamiętam ja pierwszą żonkę moją, — hej! co to była za krasa! Nikt jéj nie zrównał! Kwiateczek był co się na niego człek dmuchnąć bał, aby nie zwiądł zaraz... Miłowałem ci ją i jak żonę i jak dziecko, a jak mi przy pierwszym synu zmarła — choć mi na kilka dni jakby czarną nocą oczy zawlekło, tociem w trzy miesiące Tacianę wziął i tak pokochał jakby tamtéj na świecie nie było...
Mścisław słuchając zżymał się ciągle.
— Co prawisz! przerwał — twoja pierwsza!! Ani ta ani żadna inna do Krysty się nie równa! Takiej jak ona drugiéj nie było i nie ma jak świat szeroki. I oczy i głos i ruch i uśmiech — tylko by przy niéj siedzieć, patrzeć na nią — albo umierać.
— Lubczyku mu dała i oszalał! szepnął Dryja. Czarownica baba!
— Zwijcie mnie szalonym, a przez miłosierdzie pomóżcie! wołał Mścisław, — nie, to się gdzie na gałęzi powieszę, albo z kamieniem u szyi pójdę do wody. Po co mi życie! Głowy dla mnie nastawiać nie potrzebujecie, podeprzyjcie zdaleka! osłońcie! Ludzi orężnych kilkunastu dosyć... Na Kleparzu, na Wąwole, na Stradomiu staniemy pod noc, gdzie ja mam gospodę pewną — ludzie téż swoi, na zamku mi rękę dadzą... Pochwycimy ją, a wziąwszy między siebie, gdy się lasami ku Czechom rzucimy, żeby stu za nami puścił, ani wytropi, ani dogoni. Znajdą się tacy co mu fałszywą drogę skażą. Ja myślałem o wszystkiém!
— A, no, a no — rzekł w końcu Dryja — jakby na pocieszenie biednego człowieka, gdy na pobratymstwo zaklinasz, choćby karku nastawić przyszło, trudno odmawiać — myśl jeno wprzódy dobrze o sobie, bo czyja głowa najprędzéj zapłaci, to twoja, jeżeli w ucieczce ułapią.
— Niech głowę moją bierze! krzyknął Mścisław — i ona mi już i życie nie miłe!!
To mówiąc pochylił się Mścisław ku nim, słowy serdecznemi usiłując ich nakłonić, aby mu pomocą byli, bo na czeladź się spuścić nie mógł. Beńko i Dryja milcząc słuchali, nie przeciwili mu się, mieli może nadzieję że rzecz sama spełznie na niczém. Widać było po nich, iż przez litość tylko przystawali na to co po nich żądał. Mścisław, cały przejęty myślą odzyskania Krysty, gdy sądził że tych sobie pozyskał, począł innych ściągać z kupki pod dębem pozostałéj. — Lecz tu już było nie wielu, kilkunastu tylko znużonych, opończami się osłoniwszy, na ziemi spało, dnia oczekując.
Udało się panu z Bużenina kilku najzaciętszych przeciw królowi, z tych co z pod Kijowa pouciekali i prześladowani byli za zbiegowstwo, — nic już do stracenia nie mających — namówić z sobą. Tym w zamian dach swój ofiarował, opiekę i pomoc wszelką. — Biedny człek w przekonaniu tém że mu Krysta jego sprzyjała, myślał tylko teraz o środkach, jakiemiby jéj oznajmił o sobie, aby w pierwszéj chwili gdy się przed nią ukaże, z radości krzykiem ludzi nie ściągnęła. — Reszta mu się łatwą zdawała; — nie wątpił że, choć u króla pieszczona, na szyję mu się rzuci i zbieży z nim za kraj świata.
Dryja i Beńko, upewniwszy go że gdy wszystko będzie pogotowiu i oni z nim pójść nie odmówią, nad ranem koni dosiedli i do domów odjechali. — Inni téż ręce mu dali na to, że go w ucieczce osłonią. Sam jeden pozostawszy, Mścisław się wreście znękany na ziemi rozciągnął i usnął głęboko.
Dzień już był gorący i słońce wysoko, gdy się obudził, bo mu nad głową kukułka śpiewała... Koń jego sam jeden już się na łące wypasał, bo wszyscy towarzysze się rozjechali. Mścisław śnił o pięknéj Kryście, że ją królowi wydarłszy, gnał z nią w nad Łabiańskie lasy...
Zemsta, którą żył cały, rozbudziła go, — nie widział trudności, nie wierzył w przeszkody żadne, nie lękał się niebezpieczeństwa, dwojaka namiętność czyniła go ślepym i głuchym.
Potęga królewska, czujność straży, warowny zamek go nie ustraszał... W kilkanaście koni był pewien zwycięztwa i już mu się uśmiechało ono. — Spojrzał na słońce i pobiegł, czasu nie tracąc po konia...
— Choćbym sam jeden miał się porwać — mówił w duchu, choćby mnie oni wszyscy porzucili i nie strzymali — pójdę sam! Z gardła mu ją wydrę! Nawinie mi się, tém gorzéj, nie zlęknę się go; a zabije mnie — niech krew niewinna padnie na jego głowę.
Tak marząc Mścisław konia pochwycił, dosiadł, i ściskając go a poganiając, jak szalony w puszczę i gąszcze się rzucił... Godziny jednéj straconéj żal mu było. — Krysta czekała na niego!!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.