Bogowie Germanji/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Andrzej Strug
Tytuł Bogowie Germanji
Pochodzenie trylogia Żółty krzyż
tom II
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

VII

Van Trothen gonił już resztkami nerwów. Czepiały go się przywidzenia i strachy. Z dnia na dzień potęgowała się w nim jakaś chorobliwa podejrzliwość, która w jego zawodzie hamowała wszelką inicjatywę. Musiał ufać bezwzględnie przynajmniej niektórym ze swoich ludzi, a zdarzały się momenty, kiedy nie wierzył zgoła nikomu. Chwilami podejrzewał nawet Evę. Wydawało mu się, że go śledzą na ulicy, po kawiarniach, w teatrze, w Mundus-Filmie, nawet w domu.
Zdarzały się koszmarne godziny, gdy roje szpiclów osaczały go i dręczyły bez chwili wytchnienia, ganiając po całem mieście. Wymykał się, wskakiwał do pierwszego lepszego tramwaju, ale tam już siedzieli nowi. Kluczył, przekradał się, wpadał chyłkiem do kawiarni w dalekiej dzielnicy i znowu zastawał tam zaczajonych na niego innych wywiadowców, ludzi starych, młodych, najrozmaitszych, kobiety, nawet dzieci — przy stolikach siedziały całe rodziny szpiclowskie... Wiedział, że tak monstrualna inwigilacja jest niemożliwością i przywidzeniem, ale za każdym razem musiał się dobrze zmordować, zanim się opamiętał.
Już nad sobą nie panował. W tych czasach drżał ze strachu nawet przed swoim starym partnerem szachowym generałem Sittenfeldem i radby schować się przed nim w mysią norę, a jednak kusiło go, żeby mu się nastręczać i leźć w oczy. W momentach najgorszego strachu telefonował do niego, napraszając się na partyjkę szachów, żeby przewąchać coś o sobie i wyczuć swój los, a zarazem sprowokować strasznego dręczyciela, żeby spełniło się nareszcie to, co i tak ma być.
Generał odpowiadał uprzejmie, gadał po przyjacielsku i jowialnie i zawsze wymawiał się brakiem czasu.
— Wszystko wie i zwleka, żeby mnie męczyć — myślał van Trothen.
Oczywiście miał wszystko przygotowane do ucieczki, w tajnej fałszowni wystawiono mu trzy najpoprawniej formalne paszporty na trzy granice z fotografjami w trzech charakteryzacjach. Miał stale przy sobie grubą wiązkę banknotów, całą płynną kasę centrali, własne kapitały przeniósł na banki szwajcarskie i holenderskie. Zaopatrzył swoją miłą Klarchen, do Mundus-Filmu dopuścił wspólnika i wkład jego natychmiast przelał zagranicę. Sprawy centrali, wszystkie stosunki, agentury, adresy, korespondencję i szyfry przekazał swemu zastępcy, zapamiętałemu gorliwcowi i manjakowi wywiadu, specjaliście od transportów wojsk i obiegu sił zbrojnych, Niemcowi szwajcarskiemu, którego zajęciem zawodowem było zaopatrywanie w zapasy żywności, w sprzęt i w kredyty wszystkich bufetów kolejowych na magistrali Berlin — Kolonja. Pod tym legalnym pozorem przeprowadzał wszystkie afery pod naczelnem kierownictwem zatajonego i niedostępnego dla reszty agentów wielkiego szefa. Pobocznie uprawiał na grubą skalę szmugiel żywnościowy.
Abbegglen sam doradzał szefowi zejść już z pola walki i odpocząć po trudach, nie dlatego żeby go uważał za „zasypanego“, przeciwnie, ani generał, ani nikt inny nie podejrzewa go w najmniejszym stopniu. Nosi on niebezpieczeństwo w sobie samym, żyje w urojeniach, nikomu nie ufa, na każdym kroku popełnia drobne niezręczności, ogarnęła go manja prześladowcza. W tym stanie nerwów, choć mu narazie nic nie grozi, wyda się sam, wsypie się na pierwszem lepszem głupstwie. Ostrzegał go zwłaszcza przed dalszą zażyłością z generałem Sittenfeldem, dawniej było to bardzo wskazane, ale już odegrało swoją rolę w ciekawych dziejach wywiadu francuskiego na Niemcy.
— Teraz każde zetknięcie z nim jest dla kochanego szefa bardzo groźne, kochany szef nie ustrzeże się już teraz skłonności bardzo znanej w kryminalistyce, a mianowicie pewnych niebezpiecznych eksperymentów, aby odgadnąć, czy wróg już coś przypuszcza, czy też nic jeszcze nie wie. Przy tak starganych nerwach kochany szef może się potknąć fatalnie.
— Więc pan uważa, że moja rola się skończyła?
— Rola — bynajmniej, to nerwy kochanego szefa się skończyły.
— Dobrze, jadę...
— Ale kochany szef wyjedzie nie zwlekając i oczywiście najzupełniej legalnie, jako powszechnie znany van Trothen, właściciel i dyrektor „MundusFilmu“. Fałszywe papiery spalimy — to był bardzo nierozsądny pomysł.
— Dobrze, wyjadę, ale mam jeszcze na głowie tę głupią sprawę z Ludwigshafen...
— Niech kochany szef jedzie spokojnie, już ja sobie dam radę z doktorem Helmem. Proszę być pewnym, że instrukcja pańska będzie wykonana.
— Ta szelma raportowała, że niczem go nie mogła przekonać i już ją prowadził do policji! Obróciła wszystko w żart i tem się uratowała. Niesłychane! Obawiam się, czy on nie dostał bzika?
— Poprostu przesadził w ostrożności, a zresztą ta przejęta po Anglikach pani von Senden nie wygląda zbyt solidnie, jak na tak grubą misję. Trzeba było posłać kogo innego. Zresztą nie wróciła z pustemi rękami — przywiozła nam dość ważną informację o naszym kapitanie, mianowicie, że jest do szaleństwa rozkochany w pięknej córce profesora Wagera. Zupełnie niepotrzebna komplikacja... Czemu się, u djabła, nie zakochał w innej Niemce?
— Plotki...
— Całe miasto o tem gada, a ona jest tamtejsza. Zresztą zbiegiem okoliczności Greta dobrze znała naszego Helma, tylko, oczywiście, nie wiedziała, że jest Francuzem.
— Miała cyfrę, znaki i hasła — a ten się wszystkiego zaparł w żywe oczy. Złapała go na ulicy i zagadała wprost po francusku — ani drgnął. I tak wytrzymał do końca, musiała przejść na niemiecki, a gdy mu wyłożyła całą rzecz aż do końca, zaczął krzyczeć, ciskać się i przemocą ciągnął ją do komisarjatu. Ha — ha — ha...
— Morowiec! — Za morowy, jak na szpiega, przecie z takim w razie nagłej potrzeby niepodobna się porozumieć — czy ja mam osobiście jeździć do niego z każdem głupstwem?
— No, to całkiem nie było głupstwem — zresztą znać, że to oficer frontowy, nieokrzesany jeszcze, nie zna się na naszych subtelnościach, mogło mu się coś nie spodobać w pańskiej instrukcji. Wojskowi mają swoje poglądy kastowe i nieraz osobliwy, całkiem nieprzewidziany punkt honoru. Ja się z nim zobaczę w tych dniach, niech kochany szef jedzie w świat i odpocznie ze dwa miesiące — jeszcze dokonamy pięknych rzeczy.
— Dwa miesiące? Ależ za miesiąc Niemcy będą w Paryżu i nie będziemy już potrzebni.
— Kochany szef przesadza, mojem zdaniem, Niemcy nie będą nigdy w Paryżu, na zwycięstwo już ich nie stać, ale bronić się będą twardo i długo, wojna potrwa conajmniej jeszcze rok albo półtora, jeszcze się przydamy Francji i kochany szef i moja skromna osoba. Trzeba dobrze wypocząć.
Van Trothen był spakowany, codzień wyjeżdżał i codzień zostawał. Wahał się między Szwajcarją i Austrją, to znowu namyślał się nad Holandją. Rozigrane nerwy płodziły coraz to nowe majaki strachu i podejrzeń lub wtrącały go w ciężkie zgnębienie. Nie widział przed sobą przyszłości ani nawet jutra, jak ci, którzy przeczuwają bliską śmierć. Miał się za nieodwołalnie zgubionego; dają mu spokój, póki siedzi na oczach w Berlinie, niech się tylko ruszy, wezmą go na granicy. Na ten wypadek miał swoje cyjankali, ale niemal codzień zdarzały się chwile potężnej pokusy, by nie czekać i samemu rozstrzygnąć swój los. Nie rozumiał już dalszego istnienia. Co on będzie robił zagranicą?
Ogarniała go śmiertelna nuda. Pięćdziesiąt bezmała lat spędzonych na tej ziemi wydawały mu się zupełnie niepotrzebne, a z tego lata wojny były już tylko fantastycznym absurdem. Poco mu było uwikłać się w ten chaos kłopotów, niebezpieczeństw, bezeceństw, zbrodni? Choroba ciekawości, namiętność do intrygi, tajemny smak podłości, kult zdrady... Umiłował śmiertelny hazard i było mu wszystko jedno, z kim grał i o co. Gdyby go wojna zastała w Anglji, zdradzałby Anglję.
Porwała go burza jak źdźbło słomy i miota nim aż po dziś dzień. Minęły dawno górne marzenia i ambicje, żeby dokonać czynów znakomitych i zaważyć na losach wojny. Już w drugim roku wiedział, że nic nie zrobił i nie zaważy w niczem aż do końca. Przez jego ręce przepłynęły miljony francuskich pieniędzy, z ukrycia pchał na śmierć ludzi, których nigdy nie widział na oczy. Co wygrał, co na tem zyskała strona, której służył?
Gdy nad tem rozmyślał, rachując swoje największe tryumfy, kolosalne afery, zawody, straty w ludziach, genjalne zasadzki, olbrzymie swoje obławy, ciężkie błędy, nieraz śmiał się w samotności do upadłego, histerycznie, niedopowstrzymania. Co to wszystko było warte? Nieskończenie więcej, niż nic — ale niewiele ponadto. Zdrowy rozum, który jak na złość ocknął się w nim w samym końcu, pokazał mu wyraźnie, jak na ekranie, zabawną pantominę.
Tak zwany van Trothen lata tam i z powrotem od rzeki do pobliskiego ogródka, z którego sterczą ponad płotem suche badyle. Czerpie wiadrem i śpieszy się podlać spragnione kwiaty, a dziurawe wiadro cieknie fatalnie. W połowie drogi wiadro jest puste, wraca do wody, czerpie i znowu biegnie, i znowu wraca, i znowu... Co pewien czas z wody wynurza się rozdziawiona paszcza krokodyla, wówczas van Trothen przycupnie i schowa się za wątły krzaczek, przycichnie i przeczeka. Gdy wróg znika, szybko dopada brzegu, nabiera wody i pędzi do swego ogródka. Wówczas to z za płota wygląda kudłaty łeb lwa. Van Trothen umyka za swój krzaczek i zukosa zerka ku wodzie. Lew znika — wyłazi krokodyl — i tak dalej.
Van Trothen już nie pamiętał, że kiedyś widział podobną farsę na filmie rysunkowym, uważał to za wytwór własnej wyobraźni, która podsunęła mu symboliczny obraz jego dziwnej karjery. Absurd! Dziurawe wiadro opętało go, nudziło, nie mógł się od niego odczepić, a teraz zbliża się moment niechybny, kiedy następi odmiana w dręczącem przedstawieniu, lada chwila krokodyl capnie go, skończy się głupia farsa, skończy się tak zwany van Trothen.
Jednego mu było żal porzucać, gdy przyjdzie dać szyję pod nóż Sittenfelda lub przełknąć własną pigułkę. Chciałby widzieć końcową rozgrywkę wojny. Nie był ciekawy, kto zwycięży, ale z czemś podobnem do uniesienia wyobrażał sobie, co nastąpi bezpośrednio po wojnie, w rok potem, i w dwa lata później — i po dziesięciu latach od zawieszenia broni. Wojna znudziła mu się do obrzydzenia i w jego rozumieniu choćby trwała jeszcze długie lata, będzie ona jedynie wstępem do przewlekłego okresu katastrof i przewrotów. Ogarną one wszystkie narody i będą się toczyły przez świat, wśród krwi, zniszczenia i klęsk, przy których zmaleje i zblednie miniona wojna. A dalej — co wyłoni się z dziejowego chaosu? Jakie prawdy, jakie prawa, co za ludzie?
Dla tego jednego warto było żyć...

Wreszcie, w połowie kwietnia o godzinie szóstej wieczorem, gdy po przedłużonej drzemce poobiedniej siedział osowiały, bez jednej chęci ani myśli, coś mu szepnęło do ucha:
— Już... Już! To dzisiaj...
Szept był przenikliwy, alarmujący. Zerwał się i bez namysłu zaczął się ubierać. Zniesiono mu nadół oddawna gotowe dwie walizy.
— Jadę na dwa dni do Monachjum, we środę wracam porannym pociągiem...
W drodze na Pottsdamer Bahnhoff, wlokąc się nędzną szkapą, spozierał jakby z za grobu na miasto, w którem spędził pół życia. Nigdy tu nie wróci... Kaiser Wilhelmstrasse... Unter den Linden... Pariser Platz... Ta wspaniała dzielnica, serce niemieckiej stolicy, wydała mu się widmem czasów zamierzchłych, oddawna umarłych.
Dziś była nieprawdziwą złudą, snuły się po ulicach upiory prastarego pokolenia, jak w dniu zmarłych, gdy wolno im wyjść z grobów i na chwilę wrócić na dawne miejsca. Nie było już na świecie tych ludzi ani tego Berlina. Gdzie spoczywają ziemskie prochy van Trothena? Czas odbiegł daleko na wiele, wiele dziesiątków ludzkich lat od tej godziny zmierzchu, gdy jechał był z walizkami i ze swoim strachem na dworzec, by oszukać dawno zmarłego generała Sittenfelda i uciec przed losem, który się również już dopełnił. Rozumiał nikczemną niepotrzebną marność wszystkiego, co żyje, był niewzruszony niczem, jak głaz od wieków wrośnięty w ziemię, jak duch wyzwolony ze skorupy cielesnej i od wszelkich myśli i trosk.
Tak zajechał na dworzec. Gdy trzeba było ocknąć się, wysiadać, zapłacić dorożkarzowi, a dalej kupić bilet, pytać o godzinę, śpieszyć się, szukać miejsca — owładnęło nim nieprzezwyciężone lenistwo. Gapił się bezmyślnie na porozwieszane rozkłady ruchu pociągów, ćmiło mu się w oczach od nazw i cyfr. Stał przed ogromną mapą i błąkał się po wszystkich krajach niemieckich, nie wiedząc, którędy ma jechać i dokąd?... Bazyleja... Do Bazylei niebawem pójdzie telegram o jego wyjeździe i oczywiście zatrzymają go. Lindau? To samo.
Wszedł do bufetu, chciwie wychylił wielki kufel piwa, uczyniło mu się trochę raźniej, gdy spostrzegł tuż przy stoliku trzech agentów policji wojskowej. Zapłacił za piwo i zmierzał ku drzwiom, prowadzącym na perony. Nie puszczono go, nie miał biletu. Nie wiedział, gdzie się podziały walizki — mniejsza o to. Stanął w ogonku przy kasie i drzemał, a gdy go naciskano ztyłu, posuwał się naprzód. Gdy stanął wreszcie przed okienkiem, nie wiedział, dokąd ma jechać, zabełkotał coś i wycofał się zmieszany. Ujrzał zdaleka, że jego numerowy z walizami rozgląda się w tłumie i szuka go. Uciekł przed nim i nie wiedząc już co począć w nieszczęściu, schronił się do budki telefonicznej. Ręce mu drżały, źle trafiał, szczelina automatu wymykała mu się z pod palców, żelazne wojenne pieniążki sypały się na ziemię. Wreszcie ujął słuchawkę.
— Czy zastałem pana generała?
— Kto mówi?
— Witam generała, to ja, stęskniony Trothen... Możebyśmy mogli dzisiaj...
— Servus, panie dyrektorze!.. Dzisiaj? Nie mogę, żadną miarą nie mogę.... Ale jutro? Powiedzmy — o wpół do ósmej — ma pan wolny wieczór? Bardzo proszę!
— Tak! Tak! O wpół do ósmej? Będę punktualnie...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Andrzej Strug.