Bogowie Germanji/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Andrzej Strug
Tytuł Bogowie Germanji
Pochodzenie trylogia Żółty krzyż
tom II
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

IX

Strach...
Wypełzał niewiadomo skąd i snuł się po świacie jak subtelny, niedostrzegalny gaz, szerzył niepokój, budził widma nadchodzącego nieszczęścia. Każde jutro stawało się niepewne. Co rano gorączkowo przerzucano szeleszczące płachty i szukano w dziennikach złej nowiny. Oczekiwali jej wszyscy, wszędzie. Tajemniczy strach nie zna granic, frontów, narodów, przebiega ziemię jak wicher. Nie zna prawych ani grzesznych, przyjaciół ani wrogów.
Nikt mu się nie oprze, każdy go odczuje po swojemu. Krąży śród znękanej rzeszy ludzkiej w pogłoskach, w legendach, w potwornych plotkach. Nikt im nie daje wiary, ale każdy chwyta je chciwie i niesie dalej. Nikt im nie zaufa, ale już dawno zatraciły się miary, któremi dzielono prawdę od złudy. Ten czas był jak przyśniony, świat uczynił się fantastyczny, któż mógł osądzić co było możliwe, co niemożliwe? Więc i najgrubsza plotka-pleciuga miała swoje znaczenie, po niedługiej rozwadze odrzucał ją człowiek rozumny, ale już się o nią otarł, pomyślawszy nad głupstwem bodaj przez jedną chwilę, już skaził wyobraźnię. Opowieści szalone, nowiny niesłychane trzymały się mocno, uporczywie w nizinach społecznych, w najciężej udręczonej masie. Mimo absurdu swego żyły one, a przechodząc z ust do ust obrastały w szczegóły, w imiona, w daty, przetwarzały się w dokumenty i biegły dalej. Były krzyczącym fałszem, a jednak nawet w swoim spotworniałym wyrazie niosły one drobny okruch jakiejś dalekiej strasznej prawdy o sprawach wojny, tajonych rozmyślnie przez mocnych tego świata. Nieufność, podejrzenie, posąd zapuściły korzenie głęboko. Wszystko jest nie tak, jak piszą po gazetach! Kłamią komunikaty — łżą po dwa razy na dzień!
Rządy wojskowe, cenzura wojskowa płodziły substrat prawdy — wieści szeptane, dziwolągi. One to z ciepłem i słońcem tej nowej wiosny rozpleniły się bujnie, zachłannie, jakgdyby w nich ożył i wschodził tajemny posiew wszystkich czterech lat wojny. Nigdy w te lata nie brakowało bajek, pogłosek, słuchów — ale teraz...
Ruszyła do ataku propaganda oficjalna. Wojskowe biura informacyjne, agencje prasowe urzędowe, półurzędowe gazety zaczęły olbrzymią kampanję kłamstw dla otuchy i podniesienia struchlałych serc. Zwalczano panikę wypróbowanym argumentem, przerzucając winę za demoralizujące pogłoski na intrygi i podszepty nieprzyjaciela i jego tajnych agentur. Szerzono fantastyczne wieści o stratach i klęskach strony przeciwnej, o głodzie, nędzy, o upadku ducha, o masowych strajkach, o buntach w armji, o rewolucjach. Po tamtej stronie czyniono to samo, ale i tu i tam zawodziły już stare sposoby, albowiem wypełniły się czasy i przebrała się miara cierpienia i cierpliwości. Wszystko trwało jeszcze w poddaniu i w posłuszeństwie, ale w głębi już buntowały się dusze.
Strach przed jutrem przenikał przez szczelnie zawarte i strzeżone drzwi wspaniałych gmachów i wciskał się do tajemnych gabinetów, gdzie panowali władcy narodów, monarchowie, rządy, naczelni wodzowie. Nie było wyżyny, którejby nie dosięgnął.
Tuż przed końcem nadchodziła godzina porachunku i czekał straszny sąd. I tam na szczytach czaiła się panika, a gdy rozszaleje się i pewnego dnia wybuchnie, któż będzie rządzić wojną? Kto ją doprowadzi do końca? Kto utrzyma na wodzy wzburzone masy, kto zatrzyma żołnierza w okopach? Widmo Rosji, płonącej straszliwym pożarem, nękało wyobraźnię, rzucało popłoch. Purpurowa łuna dalekiej rewolucji świeciła w oczy władcom Europy i zatruwała ich noce. Uginali się ludzie mocni pod ciężarem władzy, siwieli, starzeli się, jakgdyby te dnie liczyły się za lata, znikali z powierzchni coraz to inni mężowie stanu, zdmuchnięci przez mroźny pęd wiejący od strasznego jutra. Na ich miejsce, przez intrygę, przez protekcję, przez przypadek stawali nowi ludzie, mądrzy lub niemądrzy, mocni lub słabi, wreszcie żadni i porali się z chaosem, niebaczni na to, że oni, ludzie końca będą sądzeni surowiej niż ci z przed czterech lat, którzy zaczynali wojnę.
Strach...
Rozpętana burza trwała wciąż, szalała i nie dawała się ani przeczekać, ani poskromić żadnym wysiłkiem woli lub mądrości. Gdy nie może trwać wiecznie, rozumowano pod przymusem logiki, że wreszcie i ona musi się przesilić i ustać. Wówczas ogarniała zgroza na myśl, jak będzie wyglądał świat, gdy po koszmarach tej cztery lata trwającej nocy dziejowej z poza chmur wyjrzy słońce i okaże całą prawdę nowego dnia.
Stały jeszcze murem linje frontów, pod naporem jednej lub drugiej strony wyginały się w fantastyczne skręty, wydłużały się, skracały się, pękały na chwilę, ale wnet tysiące i tysiące trupów zamykały rozwartą szczerbę. Tak było zawsze, ale o tej porze zużyte już były dawno i pogrzebane w ziemi najcenniejsze siły narodów, to co przetrwało w okopach było wysilone ponad ludzką miarę, przerzedzone przez śmierć, przez rany i trudy. Gdzieś na tyłach stały ostatnie, już doprawdy ostatnie rezerwy, a gdy i one skolei pójdą w ogień i za tym razem również nie sprawią przełomu i nie dadzą walnego zwycięstwa — nie zostanie już nic w odwodzie, by podjąć walkę.
Zbliżał się koniec.
Obwieszczał się w znękanych duszach złowrogiem przeczuciem jakiegoś ostatecznego nieszczęścia. Po obu stronach żołnierz stał pod bronią w tępem posłuszeństwie, bez zapału, gotów iść w ogień i zginąć, a gdy mu mówiono o zwycięstwie milczał a w duszy drwił — za długo na nie czekał...
— Pójdę i spełnię obowiązek aż do końca i cóż poradzę, gdy przyjdą Amerykanie i stanę jeden przeciwko pięciu? Co pocznę, gdy w okopy wjadą ziejące ogniem stalowe machiny, których się nie ima kula ani granat? Tak myślał o tej porze Niemiec.
— Pójdę i spełnię obowiązek aż do końca i cóż poradzę, gdy Niemcy puszczą na nas gaz, na który niema obrony i ratunku? Tak mówił Francuz, Anglik.
Niemców opętał strach przed amerykańską armją, która z niepodobieństwa, z absurdu, z „humbugu“, z „bluffu“ stała się miljonową nawałą i już lądowała we wszystkich portach Francji. W gorączkowym panicznym pośpiechu zbierano resztę sił, by rzucić wszystko na jedną kartę i uderzyć, zanim na dążą tamci. Zawrzała walka o każdy dzień, o każdą godzinę — śmiertelne ściganie się z czasem.
Koalicję przerażało niewiadome, ogarniał lęk przed zaskoczeniem, przed jakąś potworną niespodzianką, którą nieprzyjaciel zachowuje na sam koniec. Obiegały pogłoski o nowo odkrytych przez po tentatów wiedzy niemieckiej śmiercionośnych, dalekosiężnych promieniach... O bakterjach cholery, tyfusu, dżumy, które w swojem położeniu bez wyjścia, w beznadziejnem osaczeniu Niemcy odważą się cisnąć na armje i na kraje wroga. O nowych, nieprzypuszczalnych machinach wojennych, które tak samo jak działa bombardujące Paryż taiły się aż dotychczas w cyklopowych kuźniach Kruppa. Wreszcie o najnowszym gazie odkrytym już dawno, lecz zachowanym na sam koniec przez wyrzutka ludzkości, złowrogiego profesora Wagera z Ludwigshafen nad Renem. Opisywano jego straszliwe nieodparte działanie, odgadywano jego skład chemiczny. Dawano mu nawet nazwę — Podwójny Żółty Krzyż.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Andrzej Strug.