Bogowie (Kaden-Bandrowski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Kaden-Bandrowski
Tytuł Bogowie
Pochodzenie Przymierze serc i inne nowele
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Ignis“
Data wydania 1925
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
BOGOWIE
Mój dniu malutki, późnemi cudami płonący, którego godziny nawijały się zawsze tak wolno na skore wrzeciona czasu, wieńczony uśmiechem rodziców, — dniu kochany, któryś zaczynał krok wśród dzież i mis, pełnych złotej opatrzności żółtek, a kończył w blasku kolorowych świeczek, podłużnem sercem płomienia kwitnących na choinie.

Mój dniu i nasz, w naszym domu... Nasz w każdym innym! Nasz we wszystkich domach miasta, — nasz we wszystkich domach świata! Nasz, — dzieci, przejętych nabożnem czekaniem, wychylonych ku niebu, z którego nim zejdą gwiazdy i aniołowie, łuszczy się śnieg proroczy! Nasz dniu, kołysany o zmroku kolendą, w figi, daktyle i suszone owoce strojny, u kolan smutnej matki falami radości końca dobiegający, — jakże daleko odszedłeś!
Twarde, wojenne czasy obrały cię ze wszystkiego. W bitwie tęsknota po tobie została, czyż nie śmieszna między pożarem a krwią? Na odpoczynku zaś, choćby jak tu, w starym, czerstwym Pułtusku, pośród najlepszych nawet ludzi, cóż z tobą począć?
Gdzie złożyć twą kosztowną wyłączność, jak zamknąć przed miejscem i czasem coraz nowszym?
Zdawało mi się, że w ten sposób myślę i czuję, gdym szedł z mego zimnego mieszkania „nad bramą“ — gdym mijał małe domostwa, przetykane zaśnieżonym nieużytkiem, gdym się znalazł w gmachu, — jak lubią być u nas gościnne gmachy małych miasteczek, — poszkolnym, poklasztornym, pokościelnym, posądowym? Zdobiły go jeszcze po wierzchu gotyckie łuki i kute, stare wrota i mury rozparte, po kątach grzybkiem trefione, lecz treść jakoby utracił. Niewiadomo, co się w nim za praca odbywała, prócz przygodnego święta.
Dziś mieliśmy tu jeść żołnierską wilję, przez komitet miasta i ziemiaństwa naszemu szeregowcowi wydaną. Właśnie, — szeregowcowi. Tak chciały komitety, i myśmy tak prosili, oficerowie. W tym dniu wielkiej nadziei, na Najmniejszym skupionej, wszystko, na co się zdobyć możemy pod postacią pieniędzy, podarków, wiktuałów, grzybów, kapusty, pieczywa, ryby, papierosów, — będzie oddane tym, którzy zawsze mają najmniej.
Wilja naznaczona była w odprawie na drugą popołudniu, ale to przecie wilja dla tysiąca chłopaków, więc pracowano od rana z pełnym ferworem. Na schody wejściowe naniesiono już tyle śniegu, że się z niego udeptał chodnik, jakoby lity oksydowanem srebrem.
Po obu stronach pilnowały go młode sosenki, z których bezdomny drobiazg miejski wciąż strącał śnieg „na naszą cześć“, — żeby gałęzie tchnęły czystą suchością, jak kiedy stoją w izbie.
W refektarzach, salach dawnego sądu, czy też dawnej nauki, — bo nikt nie mógł ściśle powiedzieć, co się tu sprawowało, — stoły już były wyrychtowane w podkowę, nakryte białą pościelą, już nawet zastawione talerzami i miseczkami, które pod łukiem sośniny prószyły potulnym blaskiem.
W izbach panowała uroczysta cisza, a w kuchniach, umieszczonych na końcu długiego korytarza, — piekło!
Dymiące wulkany kapusty, ciemna, chłonna kurzawa spoconych kasz, oślizgły skręt pociętych drobno klusek, duże rydze, jak płaty wątroby po stolnicach chlapiące, spierzchły zgrzyt wzdętych bochnów chleba, wartkie ciało bułek sypane z kosza do kosza, srebrny połów łyżek, ciągniony z miejsca na miejsce, wrzask tłuszczu, wrącego na patelniach, grzmoty przykryw, miotanych na roziskrzoną blachę, — wszystko to w danej chwili stanowiło jedność groźną, straszną, i nie dziw, że nie mogły sobie dać z nią rady liczne panie w prasowanych fartuchach, ani otyli panowie komitetowi, laskami wskazujący drogę żywiołom pary, hałasu i jedzenia.
Gdzież tu się miało przytulić moje ciche wspomnienie? Samotności chciwe i ukrycia, w samotności rodzinnej dojrzałe, gdzież tu, wśród miejsca i ruchu na tysiące obliczonego, zaciszną stronę odkryć mogło?
Zbudowany tedy, lecz jeszcze większą obcością zdjęty, wróciłem do mego zimnego pokoju nad bramą, by, odziawszy się w futro, zasiąść przy stole, obok krzywej umywalni, naprzeciw okna, i pisać do kogoś list.
Do kogo, — o czem?
Do ludzi, do czasu, do lasów?
Do nikogo o niczem, — bo jeżeli dzień każdy przynosi, ile dawniej rok unieść nie zdołał, to jakże w tym zamęcie hodować dawne wspomnienia i drogie cienie zwoływać? Gdy jedną drogę dawną tysiąc nowych omota, a cieni się nad nami unosi tyle, że nas wypełniają czarną swą nocą po brzegi?
Wtem rypnęła na dole brama, tupanie, kichanie, prychanie na schodach, stateczny łomot w korytarzu, — to Kujon oczywiście.
Nie zdjął futra, nie rozpiął pasa, jak był, w czapce i długich butach siadł na łóżku, wziął papierosa, zapalił, rzucił zapałkę na podłogę, nie dał ręki na przywitanie i wreszcie:
— Wilja dziś o drugiej, wiesz?
— Wiem.
— Wiara ci od rana nic nie żarła, tak się kasują na tę wilję! Bycze miasto, co?
— Owszem, bycze.
— I panie tam widziałem w kuchni, — matrony!
Trudno było wywnioskować z intonacji, czy szacunek unosi się w wykrzykniku, czy impertynencja.
— Panie rozgrzane, rumiane, panowie w brelokach z sygnetami. Byczo będzie, rzadki fest! Dasz się ogolić?
Golił się skrzętnie, ciągnąc uszy wtył aż na kark, skrobał pod oczami, pod grdyką i szarpał skórę z pod szczęk w niemożliwym poprostu kierunku.
— Pudru nie masz?
Kiwnąłem przecząco, a wtedy Kujon:
— Co mi tu robisz takiego hrabiego? Co jest? Jest wilja, jest fest, goszczą cię ze wszystkich stron!
— Pozwól, nie gniewaj się, — chciałem mu wytłumaczyć. — Oczywiście, bardzo „to wszystko“ jest miłe, ze względu jednak na wspomnienia wolałbym być sam. Ma się rozumieć, nic wielkiego! Ale tym dniem przyzwyczaiłem się jeszcze od dzieciństwa jak gdyby mierzyć swoje szczęście i los. Z roku na rok. Więc z roku na rok tego dnia za „szańcem najdroższej bliskości“... Słowem, choć was wszystkich bardzo kocham, wolałbym dziś w zamkniętych czterech ścianach, — sam...
— A ja, wiesz? — twarz mu obwisła, cienie spadły, światło zeszło, i szara obojętność rozpostarła się w wyrazie, — ja całkiem przeciwnie! Niech mi tam mieszają w tym dniu, jak w kapuście! Nie mam większego zmartwienia! Powiem ci krótko, po naszemu — co obowiązany byłem rozumieć, po lwowsku: — „Ty mów a ja zdrów“!...
Podsunąłem mu papierosy, mleko, które zostało ze śniadania.
Wspomnienia się plotą, tak mylą, trącane falami przeszłości. Co ważniejsze? Czy głos dzwonka, czy układ żył na skroniach ojca, czy zapach klejonych żołnierzy z pod drzewka, — czy śmierć, która już nad tem wszystkiem tak dawno przeszła dalej?...
— Jeżeli mówimy, — rzekł nagle Kujon, — to mogę ci powiedzieć, że dla mnie, „jako takiego“, cała ta wilja i wogóle gwiazdka... Możesz sobie w tem mieszać, jak w kapuście!
— Nie chcę.
— To nic, ale możesz: — w okrągłych, niebieskich źrenicach Kujona stanęła przestronna nieobecność. — Bo ja ci powiem...
Zaczął przełykać wzruszenie, pomieszane z kaszlem, i niewiadomo kiedy rozsnuły się wyznania krótkie, proste, nieoględnie dotykane słowami.
— Bo wy myślicie, że ja zawsze byłem, cóż tu dużo gadać, takim kanciastym Kujonem, bykiem? A tymczasem, gdybyś ty mnie, bracie, widział jako dziecko! Taki ci byłem przepisowy, wzorowy! Wszystko, co stoi w elementarzu i w wypisach, jako przykład. I nawet dokoła mnie tak się przykładnie składało! Łatwo wam gadać, których ojciec był doktorem, adwokatem, albo inżynierem! To już zawsze stosunki, stanowiska. Ale mój ojciec był rzeźbiarzem świętych figur do kościoła, — mikołajków!?
Od zarania pamięci wychowywał się Kujon u tego ojca, rzeźbiarza, i matki, krawcowej, w tłumie świętych. Za dobrych czasów pełno ich było w domu, i nietylko, że czekali cierpliwie w pracowni, nietylko, że gościć ich trzeba było w izbie jadalnej, ale nawet nie mieścili się w korytarzu! Wynosiło się ich na dużą werandę, z której, zaglądając do okien mieszkania, schli pobożnie.
— Powiadam „pobożnie“, bo tak to wtedy rozumiałem. Póki stoi sama naga pałuba, to nic. Ale kiedy ojciec już jej ręce przykręcił, twarz wyrzezał, wypolerował i złotą aureolę przykleił, — to niby jak?! Dla mnie do dziś drzewo i klej to świętość. Rozgotuj garnek dobrego karuku, niech mocny zapach rozlegnie się w pokoju, — a ja ci zasnę ze wzruszenia!
Już nie mówiąc, co do drzewa. Może być miękkie, trwałe, twarde... Weź, naprzykład — gruszka. Ma w obróbce ciało różowe, jak kobieta. Albo buk, — też się płoni, jakby się wstydził. A słoje! Buk będzie ci miał na sobie zatoki, przysięgniesz, że jakaś woda w nim umarła. Sosna znów nic nie jest warta, sosnęśmy brali na małe lokalne męczennice. Ale dąb?
Z dębu robiliśmy Trójcę, Boga-Ojca i Chrystusa. Ojciec wszelkiego drzewa! Ja mówię, że cała architektura wszystkich wieków jest w słojach dębu. Na to niema rady, i z tem żaden kształt ludzki, ani nawet plaster miodu co do budowy równać się nie może.
Wtedy, w dzieciństwie — i to mi dużo razy w życiu pomogło, — charakter pisma wyrobiłem sobie na drzewie. Bo drzewo było dla nas, jak zboże, z którego jest ciasto, które się je. Całe pożywienie, całe życie!
Człowiek sobie siedział i wodził ołówkiem po słojach, — nawet nie czuł, że mimowoli rękę kształci. Znasz mój podpis? Jak ci pod nazwisko podsadzę swój zakrętas!
No więc dalej. Tak ci jest w domu wiele lat, że im więcej świętych czeka, leży, stoi, schnie, czy za oknami weranduje, tem nam jest lepiej ze wszystkich stron. Moja matka brała dawniej szycie do domu, krawcowa, — teraz nie bierze. Nawet rodzeństwa mi przybywa, siostra, potem brat.
Ze wszystkiego widzisz, że dobrze się ludziom powodzi, na to nie trzeba wielkiej filozofji, żeby to czuć. Posłuchaj, jak gada stolarz, u którego pałuby zamawiamy... Już od drzwi się śmieje, na cały dom, aż pozłotka z figur oblatuje! Czapkę trzyma w ręku, — dlaczego? Przecie ojciec taki sam rzemieślnik, jak ten stolarz? Bo od nas zamówienia ciężkie dostaje!
To masz stolarza.
Jeżeli ci tego mało, — obudź się w nocy, ni z tego ni z owego. Jak to bywa u dzieci, — z niezrozumiałej wdzięczności. Co widzisz?
Widzisz cały las świętych, tłustych, zaczesanych, — zawsze mi się zdawało, że podobni są do mego katechety, — uśmiechniętych wesoło do księżyca. Cały las, a jeszcze przed oknami, na werandzie czekają, nim ich do domu wpuścisz! Cały tłum, bracie, z czego wynika ciepło i powodzenie.
Toby sobie tak trwało, i jabym ci z tego wszystkiego, tak dziś myślę, na księdza wkońcu może poszedł, — już byłem w trzeciej gimnazjalnej, — aż tu umiera mój brat najmłodszy. Każdy, jak był dzieckiem, przez jakąś taką śmierć w domu rodzicielskim przechodził.
Równa się — pogrzeb. Mogę powiedzieć, że z dumą szedłem za karawanem. Takie wielkie nieszczęście, i na to ja, taki mały! Zmuszałem się do płaczu bez skutku.
Równa się — nad otwartą szufladą komody z zamkniętemi ubrankami krzyk matki, kiedyś-tam szarówką, bo naogół wszystko było dotąd spokojnie.
Równa się — zacięte milczenie ojca. Nigdy żaden ojciec nie powinien tak milczeć, — od tego dzieci pozostałe żywcem schną.
Co się potem działo i jak w naszych sprawach handlowych — nie wiem, dość, że świętych zaczęło ubywać. Ci z izby jadalnej przeszli do pracowni, ci z werandy znaleźli się w jadalni. A potem wszyscy zmieścili się już tylko w jednej pracowni!
Nie umiałbym ci tego określić długością czasu, bo mierzy się w tym wieku wszystko na stopnie i świadectwa, — ostatecznie jednak pracownia została prawie pusta. Nie miał kto do niej zaglądać z werandy, a jakeś się obudził w nocy, nie widziałeś już uśmiechniętych do księżyca rzeźb — lecz dużą, nożną maszynę do szycia, zawaloną bluzkami dla służących.
I jedno, — bardzo smutne... Dopóki pełno było u nas tych naszych świętych, matka zawsze opowiadała, że jest znakomitą krawcową. Tymczasem od kiedy wyszli, okazało się, że prawie nic nie umie. Służące tak często krzyczały na nią! Cóż chcesz?...
Starałem się zgodliwie poddać wspomnieniom Kujona, niczem ich nie obrazić, przychylić się do ich szarego przebiegu. Śledził mnie czujnie. Widząc jednak, że moje płaskie ręce, na stole złożone, posuwają się równo, jakoby za słowem jego, że moja twarz zakrzepła w błahym uśmiechu cierpliwego czekania — gadał dalej.
— Z ojcem widocznie coś się zrobiło, jakaś zmiana od śmierci tego maleństwa. Mówiłem ci, że świętych ubywało, ale nie myśl przez to, że stary opuścił się, rozpił, lub coś podobnego. Owszem, pracował, — tylko całkiem inaczej. Dłubał ogromnie starannie, zamknięty na cztery spusty. Ale powyrzucał teraz wszystkie wzorki. Dawniej tknąć mi tego nie wolno było, a teraz takiemi „przekrojami“ i albumami niemieckiemi, — każdy rzeźbiarz mikołajków posługiwał się tem, — czy też różnemi wzorami na liście, girlandy i ozdóbki mogłem się bawić, ile mi się podobało.
Powyrzucał to wszystko i powiedział matce, że teraz „z siebie pracuje“.
Co to była za praca „z siebie“ nie rozumiałem oczywiście, w każdym razie jedno jest pewne: nie kupowano tego! Może dlatego, że ojciec nie wykańczał? Zaczął jedno, drugie, wysilał się, mordował, tarł temi glaspapierami drzewo, sam wszystko lepił, odciski sobie ponabijał na rękach i na palcach, a tymczasem w domu zrobiła się najprzód bieda, a potem skrajna nędza.
Nie mogę sobie teraz przypomnieć, jakiemi to poszło drogami, nikt właściwie nie wie przecież, w jaki sposób dzieje się taka rzecz, — ale tak jakoś wypadło, że wtedy jedyną moją ucieczką czy nadzieją stał się nasz nowy katecheta. Może poprostu dlatego, że był podobny do naszych świętych z tych jeszcze dawnych dobrych czasów?!
Prałat — więc miał na ramionach pelerynkę zgrabną, króciutką. Był tłuściutki, okrągły, ręce różowe, jakby wycięte z gruszki, ozdobione migdałowemi paznogciami. Mówił dużo, słodko. Zdawało się chwilami, że nawet ślinę ma słodką. Pachniał lepiej jeszcze, niż klejem, — z każdego fałdu sutanny wychylał się rąbek fioletu, pomieszany z perfumą.
Uważałem, że muszę mu wszystko powiedzieć. Co to miało być „to wszystko“, nie wiem i nie pamiętam. Byłem u niego u spowiedzi, rozpłakałem się. Mówiłem o drzewie, o świętych. Wiem, że się skarżyłem, że już stolarz do nas nie przychodzi z czapką w ręce, i że mama szyje bluzki, a nie umie. Opowiadałem, że gdyby były zadania szkolne z religji, widziałby, jak ładnie piszę i że powinienem pomóc rodzicom. Ze się modlę, ale to nic nie pomaga.
Dał mi rozgrzeszenie, zadał jakąś niedużą pokutę, a w parę dni później wywołał mnie z klasy i powiedział, że się mylę, że nigdy niczego nie trzeba rozstrzygać za Pana Boga. Że „właśnie“ modlitwa moja została wysłuchana. Widział moje wypracowania w kancelarji, mam ładny charakter pisma, powinienem się starać, żeby za charakterem pisma poszła także dusza, wobec czego on, nasz katecheta, — weźmie mnie do siebie na sekretarza!
Dostawałem za to kilkanaście koron miesięcznie i codziennie podwieczorek. Byłem sekretarzem prałata. Wydało mi się, że ja, właśnie ja dopełniam tego czego brakowało, aby „nasz ksiądz“ był równie doskonały i piękny, jak święci mego ojca. Katecheta nasz bowiem był krótkowidzem, nosił szkła w złotej co prawda oprawie, — ale powiedz, czy, kiedy się ma trzynaście lat, — mogą być święci w okularach!?
Praca sekretarska w ślicznem mieszkaniu, gdzie krzyż z hebanu (wiedziałem, jak drogie jest takie drzewo) wisiał na atłasowej makacie tureckiej (dla upokorzenia półksiężyca), gdzie na nocnym stoliku leżały pachnące gładką skórą brewjarze, przetykane jedwabnemi haftami, gdzie przy piecu stał klęcznik aksamitny, mahoniowy, wykładany masą perłową, a na stolikach oglądać mogłeś mnóstwo fotografii świętych miejsc, albo nawet przez dioskop fotografje Ziemi Świętej, otóż powiadam, praca sekretarska była dla mnie niebem!
Cóż, że nie czułem się godny tego nieba? Że w nagłym strachu czyściłem sobie ukradkiem paznogcie pod srebrnolitą kapą? Albo, gdy prałat wyszedł na chwilę, że przestraszony żółtością swych zębów, zdrapywałem sobie z nich pośpiesznie osad wilgotny? I co tu z tego, że wstydząc się chodzić w zabłoconych trzewikach po mięciutkim dywanie, w przedpokoju, gdy służący prałata „pan Kazimierz“ nie widział, — że je ocierałem do suchości z błota moją własną czapką?
Godny, czy niegodny, ale czułem, że tu jakaś wyższa świętość obraca się na każdem miejscu. Że sobie mieszka wygodnie, ani tak tłusta, jak ci nasi święci dawniejsi, ani tak szorstka i straszna, jak to, co wydłubywał teraz z drzewa ojciec. Miła, czysta, pulchna, grzeczna świętość, — i to wszędzie, gdzie rzucił okiem!
Piszesz „zaproszenie do pana hrabiego“, albo „do pani baronessy“, po obu stronach biletu wypisywało się tak, żeby „z głębokim szacunkiem“ wypadło zaraz nad nazwiskiem, — czy piszesz pod dyktando „o masonach“, czy robimy sobie „wakacje“ i „bawimy się w Dickensa“, co znaczyło, że prałat będzie mi swoją powieść dyktował, — zawsze jesteś w pośród grzecznej świętości!
A dopiero, kiedy z naprzeciw, z klasztoru Panien Salezjanek dzwonek zadzwoni na Ave... Wiedziałem, że zaraz przyjdą dwie siostry w białych szatach i, ucałowawszy prałatowi różową rękę, podadzą kawę.
Takiej kawy nigdy w życiu nie piłeś, ani ja już pić nie będę. Bo także mi się wydawało, że jest w niej świętość. Obok na talerzyku drogocennym kilka kawałków niby chleba, niby bułki... Ani jedno, ani drugie. Powiem ci krótko, — dziwne pieczywo, błogosławione. Jeżeliby tu mogła być mowa o natchnieniu, to to było pieczywo natchnione!
Jemy, — ja ci się wstydzę łykać poprostu, jeszcze dodaj do tego wielki żal, bo tu łykam takie dobroci, a wiem, że mama nigdy w życiu żadną chyba bluzką na jeden taki łyk nie zarobi!
Do tych sióstr żywiłbym gniew, i to byłaby jedyna rzecz, któraby mi mogła zepsuć moje sekretarstwo. Aż tu wyobraź sobie, siedzę przy tej kawie, skromnie gryzę maślaną bułeczkę, cicho przełykam, — gdy co się okazuje? Okazuje się, że prałat mówi z siostrami o ołtarzu, który nie jest należycie ozdobiony. Ze brakuje tam rzeźby, a właściwie figury, i że na „gwiazdkę“ taką rzeźbę siostrom na ołtarz zamówi.
Wskazał na mnie migdałkiem paznogcia: Zamówię u ojca tego chłopaczka. Ojciec jego jest doświadczonym rzeźbiarzem.
Zarumieniłem się, spuściłem oczy, ale kątem źrenicy widziałem równocześnie przez okno wrony, lecące po niebie. Każdą z tych wron całowało wtedy moje serce z wdzięczności.
Możesz sobie wyobrazić, jak dumny wracałem do domu, i co matka! I jak ostrożnie musiałem opowiedzieć ojcu, — że komuż zawdzięcza dawno niewidzianą pracę, — mnie!
Poszliśmy razem do prałata, ja, jak zwykle, ale ojciec w odwiecznym nowym surducie, w atłasowej krawatce niebieskiej pod wykładanym „rzeźbiarskim“ kołnierzykiem. I swoje drogie spinki miał w mankietach. Srebrne pistolety z koralem u wylotu lufy.
Gdy się w to ubrał, choć wtedy wiedziałem, że nie mogło być piękniejszego i godniejszego ubrania na świecie, niewyraźnie mi się zrobiło. Nie wiedziałem dlaczego?
Bałem się, — za ojca... Czy potrafi tak grzecznie, jak ja, powiedzieć panu służącemu Kazimierzowi: „Dzień dobry, panie Kazimierzu“! Czy tak, jak powinienby, potrafi się zawstydzić hebanowego krzyża na półksiężycowej makacie? Czy okaże wszystkim meblom należny szacunek? Przecież napewno nie wytrze sobie butów kapeluszem, tak — jak ja czapką wycierałem sobie podeszwy? I najważniejsze... Czy należycie przestraszy się księdza prałata, czy pocałuje go w rękę?
Gdyśmy nareszcie minęli jakoś szczęśliwie pana służącego Kazimierza i gdyśmy się znaleźli w salonie (tu właściwie każdy pokój był salonem), w którym pisałem codzień, — wszystkie meble jakby się rozstąpiły o dziesięć kroków, a ojciec tak mi się wydał samotny, długi, czarny!
Wtedy pierwszy raz w życiu spostrzegłem, że żółta twarz mego ojca błyszczy się na policzkach.
Przestępował z nogi na nogę, kładł ręce, pełne odcisków, jedną na drugą, to znów wycierał je sobie o spodnie. Wydało mi się nagle, że muszę go ratować, tem bardziej, iż w drugim pokoju słychać już było miękkie dreptanie watowanych pantofelków i jedwabny szum prałatowskiej sutanny.
Podszedłem do ojca, położyłem sobie jego ciężką rękę na ramieniu i — tak ci powiem, jak to czułem wtedy, — i zacząłem go prędko „uczyć“... Żeby wiedział, — żeby umiał! Opowiadałem mu jak najprędzej, gdzie siedzę przy biurku, którędy chodzi ksiądz prałat podczas dyktowania, gdzie pijemy kawę, że on z tej strony, ja z tamtej, a siostry stoją przy drzwiach.
Ale było za późno, — już wszedł mój katecheta.
Podał rękę ojcu, który jej nie pocałował. Poskrobał mnie cienkiemi migdałkami za uchem i zaczęli rozmawiać, a ja drżałem ze strachu podczas tej rozmowy! Nawet musiałem sobie przypominać, że ojciec jest silny, może dźwigać, umie piłować grube drzewo, — więc nic mu się nie stanie.
A może drżałem ze strachu dlatego, dziśbym to może tak rozumiał, — że wtedy tam na cichym dywanie razem ze mną stały naprzeciw siebie dwie sprawy, które równie kochałem, jedna najlepsza i druga...
Moja miłość i wiara, — czy jak?
Jedno biedne, zawstydzone, z żółtemi błyszczącemi policzkami nad przekrzywioną krawatką, chude, ochrypłe, w czarnym surducie i zabłoconych trzewikach, a drugie w miękkich pantofelkach, zapachem i fioletem tchnące, z różową ręką, jakby w gruszce rżniętą.
Nie umiem ci tego wytłumaczyć.
A kiedy wysłuchawszy zamówienia, — ja wiem, pan jesteś sumiennym pracownikiem, nic panu nie narzucam, ma być Chrystus padający pod Krzyżem, — ojciec mój powiedział, — wszystko z siebie dam księże prałacie, — kiedy to się stało, wybuchnąłem śmiechem. Najsmutniejszym, jaki może być, bo go wcale nie rozumiałem.
W przedpokoju powtórzył prałat jeszcze raz, żeby było na czas, bo to gwiazdkowy podarunek dla sióstr. Kiedy się drzwi za moim ojcem zamknęły, a ja chciałem księdzu rękę pocałować, cofnął ją, obrażony, że się z ojca swego wyśmiewam. Wtedy rozpłakałem się.
O pieniądzach przy całej umowie czy potem ani słowa oczywiście, choć pamiętam, żem odnosił do ojca list z formalnem zamówieniem na stemplu, i że matka bardzo się cieszyła, bo miało z tego być rzeczywiście bardzo „dużo dochodu“.
Chciała, by ojciec poprosił bodaj „o coś“ naprzód, ze względu na święta i na gwiazdkę.
Ojciec, — że nigdy! Wpadł w rzadką złość, — nie mieszać mu do tego żadnych pieniędzy, „nie doskakiwać z groszem“. Grosz jest dla was, w porę go dostaniecie, — ale dla mnie?!
Cóż więc „było dla niego“ z tej pracy w zimnych ścianach pustej pracowni, po której miotał się z kąta w kąt, albo siedział nad drzewem i dłubał, że mu pot z czoła płynął, albo zgrzytał ołówkiem po papierach, albo, drzwi nawet nie zamknąwszy, uciekał.
Wtedy wchodziliśmy tam z matką, aby się przypatrzeć, ile nowych fałdów wyrosło z martwej pałuby, czy już gotowe są ręce, co mają krzyż dźwigać, jak się ma rzecz ze stopami, i tak dalej.
Siadało się w nachylonym cieniu postaci, która jeszcze głowy nie miała, i gadało się o nadziejach idącej gwiazdki. Co „za to“ dostaniemy, co sobie kupimy, jak się „obsprawimy“.
Naturalnie, że nie pamiętam żadnej pożytecznej rzeczy. Ale pamiętam, że gdy się matka pod rzeźbą zasiedziała, w rozmowie naszej zjawiały się wszystkie zabawki, dla ojca para rękawiczek, a dla niej, której służące wymyślały, — niebieskie piórko do kapelusza.
Te przyszłe radości powiększały jeszcze mój niepokój. Powiem ci otwarcie, że nie zastanawiałem się ani przez chwilę, czy ojciec dobrze rzecz wykona. Dręczyło mnie tylko bardzo, czy zdąży na czas? Prałat pilił, kazał mi przypominać, wzywał ojca do siebie, a gdy znów usłyszał, co już było za pierwszym razem powiedziane, — wszystko dam z siebie księże prałacie, — poklepał czarny surdut gruszkowemi palcami raz za razem, od czego mi w piersiach wyrosła nagła, świeża, dziecinna duma.
Co to było to „wszystko“, zobaczyliśmy na dwa dni przed terminem, gdy drzwi od zimnej pracowni zostały „oficjalnie“ otwarte. Nikt nie śmiał o tem mówić... Strach nas ogarnął na widok figury, — ojciec tak się zaciął, takie mu się koło ust porobiły zawiasy twardego milczenia, — że nikt ani słowa...
Chodziliśmy po domu, jak głupi. No, bo to nie był żaden Chrystus, a niewiadomo co? To był nasz ojciec, jakby na pogrzebie mego najmłodszego brata.
Tak.
— No i co? — wykrzyknąłem.
— No i wkońcu, jak zawsze bywa, matka mu „przetłumaczyła“, zaczął poprawiać i, daruj, ale jak wszyscy polscy rzemieślnicy, wkońcu nie zdążył!
Kujon ziewnął, spojrzał na zegarek: — Druga już, chodźmy!
Zaczęliśmy się zbierać.
— Ale ojciec nie zdążył, przyznaj się!
— Owszem zdążył, wszystko się dobrze skończyło.
— No więc o czem tyle gadania?
— O czem tyle gadania? — przedrzeźnił mnie Kujon. — Ty mów a ja zdrów!
Reszta rozleciała się nam w koleżeńskich potrącankach, w szybkim kroku przez miasto, pełne delegacyjnych oddziałów, łyżkami za cholewą błyszczących, i w samej uroczystości wigilijnej, bo lepiej się to tu wykroiło i pyszniej, niżby ktoś mógł przypuszczać.
Po pierwsze, jeśli zależy na tem, by się dostatek i bogactwo na tle biedoty rozgrywało, by ciepło zimnem było zdobione, a pełnia w pustce kraśniała, tośmy to mieli. Przed oknami gościnnego budynku, z których buchał szczęk, para i zgiełk, stało ciemne półkole starców, biedaków, skulonych niedonosków, tak szarych, jakby im sucha siwizna nietylko na głowie, ale na oczach, łachmanach i ramionach wyrastała.
Śnieg prószył ustawicznie, zsypywał się z domów i osiadał na ludziach.
Minęliśmy tę hołotkę szybko, bo w żadnym kraju nie jest żołnierz od ocierania łez, lecz jest, żeby się bił, a gdy go gościć i pochwalać pragną, aby to ładnie nosił. Tyle się dla biedoty zrobiło, żeśmy naszemu pułkowemu psu Zbójowi, co między tymi żebrakami uganiał, przykazali, aby krzywdy nie czynił, — i już jesteśmy w pośrodku uroczystości.
Nikt nic nie pije, sprawa wyraźnie postawiona, tylko sama wilja tu się rozgrywa i nasz honor w jej objęciach serdecznych wyniesiony.
Każdy bataljon obsiadł swoją białą podkowę, wszyscy pilnie po talerzach wiosłują głośną łyżką. Kto przyjdzie nowy, ten rączki gospodyń wycałuje, następnie z brzuchaczem komitetowym zamieni właściwe słowo. Wtedy już tylko ma do odrobienia swego dowódcę na honorowem miejscu. Tu w doniosłej aluzji słów przełamie się opłatkiem, i potem już nic nie ma, tylko serce, swoich braci, przyjaciół i oną ucztę gorącą pod wysokim łukiem refektarzy, w sosnowej ozdobie ścian.
A kiedy w wielkich oknach pełnego domu stanie cichy mrok zimy, różowy jak bzy i kiedy się za oknami po starem brukowisku rozproszy, — nikt już nie patrzy ani braci, przyjaciół, ani nawet serca swego, tylko cały huczy i miota się w kolędzie. Ona teraz po stołach chodzi, bije o szyby, nie może się zmieścić w oknach, poparta wszystkim tchem tego, tamtego, owego, dziesiątego — i moim!
I moim własnym z całych sił, — który siedzę rozparty w kącie, śpiewający, butami o inne bratnie buciska zahaczony.
Gdy oto rozstępują się skupione łby sierżantów, cały rząd szeregowców odpruł się nagle od stołu, wprost na mnie wali Kujon. Już dopadł. Kładzie mi twarz rozpłomienioną na ramiona, po policzkach smali oddechem i ściska przez pół mocno.
— Co jest, Kujonie, — wołam — co jest?!
— To jest! — zapchał mnie w kąt.
Z ramion uczyniliśmy nad sobą przyjacielską otokę, niby dach rzewnego uścisku, pod którym szarpać się mogły i piętrzyć bezpiecznie najgorętsze zwierzenia.
— To jest, rozumiesz mnie, że nieprawda! ojciec nie spóźnił się, — było co innego. Ale ty to czuj, zrozum. Co było? Było, że mamy „to“ wieźć na wózku, tę figurę. Przez miasto. Głupstwo, że przez miasto, ale że przez nabożną ulicę mego prałata. Przed oczy „pana służącego Kazimierza“, do kościoła, do sióstr i przed mego katechetę!
Ojciec wiezie i stolarz, w sznury się zaprzęgli, ja po chodniku nad rynsztokiem przebiegam, ale nie o to! Tylko że to ci wychodzi w mojem przestraszonem sercu, jakby ojciec na wózku jechał, a Chrystus, — rozumiesz ty mnie, — Chrystus w czarnym surducie i w „paletocie“ letnim na ten grudzień, razem ze stolarzem zaprzężony, — jakby ci wiózł mego ojca do prałata!
Oczy Kujonowi załatały przez salę, przez bruk żołnierskich głów nad stołami ubity, przez mrok różowy kolędą ucieszony.
— Tak wtedy czułem, powiadam ci! No, dobrze. Zajechaliśmy przed kościół, skromne dzwonienie, ciche siostry. Powiadamy, — właśnie figura przez księdza prałata zamówiona...
Siostry się zleciały, wiadoma rzecz, gołębie do kukurydzy.
Niesiemy, stawiamy, przed ołtarzem cichutko, delikatnie. Ojciec zdjął swoje palto, stolarz rękawami ociera pot z czoła. Czekamy na księdza prałata. Już go masz, tup — tup, lakierki po kamieniach posadzki, równo, całkiem równo z mojem bijącem sercem.
Podają mu stołek, bo nie widzi ani wysoko, ani daleko. Wyszedł na stołek, — piszę za niego, ale ci przecie za niego patrzeć nie mogę! Wyszedł na stołek lakierkami łagodnemi i schyla się i skurczą i wyciąga. Masz raz, jakby wąchał, a drugi raz masz, jakby czarna pękata chmura krążyła po figurze.
Ojciec mój — nic. Dopiero, kiedy katecheta nosem w oczach płaczących figury utknął, ojciec mój:
— Tak mi serce dyktuje, księże prałacie.
Prałat wyprostował się, szkła odjął i powiada słodkim głosem w powietrze kościoła:
— No tak, dobry człowieku, to jednak nikogo nie zachęca. Odstraszać będzie ludzi — przeraża wkońcu! A to powinno zachęcać... No, — więc jakże?!
Jeszcześmy mocniej, ja z Kujonem, ukrzepili nad sobą dach braterskiego objęcia.
— No, więc jakże będzie, — powtórzył mój katecheta, — szanowny panie?
Stało się milczenie, jeśliby można tak powiedzieć, — piorun milczenia, który rozbił odrazu wszystko.
Wracaliśmy do domu z figurą, ojciec wyładował ją na werandę, a gdy tam stanęła, odwrócił się do stolarza, podniósł obie ręce płaskiemi dłońmi do góry i powiedział:
— Dziękuję. Dość. Ani kroku dalej.
Nie spałem tej nocy. Na werandzie śniegiem zanosiło złoconą koronę cierniową i krzyż. I tak jedliśmy gwiazdkę, ostatnią wilję w rodzicielskim domu, bo ojciec następnej nie dożył, jedliśmy, że nam do chudej zupy grzybowej patrzył przez okno już nie wiem kto? Może ojciec?... No, — a co?... A może wygnany, odrzucony Bóg?...
Nasz dach przyjacielski rozplótł się, Kujon machnął rękawami po policzkach, trzasnął mnie w ramię swą straszną ręką drwala, chrząknął, wpadł z krzykiem w jakieś słowa kolędy, póki mu wilgotne oczy nie „stanęły w słup“, zagapione prosto w okno. Patrzył bezmyślnie na mrok, na śnieg, na odkryte głowy zaglądających przez szyby biedaków, aż nagle całą jego twarz oblały rumieńce.
— Ta co to znaczy odrzucony?! — krzyknął, — niby mało ich jest? Popatrzże bracie w to okno!
Skoczyłem za nim, po drodze zagarnęliśmy kilku sierżantów, a gdyśmy się znaleźli przed drzwiami, na schodach, wyłożonych ubitym śniegiem, Kujon, wskazawszy siwy pierścień starców:
— Co tu dużo gadać, panowie sierżanci, prosimy dziadów do środka i już!
Nie było żadnej rady, obstawił nędzarzy szarżami, przesunął po schodach przez korytarze, na salę, przed sztab bataljonu, przed sam sztab pułku, przed pana pułkownika. A gdy zmarznięci staruszkowie jęli spozierać po sali, panie zaś dały brawo, Kujon koło naszego psa pułkowego Zbója, który się tu z ciżbą wkręcił, uklęknąwszy, wtulił zawstydzoną twarz między zimne, zwichrzone kudły i zawołał:
— Co ty na to, Zbóju? Może się gniewasz, bracie, powiedz! — Nie?...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Kaden-Bandrowski.