Przejdź do zawartości

Boczna antena/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
BRUNO WINAWER
BOCZNA ANTENA
OSTATNIE BIULETYNY
Z FRONTÓW WIECZYSTYCH
NAKŁADEM „BIBLJOTEKI GROSZOWEJ“
Warszawa, Moniuszki 11. Tel. 190-93.

Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Warszawa, Moniuszki 11, telefon 190-93.

Słówko wstępne

Przepraszam bardzo, ale znów muszę zacząć od wspomnień osobistych.
W roku 1910-ym pracowałem jako asystent w Amsterdamie. Głowiliśmy się z profesorem Zeemanem nad pewną dość zawiłą sprawą matematyczną, nad pewnym szczegółem w zjawisku, które nosić będzie po wsze czasy nazwisko swego odkrywcy i słynie w świecie naukowym jako „zjawisko Zeemana“. Razu pewnego odwiedził nas w cichej pracowni przy Muidegracht — H. A. Lorentz. Głośny matematyk (pamiętam i dziś jeszcze jego rasową, piękną głowę, szpakowatą brodę i mądre, błyszczące oczy) wysłuchał nas uważnie, zastanowił się... Potem odsunął nasze kartki, zapisane wzorami matematycznemi, uformował na stole z kilku zapałek i ołówków figurę geometryczną, powołał się na jakiś prosty przykład z życia codziennego... W mgnieniu oka trudności prysły, sprawa była jasna, jak dzień.
Podziwiałem szczerze ten dar słowa, dar jasnego wykładu, który się zresztą we wszystkich dziełach genjalnego fizyka zaznacza. Prof. Zeeman uśmiechnął się i rzekł:
— Zamierzamy właśnie z Lorentzem napisać dziełko popularne. Drogi ludzkie rozeszły się tak daleko... Nic o sobie nawzajem nie wiemy. Zauważył pan, że nawet ludzie bardzo wykształceni nie umieją sobie jakoś wyobrazić, co taki fizyk właściwie robi po całych dniach w laboratorjum? Zauważył pan, jakie głupstwa na ten temat krążą po świecie?
Zauważyłem. A jeżeli takie zjawisko dostrzec można w Holandji, najbardziej bodaj kulturalnym kraju na kontynencie, to cóż dopiero mówić o Warszawie i jej okolicach bliższych i dalszych? Dzieciom w szkołach obrzydzamy fizykę i technikę suchemi formułami, z naszych książek i pism codziennych usunęliśmy wszystko, co nauką trąci, nasze sale odczytowe oddaliśmy w pacht wieczysty mąciwodom, którzy się tylko zastanawiaja nad jedną kwestją: czemu w domach straszy? albo: czy żyjemy raz czy kilka razy? albo jeszcze: kto był największym uwodzicielem? i co mówił Budda o Atlantydzie? I czem wogóle medjum gra na zamkniętym fortepianie? nogą z ektoplazmy czy trzecią ręką?
Z tym zapasem wiadomości udajemy się na arenę wszechświatową, zasiadamy w Lidze i rozwiązujemy tragiczne węzły gordyjskie życia współczesnego. Dzisiaj — kiedy tylko technika i nauka wyleczyć nas może, zabliźnić nasze rany i dźwignąć steraną Europę z upadku.
Kiedy jedno z pism warszawskich powierzyło mi skromną tygodniową kronikę naukową — chwyciłem za pióro skwapliwie. Czerpałem wiadomości oburącz ze świetnego „Scentific American“, z francuskiej „Science et la Vie“, z niemieckiej „Umschau“, z angielskiej „Nature“ — a głównie z własnych wspomnień. Tak powstał ten szereg artykułów luźnych, tych biuletynów z wieczystego frontu.
Oddaję je dziś — na surowo — w wydaniu groszowem pod sąd czytającego ogółu. Wiem, że w dorywczej pracy dziennikarskiej to i owo pominąłem, to i owo opisałem źle i niewłaściwie. Ale zawsze lepsze to, niż głucha, przerażająca cisza!
Czekam na godniejszych następców, ściskam ich dłonie serdecznie.


(Donkiszoterja współczesna. — Dziesiąta muza czyli enfant gaté — Telewizja).

Wiatrak ma opinję ustaloną i niezbyt pochlebną. Jest to trochę śmieszna, prymitywna machina, która stoi gdzieś na wzgórku, coś tam miele i niebardzo się zmieniła od czasów sławetnego Don Kichota z Manczy. Obraca wielkie śmigi, trzeszczy, postękuje, wygląda malowniczo, jest świetnym tematem do zdjęć amatorskich i na tem się jej rola dziejowa kończy. Tak przynajmniej myśli sobie mieszczuch pospolity na wywczasach letnich. Ale innego zdania są laboratorja doświadczalne w Oxfordzie i instytuty aerodynamiczne w Niemczech. Technika dzisiejsza, która oddawna ujarzmiła wodospady, szuka wciąż nowych źródeł energji i zwróciła wreszcie uwagę na poczciwe straszydło z powieści Cervantesa. Po licznych próbach i doświadczeniach przekonano się, że energję wirujących skrzydeł wiatraka można bez trudu przerobić na prąd elektryczny. Powstały przeróżne typy aerodynamomaszyn, niektóre z nich funkcjonują świetnie i chwila jeszcze a wichry i huragany będą oświetlały nasze mieszkania, ładowały akumulatory i ogrzewały piecyki elektryczne. Maluczko — a w każdym kącie zapadłym, gdzie wiatr hula, na każdym „wydmuchu” będziemy mogli małym kosztem zapalić lampę łukową i zbudować... kino. Doprawdy jeszcze kilka prób nad właściwą formą propellerów i nawet Eskimosi na swych polach lodowych będą mieli światło elektryczne, ekran, Douglasa Fairbanksa i Charlie Chaplina. Będą się kochali w Liljanie Gish i pili jej zdrowie tranem.
O ile, oczywiście, nie zarażą się teorjami magistratu warszawskiego, nie wprowadzą podatków prohibicyjnych i nie rozpoczną głupkowatej walki z wiatrakami.

*

Ponieważ zgadało się o kinematografie, zaznaczmy, że tak zwana dziesiąta Muza jest wogóle najukochańszem dzieckiem Techniki, która ją lat temu trzydzieści na świat wydała i odtąd obsypuje stale podarunkami. Nad artystycznem ulepszeniem kina pracuje dzielna falanga świetnych aktorów, genjalnych reżyserów — ale nie mniej liczna gromada pomysłowych wynalazców trudzi się na innym froncie, rozwijając tę dziedzinę sztuki technicznie. Gazety wiedeńskie sygnalizują jakiś nowy, fenomenalny wynalazek, zwany już dzisiaj „metodą Schuefftana“. Trudno ze sprawozdań dziennikarskich wywnioskować, na czem właściwie owa metoda polega. Schuefftan — jak się zdaje — umieszcza przed objektywem filmowego aparatu fotograficznego płytkę szklaną, nawpół posrebrzoną, która miejscami jest przezroczysta, miejscami zaś odbija światło, jak zwierciadło. Efekt jest ten, że aktor podczas zdjęć gra przed aparatem na zwykłem podwórku, a szyba rzuca jednocześnie na taśmę widoki górskie, wzburzone morza, kolumny greckie. Te cuda mogą być sfotografowane oddzielnie i kiedyindziej — na zdjęciu zobaczymy je razem z bohaterami dramatu. Przytem — w dowolnem powiększeniu, albo zmniejszeniu. Metoda, która należy oczywiście do t. zw. „truków technicznych“ otwiera podobno zupełnie nowe możliwości przed sztuką filmową. Pomysł nabyła już Ameryka, wynalazca, pan Schüfftan, bawi w Hollywood, gdzie jego genjalnie prosty sposób ma być zastosowany w wielkim filmie „Podróże Gullivera“.

Nad innym znowu — również optycznym — ósmym cudem świata pracują teraz gorączkowo laboratorja fizyki stosowanej. Chodzi o t. zw. telewizję. Z radiotelefonem otrzaskaliśmy się nieco, każdy sztubak majstruje przy niewielkim aparaciku odbiorczym i nie dziwi to nas już wcale, że zapomocą kilku drucików i lampek możemy podsłuchiwać świetnie, co mówią i grają w Londynie, Rzymie, Berlinie. Rzecz, którą jeszcze wczoraj uważaliśmy za bajkę i humbug, dziś stała się poprostu faktem banalnym. Nie mogę tu daty określić ściśle, ale prawdopodobnie już jutro albo pojutrze — telewizja stanie się faktem banalnym: zapomocą kilku drucików i lampek będziemy nietylko podsłuchiwali, ale podglądali, co się dzieje w Londynie, Rzymie, Berlinie.
Zajrzyjmy do tajemniczej garkuchni i spróbujmy zdać sobie sprawę z tego, nad czem biedzą się wynalazcy i jakie trudności pokonać muszą, nim stworzą owo monstrualne oko, widzące z Warszawy kogoś, kto stoi przed aparatem w Londynie. Otóż — nasze radjowe stacje nadawcze posiadają doskonałe przyrządy, wysyłające w przestrzeń fale elektryczne. Jeżeli na radjostacji mówimy albo gramy przed mikrofonem, drgania głosowe poruszają pewną blaszkę, której wibracje — jak w zwykłym telefonie — przetwarzają się natychmiast na prądy elektryczne, te prądy w odpowiedni sposób deformują fale i arja śpiewaka operowego mknie w przestworza, jako dość skomplikowana wiązanka wibracyj elektrycznych. Śpiewak albo orator jest — krótko mówiąc — ordynarną dynamomaszyną, która ruch mechaniczny przerabia na elektryczność.
Jeżeli na odległość mamy przesłać obraz, nie głos, to musimy przedewszystkiem światła i cienie tego obrazu w jakiś sposób przetłumaczyć na prądy elektryczne. I z tem zagadnieniem właśnie borykano się przez czas długi napróżno. Wynalazcy stosowali przeważnie selen, pewien minerał, który jest trochę na światło wrażliwy i zmienia opór pod jego wpływem. Ale ów selen jest kapryśny, gnuśny, opieszały i do subtelnych czynności, jakie mu narzucono, wcale się właściwie nie nadaje. W ostatnich dopiero czasach Fizyka, dobrotliwa i wyrozumiała matka wszech nauk technicznych, dała inżynierom, wynalazcom i technikom w prezencie nowy przyrząd cudowny: celę albo komórkę fotoelektryczną, tak na wszelkie zmiany w natężeniu światła czułą, że najmniejsze wahania w oświetleniu w lot chwyta i na prąd elektryczny przerabia. Odtąd droga jest utorowana. Nowy duch wstąpił w panów wynalazców. Monstrualne oko, podglądające w Nowym Jorku Londyn, otwiera powiekę...
W dodatku ilustrowanym pewnego pisma południowo-amerykańskiego widziałem bardzo piękne fotografje, przesłane na odległość setek kilometrów. Pierwsze radjo-tele-widokówki.
Przypuszczam, że nawet najbardziej prozaiczni ludzie tym razem przypną fantazji skrzydła... Staje się znowu rzeczywistością coś, wobec czego bajki z tysiąca i jednej nocy wyglądają, jak dziecinne brednie.

Londyn. Fotografja, przesłana telegraficznie z Paryża aparatem Korna.

(Kto właściwie jest matką wynalazku? — Radjo nie ma nic wspólnego z radium! — Alchemicy współcześni. — Fabrykacja złota).

Skarżymy się na stagnację w literaturze i sztukach plastycznych, nie wiemy, czy nasz śmieszny teatr będzie jutro istniał. W jednej tylko dziedzinie twórczość nie zamiera: samoloty, rotory, telewizje, radjofony... Podziwiać należy niezmordowaną inwencję i pomysłowość ludzką, ale — nie zapominajmy przytem, że wszystkie najbardziej olśniewające cuda techniki są właściwie „produktem ubocznym”. Nie potrzeba — jak to naiwni twierdzą — jest matką wynalazku, tylko Fizyka, nauka, i gdybyśmy dziś ciche pracownie uczonych zamknęli, pojutrze moglibyśmy zamknąć również na kołek nasze biura patentowe.
Dzieje każdego wynalazku prowadzą do skromnej pracowni naukowej i może najlepszą ilustracją tej tezy jest historja radiotelefonu, który podbił dawno cały świat cywilizowany, a w ostatnich czasach zdobył nawet ostatnie okopy — Warszawę. Lat temu kilkadziesiąt teoretyk i matematyk, J. C. Maxwell, doszedł w bardzo mądrem dziele do wniosku, że elektryczność — w pewnych warunkach — musi tworzyć fale w przestrzeni, że wybiega wdal, jak światło. Maxwell powiada w swej książce, że sam, niestety, nigdy w życiu udatnego eksperymentu fizycznego wykonać nie umiał. Wyręczył go w tem genjalny eksperymentator, H. Hertz. Postawił w dużem audytorjum na stole pewien dziecinnie śmieszny induktorek, puścił go w ruch i badał zapomocą drucika, który sobie sprytnie wygiął nakształt obręczy, co się też dzieje w przestrzeni, kiedy iskry strzelają w iskierniku. Po długich dniach mozolnej pracy znalazł dowód niezbity — fale elektryczne istnieją. Wielki fizyk poddał te fale badaniu, opisał, jak się załamują, odbijają, z jaką biegną prędkością, dorzucił do ksiąg wieczystych już nie nowy rozdział, ale nowy tom poprostu... Jeden tylko fakt z uśmiechem i nonszalancją genjalnego uczonego przemilczał. Mianowicie ten, że jego śmieszny induktorek był właściwie pierwszą na ziemi radjostacją nadawczą, a ów dziecinny, drżącemi rękami wygięty drucik — pierwszym na świecie detektorem albo odbiornikiem. Zastosowanie praktyczne wiekopomnego odkrycia pozostawił następcom — Marconiemu, Braunowi. Jego te rzeczy nie obchodziły. Nauka ma własne, wyższe cele.
Kiedy dziś patrzę, jak anteny strzelają ze wszystkich dachów, balkonów i kominów, kiedy pomyślę, ile miljonów zgarniają towarzystwa radjowe — przypomina mi się poczciwa twarz brodata wielkiego mistrza. Odkrywca fal elektrycznych (ondes hertziennes — nazywają je do dziś dnia Francuzi) największe miał trudności z pewnym nikczemnym piecykiem żelaznym, który mu ustawicznie w doświadczeniach przeszkadzał. Nie mógł go usunąć, bo skromny budżet laboratorjum karlsruheńskiego na takie zbytki nie pozwalał.

*

Wyciągnijmy z tych rozważań dwa wnioski: 1-o kogo doprawdy postęp i technika interesują, ten powinien często zaglądać do pracowni i audytorjów naukowych, albo przynajmniej do czasopism, w których uczeni językiem prostym i znakami matematycznemi zdają sprawę ze swoich doświadczeń, 2-o nie należy pochopnie naśladować pewnego nazbyt praktycznego reportera amerykańskiego, który Einsteinowi zaraz przy brzegu, w porcie nowojorskim, zadał jedno krótkie i niedorzeczne pytanie: czy, kiedy i w jaki sposób teorja względności zmieni nasze życie codzienne? Nie szukajmy wszędzie korzyści natychmiastowych i bądźmy wyrozumiali dla dziwactw — zwłaszcza, że od nich byt ludzkości na tym globie zależy.
Cóż tedy dzieje się w owych tajemniczych kuźniach, w dzisiejszych laboratorjach wiedzy ścisłej? Na czoło fizyków współczesnych — obok teoretyków H. A. Lorentza, Einsteina, Plancka — wysunął się oddawna mistrz nieporównany nauki eksperymentalnej, sir Ernest Rutherford. Kiedy przed laty małżonkowie Curie odkryli ów metal cudowny — rad albo radium — który w ciemności świecił, wyrzucał z siebie jakieś cząstki materjalne i strzelał promieniami rentgenowskiemi — wydawało się, żeśmy trafili na jakieś niezwykłe, jedyne zjawisko, na jakiś unikat w naturze. Dziś takich unikatów znamy przeszło trzydzieści, powstała nowa olbrzymia dziedzina wiedzy, zwana radjochemją i w jej właśnie dziejach złotemi głoskami wypisane będzie to nazwisko: sir Ernest Rutherford.
Jednem z podstawowych zagadnień radjochemji było pytanie dość proste i usprawiedliwione: skąd skromny atom metalu-radu — czerpie energję? Czyim kosztem odbywają się te różne świecenia, promieniowania i inne nadzwyczajne ekscesy? Odpowiedź znaleziono bardzo prędko: radjum się rujnuje. Życie ma pełne blasku, ale dlatego tylko, że to są ostatnie chwile licznych jego atomów, które się rozpadają. I tu właśnie dotarliśmy do rdzenia kwestji, do sprawy w tem wszystkiem bodaj najciekawszej: atomy metalicznego radu, rozlatując się, tworzą dwa gazy: gaz szlachetny, zwany emanacją i inny jeszcze, dawniej już znany, hel! Wiadomość ta była ongi taką sensacją, że pierwszym odkrywcom wierzyć poprostu nie chciano. Z solidnej substancji, która jest metalem, pierwiastkiem chemicznym, powstają samorzutnie dwa inne pierwiastki — gazowe. Natura, nic nikomu nie mówiąc, uprawia od lat średniowieczną alchemję: znalazła sławetny kamień filozoficzny i przerabia jeden pierwiastek na drugi. — Skoro tak jest — rzekł sir Rutherford — skoro, jak to liczne badania wykazują, wszystkie najrozmaitsze atomy zbudowane są podług jednego wzoru: gromada elektronów, krążących około pozytywnego jądra — spróbujmy, czy nie uda się w doświadczeniu laboratoryjnem rozbić atomu chemicznego tak, jak to czyni przyroda.
Uczony angielski jął bombardować drobinami alfa (wyrzuca je z niezwykłą siłą radjum) pewną płytkę z blachy aluminjowej. I ów solidny, chociaż lekki metal, z którego wyrabiamy teraz nasze patelnie i rondle, pod strzałami dziwnej artylerji Rutherdorfa, skapitulował, rozpadł się, wyrzucając ze swoich atomów — wodór. Poddały się za nim i inne lekkie metale i metaloidy — sód, bor, fosfor...
Produkcja, oczywiście, jest minimalna i obliczono, że metodą Rutherforda trzebaby pracować przez dziesięć stuleci, żeby otrzymać jeden drobniutki pęcherzyk gazu drogą nowocześnie alchemiczną, to znaczy z innych pierwiastków.
Ale w tych rzeczach nie chodzi o eksploatację praktyczną. Teorja Kopernika też zastosowań bezpośrednich nie znalazła. A przecież wielki astronom znał się na sprawach ekonomicznych i napisał bardzo mądre dzieło o walucie.
Oszołomieni sukcesami głośnego radjochemika, panowie Miethe w Berlinie i Nagaoka w Japonji, oznajmili światu, że udało im się zapomocą wyładowań elektrycznych rozbić atomy rtęci i wydostać z nich złoto. Doświadczenia wywołały pewną sensację (prof. Nagaoka jest doskonałym fizykiem), ale wzbudziły też pewne wątpliwości. Dziś nie ulega już kwestji, że wiadomość była co najmniej przedwczesna i że fabrykacja złota, nawet w tych znikomych dawkach, o jakich mówiliśmy, jest niemożliwa.
Jedynym „alchemikiem“ pozostał nadal genjalny Rutherford.


(Naturalne upały i sztuczne chłody. — Tam, gdzie natura zamarza. — Laboratorjum w Lejdzie. — Kamerlingh-Onnes).

Jest skwarny lipcowy dzień, z ulic i zaułków bucha, jak z rozpalonego pieca, termometr na murze pewnej instytucji rządowej, obok której przechodzę, wskazuje 25 stopni Celsjusza. Kawiarenka warszawska z jej sztucznemi kolumnami i drzewkami w doniczkach, wygląda dzisiaj w potokach tropikalnego słońca jakoś dziwnie. Zupełnie jakby jakaś zwarjowana karawana na gorących piaskach Sahary zamiast zwykłych namiotów rozstawiła stoliczki i plecione foteliki. Nie jestem jedynym gościem tego zakładu. Opodal praży się w słońcu pewien otyły tubylec i mówi do kelnera:
— Przyniesie mi pan syfon wody sodowej. I lód. Dużo lodu. Lód chyba macie, nie?
Z miny kelnera wnioskuję, że już samo pytanie uważa za obelgę i krwawą zniewagę. Jakto? Lodu by nie było?
Trochę narwany pisarz angielski, Chesterton, ma chwilami rację. Powiada, że tylko te cuda są doprawdy cudami, które się stają piętnaście razy dziennie i obok których przechodzimy obojętnie... Ani ów otyły pan, ani do głębi oburzony kelner, nie zastanawiają się nad tem, że to jednak trochę dziwne. Skąd na rozpalonej Saharze, w samo południe, w skwarny dzień letni biorą się całe kilogramy zamarzniętej wody? Wcale ich to nie obchodzi. Lód jest w bufecie i koniec.
Nie wiem, czy obaj tubylcy, pani bufetowa i reszta warszawiaków zdziwiliby się bardziej, gdyby im kto nagle powiedział, że nie tak znów daleko stąd, w Holandji, istnieje specjalny instytut niskich temperatur, który pracą całego życia zbudował i wyposażył osobliwy zaiste cudotwórca, prof. Kamerlingh-Onnes. Wielki fizyk siadywał tam sobie prawdopodobnie w taki sam dzień upalny, zdejmował marynarkę, bo było gorąco, puszczał sprytnie pomyślane pompy i aparaty w ruch i wytwarzał w naczyńkach i retortach takie zimna, wobec których groźne zawieje śnieżne z nowel Jacka Londona, są poprostu śmieszne i dziecinne. W jego doświadczeniach już nie ordynarna woda zamieniała się w lód, ale zamarzało powietrze, ścinały się w ciecz albo okruszynę lodu najlotniejsze gazy — neon, wodór. Żeby zrozumieć, do jakich temperatur dotarł Kamerlingh-Onnes, trzeba sobie wyobrazić najtęższy mróz na naszym globie, najstraszliwszy ziąb na Alasce i jeszcze go pomnożyć przez cztery. Uczeni wiedzą oddawna, że temperatury dowolnie obniżać nie można, że istnieje pewien punkt, kiedy poprostu „natura zamarza“, kiedy innemi słowy wszelki ruch cząsteczkowy ustaje. Ten kres, zwany zerem absolutnem, leży, jak wskazują wyliczenia, o 273 stopnie poniżej zera naszego zwykłego termometru. W swojem cichem laboratorjum lejdejskiem profesor Kamerlingh-Onnes dobrnął prawie do bieguna cieplnego, zatrzymał się na temperaturze —272, był o jeden jedyny stopień oddalony od absolutnego zera.
Jakim to sposobem dzieją się te dziwy, jakim cudem fizyk — jeżeli mu na tem zależy — zamraża powietrze w lipcu? Wstyd powiedzieć, ale cała operacja polega na prostem doświadczeniu, które my sami wykonywaliśmy niejednokrotnie, nie zdając sobie sprawy z jego dziejowej doniosłości. Kiedy w natłoczonym wagonie kolejowym zwilżamy czoło wodą kolońską, wiemy tylko tyle, że to orzeźwia, ale że alkohol paruje, co wymaga dopływu energji, że chwyta, gdzie może, ciepło i dlatego obniża temperaturę skóry — cała teorja zjawiska mniej nas obchodzi. Odegrała zato wielką rolę przy konstrukcji chłodnic i stworzyła przemysł specjalny, który Niemcy zowią „Kaelteindustrie“. Każda ciecz, parując gwałtownie, każdy prawie gaz ścieśniony, który się rozszerza raptownie, wywołuje znaczne nieraz oziębienie. Na tych zasadach, stosowanych umiejętnie, zbudował mistrz z Lejdy przyrządy w swojem laboratorjum. I dnia pewnego, jeszcze przed wojną, w roku 1912-ym, uruchomił swoje pompy i aparaty, pracował trzydzieści sześć godzin bez przerwy i — otrzymał w niewielkiej tubce skroplone helium. Ostatni z t. zw. gazów stałych, najupartszy, poddał się wreszcie przy temperaturze —268 stopni C. To był pierwszy bodaj, wielki czyn laboratorjum lejdejskiego. Pracownia zasłynęła szeroko w świecie. Uczeni wszystkich krajów zjeżdżali się tu na studja. Pani Curie-Skłodowska badała pierwiastki promieniotwórcze w pobliżu „bieguna temperatur“, Jean Becquerel zamrażał kryształy i studjował zjawiska optyczne, Filip Lenard z Heidelberga obserwował fosfory. Podwoje głośnej pracowni stały dla wszystkich otworem i na wielu znakomitych pracach z lat ostatnich znajdujemy ten podpis skromny a wymowny: Instytut niskich temperatur w Lejdzie. Tu odkryto, że metale tracą nagle opór elektryczny w pobliżu absolutnego zera i że wątły drucik ołowiany, który się przepala już przy słabych prądach, przepuszcza — zamrożony odpowiednio przez Kammerlingh-Onnesa — setki amperów. Tu zbudowano wreszcie słynne „sztuczne magnesy“...
Dwa miesiące temu świat naukowy obiegła smutna wiadomość: profesor Kamerlingh-Onnes nie żyje. Nie będziemy wielkiej małej Holandji posyłali spóźnionych kondolencyj. Prawdopodobnie inne, młodsze ręce objęły już ster głośnego instytutu i pokierują go ku nowej chwale. Praca przy warsztacie, stworzonym przez mistrza nie zamrze.
Pamiętam — lat temu kilkanaście, byłem na jakiemś posiedzeniu akademji w Amsterdamie. Przy długim stole siedzieli ramię przy ramieniu van der Waals, H. A. Lorentz, Zeeman, Kamerlingh-Onnes, de Vries... Zrozumiałem, że w tym kraju uczonych nie zbraknie. Holendrzy wydzierali piędź po piędzi nawet grunt, na którym istnieją, Naturze i odtąd umiłowała ich widocznie, nabrała dla nich szacunku... Ilekroć chce jakiś ważniejszy sekret ludzkości wyjawić, wybiera sobie uczonego holenderskiego na powiernika.


(Dlaczego się opalamy? — Światło niewidzialne. — Fizyk w roli detektywa. — Pozdrowienia dla Barbary).

Minęły dawno te czasy, kiedy to my, warszawiacy, należeliśmy do „bladych twarzy“ z powieści Coopera i Mayne Reida. Dziś mamy bronzowych Sjuksów od Lourse’a, czerwonoskórych Mohikanów „kresowych“ i Czypewajów z Ziemiańskiej. Jeżeli Sępie Oko z Mazowieckiej chce sprawić prawdziwą przyjemność Krwiożerczemu Krukowi z Wareckiej, zaczepia go na ulicy i woła:
— Panie! Jak pan się opalił! Pan chyba wraca z Lido? Tylko włoskie słońce daje taki ton złotawy...
Nie chciałbym potrącać o sprawy medyczne, ale zdaje mi się, że w tem zdaniu tkwi pewien nonsens. Włoskie słońce czy austrjackie — z naukowego punktu widzenia mamy tu do czynienia z fotochemją. Panna Ziuta i pan Dusiek czernieją mniej więcej dla tych samych powodów, co klisza i papier fotograficzny. Dzieje się to pod wpływem promieni najbardziej chemicznie aktywnych, promieni o krótkiej fali. Tych właśnie krótkich fal szukamy w górach, w czystem powietrzu nad morzem i wreszcie — jeżeli już nie można inaczej — na plaży warszawskiej. Istnieją też elektryczne lampy rtęciowe, ze względu na oprawę zwane lampami kwarcowemi, które świecą dość nieprzyjemnem dla oka, sinem światłem, ale wysyłają taką ilość fal krótkich, że pacjent po kilku seansach wygląda, jakby wracał z Zakopanego, z Zawratu.
Oczywiście nauka nie robi odkryć dla celów kosmetycznych i poważnemu fizykowi wcale nie zależy na tem, żeby warszawiaka ufarbować na Indjanina. Przekonano się natomiast w ostatnich czasach, że promienie o krótkiej fali (nazwijmy wreszcie rzecz po imieniu — promienie ultrafioletowe) zabijają bakterje, znajdują zastosowanie w terapji i w niektórych działach techniki. Odtąd zwrócono baczniejszą uwagę na lampy rtęciowe, powstał nowy przemysł i w cichej mieścinie niemieckiej osiedliło się specjalne towarzystwo akcyjne o bardzo długiej nazwie „Hanauer Quarzlampengesellschaft.“ Żeby zrozumieć, naczem trudności fabrykacji polegają i dlaczego to aż całe towarzystwo akcyjne musi się z niemi borykać, przypomnijmy sobie, że promienie ultrafioletowe mają własności trochę dziwaczne. Przedewszystkiem są — niewidzialne. Niewidzialne światło — to brzmi, jak paradoks, a jednak — już muzycy wiedzą, że nie wszystkie wibracje dźwiękowe chwytamy uchem i że bywają drgania tak szybkie, tony tak wysokie, że ich dosłyszeć niepodobna. W optyce rzecz wygląda jeszcze zabawniej, niż w akustyce: widzimy właściwie tylko jedną oktawę kolorów albo tonów — od niebieskiego do czerwonego, ale w naturze jest jeszcze cały olbrzymi rozegrany fortepian, o którym doniedawna nie mieliśmy pojęcia: promienie ultrafioletowe, promienie rentgenowskie. Wiadomo naprzykład, że Roentgen dokonał swego wiekopomnego odkrycia przypadkowo. Eksperymentował ze znaną rurką Crookes’a i zauważył, że jakiś niesforny kryształek połyskuje mocno za każdym razem, ilekroć prądy elektryczne przez rurkę próżniową przechodzą. Dziś wiemy, że to właśnie głośne „promienie X“ zmuszały ów kryształ do świecenia, pod ich wpływem — jak mówią fizycy — fosforyzował.
Ale nie o promieniach X chcemy tu mówić, chociaż i o nich możnaby rozprawiać dość długo i szeroko, tylko o znacznie bardziej basowych tonach na fortepianie optycznym, o promieniach ultrafioletowych. Posiadają, jak to już zaznaczyliśmy, wielką energję chemiczną, zaczerniają klisze, zabarwiają skórę, wywołują fosforescencję, ale dziwnym trafem nie przechodzą przez zwykłe szkło, które w życiu codziennem przywykliśmy uważać za przezroczyste, przenikają zato niektóre inne substancje stałe, np. kwarc, o którym słownik słusznie powiada: „minerał pospolity, będący czystą krzemionką“. Żeby je tedy w większych ilościach z lampy rtęciowej wydobyć, trzeba było czekać na ten moment, kiedy się nauczymy wreszcie ową krzemionkę w piecach elektrycznych topić, formować i urabiać z niej naczynia i rurki próżniowe.
Dzisiejsza technika lepi twardy kwarc, jak wosk, wyrabia zeń, co jej się żywnie podoba: retorty, kule, rurki, przyrządy osobliwego kształtu. Nic dziwnego, że i lampa rtęciowa nabrała nowego wigoru. Donoszą z Hanau, że zbudowano tam w ostatnich czasach przyrząd, wysyłający promienie ultrafioletowe takiej energji i takiej specjalnej długości fali, że pobudzają do świecenia materjały najbardziej prozaiczne: papier, atrament. Wszystko fosforyzuje. Pisma niemieckie piszą o tej lampie, jako o „detektywie fizykalnym“. Rzeczywiście bowiem, dość skierować jej ciemne promienie na papier, a atrament natychmiast pocznie lśnić, świecić, litery i cyfry, najgenjalniej nawet dopisane na dokumencie, zabłysną innem jakiemś światłem — żółtem — i fałszerstwo wyjdzie najaw odrazu.
Miejmy nadzieję, że nie na tem się skończy i że nauka, technika i medycyna wynajdą wspólnemi siłami jakieś pożyteczniejsze zastosowanie dla dobroczynnych promieni niewidzialnych.

*

I jeszcze jedną wiadomość z pism codziennych wynotować muszę czemprędzej w obawie, że nikt na nią nie zwróci uwagi. Korespondent ajencji Wolfa depeszuje z Helgolandu, że spuszczono tam na wody niejaką Barbarę, statek pojemności 3 tysięcy tonn, zaopatrzony w trzy rotory Flettnera. Powiedzmy to krótko i zwięźle: rotor Flettnera jest najdowcipniejszym chyba wynalazkiem naszego stulecia, więcej — jest dowodem najoczywistszym, że technika jest właściwie wszechmocna: w mgnieniu oka usuwa przeżytki, najbardziej uświęcone tradycją, w genjalny sposób tworzy nowe możliwości. Ów rotor to poprostu przewrót rewolucyjny w starem, poczciwem odwiecznem, romantycznem żeglarstwie. Jeżeli się zastanowimy przez chwilę poważniej nad tem, do czego właściwie służy malowniczy żagiel, rozpięty na wichrze, dojdziemy do wniosku, że ta płachta przedziela powietrze na dwie strefy: taką, w której cząstki gazowe pod naporem wiatru się tłoczą, wywołując lokalne zgęszczenie, i taką — przed płachtą płócienną — gdzie ich jest chwilowo mniej. Wytwarza się z tego powodu różnica ciśnień i płachta a z nią razem łódka sunie przed siebie w błękitną dal. W laboratorjach fizycznych wiadomo oddawna, że zgęszczenia i rozrzedzenia cząstek w gazach wywoływać można w sposób znacznie ciekawszy: walec, puszczony w szybki ruch obrotowy, wytwarza w pewnych warunkach takie różnice ciśnień, że nawet świetne powietrzne pompy ssące udało się na tej zasadzie zbudować.
Flettner wpadł na pomysł kapitalny i postanowił wirujący walec zastosować w żeglarstwie. Zamiast odwiecznych „hissuj! topżagiel! ściągaj! zwijaj!“, zamiast gromady ludzi, łażących po masztach, zdyszanych, zziajanych — ktoś naciska spokojnie na guzik niewielkiego motoru, puszcza dwa lekkie cylindry w ruch obrotowy, w mgnieniu oka mamy te same różnice ciśnień, co przy największych płachtach żaglowych i statek — sunie przed siebie w tę samą błękitną dal. Żaden huragan nic tu nie wskóra — poprostu naciskamy na inny guzik, zatrzymujemy wirujące walce, „zwijamy żagle“... Romantyzm djabli biorą, żeglarz współczesny płynie po morzach.
Przesyłam nieznanej „Barbarze“ z okazji jej podróży próbnej najserdeczniejsze życzenia.


(Dwie rocznice. — Maison de la Chimie. — Kolory, zapachy, jedwabie. — Niech żyje Edison!)

Nie wiem, czy tysiące rozbawionych turystów, czy różnojęzyczne tłumy z wielkich bulwarów i stali bywalcy „Café de la Rotonde“ zwrócą na to uwagę, ale Paryż — Paryż poważnej pracy i nauki — obchodzić będzie za kilka miesięcy święto bardzo uroczyste. Mija lat sto od daty pamiętnej, kiedy urodził się w tem mieście Marceli Berthelot. Pisma zamieszczają już teraz życiorysy wielkiego męża, a komitety specjalne zastanawiają się nad tem, jak uczcić najlepiej pamięć człowieka, który był chlubą nauki francuskiej i ojcem syntezy chemicznej.
Chemik — przed Berthelotem — był czemś w rodzaju recenzenta teatralnego: siedział na wielkiem przedstawieniu, jakie daje natura, przyglądał się, analizował, badał, krytykował, ale tworzyć nie potrafił. Wiedział, że wszystko, co istnieje, co żyje i nie żyje, ten atrament, ta stalówka, to drzewa za oknem, dom, ulica, posterunkowy, jego but, jego mundur, dorożkarz i koński ogon — składa się właściwie z tych samych kilkudziesięciu pierwiastków, wiedział, że na dobrą sprawę moglibyśmy wziąć kawał zwykłego węgla, trochę pospolitego tlenu i wodoru i przetworzyć to w retorcie na alkohol, glicerynę, tysiączne substancje — ale sposobu nie znał.
Prace mistrzów wskazały ludziom właściwą drogę i — minęło zaledwie lat 70! — dziś już nikt nie urządza wypraw uciążliwych w kraje egzotyczne po indygo, po purpurę, po olejki wonne. Chemja fabrykuje barwy, o jakich się maharadżom nie śniło, tworzy esencje i aromaty, od których padyszach dostałby zawrotu głowy. I czarownice nie wybierają się już na miotłach w niedostępne góry po zioła o własnościach nieznanych. Merck w Darmstacie albo Kahlbaum w Berlinie mają całe wielotomowe katalogi lekarstw, dystylują odwary i eliksiry, których żadna roślina dostarczyć nie może. Nie zdobyliśmy jeszcze recepty na „chleb syntetyczny“, nie odżywiamy się jeszcze chemicznie, ale umiemy chwytać bezużyteczny azot z powietrza, przetwarzać go na dobroczynną saletrę, wzbogacać nią glebę-żywicielkę. Produkujemy w fabrykach celulozę, dziś już nosimy sztuczne jedwabie, nawet kauczuk, wydobywany w retorcie metodą Bayera — kto wie, czy jutro nie otrzymamy z tajemniczej kuchni całego garnituru, stworzonego metodą syntetyczną, chemicznie, z kilku niemrawych pierwiastków, powiązanych mądrze dłonią uczonego.
Z artykułu w piśmie „Quotidien“ dowiaduję się, że, zamiast kosztownych pomników i obchodów, w dzień owego święta nauki rozpoczęta będzie w Paryżu budowa gmachu pod nazwą „Le Maison de la Chimie“. Powstaje znów jeden z tych instytutów, których, niestety, wciąż za mało jest na świecie, pracownia, poświęcona prawdziwej, wolnej, niczem nie skrępowanej twórczości naukowej. Tak się już utarło, że poetom, malarzom, muzykom pozwalamy jeszcze niekiedy robić w życiu, co im się żywnie podoba, ale uczonego badacza zaprzęgamy prawie zawsze do kieratu pedagogicznego. Przez laboratorja uniwersyteckie przesuwa się codziennie gromada młodzieży w pogoni za dyplomem. Przeważnie niema w tem nic złego i profesorowi, o ile jest przeciętnym wyrobnikiem, nie dzieje się żadna krzywda. Ale bywa i tak, że człowieka genjalnego zmuszamy do jakichś czynności policyjnych, do sesyj, egzaminów, do stawiania stopni. Degradujemy go, odrywamy od pracy.
Laboratorja niezależne, których podwoje stoją dla każdego zdolnego badacza otworem, nie pytają go o patent, metrykę, świadectwo, powstały, oczywiście, najpierw w Ameryce. Przed wojną już stworzono podobne instytuty w Berlinie (zakład chemji fizykalnej Habera). Mamy i w Warszawie skromne cztery pokoiki przy ul. Śniadeckich, zwane dość gołosłownie Instytutem Radiologicznym.
Przekonamy się z krótkiego życiorysu Edisona, że właściwie najlepsza, jedyna polityka gospodarcza to — tworzenie tego rodzaju zakładów, gdzie się da i w jak największej ilości.

*
Thomas Alva Edison kończy w lutym roku przyszłego lat 80, ale nie trzeba było doprawdy okazji aż tak wyjątkowej, żeby przypomnieć Amerykanom, kim jest cudotwórca z Menlo-Park i co mu kraj i świat cały zawdzięcza. Kiedy kilka lat temu jedno z najpoczytniejszych pism nowojorskich ogłosiło plebiscyt na najznakomitszych wśród ludzi żyjących — vox populi wysunął na czoło listy Thomasa A. Edisona. Wielki wynalazca jest postacią najbardziej popularną w Stanach Zjednoczonych, jest żywem wcieleniem ideału amerykańskiego, personifikacją tej siły żywotnej, której żadne przeszkody nie złamią, tej energji, której żadne przeciwności wyczerpać nie zdołają. Miał lat 17, kiedy sprzedawał jeszcze gazety na małej stacyjce w Detroit. Los dobrotliwy zetknął go z niedołężnym podówczas telegrafem elektrycznym i młody chłopak odrazu wynajduje sposób przesyłania dwóch i trzech depesz po jednym drucie, obmyśla przyrząd samopiszący i już w roku 1869 — w dwudziestym drugim roku życia — otrzymuje za swój pomysł 40 tysięcy dolarów. Nie roztrwonił z tej sumy ani centa. Za pieniądze, które mu wypłaciła firma Gold and Stock Cy, buduje laboratorjum doświadczalne w New Jersey, a następnie w Menlo-Park. I tu właśnie okazuje się, że — nawet w kraju nieograniczonych możliwości — taka właśnie i nie inna lokata kapitału jest najzyskowniejsza. Z pracowni naukowej płyną pomysły, powstają w niej aparaty, z których każdy jest jakimś ósmym cudem świata, budzi w olśnionych widzach zdumienie, niewiarę, wygląda poprostu na humbug — tak dalece jest nieprawdopodobny. Kiedy na posiedzeniu Akademji Francuskiej pierwszy raz demonstrowano gramofon Edisona, poważni uczeni twierdzili stanowczo, że mamy tu oczywiście do czynienia ze sprytnym brzuchomówcą. Dziś metody utrwalania dźwięków nie dziwią nikogo, fabrykacja fonografów i parlografów zatrudnia tysiące ludzi... A nie był to największy wynalazek Edisona. W głowie się nie mieści, że ten dziś jeszcze rześki, dzielny człowiek zapalił w swej pracowni pierwszą na świecie żarową lampkę elektryczną i że to światło, bez którego życia współczesnego wyobrazić sobie już nie można, jemu właśnie zawdzięczamy...

Kiedy go teraz pytają reporterzy i gazeciarze, jaki to eleksir sprawił, że, w tak późnym wieku, tyle energji życiowej posiada, odpowiada podobno stale: jedzcie o połowę mniej, śpijcie o połowę mniej, pracujcie o połowę więcej.
Ale inny jeszcze morał wyciągnąć można z jego biografji. Tam, gdzie spoczął jasny wzrok Edisona, powstawały, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, już nietylko wynalazki i ulepszenia — wyrastały nowe olbrzymie gałęzie przemysłu.
Mózg genialnego człowieka jest doprawdy większem bogactwem naturalnem kraju, niż pokłady węgla i kopalnie nafty.


(O krótkowidzu Neronie, o zawodnych wrażeniach optycznych, o upiorach i kosmosie).

Wydobyto ze starych kronik najaw pewien fakt ciekawy: groźny cesarz Neron nosił stale przy sobie niewielki, nawpół przezroczysty kamień, który cenił bodaj więcej, niż władzę nad Rzymem i własny talent poetycki. Historycy, drogą mozolnych badań, doszli do wniosku, że miedzianobrody Neron był krótkowidzem, że ów bezcenny minerał miał przypadkowo pewne wklęsłości i dlatego korygował tę wadę jego wzroku... Słowem nie ulega już wątpliwości, że mamy tu do czynienia z pierwszym na świecie — monoklem. I nic chyba lepiej nie uwydatnia olbrzymiego postępu, jaki naukom ścisłym zawdzięczamy, od tego fakciku, który historja zanotowała sobie gdzieś petitem, w rubryce drobnych zdarzeń. Wszechpotężny cezar był stanowczo w sytuacji gorszej, niż pierwszy lepszy subjekt handlowy dzisiaj. Gdybyśmy mu podarowali nasze stare, zepsute, wyrzucone na śmietnik okulary, toby nas ucałował, obsypał złotem i dostojeństwami.
Coby się zaś stało, gdybyśmy głośnego w dziejach krótkowidza zaprowadzili raptem do teleskopu na Mount Wilson i pokazali mu, jak śniegi na dalekim Marsie topnieją — tego sobie doprawdy wyobrazić nie umiem. Fizyka tak udoskonaliła nasze zmysły, że uzbrojeni w potężne refraktory oglądamy, co się dzieje na planetach i gwiazdach, przez niemniej potężne mikroskopy studjujemy życie bakteryj i podpatrujemy ruchy cząsteczek. A jednak prawdziwy uczony wciąż jeszcze nie ma zaufania do słabego wzroku ludzkiego. Nie polega na swoich niepewnych wrażeniach optycznych — w badaniach i pomiarach stosuje czułe klisze fotograficzne, w ostatnich zaś czasach zdobył nowy przyrząd rejestrujący, niezwykle wrażliwy na światło — komórkę fotoelektryczną. Tajemnicza komórka podobna jest do zwykłej żarówki, a jeszcze bardziej do lampki odbiornika radjowego. Pod uderzeniem najsłabszych nawet fal świetlnych pewna blaszka, umieszczona w dokładnie wypompowanem naczyniu, poczyna wysyłać elektrony, wywołuje zmiany w prądzie elektrycznym. Komórka, stokroć lepiej niż oko, spostrzega, chwyta, ocenia drżące światło dalekich gwiazd, notuje ściśle jego natężenie. Pamiętam, że już przed laty zastosowano ją w bardzo ciekawem doświadczeniu. Była to epoka promieni i jeden ze zdolniejszych fizyków francuskich, porwany ogólnym prądem, ogłosił, że odkrył jeszcze jeden, nowy ich rodzaj: ciało ludzkie wysyła w ciemności „promienie N“. Dyskutowano nad tą sprawą przez czas dłuższy, profesor owe promienie widział, jego asystent ich nie widział, aż wreszcie gromadka uczonych niemieckich udała się do laboratorium odkrywcy z komórką fotoelektryczną. Stwierdzono ostatecznie, że promienie N są produktem wyobraźni, dość zwykłą w dziejach pomyłką, „błędem subjektywnym”.
Nie chciałbym nikomu sprawiać przykrości, ale liczne znaki na niebie i ziemi zapowiadają rychły koniec wszelkich materjalizacyj, zjaw, duchów, widziadeł, wałęsających się bez sensu po seansach, i tym podobnych błędów obserwacji. Było to już oddawna ciekawe, choć niezrozumiałe: ludzie, zaopatrzeni nieraz w jaki taki bagaż naukowy, wyzbywają się raptem wszelkiego krytycyzmu, tej niewiary we własne wrażenia, która przedewszystkiem badacza i przyrodnika cechuje, zamykają się z podejrzanemi typami w ciemnym pokoju, czekają, aż ich zmysły stępieją dostatecznie i — wypisują duby smalone o fruwających stołach, grających skrzypcach i zmaterializowanych „trzecich rękach“. Pierwszą bodaj rozsądną broszurkę o tej dziwnej psychozie napisał niedawno lekarz holenderski, Dr. A. F. Meyer (Harlem). Drugą wydał teraz C. Bruhn pod znamiennym tytułem „Uczeni w stanie hipnozy“. Cała wreszcie gromadka uczonych (Wellenburg, Klinckowstroem, Dessoir) zajmuje się okultyzmem i medjumizmem od strony jedynie właściwej, t. j. badając nie medja (te dziwnym trafem w ostatnich czasach wszystkie, co do nogi, zdemaskowano), ale medjumistów. Coprawda najsilniejszy argument poczciwego, wielkiego fizyka, Crookesa, na którego się spirytyści ustawicznie powołują, brzmiał dosłownie w ten sposób: „Nigdy nie uwierzę, żeby Katie miała oszukiwać. Przypuszczenie, że to młode dziewczę mnie zwodzi, jest przecież bardziej sprzeczne z rozsądkiem, niż cuda na seansie...“
W grubej, źródłowej księdze, w XVI rozdziałach, na 500 stronicach druku panowie Dessoir, Rosenbusch, Klinckowstroem dochodzą do wniosku, że właściwie wszystkie „fakty i dane“ spirytyzmu należą — mniej więcej do tej samej kategorji.


∗             ∗

Wróćmy do rzeczy poważniejszych. W dniu piętnastym sierpnia rozpoczyna obrady w Kopenhadze międzynarodowy kongres astronomiczny. Dotychczas zgłosiło swój udział przeszło 100 astronomów z różnych stron świata. Przewodniczy profesor Elis Stroemgren; z Anglji przybędą Frank Watson Dyson, dyrektor obserwatorium w Greenwich i słynny znawca teorji względności, profesor Artur St. Eddington, Ameryka wysyła Shapleya (Harvard). Zameldowano dotąd około trzydziestu odczytów i referatów.
Dziwne, jak mało my — w kraju, który Kopernikowi wystawił pomnik ze spiżu — wiemy o astronomji. Po kawiarniach włóczą się jakieś bandy astrologów z pod ciemnej gwiazdy, nasze informacje ostatnie pochodzą jeszcze z czasów Tychona de Brahe i Keplera. Nie wiemy nic ani o pracach nowszych, ani o ciekawych zjawiskach w kosmosie, ani o gwiazdach podwójnych Michelsona, ani o polach magnetycznych, odkrytych na słońcu. Wielka królowa nauk — astronomja — była raz tylko popularna, w roku 1919-ym. Z teorji fizyka Einsteina wynikało, że gwiazdy podczas zaćmienia słonecznego muszą się nieco na niebie przesunąć — pozornie, — a to dlatego, że wielkie masy odchylają promienie świetlne. Był to jeden z tych nielicznych wypadków, kiedy słynną teorję względności można było sprawdzić doświadczalnie, kiedy zapaść na nią miał wyrok ostateczny: życie albo śmierć. I gromadka astronomów, pod wodzą dzisiejszego delegata, Artura St. Eddingtona, udaje się w podróż uciążliwą na wyspę Principe (wybrzeże afrykańskie) i tu — po licznych doświadczeniach i obserwacjach próbnych — fotografuje niebo podczas zaćmienia. Ogłoszenie rezultatów było — jak wiadomo — jednym z bardziej dramatycznych momentów w dziejach nauki. Einstein ma rację, teorja względności zwyciężyła. Astronomja oddała tu znakomitej swojej siostrzycy, fizyce, usługę wiekopomną.
Co prawda był to skromny rewanż zaledwie. Pierwsza rata na konto długu wdzięczności. Od wieków fizyka, jej aparaty, jej metody, jej przyrządy — gra dominującą rolę w obserwacjach astronomicznych. Kirchhoff i Bunsen stworzyli w laboratorium fizycznem ową analizę spektralną, dzięki której powstała nowa gałąź wiedzy — astrofizyka. I odtąd fizycy właśnie — Michelson, Zeeman, Einstein — mają najlepsze pomysły kosmologiczne.

Wallal (Australja). Uczeni amerykańscy pod wodzą W. W. Campbella udają się na wyspy Oceanji, aby sfotografować niebo podczas zaćmienia i raz jeszcze stwierdzić, że gwiazdy się przesuwają — stosownie do obliczeń Einsteina.

(O nieznanym uczonym, o trzeźwym statku, o nauce i o hazardzie).

I nauka ma w swoich szeregach nieznanych żołnierzy. My — publiczność — podziwiamy oczywiście tylko wielkie czyny, olśniewające odkrycia, głośne fakty epokowe. Nic nas to nie obchodzi, że tam gdzieś na najwyższym szczycie Europy, przylepiona do lodowców Mont-Blancu grupka uczonych notuje skostniałemi od zimna palcami kierunek wiatru, temperaturę, ciśnienie — dane, z których może dopiero nasi wnukowie ułożą mapy, wyciągną wnioski właściwe. Nie wzrusza nas to też wcale, że już przeszło od roku krąży po wodach południowych oceanu Atlantyckiego dziwny bardzo statek — włóczęga. Z Kapsztadu płynie do Buenos Aires, stamtąd na Wyspy Falklandzkie, i znów do Kapsztadu, do Rio Grande do Sul, do zatoki Wielorybiej, do Rio de Janeiro... Czternaście razy przepływa ocean wpoprzek, a dzielna załoga, uzbrojona w naczynia do czerpania wody, w najnowsze aparaty akustyczne do mierzenia głębokości, w dziecinne latawce i baloniki, notuje, wylicza, kreśli, zdejmuje profile. Wykonano już przeszło 20 tysięcy pomiarów, ale praca na tajemniczym pokładzie nie ustaje. Z Bengeli do Bahji, z Pernambuco do Fernando Po tuła się stateczek niewielki, zbiera próbki, bada słoność wody, kierunek prądów. Nigdy się nazwiska tych dziewięciu uczonych, którzy się tam na pokładzie tajemniczego „Meteoru“ trudzą, do szerszej publiczności nie przedostaną. Ich prace oceanograficzne utoną w księgach specjalnych i zczasem dopiero — kiedyś tam, po latach i dziesięcioleciach — przyjdzie ktoś, kto je dla celów nautycznych wyzyska, albo może w rozgłośnej teorji geologicznej uwzględni.
O tych bezimiennych pracownikach nauki najlepiej chyba i najprościej mówił słynny Paweł Ehrlich, którego odczyt — dawno już temu — słyszałem w Frankfurcie nad Menem. Mały, siwy staruszek opowiadał o swych genjalnych odkryciach z dziedziny chemjoterapji, o badaniach, których wynikiem był ów lek fenomenalny — salwarsan. „Zagadnienie było właściwie bardzo proste — twierdził. — Wiedzieliśmy, że arszenik zabija bakterje chorobotwórcze, wiedzieliśmy, że, niestety, zatruwa też i organizm. Trzeba było znaleźć taki preparat, któryby niszczył bakcyle, nie zatruwając człowieka. I tu przypomniały nam się dziesiątki i setki owych rozpraw chemicznych, które produkują rok rocznie nasze uniwersytety, przypomniały nam się te dysertacje nieszczęsne o długich, śmiesznych tytułach, owe — pozornie — bezużyteczne syntezy, fabrykowane przez bezimiennych studentów, przeważnie w celu otrzymania dyplomu. Zabraliśmy się do roboty, wypróbowaliśmy po kolei wszystkie zabawne arsenodiamidoetcetera i — znaleźliśmy. Chciałbym dziś podziękować serdecznie moim nieznanym współpracownikom... W nauce, jak w naturze, nic nie ginie“...
Proste te zdania nabierają teraz znów sensu aktualnego. Jeden z miesięczników francuskich zwrócił się do wybitnych specjalistów z bardzo rozsądnem pytaniem: jaki był właściwie cel głośnego raidu Amundsena i kapitana Byrda, cośmy zyskali na śmiałej wyprawie do bieguna północnego? Wszystkie odpowiedzi (głos zabierają Charcot, Bigourdan, Grandidier, Mangin) pełne są szczerego entuzjazmu dla dzielnych żeglarzy, zachwytu dla ich energji i odwagi, ale wszystkie zaznaczają, że na istotny rezultat naukowy czekać trzeba jeszcze. Czekać aż do tej chwili, kiedy szlakiem, wskazanym przez Amundsena i Byrda, pójdzie na północ owa anonimowa wielka armja z aparatami rejestracyjnemi, ze śmiesznemi balonikami, z przyrządami do mierzenia ciśnień. Dopiero kiedy ci — bezimienni — zaludnią lodowce polarne, kiedy zgrabiałemi rękami wykreślą na mapach tajemnicze linje — izobary i izotermy — może, dzięki nim, opanujemy najkapryśniejszą dziedzinę wiedzy, meteorologię, nauczymy się wreszcie przepowiadać pogodę. Zagadnienie i tu właściwie jest przecież bajecznie proste: słońce — źródło wszelkiej energji i wszelkich różnic termicznych, i ziemia — mała kula, która się naokoło tego pieca obraca. Cztery pory roku doskonale wytłumaczył już Kopernik. Ale skąd owe tysiące przeróżnych codziennych zmian, irytujących i nieprawdopodobnych, skąd owe deszcze, nagłe zachmurzenia, burze, dni pogodne, wichry, grady, zamiecie, susze? Stworzyliśmy, jak wiadomo, naukę specjalną, mamy setki stacyj meteorologicznych, rozrzuconych po święcie, dziesiątki strażnic w najdziwaczniejszych punktach globu, ale dotąd tych zjawisk niesfornych w karby nie ujęliśmy. Wymykają nam się ciągle i niektórzy sceptycy powiadają, że tak będzie zawsze. Tu rządzi wszechwładnie przypadek — mówią.

*

Otóż nawet przypadek oddawna już nie jest taki znowu przypadkowy, jakby się zdawało. Zajął się nim ongi pilnie wielki Laplace, poświęcali mu prace uczeni Fermat, Pascal, Bernouilli. Dziś istnieje teorja prawdopodobieństwa, nauka równie ścisła, jak geometrja albo algebra, i może nie od rzeczy będzie, że tu o niej przypomnimy w porze wyjazdów do Sopot i innych miejscowości kuracyjnych, w których istnieją kasyna. Kiedy podrzucamy monetę do góry, żaden uczony na świecie nie powie nam, co wypadnie, orzeł czy reszka, ale zato każdy normalny człowiek musi przyznać, że szanse są równe. Matematyk pisze w tym wypadku: prawdopodobieństwo wyrzucenia reszki=½. W ten sam sposób, kiedy rzucamy kostkę, która ma numery od jedynki do szóstki, prawdopodobieństwo wyrzucenia cyfry, większej niż cztery, =⅓. Rozwijając te proste bardzo aksjomaty logicznie, dochodzimy do wniosku — drogą wyliczeń — że, grając np. w winta albo bridge’a, mamy jedną szansę na trzysta otrzymania naraz wszystkich czterech asów, zaraz po rozdaniu kart. Na takich właśnie — pozornie naiwnych — wyliczeniach oparły się towarzystwa asekuracyjne, biura statystyczne. Co więcej — wielki fizyk, Boltzman, zastosował je w najściślejszej bodaj z nauk ścisłych, fizyce, wykazał, że prawo fizyczne to właściwie wypadek najprawdopodobniejszy z możliwych, dowiódł, że na zasadach tego rachunku oprzeć można doskonale rzeczy tak poważne, jak mechanika i teorja gazów.
I jednych tylko nie przekonał ani Boltzmann, ani Laplace, ani Bernouilli — zawodowych graczy. Ci manjacy wciąż jeszcze wierzą w jakiś „system“ przy grze hazardownej: podwajają stawki, czekają aż serja minie...
Przypomnijmy im tedy — za p. M. Bollem, autorem bardzo dobrego artykułu w „Science et la Vie“ — kilka zasadniczych postulatów teorji prawdopodobieństwa:
Piłka w ruletce nie ma świadomości ani pamięci, jest za każdym razem na nowo niezależna.
Bak jest — ze wszystkich gier istniejących — najszybszym sposobem wyzbycia się grosza (Borel).
W chwili, kiedy stawiacie na numer w „petits chevaux“ franka — macie już tylko 80 centymów, bo szanse bankiera są w tym stosunku większe,
nawet wówczas, gdyby były równe — w grze hazardownej wygrywa ten, kto ma więcej pieniędzy.
Ale cóż. Ludzie wierzą w matematykę wtedy tylko, kiedy im z tem wygodniej.


(Prozaiczna Ameryka i poetyczna Europa. — Wodospady i turbiny. — Dziwy morza. — Najsłoneczniejsze miejsce na ziemi. — Ameryka na froncie).

My — w podstarzałej Europie — piszemy oczywiście piękno wyłącznie przez P duże, jesteśmy wszyscy wykształceni estetycznie i historycznie, podziwiamy każdą kupę kamieni, o ile nam kto powie, że to są ruiny z XVI wieku. Jeżeli tak dalej pójdzie, to wnukowie nasi będą w muzeach przechowywali stare cegły, bo z nich był zbudowany hotel „Brystol“, albo rzeźnia miejska.
W stosunku do natury jesteśmy jeszcze bardziej romantyczni i śmieszni. Każdy przewodnik elektryczny nad łąką nas oburza, każda lampa łukowa wśród drzew psuje nam nastrój. Pized laty chciał ktoś zbudować kolejkę zębatą w Zakopanem — do Hal Gąsienicowych czy na Zawrat. Projekt przyjęto bardzo źle i poddano najsurowszej krytyce. Nie wolno szpecić krajobrazu, to barbarzyństwo!
Dziwna rzecz, dlaczego krajobrazu nie szpecą stare, koślawe chałupy, i dlaczego wszelki barbarzyński nonsens, o ile tylko ma lat trzysta i dobrze spleśnieje, natychmiast staje się zabytkiem czcigodnym i pięknym. Jakaś dzika nienawiść do życia współczesnego drzemie w każdym Europejczyku.
Gdybyśmy — w nieszczęsnej Europie mieli Niagarę, tobyśmy jej tknąć nikomu nie pozwolili. Wzięlibyśmy kij pielgrzymi w rękę, podkulibyśmy buty i wędrowali, wsparci na alpensztoku do tych wodospadów z tęskną pieśnią na ustach, pocąc się i postękując. Amerykanie zbudowali już w roku 1906 Niagara Falls Power Co., kazali spadającej wodzie obracać turbiny, wykonywać pracę, wydobywają z tego źródła prąd elektryczny — około 2 miljonów kilowatów. Poczciwa Niagara oświetla teraz Buffalo, Jamestown, Rochester, Syrakuzy, kable i druty biegną od jeziora Ontario na odległość 450 kilometrów aż do Nowego Jorku. Ktoś zapala lampę w dalekiem wielomiljonowem mieście i nie przypuszcza nawet, że to majestatyczny wodospad tak dba o jego komfort. Skupiły się już przy dobroczznnej katarakcie zakłady przemysłowe, fabryki korzystają z taniej energji, powstało miasto Niagara Falls i sto tysięcy ludzi żyje z tego, że jakaś tam rzeka natrafiła na próg skalny.
Naturalnie esteci ze starego świata znowu będą zlekka obrażeni. Nie podobały im się również „koszarowe“ domy nowojorskie, długo kręcili nosem, wzruszali ramionami, — aż pewnego pięknego dnia ktoś odkrył nagle, że Manhattan i jego drapacze nieba, widziane ze strony New York Harbor, są stokroć wznioślejsze i ciekawsze od wielu spleśniałych gruzów w Europie. Maja własny, swoisty styl, własną, nowożytną harmonję i dziś najzdolniejsi z naszych architektów jadą tam, za ocean, na studja z budownictwa.
Jeżeli chodzi o prawdziwy, niefałszowany entuzjazm dla cudów w przyrodzie martwej i żywej, nikt go w większym stopniu nie posiada, niż właśnie ci dziwnie trzeźwi Amerykanie. Zbudowali niedawno specjalny peryskop, tubę podmorską Williamsona, zmontowali ją na sporym statku i wysłali całą flotyllę dla zbadania, sfotografowania i utrwalenia w rysunkach i kolorach, zaczarowanych krain na dnie oceanu. Owa tuba Williamsona jest jakby żywcem wyjęta z powieści Verne’a albo Wellsa, składa się z obszernej kamery oszklonej, w której trzech ludzi doskonale się pomieścić może. Siedzą sobie wygodnie w dużej kuli (5 stóp średnicy), opuszczonej na dno podzwrotnikowej zatoki, patrzą przez grubą szybę na drzewa koralowe, na ryby dziwne, na pejzaże wyśnione, malują, szkicują, kręcą korbą aparatu filmowego, podpatrują życie w tym kraju z fantastycznej bajki dla młodzieży. Ich prace i bogate zdobycze naukowe tworzą specjalną sekcję w Amerykańskiem Muzeum Przyrodniczem, które tę dziwną eskadrę, złożoną ze statków „Lady Cordeaux“, Jules Verne“ i „Standard“ wysłało na wyspę New Providence. O jej przygodach opowiada barwnie jeden z kierowników wyprawy, Ralph Waldo Miner, w ostatnim zeszycie czasopisma „Scientific American“.
Bardzo żałuję, że dla łatwo zrozumiałych powodów nie mogę tu streścić, niestety, artykułu pana Minera ani dwudziestu innych referatów, zawartych w jednym tylko, przypadkowym numerze popularnego miesięcznika. Jest rzeczą wprost zdumiewającą, ile ta prozaiczna, praktyczna Ameryka wydaje dziś na cele utopijne, na naukę, na pracę w laboratorjach, na przyrządy, szkoły specjalne. Sam tylko wielki przemysł poświęca rocznie przeszło 35 miljonów dolarów na badania i studja. I pomyśleć, że nie chodzi tu wcale o filantropię. Prace laboratoryjne — jak wykazuje statystyka — opłacają się sowicie i trzeźwa Chamber of Commerce ocenia dochód, stały zysk roczny z tych — pozornie nierealnych, teoretycznych — rozważań, prób i eksperymentów na 500 miljonów.
Nam — w Europie — od takich cyfr w głowie się kręci. Poczynamy rozumieć powoli, dlaczego to nawet w dziedzinie czystej wiedzy, tu, gdzieśmy dotychczas byli najmocniejsi, gdzieśmy królowali i władali — rekordom amerykańskim sprostać już nie możemy. Nie stać nas na wielkie teleskopy, umieszczone na wyżynach i wycelowane w niebo bezobłoczne. Nasze obserwatorja zbudowaliśmy nieszczęśliwie w ludnych, zadymionych miastach, nie mamy funduszów na inne instalacje i teraz najciekawsze wiadomości z kosmosu wyłapują genjalny Hale z Mount Wilson, Lowell, W. H. Pickering, astronomowie po tamtej stronie oceanu. Nie mamy pieniędzy na subtelne siatki dyfrakcyjne, spektroskopy, interferometry i oddawna już Rowland, Michelson, Wood torują nowe drogi w optyce. Europejczyk z podziwem i zdumieniem, zaprawionem lekką dozą zazdrości, czyta o wielkiej podróży doktora C. G. Abbota, który w ciągu sześciu miesięcy zjeździł pół świata, robił doświadczenia na Saharze i na Synaju, w Beludżystanie i u Hotentotów, żeby znaleźć najdogodniejszy punkt na ziemi dla obserwacyj słonecznych. Głośna Smithsonian Institution podejrzewa bowiem, że insolacja — porcja ciepła, jaką słońce naszej skromnej planecie przysyła — jest zmienna i że to właśnie powoduje liczne zmiany w stanie pogody. Wybrano tedy — na zasadzie sprawozdań doktora Abbota — miejsce na tym globie, gdzie niebo jest najczystsze i tam — na Mount Brukkaros, w Afryce Południowej — dwaj uczeni pustelnicy osiedlą się na czas dłuższy. Będą przez trzy lata pyroheljometrem badali słońce — o siedem mil oddaleni nawet od samotnych sadyb hotentockich.
Jak widzimy, na całym prawie froncie wiedzy współczesnej Ameryka przystąpiła do wielkiej ofensywy. Nasi wczorajsi uczniowie dziś już są mistrzami, — w astronomji, fizyce, geologji, meteorologji zajęli najdalej wysunięte placówki i w odwiecznej, szlachetnej walce człowieka z Nieznanem oni powoli obejmują komendę.
Na stronicy tytułowej owego miesięcznika naukowego, o którym już była mowa, znajduję fotografję, a pod nią trochę może naiwny, ale znamienny podpis: „prof. B. S. Hopkins, pierwszy Amerykanin, który odkrył nowy pierwiastek chemiczny i nazwał go illinum (od stanu Illinois)“ A więc nawet chemja amerykańska dotarła do linji czołowej.
Zaznaczmy — dla ścisłości — że o istnieniu nowego pierwiastka coś już wiedział fizyk angielski, Moseley. Na zasadzie swych badań nad widmem roentgenowskiem doszedł do wniosku, że w naturze musi istnieć jakiś element między numerem 60 i 62 jego słynnej tablicy. Ale Moseleya wzięliśmy do wojska i młody uczony, jeden z największych współczesnych talentów naukowych, zginął w wojnie światowej, pod Gallipoli.


(Metafory poetyckie i centryfugi. — Pośpiech sztuczny i naturalny. — Nowe wybryki starej ziemi. — Zraniona kaczka).

Musimy nareszcie zwrócić uwagę poetom, że czas już najwyższy, aby odświeżyć nieco przestarzałe metafory literackie. Rzecz zakrawa doprawdy na skandal. Normalny liryk — nawet w godzinie natchnienia — nie potrafi się zdobyć na jakieś nowoczesne porównania, Pisze wciąż jeszcze: „stało się to poprostu w mgnieniu oka“ i wydaje mu się, oczywiście, że takie skromne powiedzonko może komu w tych czasach zaimponować. Nie wiem doprawdy, jak długo trwa przysłowiowe mgnienie oka, ale czem jest ta niemrawa funkcja fizjologiczna wobec centryfugi Brown-Boveri, która wykonywa 8 tysięcy obrotów na minutę! Albo jak można wspominać nawet o mruganiu w epoce, która stworzyła kompresor Westighouse’a (30 tysięcy obrotów) i zwłaszcza dziwną maszynkę panów Henriota i Huguenarda. Jest to — dla pewnych celów specjalnych skonstruowana — fryga albo bąk, który obraca się 660 tysięcy razy w ciągu jednej minuty i, gdyby wynalazcom na tem zależało, mógłby świetnie 11 tysięcy razy na sekundę mrugać, otwierając i zamykając jakąś „techniczną powiekę“.
Naturalnie przeżyły się też oddawna, ulubione za czasów prababek i pradziadów „pęd huraganu, lot strzały“ i inne wichry albo ścigłe rumaki arabskie. Najszybszy koń biegnie zaledwie dwa razy prędzej od najszybszego człowieka i jest właściwie mizernym żółwiem w zestawieniu z dzisiejszym samolotem, który sunie z szybkością 448 kilometrów na godzinę albo, mówiąc językiem naukowym, z szybkością 123 metrów na sekundę, to znaczy 10 razy prędzej od najbardziej wiatronogich bachmatów arabskich.
Nie wspominajmy zresztą o środkach lokomocji, bo to jest temat dla warszawiaka trochę drażliwy. Obywatel tego miasta na każdym rogu ulicy czuje się, jak w muzeum historycznem, gdzie jakiś tajemniczy pedagog nieznany tłumaczy codziennie zebranym tłumom, na czem to właściwie polega rozwój cywilizacji. Najpierw, w zaraniu dziejów, był skromy piechur-przechodzeń, później ludzkość w krwawym trudzie oswoiła szkapę dorożkarską, potem zdobyliśmy tramwaj elektryczny, aż wreszcie zjawił się na świecie genjalny Diesel, stworzył motor gazospalinowy i odtąd sypnęły się, jak z rogu obfitości: aeroplany, samochody... Warsztaty techniczne puszczają w świat coraz sprężystsze, coraz szybsze wehikuły, człowiek współczesny toczy jakąś zażartą walkę z przestrzenią i odległością.
Jeżeli chodzi o popularne dziś rekordy, tośmy pobili dziś właściwie wszystkich współzawodników naturalnych. Technika nowoczesna zostawiła gdzieś za dystansem zdyszanego wyścigowca, długonogiego strusia, szybującego orła. Zabawne jest wprost (każda tragedja ma stronę śmieszną), że kula dzisiejszej armaty biegnie trzy razy prędzej od dźwięku — pocisk już trafił do celu, a dopiero w minutę potem nadbiegają spóźnione fale głosowe i anonsują donośnie, z wielkim hukiem: uwaga! ostrożnie! zaczynają strzelać!
Nie triumfujmy jednak przed czasem. Matka Natura może spoglądać z uśmiechem politowania na nasze skromne próbki i wysiłki. Ma w odwodzie takich sprinterów i stayerów, takich Nurmich i Rothertów, którym nigdy sprostać nie zdołamy. Dziwnym trafem należy do nich ta solidna, stara skorupa ziemska, ten nasz glob — zdawałoby się — taki poważny, stateczny, podtatusiały.
Wiemy oddawna, że w rocznym biegu naokoło świata ziemia ustaliła rekord — wprawdzie nie wszechświatowy, ale dość imponujący — odrabia w ciągu sekundy trzydzieści kilometrów, pędzi trzydzieści razy prędzej od pocisku „grubej Berty” i 240 razy szybciej od najdoskonalszego samolotu. Już sama myśl przyprawia człowieka o lekki zawrót głowy, a tu wciąż nowe szczegóły z życia naszego sprintera kulistego wychodzą na jaw. To wcale nie najlepszy z jego rekordów, jak się okazuje.
Astronom z Neubabelsbergu, profesor L. Courvoisier, na zasadzie licznych pomiarów i badań, dochodzi teraz właśnie do wniosku, że ziemia — tym razem nie sama, ale w towarzystwie wszystkich prawie gwiazd widzialnych, aż do drogi mlecznej włącznie — mknie przez przestrzenie kosmiczne z szybkością 750 kilometrów na sekundę. Ku jakim celom — niewiadomo, Ale pewne wahania dzienne siły ciążenia, pewien ruch pozorny przedmiotów zewnętrznych (takiemi słupami na szosie są w danym wypadku mgławice Andromedy) świadczą podobno wymownie, że w tym właśnie szalonym, nieprawdopodobnym pędzie lecimy w dal nieznaną. Na jakimś wehikule piekielnym umieściła nas przyroda, a przeróżni nudziarze każą nam wciąż zachowywać spokój i równowagę ducha.
Musimy się więc pogodzić z tym smutnym faktem: rekordów kosmicznych nie pobijemy. Nawet na naszej ubogiej ziemi mamy naturalnego gońca maratońskiego, który każdej chwili i zawsze wszystkich konkurentów, na wszelkich dystansach gubi po drodze — światło, Fala świetlna obiega — albo przynajmniej mogłaby obiec — kulę ziemską osiem razy dookoła w ciągu jednej sekundy i — według teorji Einsteina — nie ma godnego przeciwnika w naturze. Światło jest ostatecznym „wehikułem czasu“ i nic szybszego w świecie realnym istnieć nie może.

*

Porzućmy jednak górne szlaki i rozważania filozoficzne, wróćmy do skromnych poczynań naszych wynalazców, którzy próbują jednak maszynami przestrzeń przezwyciężyć.
Pierwsze samoloty nazywaliśmy wdzięcznie „albatrosami“, „jaskółkami“, „libellami“, przez pewien czas najlepszy aparat lotniczy niemiecki to była owa sławetna „Rumplers Taube”, opiewana w wodewilach i operetkach. Jakie tu miano poetyckie wymyślić dla dziwnego wodołaza amerykańskiego, o którym cuda piszą gazety? Nazywa się — prowizorycznie — glider (ślizgacz, suwak) albo „sea sled“ i przypomina bodaj najwięcej zranionego ptaka, postrzeloną cyrankę. Trzepoce skrzydłami w powietrzu, nie unosi się wzwyż, nie fruwa, ale mknie po tafli wodnej, zanurza się ledwie na kilka cali i sunie po najpłytszych rozlewiskach z imponującą szybkością 30 mil (około 50 kilometrów) na godzinę. Nie słychać turkotu kół, nie widać tumanów kurzu. Postrzelony ptak błotny (zaopatrzony zresztą w motor Curtisa, 90 HP) goni po jeziorach, łomocze propellerem, biegnie po zatokach, rzekach, kanałach i jest chyba najmilszym z nowoczesnych środków komunikacji.
Szkoda doprawdy, że Warszawa nie jest Amsterdamem ani Wenecją. Chociaż — nie przesądzajmy tej sprawy. Magistrat nie przestaje kopać i wiercić dołków na nieszczęsnych ulicach. Może jeszcze zamieni Bracką na Canale di San Marco i będziemy jeździli „gliderem“ — muskając zlekka lustrzaną taflę wód — z Koszykowej na Mazowiecką.


(Rozmyślania pasażera. — Droga polska, Tybet i Sahara. — Epoka samochodu. — Pojedynek auta z samolotem).

Nawet szczery wielbiciel koni parowych i wielki entuzjasta żelaznych rumaków Techniki musi czasami spojrzeć, jak tam łaciaste krowy wyglądają na ściernisku i jaką szybkość rozwija stary, poczciwy Lux, psisko włochate. Dwór, w którym mam spędzić tydzień wakacyj letnich, leży nad pewnym dopływem Prosny, w lasach kaliskich. Aż do Kalisza wiezie nas wytworny ekspres paryski (wagon sypialny, wagon restauracyjny, komfort europejski), o godzinie 1.25 po północy kończy się, jak nożem uciął, wiek dwudziesty. Dwie poczciwe kobyłki, Dereszka i Alfa, ciągną nas po wyboistej szosie, człapiąc kopytami. O trzeciej nad ranem cofamy się znów o dalsze 2 — 10 wieków i zjeżdżamy na głośną w kraju i zagranicą, tak zwaną polską drogę. Dereszcie i Alfie przyszły z pomocą jeszcze dwa inne konie, powozik sunie po pniach, trzeszczy, zgrzyta, zapada w kałuże, podryguje na kamieniach, pniach i korzeniach, czwórka rży, parska, roztrąca gałęzie. Ma to wszystko pewien urok, ale... Cztery tęgie konie ciągną nasze dwie wątłe warszawskie postacie i zużywają około 2 godzin na nieprodukcyjne rzężenie i sapanie. Przebyliśmy (dosłownie) osiem kilometrów. Całego kramu!
Ilekroć mokra gałąź przydrożnego chojaka strząśnie na mnie trochę orzeźwiającej wody deszczowej, budzę się z drzemki i rozmyślam,.. Tą oto piaszczystą, błotnisią, ciemną, podstępną, złośliwą „arterją“ połączony jest z resztą świata jeden z większych majątków (tartak parowy, gospodarstwo przemysłowe, stawy rybne). Tu pulsuje nasze życie i po tych zakazanych, sklerotycznych drogach odbywa się krwiobieg w organizmie społecznym... Ośmiu kilometrów uczciwej szosy na wielkim trakcie handlowym nie potrafimy zbudować. Dla członków wyprawy na Everest, Ford wymyślił onego czasu specjalny traktor, w którym przebrnęli szczęśliwie przez niedostępny, skalisty Tybet, Citroen w słynnym raidzie pokonał lotne piaski Sahary, ale to jeszcze furda. Kto wie, czy obaj panowie razem, pomysłowy Ford z przedsiębioiczym Citroenem, nie wywaliliby się do rowu i nie nakryli nogami i kołami, na t. zw. zwykłej polskiej drodze, między Brzezinami i Lututowem.
Oczywiście — mieszam się tu do nieswoich spraw, artykuły ekonomiczne nie należą do mego wydziału. Ale mam w walizce ostatni numer odwiecznej, czcigodnej „Saturday Evening Post“. W olbrzymim, źródłowym referacie p. I. T. Marcosson zastanawia się (daj, Boże, każdemu) nad przyczynami niebywałego w dziejach rozkwitu Stanów Zjednoczonych, nad powodami ich dzisiejszej „prosperity“. Jest to doprawdy jakieś wielkie dzieło muzyczne, jakiś „Aufschwung“ Schumanna, przełożony na trzeźwe cyfry. Zarobki wzrosły o 199 procent, ilość koni parowych, zatrudnionych w przemyśle, skoczyła z dziesięciu miljonów na trzydzieści trzy. „Zajmujemy zaledwie szesnastą część stałego lądu — mówi ze słuszną dumą p. Cornelius F. Kelly — a wydobywamy 38 procent wszystkiego węgla na świecie, 70 procent nafty, dostarczamy 55 procent bawełny, 49 procent stali, 58 proc. papieru. Ludność Stanów to tylko ⅟17 ludności tego globu, a posiada dzisiaj 58 proc. wszystkich linij telegraficznych, 33 proc. wszystkich torów kolejowych i 83 proc. wszystkich samochodów“...
Tu docieramy do jądra kwestji! Nikt nie może wymagać ode mnie, żebym w obliczu Natury, o brzasku, deklamował dane statystyczne. A jednak kilka liczb majestatycznych wbiło mi się widocznie w pamięć bo, ilekroć to, niestety, mocno jakoś poorane „oblicze natury“ podbije mniej silniej ku górze, jakiś fakt ciekawy przeskakuje nagle samorzutnie do świadomości znękanego pasażera. Przemysł automobilowy w Ameryce zatrudnia około czterech miljonów robotników i wypłaca im rocznie pół miljarda dolarów. Z ogólnej liczby zarejestrowanych samochodów — 5 miljonów jest w rękach pomniejszych farmerów i drobnych rolników. Po bitych drogach i gładkich szosach uwijają się te miljony maszyn, jak leukocyty w zdrowem ciele, nadając rytm i tempo życiu. Samochód rozwinął miasta i okolice podmiejskie, samochód doprowadził do rozkwitu rolnictwo i przemysł. „Prosperity on wheels“...
Za lat naszych szkolnych uważaliśmy koleje za szczyt doskonałości i ostatni wyraz techniki, byliśmy dumni z tego, że pociąg ze stacji odszedł punktualnie. Dziś rozpoczyna się nowy okres dziejów. „Powiedzcie mi, ile kraj ma mieszkańców i jaką ma ilość samochodów, a ja wam coś powiem o jego rozwoju ekonomicznym i socjalnym, o jego cywilizacji“... Tak woła p. Walter P. Chrysler i dalibóg ma słuszność.
Nic dziwnego, że z pewną melancholią spoglądam przed siebie, na cztery zady końskie i na dwie głębokie, wyżłobione koleiny. Jestem szczerze wdzięczny Dereszce, Alfie, Kasztanowi i Prośnie, ale... Ile to wieków dzieli nas właściwie od narodów współczesnych?
A może stanie się cud i przeskoczymy jeden przynajmniej okres, przeszwarcujemy się przez jeden choćby rozdział w historji? Zwycięskie auto ma już teraz dzielnego przeciwnika w samolocie.
Siedemnaście lat temu olśniona Europa podziwiała pana Bleriota, który na aeroplanie własnego pomysłu przefrunął Kanał w najwęższem miejscu, dziś — raidy Paryż-Tokio należą do wypadków banalnych, samoloty pasażerskie kursują ściśle podług rozkładu, jakiś pilot szykuje się do wielkiego lotu nad Oceanem — 36 godzin bez lądowania, dystans Nowy Jork-Paryż w ciągu półtorej doby.
Jeżeli siedemnaście lat pracy twórczej przekształciło śmieszną, nieudolną maszynkę na dzisiejsze płatowce Fokkera, Junkersa, Bleriota, to chyba trudno śmiać się ironicznie z fantastycznych planów konstruktora i wynalazcy, p. Bregueta. Wybitny przemysłowiec twierdzi, że jutro albo pojutrze zbudujemy olbrzymie maszyny lotnicze, które składać się będą wyłącznie z wielkich skrzydeł i motorów, będą mknęły nad Atlantykiem w ciągu dwudziestu godzin, będą zawierały wygodne kabiny dla pasażerów, dancingi, sale, czytelnie. Dziś albo jutro powstaną aparaty-amfibje, które lądować będą mogły na ziemi albo na wodzie z równą łatwością, przelatując bez zmęczenia 4 tysiące kilometrów. I jedno z najtrudniejszych zagadnień dzisiejszego lotnictwa rozwiążemy lada dzień. Powstaną specjalne płatowce turystyczne, które wzbijać się będą i opadać pionowo, lądując gdzie się da, na każdym terenie, na płaskim dachu jakiegoś domu, na placu w mieście, na podwórku czyjejś willi. Zastosujemy poprostu do aeroplanów sprytne helikoptery, genialne rotory Flettnera, wirujące śmigła pomysłu La Cierva. Wzniesiemy się wgórę, bez rozpędu, wprost z asfaltu ulicy Mazowieckiej i w pół godziny później wysiądziemy przed gankiem cichego dworku, nad dopływem Prosny — 240 kilometrów od Warszawy.
Tymczasem — cztery spocone konie ciągną nas przez lasek z szybkością ośmiu kilometrów na stulecie.


(Technika i sztuka. — Radjo, Gutenberg, gramofon, kino, światopogląd helleński i przyszłość).

Nad dachami najbardziej odrapanych ruder warszawskich bujają już hamaki druciane, język potoczny — ku utrapieniu encyklopedystów krajowych — wzbogaca się codziennie: radjoamator i radjoaparat, radjosprzęt, a nawet radjozew, w każdym sklepiku niemal sprzedają słuchawki, lampki, kondensatory i szpulki. Każda kolacja proszona kończy się koncertem jazzbandu rzymskiego, „Rosenkavalieren“ z Lipska i nakręcaniem zegarka podług obserwatorjum w Greenwich. Gromadkę moich znajomych z kawiarni artystycznej ogarnęła z tego powodu panika. — Kiedyż ta epidemja wreszcie minie? — pytał mnie niedawno pewien, blady z przerażenia, muzyk, esteta i krytyk. — Wczoraj zwabiono mnie podstępnie do czcigodnego domu obywatelskiego. Po deserze nakładają mi na uszy dwa czarne talerzyki, spięte sprężyną, gospodarz obraca jakiś ciemny guzik przy żółtem pudle. „Niech pan słucha“ powiada „Fledermaus z Wiednia!“ Słucham — dwa złośliwe wichry, świst i poświst, przerzucają się cichutką melodyjką starego Straussa „Ha, welch ein Fest, welche Nacht voll Lust...“ Potem zarzynane prosię kwiczy w takt uwertury z „Egmonta“ Beethovena i wreszcie jakiś miły głosik z Medjolanu recytuje cyfry po włosku. Ostatnia ceduła giełdowa!.. Niech mi pan powie, czy niema na to rady i czy długo jeszcze ta radomanja potrwa?
Szczęśliwym trafem mogę na to pytanie odpowiedzieć ściśle. Prorocy w starej Europie mają teraz zadanie znakomicie ułatwione. Wleczemy się ociężałym truchtem za galopującą Ameryką, co tam było wczoraj, to u nas będzie pojutrze. Od treści pism do kroju spodni — wszystko dociera powoli do nas, z kilkoletniem opóźnieniem. Otóż radjomanja w Ameryce wcale się nie kończy, przeciwnie — wzrasta. Pięć lat temu zaledwie założono pierwszą stację nadawczą, dzisiaj ludność Stanów wydaje około miljona dolarów dziennie na przyrządy i części składowe aparatów. Powstał nowy, wielki przemysł, powstały specjalne szkoły inżynierskie, do broadcasting KDKA dodano stację WZ2, WGY i WEAT, rzeczoznawca, p. D. Sarnoff, przypuszcza, że wkrótce — liczna już teraz — rodzina słuchaczy radjowych rozmnoży się jeszcze bardziej i składać się będzie co najmniej z 50 milj. głów. Stacje otrzymują codzień setki listów dziękczynnych i jakiś poczciwy, odcięty od świata, farmer z Kanzas pisze: „Wcale mi nie żal tych trzech byczków, które sprzedać musiałem, żeby sobie kupić odbiornik“. Jakiś samotny rancher z zapadłego kąta w stanie Montana depeszuje: „Jeżeli panowie chcą spędzić weekend u mnie, proszę całem sercem“.
Rzecz właśnie na tem polega, że doniosłość wynalazku, o którym tu mówimy, ocenić można należycie dopiero na odludziu, na wsi, na pełnem morzu. Zwykłe mieszczuchy, przesycone do obrzydliwości jazzbandem i wiadomościami gazetowemi, widzą sprawę w barwach ciemnych i traktują radjo, jak rozkrzyczany, piskliwy gramofon, jako jeszcze jeden dowód barbarzyństwa naszej epoki. Taka to już widocznie kolej rzeczy ludzkich — każdy wielki wynalazek wywoływał protesty, budził litość i pogardę, Kiedy artystę-przepisywacza książek, średniowiecznego iluminatora, zastąpiła ordynarna maszyna drukarska, kiedy barbarzyńca Gutenberg porwał się na czcigodną kaligrafję i wprowadził niezdarne litery, wycinane z grubej deski — panowie esteci narzekali napewno jeszcze głośniej. Dziś wiemy, że nie mieli racji. Ruchome czcionki stworzyły nową epokę w dziejach i właśnie sztuce oddały olbrzymią, największą usługę. Czem byłaby nasza powieść dzisiejsza, gdybyśmy ją dla każdego czytelnika musieli w pocie czoła przepisywać odręcznie?
I ruchomy obraz — kinematograf — miał karjerę podobną. Gromy, przekleństwa, oburzenie, protesty wybitnych historyków... Dziś — po latach trzydziestu — kino zatrudnia całe legjony świetnych artystów, malarzy, aktorów, architektów, muzyków, stało się najżywszem widowiskiem, jakąś syntezą potężną, jakąś wszechsztuką współczesną. Zabawne, że nawet ośmieszony, krzykliwy, horrendalny gramofon zyskuje powoli jakie takie prawa obywatelskie i wtargnął do pałaców, sterczących dumnie. Jedno z poważniejszych pism zagranicznych umieszcza stale feljetony, w których pod znamiennym tytułem „Płyty z ostatniego miesiąca“, pewien solidny, gruntownie wykształcony recenzent zapuszcza sondę krytyczną w ten odmęt podejrzany.
Czy, kiedy i jaką rolę twórczą odegra radjo w sztuce — tego, niestety, nie mogę powiedzieć tak odrazu naszym krajowym estetom i wytwornym, zblazowanym pięknoduchom z Hellady nad Wisłą. Wprawdzie gorączkowa praca wre we wszystkich laboratorjach doświadczalnych i niedawno dr. Phillips Thomas z Westinghcuse Company zbudował mikrofon tak dalece czuły, że słyszy przezeń podobno, „jak owady ze sobą gwarzą“, ale... Nie zapominajmy, że radjotelefon jest tylko telefonem. Na stacji nadawczej mówimy przed membraną — blaszką, której drgania przetwarzamy na prąd elektryczny, w domu mamy słuchawkę z inną znowu membraną, czyli blachą, poruszaną elektromagnetycznie. Genjalne odkrycia Hertza, Foresta, Marconiego, sprowadzają się w gruncie rzeczy do prostego faktu — możemy mówić telefonicznie z kimś, z kim nas żaden drut nie łączy, z pasażerem statku na dalekim oceanie, z Amundsenem na biegunie, z lotnikiem w powietrzu, z członkami wyprawy na Everest, z obywatelami Marsa. Lada dzień rozwinie się telemechanika, nad którą już dziś ludzie uporczywie pracują, i będziemy mogli puścić na wody rzek i mórz statek bez załogi. Będziemy mu mówili, stojąc na brzegu, dokąd ma płynąć, krótkie wyrazy naszej komendy przetworzą się na odpowiednie fale elektryczne, anteny statku je pochwycą i okręt-widmo sunąć będzie na zawołanie tam, gdzie mu każemy. Nie są to utopje, ani fantastyczne pomysły powieściowe, bo już istnieje stateczek „Jowa“, którym znakomity wynalazca amerykański, p. Hammond, w ten mniej więcej sposób dowodzi — przesyła mu jakieś radjorozkazy z brzegu, z portu Gloucester Harbor, i kieruje nim, jakby trzymał ster w krzepkich dłoniach, chociaż na pokładzie niema żywej duszy.
Tam, gdzie chodzi o przesyłanie na odległość naszej wiedzy albo woli, radjo już dziś — po pięciu latach! — oddaje kolosalne usługi ludzkości, ale czy koncert radjowy będzie kiedy prawdziwą biesiadą artystyczną dla muzyka? Czy znajdą się kompozytorowie, którzy — jak to właśnie usiłuje znajomy mój, p. L. M. Rogowski — wyłowią sprytnie z telefonu najmniej zdeformowane dźwięki i ułożą na ich tle specjalną, barwną i porywającą radjosymfonję albo radjokantatę? Nie wiem. Prawdopodobnie przez długie jeszcze lata będzie coś syczało, trzeszczało i gwizdało po próżnicy w naszych słuchawkach i głośnikach, eter nad Europą — zamiast przenosić spokojnie wiadomości pożyteczne — targany będzie bez sensu przez różne bezcelowe foxtroty, wyrwasy, harmidry...
Niektórzy — zaznaczmy to przy okazji — twierdzą już teraz, że wolą słyszeć Filharmonję wiedeńską przez telefon, niż orkiestrę straży ogniowej w Samborze bezpośrednio. Ale to są chyba wyjątkowi jacyś manjacy i entuzjaści.


(O bajkach arabskich i technice, o odkryciach i wynalazkach dziennikarzy, o nieograniczonych możliwościach i głupocie ludzkiej).

Gdzieś tam między nauką i techniką leży prawdziwa kraina nieograniczonych możliwości i ilekroć nowy biuletyn piszę, przypomina mi się jedna z piękniejszych nowel wielkiego myśliciela, Edgarda Allana Poe. „Nocy tysiącznej i drugiej“ (taki jest właśnie tytuł powiastki) Szecherezada, której zbrakło wreszcie tematów arabskich, postanowiła — z zachowaniem wszelkich środków ostrożności — odtworzyć padyszachowi w ubogiej mowie ludzkiej owe ryby stalowe, tryskające gorącą parą, owe smoki żelazne, które grzmią i dudnią po szynach i stają potulnie na stacjach, oczekując aż pasażerowie wysiądą... Groźny władca słuchał cierpliwie, ale mniej więcej o dwunastej klasnął w dłonie i kazał zawezwać straż pałacową:
— Dopóki mi mówiłaś — przez dwa i pół roku — o cudach i dziwach fantastycznych, połykałem chętnie te brednie, bo były przynajmniej prawdopodobne. Ale smoki żelazne? wieloryby stalowe? Szyny? Skrócić tę gadatliwą damę o głowę!
Nie jest to doprawdy bez kozery, że pisarz obdarzony najbujniejszą wyobraźnią poetycką wśród ludzi żyjących, genjalny H. G. Wells, posiada jednocześnie gruntowne wykształcenie przyrodnicze, zna fizykę świetnie i w czarownej swojej powieści „Wehikuł czasu“ przeczuł i przewidział teorję względności.
Są, niestety, i inni fantaści współcześni, znacznie mniej wykształceni, którzy wierzą jednak widocznie we wszechpotęgę nauki i techniki — dziennikarze. Kiedy im w czasach ogórkowych zabraknie tematu, siadają w redakcji na stołku i tworzą na kolanie nowe wynalazki. Wiedzą, że w tej dziedzinie wszystko właściwie stać się może i dlatego puszczają w świat drukowane dzikie kaczki, które sobie fruwają doskonale i żyją nieraz ze dwa kwartały.
Zauważyłem, że panowie reporterzy mają przytem pewien system i najchętniej robią odkrycia z zakresu optyki. Przez pewien czas modne były bardzo promienie, które zapalają proch na odległość, wysadzają miny i składy amunicji. Innym znowu razem strzeliły z bibuły drukowanej fale świetlne, które całą armję nieprzyjacielską mogą oślepić. Niedawno jedno z brukowanych pism wiedeńskich zamieściło niesamowitą historję o jubilerze amerykańskim, który znowu — prawdopodobnie w celach zysku — zabił bogatego stryja promieniami radu. Wydrążył pierścionek, napchał weń soli radowych i podarował taki klejnot złodziejski zamożnemu stryjaszkowi, poczem człowiek ten, oczywiście, natychmiast umarł. Ale policja już jest na tropie... Trzebaby — mojem zdaniem — wydać podręcznik specjalny dla początkujących dziennikarzy i literatów z praktycznemi wskazówkami, gdzie i kiedy wolno im blagować, a gdzie nie. Fale świetlne, łaskawi panowie, znamy. Od fal najkrótszych i najenergiczniejszych, od promieni gamma radowych i retgenowskich, aż do kilometrowych fal elektromagnetycznych, któremi telegrafujemy bez drutu, zbadaliśmy jakościowo wszelkie gatunki światła, widzialnego czy niewidzialnego. Zanotowaliśmy własności wszelkich drgań, tu i owdzie istnieją — ze względów technicznych — pewne drobne, nic zresztą nie znaczące luki i wyrwy, ale mimo to musimy was rozczarować. W nauce jest wszystko możliwe, prócz bredni. Rad bardzo silnie działa na tkanki, może po dłuższem naświetleniu wypalić nawet rany w skórze (na taką właśnie przykrość naraził się nieopatrznie swego czasu wielki P. Curie, który pierwszą porcję soli radowych nosił długo w kieszonce od kamizelki), ale pierścionek radowy nie może uśmiercić momentalnie bogatego stryjaszka w Ameryce. Niema też w naturze takich promieni i technika nigdy takich specyficznych fal nie stworzy, któreby ludzi odrazu oślepiały. W działaniu na nerwy oczu chodzi raczej o intensywność, natężenie, nie o rodzaj drgań.
I zapalanie prochów na dystans — w tej formie, w jakiej ten wynalazek zazwyczaj podają w artykułach — jest zwykłą suchotniczą kaczką gazeciarską. Różne rzeczy możemy wykonywać na odległość, możemy poruszać maszyny, puszczać w ruch motory długiemi, niewidzialnemi, niemateterjalnemi palcami fal elektrycznych, ale — musimy stanowczo mieć tam, dokąd przesyłamy naszą wolę, jakąś stacyjkę odbiorczą, jakieś przez nas zbudowane ucho, które naszych rozkazów słucha.
Z tych względów — głośne swego czasu — strącanie aparatów lotniczych przez Niemców (zawsze ci Niemcy) zapomocą jakichś tajemniczych, niezbadanych fal, należy również, do wynalazków raczej redakcyjnych, wykonanych po franku od wiersza, niż technicznych. W ten sam sposób wyssano sobie z palca bajeczne paliwo, którego gram wystarcza na tysiąc lokomotyw. Tu — cudownym sposobem — przedostała się do mózgownic maluczkich teorja Einsteina w nieco wulgarnej formie. Gram węgla — tak wynika z wyliczeń teoretycznych — mógłby rzeczywiście poruszyć wszystkie lokomotywy na świecie, ale trzebaby go wypompować przy tej okazji doszczętnie z wszelkiej energji międzyelektronowej, zdematerializować, o czem ani dziś, ani jutro marzyć nawet nie możemy.
Nie jest natomiast niestety, czczym wymysłem dziennikarskim ów ptak niesamowity, potworny, zabójczy, o którym czytałem onegdaj w pismach londyńskich. Nazywa się „torpeda powietrzna“, brzuch ma wyładowany szrapnelami i dynamitem, saperzy go nakręcają, puszczają w ruch... Poczem straszydło wzbija się w powietrze, szybuje... Nie wiezie ani pilota, ani obserwatora, ani wogóle człowieka żywego. Ma tylko anteny, odbiorniki, druty stalowe zamiast nerwów, i płynie tam, gdzie go fale elektryczne, wysłane z ziemi, z ukrycia, albo z dalekiego płatowca, kierują. Potem nagle, w danej chwili, na rozkaz radjowy, ciska piekielny swój bagaż na miasta, okręty, linje bojowe. Nie boi się strzałów, nie denerwuje go huk armat. Leci i zabija automatycznie, celnie, na zimno.
Ten albatros przeklęty nie istnieje jeszcze, bo go dotąd nie zbudowano. Ale telemechanika, sterowanie statkami wodnemi i powietrznemi na dystans, zapomocą fal z odległych stacyj nadawczych, leży całkowicie w granicach możliwości technicznych. Jeżeli nie zmądrzejemy prędko, nasza własna, cudowna broń, nasza technika, wyniszczy rodzaj ludzki, wytępi nas co do nogi.
Miejmy nadzieję, że straszliwy automat zajmie się pracą uczciwszą i pożyteczniejszą. Torpeda powietrzna będzie zabierała pocztę z Warszawy i — popychana tu i ówdzie we właściwym kierunku przez radjowe stacje na kontynencie i na oceanie — będzie wiozła lotem huraganu listy i towary do dalekich krajów, do Paryża, Londynu, do Nowego Jorku. Bez pilota, bez załogi, — widmo bez przysłowiowego „latającego Holendra“.
Trudno przypuścić, żebyśmy tak do końca świata najcudowniejsze wynalazki obracali na narzędzia mordercze. Głupota ludzka jest wprawdzie też krainą nieograniczonych możliwości, ale są przecież pewne znaki na niebie i ziemi...


(Plamy na słońcu. — Jak długo jeszcze? — Omyłka lorda Kelvina).

Słońce jest w nauce wieczyście aktualne. Wielki Galileusz, narażając się na straszną ślepotę, skierował pierwszą na tym świecie lunetę ku złotej tarczy promiennej, — dziś jeszcze, w chwili kiedy te słowa piszemy, ze wszystkich obserwatorjów na ziemi refraktory, spektrografy badają, lornetują zawzięcie, połyskując szkłami, kulę ognistą. Ludzie trzeźwi ruszają zapewne ramionami, myślą z pogardą o tych śmiesznych płanetnikach, którzy widocznie nie mają innych zmartwień i dlatego liczą sobie plamy na słońcu i fotografują po całych dniach protuberancje, słupy ogniste, języki płomienne. Naiwni! Gdyby wiedzieli wszystko, co wiedzieć trzeba, przekonaliby się, że najbłahszy biuletyn z życia gwiazdy dziennej jest dla nas stokroć ważniejszy od wszystkich uchwał w Genewie i wszystkich ceduł giełdowych na świecie.
Ludzie pierwotni, czciciele ognia, mieli może pewne cechy ujemne, ale pod jednym przynajmniej względem, byli mądrzejsi od współczesnego mieszczucha; wiedzieli albo przeczuwali, że słońce jest źródłem wszelkiej energji, wszelkiego życia na tym globie. Najskromniejszą zmianę na złotej, promiennej tarczy odczuwamy natychmiast na ziemi. Zbliżamy się właśnie znowu — po latach dziesięciu — do okresu maksymalnej działalności słonecznej, do t. zw. maximum plam na słońcu i przy tej okazji pani Gabrjela Flamrnarion, wdowa po znakomitym pisarzu i astronomie z Juvisy, przypomina w pięknym artykule niektóre obserwacje zmarłego uczonego.
Okazuje się, że nawet drzewka miejskie, kasztany na uroczej Avenue de l’Observatoire w Paryżu, są inteligentniejsze od nas, czynią bardzo trafne spostrzeżenia astronomiczne i wiedzą coś-niecoś o plamach słonecznych.
Nie będziemy tu wspominali zresztą o burzach magnetycznych, ani o wspaniałych zorzach północnych, bo są to sprawy — dla warszawiaków — trochę może zbyt odlegle i obce. Ale inne kwestje mają stanowczo pewien ścisły związek z naszem życiem, choćby dlatego, że od nich zależy byt ludzkości i przyszłość całego gatunku zoologicznego, do którego i my się zaliczamy.
Najciekawsza z nauk, fizyka, której oszałamiająco górne loty podziwiać można było w ostatnich lat dziesiątkach, dorzuciła — po licznych wyprawach zwycięskich w krainy nieznane — mnóstwo faktów zastanawiających do naszej wiedzy o świetle. Wiemy, że światło wywiera pewne ciśnienie i znakomity fizyk rosyjski, Lebiedjew, zmierzył na specjalnym siłomierzu w laboratorjum wielkość tego ciśnienia. Rozumiemy teraz, dlaczego komety wloką za sobą ogony wachlarzowate, pojmujemy, czemu to „rózga Boża“ tak właśnie wyglądać musi, jak wygląda. Fale słonecznego światła wpadają w tłum drobnych cząstek materjalnych, jak gromada policjantów podczas manifestacji, rozpędzają je, popychają i rozpraszają, wywierają na nie nacisk. Jeden z wybitniejszych uczonych w czasach nowszych, profesor Svante Arrhenius, wyprowadził stąd wniosek bardzo ciekawy: jeżeli tam gdzieś, w kosmosie, jakiś świat zagaśnie, albo jakiś glob się wykolei, to jeszcze nie dowód, żeby życie zupełnie zamrzeć miało. Fale świetlne wpadną między drobnoustroje, pchną je i przerzucą na inny świat, młodszy albo trwalszy. Poczem historja powszechna rozpocznie się ab ovo.
Ale i inne jeszcze własności optyczne nadają się do głębszych rozważań filozoficznych. Światło nietylko ciśnie i wykonywa pracę mechaniczną. Posiada również masę i — jak to wykazała teorja Einsteina — ciężar. Innemi słowy — energję świetlną możnaby sprzedawać na wagę, na kilogramy. Uczeni już dzisiaj mówią o tem, że słońce przysyła nam dziennie — 160 tonn światła. Ładniebyśmy wyglądali, gdyby za to trzeba było płacić podług cennika elektrowni miejskiej. Nasze zakłady liczą sobie — wyrażając fakty wciąż tym samym językiem — przeszło miljard złotych za jedno jedyne kilo energji świetlnej. Rockefeller z Morganem poszliby z torbami, gdyby słońce, chociaż przez minutę, paliło się na ich rachunek.
I tu powstaje kwestja, ze wszystkich bodaj najważniejsza. Kto utrzymuje słońce? z jakich to funduszów opłacane są te jego wydatki? Kto i co pokrywa straty w bilansie? na jak długo — przy tak rozrzutnej gospodarce — zasobów starczy? Zastanawiał się nad tą sprawą głęboko jeden z najtęższych umysłów w dziejach nauki, słynny William Thomson, lord Kelvin. Doszedł do wniosków bardzo pesymistycznych, twierdził, że słońce się kurczy, przepowiadał dość rychły koniec, groźne wyrównanie wszelkich temperatur, tragiczną „śmierć cieplną“. Zobaczymy, co o tem mówi fizyka dzisiejsza.
Na rozpalonych gwiazdach i na przygasłej ziemi wre od lat miljonów praca, któraby rozradowała serca średniowiecznych alchemików, gdyby o niej coś wiedzieli. Atomy wszystkich pierwiastków składają się z tych samych elektronów i — jeżeli komu bardzo na tem zależy — może sobie twierdzić śmiało, że złoto jest cudacznie przekształconym wodorem. Głośny dziś w świecie fizykochemik, kolega mój z Heidelberga i współobywatel nasz z Warszawy, profesor Kazimierz Fajans, bezsprzecznie przyszły laureat Nobla, dowiódł lat temu kilkanaście, że prozaiczny, ordynarny ołów powstaje w ciągu wieków z radu albo mezotoru, że istnieje z tego powodu w dwóch różnych odmianach i ma wyraźnie różne ciężary atomowe. Takie brewerje natura wyrabia samorzutnie i przy tych swoich epokowych pracach alchemicznych, przy tem przekształcaniu pierwiastków i przerzucaniu elektronów na „zgóry upatrzone stanowiska“ uwalnia energje, o których się nawet wielkiemu Kelvinowi nie śniło.
Słońce powstało z mgławicy, zawierającej prawdopodobnie lekki wodór, który dziś przetworzył się na hel, tlen, węgiel itd. Już ta częściowa zamiana sprawiła, że nasz życiodajny Febus mógł sobie promieniować, żyć na królewskiej stopie i trwonić energję przez 65 miljardów lat — tak przynajmniej wypada z wyliczeń. I wcale się nie kurczył z powodu tych ekscesów, tylko czerpał pełną dłonią z nieprzebranej energji miedzyelektronowej.
Na jak długo jeszcze tego starczy? Kiedy, mówiąc wyraźniej, słońce zagaśnie?
Daty nie podam z dwóch względów. Po pierwsze nie jestem płatny od wiersza, a po drugie — jakby się nasze urzędy a magistraty zwiedziały, że termin ostateczny załatwienia różnych spraw naglących znów się odwleka...
Tak czy owak — wielki lord Kelvin raz przynajmniej się omylił. Groźne widmo śmierci cieplnej — dzięki badaniom dzielnych uczonych dzisiejszych — rozwiewa się, znika na całe eony.
Możemy się śmiało zabrać do roboty i jeszcze to i owo wykonać. Mamy czas.


(O naszym chlebie powszednim czyli o bzdurstwie codziennem).

Zajmujemy się tu postępami w naukach ścisłych, przyrodniczych, piszemy krótkie depesze z wieczystego frontu, który wiedzę od niewiedzy oddziela, notujemy — w miarę sił i możności — jak się ta linja bojowa przesuwa... Sprawy „nadprzyrodzone“ nie obchodzą nas wcale, wszystkie mgliste... izmy...yzmy...azmy omijamy zdaleka starannie. Ale trafiliśmy w wycieczkach naszych na książkę bardzo ciekawą, postanowiliśmy raz jedyny przełamać zasadę i poświęcić jej słów kilka. Osiedliliśmy się bowiem w mieście, które powoli nawet pojęcie odczytu naukowego zdegradowało zupełnie i doprowadziło do absurdu, w mieście, gdzie prelekcja, wykład publiczny to jakiś dziki afisz, zadrukowany niezrozumiałemi wyrazami, i kubeł jeszcze dzikszych bredni, wylewanych z estrady na głowy łatwowiernych słuchaczy.
Najnowsza książka znanego badacza i dzielnego publicysty, p. Pawła Heuzé, pada, jak grom z jasnego nieba, w tłumy wydrwigroszów pospolitych. Nazywa się w oryginale „Fakirs, fumistes et C-ie“ i domyślić się chyba łatwo, jakie to sprawy porusza. Chodzi poprostu o te dziwy i cuda, o których różni dyletanci prawią nam duby smalone po kawiarniach, o te zjawy, objawy, manifestacje i rewelacje przeróżnych To-Ramów, Tuhaj-Bejów, jogów a fakirów. Już na okładce owego dziełka widzimy bardzo ładną fotografję p. Pawła Heuzé, którego twarz uśmiechnięta przedziurawiona jest dosłownie w różnych kierunkach damskiemi szpilkami od kapelusza. Autor twierdzi, że znana sztuczka estradowa nie świadczy wcale ani o nieznanych siłach magnetycznych, ani o tajemniczej potędze woli. Każdy — jeżeli mu na tem zależy — może sobie przetknąć taką szpilkę przez policzek i wcale go to nie będzie bolało więcej, niż najskromniejszy zastrzyk arszenikowy. Podaje na dowód protokóły lekarskie z doświadczeń, które sam wykonał — w obecności poważnych medyków. I inne jeszcze „fakiryzmy“ zagadkowe wytłumaczyć można w sposób dość naturalny. Pan Heuzé kładzie dłoń na gwoździu, obciąża ją — stostosując metodę ściśle naukową — różnemi gwichtami i oblicza na papierku, jaki to właściwie ciężar skóra ludzka wytrzymać może. Potem buduje sobie straszliwe Madejowe łoże — deskę najeżoną ćwiekami — i kładzie się na tym okropnym materacu, wesoły i uśmiechnięty. Wstaje — i nawet lekkiego zadraśnięcia nigdzie nie widać.
Jakto? A telepatja? A odgadywanie myśli? A przesyłanie woli na odległość?...
Nie będziemy tu w krótkiej notatce streszczali dość grubego tomu. Pan Heuzé poświęcił sporo czasu i pracy na zdemaskowanie sztukmistrzów i wesołych „kawalarzy“. Niektórzy — oddajmy im sprawiedliwość — zgłaszali się do niego sami.
— W roku 1902-im dawałem przedstawienia w Bordeaux — mówi jeden z nich. — Zwykłe odgadywanie myśli, telepatja, skromna blaga, proste bardzo „truki“, jasnowidzenie. Nie przypuszczałem, że tyle krzywdy ludziom przez to wyrządzę, że utworzy się specjalna, nowa sekta, że jakaś manja psychiczna szerzyć się pocznie, że powstaną tajemnicze związki zwariowanych kobiet... Tu jest, proszę pana, mój kajecik. — Kto się tych kilku reguł nauczy na pamięć, może zostać doskonałym telepatą, metapsychikiem, Newtonem wiedzy tajemnej...
Powinien w te pędy posadzić na estradzie medjum, zawiązać mu oczy, chodzić — utartym zwyczajem — po sali i nakazać tajemniczej osobie, by odgadywała i przenikała najdziwniejsze sekrety. Wystarczy lekkie napięcie woli i trochę tupetu.
— Powiedz mi, co trzymam w ręku? — Odpowiedź: zegarek. — Gdyby pytanie brzmiało cokolwiek inaczej, np. „czy możesz mi powiedzieć“, to byłby, oczywiście, nie zegarek, tylko portfel. Słowa: zastanów się i powiedz mi... oznaczają ołówek, a „wejdź w siebie i...“ — chustkę do nosa.
Cały, dość skomplikowany, klucz ułożono w ten sposób, tajemnicze medjum na estradzie, obkute jest, jak nieudolny student przed egzaminem i cytuje na zawołanie daty, nazwiska, numery, gra na na fortepianie melodje, odgaduje utwory muzyczne. Jakieś niezwykle mistyczne zastosowanie starej, poczciwej, szkolnej ściągaczki.
Przez długie lata modny był bardzo pewien zamach radykalny na tę biedną, nieszczęsną fizykę i na jej prawa ubogie. Po naiwnych gazetach i jeszcze naiwniejszych książkach przygodnych podróżników kursowała stale niesamowita opowieść o fakirze indyjskim, który wyrzuca linę wgórę, czeka aż ten gruby postronek stężeje, wypręży się, zawiśnie w błękitnem powietrzu — bez oparcia. — Poczem Hindus wciąga się po linie, jak po słupie, tam — w błękitach, — wykonywa jeszcze kilka drobniejszych cudów, aż wreszcie znika w przestworzu, bez śladu, jak mgiełka poranna.
Cud byłby istotnie oszałamiający, gdyby nie to, że odbywa się przeważnie o zmroku, w dymie kadzideł... że widzowie są nieco oślepieni blaskiem ognia. Znaleziono również pewien dość mocny drucik, łączący wierzchołki pobliskich drzew palmowych. Kadzidła, modły, wiedza tajemna miały też pewien skutek, ale lina wisiała, oczywiście, na tym właśnie solidnym, fizycznym drucie. A fakir miał płatnego pomocnika...
— Jak wy, Europejczycy, możecie wierzyć w blagi i głupstwa podobne? — mówił w wywiadzie Ram Mohun Chaterje, którego pan Heuzé dopadł gdzieś na Lazurowym brzegu. — Fakir indyjski to biedak, żebrak, który stara się zarobić kilka groszy, jak umie — kuglarstwem, żonglerstwem, sztuczkami. My, w Indjach, patrzymy na ich produkcje, jak wy na waszych prestydygitatorów jarmarcznych. Bawią nas. Ale żeby w tem były jakieś moce tajemne, psychiczne? Żeby rośliny pod zaklęciem kiełkowały i wyrastały z ziarna? Przecież to wyraźny idjotyzm!
Rzeczywiście, jak tu wytłumaczyć współczesnemu, wykształconemu Hindusowi, chociażby pochodził nawet z kasty braminów, nasz dziwny obłęd masowy, nasze seanse, spirytyzmy, okultyzmy? Pan Ram Mohun Etcetera ma teraz we własnym kraju, w Kalkucie, w stolicy Bengalu, świetny, wzorowy instytut naukowy, w którym sir J. C. Bose pracuje nad botaniką i fizjologją roślin, — ma napewno w kole najbliższych znajomych i rodaków dzielnych fizyków, chemików, matematyków... W Indjach wychodzą bardzo poważne czasopisma specjalne.
Wzamian zato chmara jogów, bejów, fakirów — rodem z najprzedniejszych kast bramińskich Czerniowic, Żółkwi, Milanówka i ulicy Przyokopowej — rzuciła się na miasta i miasteczka ogłupiałej Europy, bandy podróżników i odkrywców od Cooka przywożą z dalekiego Wschodu całe furgony dzikich bzdurstw, co chwila jakiś drągal obala wiedzę ścisłą, co chwila jakaś powieść, odczyt, artykuł każe nam się nurzać w okropnem „mare tenebrarum“... Jak tu ukryć przed mądrymi Hindusami dzisiejszymi ten nasz wstyd i tę naszą hańbę?


(O prorokach i wizjonerach, o różnych gatunkach Wernyhorów i o Atlantydzie).

Nie trzeba się śmiać z literatury dla młodzieży. W tych powiastkach jest nieraz więcej zdrowego sensu i poezji, niż w wierutnych bredniach, któremi my — ludzie dorośli — karmimy się po teatrach. Pamiętacie, jakeśmy to za lat dziecinnych pochłaniali powieści o kapitanie Nemo i jego żegludze podwodnej? Dziś — dzielni Amerykanie zbudowali taki właśnie statek z Juljusza Verne’a, podróżują po głębinach morskich, patrzą przez szybę na ryby cudaczne, drzewa koralowe, światy zatopione. Każdy — za drobną opłatą — może nabyć bilet i zostać na kilka tygodni kapitanem Nemo.
I ów niesamowity, tajemniczy „Podróżny z krainy Czasu“ już oddawna nie jest mitem i legendą. Żyje, wygląda bardzo sympatycznie, grywa w wolnych chwilach na skrzypcach, dostał trzy lata temu nagrodę Nobla. Nazywa się Albert Einstein. Krótko mówiąc — kochany, dziecinny Verne i wielki, mądry H. G. Wells byli lepszymi Wernyhorami od uszminkowanego czupiradła, które wywleczono z rupieciarni teatralnej i które tam jakieś wierszyki, trochę przedawnione, deklamuje przed rampą nielicznym słuchaczom. Trudno zostać prorokiem we własnym albo cudzym kraju, ale — ostatecznie — można. Trzeba mieć odrobinę fantazji i myśleć logicznie.
W jednem z popularnych czasopism naukowych skromny p. Jean Labadié opowiada o tem, jak świat będzie wyglądał w roku dwutysiącznym. Nie brzdąka przy tej okazji na lirze, nie przykleja sztucznej brody, nie rymuje. Językiem prostym i trzeźwym oznajmia, że w roku owym ludzkość napewno już będzie posiadała — lżejszy akumulator. Wyrzucimy na śmietnik ciężkie ołowiane płyty i grube szklane słoje, które dziś oglądamy w witrynach sklepów optycznych, zbudujemy natomiast inną jakąś mocną flaszkę lejdejską i nauczymy się ładować ją należycie i pompować w nią energję elektryczną. Sprawa wygląda — z pozoru — bardzo naiwnie i poczciwie, a jednak — taka skromna butelczyna mogłaby zmienić odrazu wygląd tego globu, przesunąć granice państw, przekształcić ustrój gospodarczy świata, wprowadzić mądrzejsze rządy, przeinaczyć warunki naszego bytowania na ziemi. Zdziałałaby stokroć więcej, niż wojny, konferencje, umowy, traktaty. Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej znikają brzydkie, dymiące kominy z naszych miast, znikają przestarzałe wehikuły, przykra woń benzyny, piece, pokryte sadzą. Gdzieś tam — w pobliżu kopalń węglowych albo szumiących wodospadów — powstają wielkie centrale i tu dopiero transformatory a przetwornice potężne ładują pracowicie życiodajną energję do lekkich naczyń przenośnych... Jak dziś rozwozimy bańki z mlekiem, tak kiedyś rozwozić będziemy „nabitą w butelki“ siłę elektryczną — będziemy przesyłali wagonami światło, ciepło, gotowe do natychmiastowego użytku kilowaty do naszych silnic i motorów. Każdy wózek będzie samochodem, o ile do niego wpakujemy przezornie dwa zwoje drutu i trzy w sklepiku nabyte flaszki. Do każdej obory, do każdej stodoły chłopskiej będziemy mogli wprowadzić maszyny nowoczesne, cepy, młynki automatyczne, mnożąc przez miljon wydajność pracy ludzkiej. Podróż? — wyzwoleni z tysiąca przypadkowych zdarzeń w dotychczasowych motorach gazospalinowych, zabieramy poprostu do samolotu 25 butelek, wzbijamy się na wysokość 15000 metrów i płyniemy w rozrzedzonem powietrzu z szybkością tysiąca kilometrów na godzinę. Śmigło aeroplanu pracuje osiem godzin bez przerwy i bez najmniejszych trudności, fruwanie i sztuka lotnicza staje się dziecinną igraszką. Latem tłumy turystów dla ochłody zwiedzają biegun Północny, albo na specjalnych helikopterach — podrywając się zlekka, jak stado wron spłoszonych — wędrują sobie, podskakując wesoło, na szczyt Everestu. Oczywiście, w tych warunkach wizy, paszporty, komory celne, głupstwa dyplomatyczne, krwawe targi o piędź ziemi granicznej, stracą ostatecznie wszelki sens.
Tyle sprawić może zwykła, ordynarna butla szklana i tak sobie wyobraża przyszłość trzeźwy, prozaiczny naukowiec. Co do mnie — wierzę, że ten człowiek nie jest fałszywym prorokiem, że ma zupełną rację, widzi dobrze, chociaż nie gada rymami.


∗             ∗

Trafne odgadywanie przeszłości jest często trudniejszym fachem od przepowiedni na jutro i pojutrze, od prognoz i proroctw. Wielu, bardzo płodnych, wizjonerów pracuje w tej branży i zwłaszcza Platon słynną swoją historją o Atlantydzie nawarzył takiego piwa, że jeszcze doniedawna poważni i zasłużeni w geologji mężowie mówili o zatopionym kontynencie, znajdowali na wyspach Azorskich jakieś rysunki dawnych Atlantów, jakieś muszle. Mniej więcej dziesięć tysięcy lat temu miał zginąć wielki ląd w falach oceanu. Wskutek strasznej katastrofy poszła na dno ludność, bardzo już kulturalnie zaawansowana, poszły na dno miasta, gmachy, pomniki cywilizacji wiekowej. Ta bajka spodobała się ogromnie powieściopisarzom i przygodnym prelegentom — Atlantydy nie odnaleźli, ale obdarzyli nas tuzinem utworów poetyckich, nadających się również do sfilmowania. Z prawdziwym żalem musimy tu zanotować, że geologja dzisiejsza wylewa kubeł zimnej wody na rozpalone do czerwoności czoła fantastów-amatorów. Przedewszystkiem — nie wierzy już w kataklizmy i katastrofy, nie wierzy w znikanie momentalne i powstawanie nowych lądów. Najgwałtowniejsze erupcje wulkaniczne wywołują tylko zmiany lokalne, drobne przesunięcia kontynentów w kierunku pionowym i Atlantyda — podług wyliczeń ostatnich — musiałyby znikać, osuwając się na dno przez dwieście tysięcy lat. Jej mieszkańcy — nawet najbardziej ospali — mieliby dość czasu, żeby zwrócić na to uwagę i przenieść się gdzieindziej, razem z narzędziami, malowidłami i innemi pomnikami kultury.
Uczeni współcześni godzą się natomiast skwapliwie na śmiałą, sensacyjną teorję profesora Wegenera, która wiele spraw tajemniczych wyjaśnia i całkiem nowe światło rzuca na różne zagadkowe wykopaliska i odkrycia archeologiczne. Wegener zwrócił uwagę na to, co nas wszystkich uderzało już w pierwszych klasach gimnazjalnych: oba przeciwległe brzegi oceanu Atlantyckiego wyglądają, jak gwałtownie rozdarty list miłosny — zygzakowi po jednej stronie odpowiada zupełnie ściśle zygzak po drugiej stronie. Bo też byliśmy — ongi, pięćdziesiąt miljonów lat temu — połączeni z Ameryką, skuci z nią węzłem nieomal dozgonnym. Ale ktoś rozdarł nieopatrznie tę nikłą kartę papieru, tę welinową, cieniutką litosferę, na której łazimy, jak mszyce jednodniowe. Po owem rozdarciu oni sobie odpłynęli powoli, oddzielili się od nas oceanem. Teraz nie chcą nas znać i nie pożyczają pieniędzy.
Historycznie — rzecz się miała może cokolwiek inaczej, ale geologicznie tak właśnie prawda wygląda.


(Zjazd w Düsseldorfie. — Największe oko na ziemi. — Ready at Pit River! — Zaczynamy, Bill!)

W pięknem mieście, w Düsseldorfie, który słynie między innemi i z tego, że się tam urodził największy liryk niemiecki, Heine, grzmią dziś fanfary, furkoczą chorągwie, wdzięczą się girlandy na domach, świecą napisy na łukach triumfalnychf rada miejska w pełnym komplecie paraduje od rana w długich tużurkach i odświeżonych cylindrach. Sprowadzono najlepszego skrzypka, Kreislera, i najlepszego pianistę, Emila Sauera... Co to się stało w mieścinie nadreńskiej?
Nic. Głupstwo. Kongres naukowy. 89-ty zkolei zjazd przyrodników i lekarzy. Kilka sprawozdań suchych, kilka odczytów o najnowszych wynikach wiedzy ścisłej. Co rok o tej porze odbywa się taka parada. I z tego powodu 8.000 osób wali wszystkiemi pociągami ze wszystkich krańców rozległego państwa, pisma wysyłają korespondentów specjalnych, telegraf w oblężeniu, żadna sala nie może pomieścić uczestników, trzeba rozstawiać głośniki po knajpach, restauracjach, kawiarniach, megafonami i telefonami rozrzucać po mieście słowa prelegentów. Dziś rozpoczyna obrady sekcja medyczna wielkim referatem o witaminach, jutro mówi Petersen (Frankfurt) o metalach, lekkich i ich zastosowaniu w technice, pojutrze Nocht (Hamburg) o terapji chemicznej i Escherich (Monachjum) o filokserze. Dlatego to ministrowie przyjeżdżają pociągami pośpiesznemi, pan burmistrz głosem drżącym ze wzruszenia wita Einsteina, gazety drukują łokciowe sprawozdania. Nie dziwmy się i nie uśmiechajmy ironicznie. Nasi sąsiedzi od strony zachodniej wiedzą dobrze, co robią. Na takim właśnie walnym zjeździe dorocznym, lat temu kilkadziesiąt, niejaki Roentgen demonstrował po raz pierwszy błogosławione promienie niewidzialne, matematyk Minkowski mówił o czwartym wymiarze, Svante Arrhenius o kosmosie i o fizyko-chemji. Tu niegdyś sformułowano głośno prawo o zachowaniu energji, stąd wyleciała w świat szeroki wieść o analizie spektralnej. Jeżeli teraz Fritz Kreisler z Emilem Sauerem, pan minister, pan nadburmistrz i dwaj panowie wiceministrowie fatygują się osobiście, to wpłacają właściwie drobną, znikomą sumkę na rachunek wieczystego długu wdzięczności...
My i tych drobnych zaliczek płacić nikomu nie chcemy. Pisma nasze są zawalone wyczerpującemi referatami z premjery w teatrze Mdziumbdzińskiej, nie mają miejsca na sprawy naukowe. Nikt się u nas nawet nie domyśla, że — w chwili, kiedy tam, w Düsseldorfie, o witaminach mówią — człowiek, który w nowej nauce o odżywianiu był pionierem, który to pojęcie stworzył i ten termin doskonały wymyślił, pracuje spokojnie w Warszawie, w instytucie biochemicznym. Nazywa się dr. Kazimierz Funk. Musimy to nazwisko dobrze sobie zapamiętać na wypadek, gdybyśmy się wybierali zagranicę. W kraju głośniejsza jest Mbdziumbdzińska, na szerokim świecie znają natomiast doktora Funka. Pracował w Instytucie Listera w Londynie i w laboratorjach Rockefellerowskich w Ameryce. Wydał w roku zeszłym po polsku piękną książkę p. t. „Witaminy. Historja ich odkrycia i znaczenie praktyczne“. Moglibyśmy właściwie zajrzeć do tej broszurki między jednym meczem footballowym a drugim.

*

Ludzie z tamtej strony wielkiej wody — Amerykanie — dla innych trochę względów, niż my, nie lubią długich przemówień, kongresów i zjazdów. Mają swój własny, amerykański sposób składania hołdu nauce. Kiedy czytam ich pisma popularne, kiedy przerzucam karty „Scientific American“ w oczach mi się mąci i w głowie mi szumi od cyfr. Przypominają mi się czasy, kiedyśmy w laboratorjach europejskich budowali aparaty ze starych blaszanych puszek i z pudełek, z zaśniedziałych drutów i biletów wizytowych. „Wziąłem wypukły guzik metalowy od munduru i zbudowałem z niego kondensator” — pisał stary Quincke, fizyk heidelberski, w pracy poważnej, ogłoszonej w „Annalach“.
Amerykanie takich żartów nie uznają. Mają największy teleskop świata na Mount Wilson, słynny reflektor Hookera, a już panowie Henry Norris Russell i Pease szkicują sobie inne nadludzkie oko, którego źrenica będzie miała 7 i pół metra w średnicy i które będzie ważyło tysiąc sześćset tonn. Przez zwykłą lunetę patrzymy — jak wiadomo — w ten sposób, że trzymamy ją w ręku i podnosimy na wysokość czoła. Ta potworna maszyna optyczna, wobec której człowiek jest niewielką muchą, będzie funkcjonowała, oczywiście, trochę inaczej. Widz będzie siedział w teleskopie, wewnątrz, i będzie jeździł razem z nim, kierując monstrualną źrenicę i potworną rurę ku gwiazdom. Jakie horyzonty i jakie nowe perspektywy otworzą się nagle, kiedy to wielkie, wybałuszone oko, większe znacznie od kawiarni Ziemiańskiej, podniesie ciężką powiekę — trudno przewidzieć już dzisiaj. Otrzymamy bezpośrednio fotografje księżyca, które będą miały 2 stopy średnicy, a nawet daleki Jowisz będzie na zdjęciu niewiele mniejszy od złotówki srebrnej. Czego się tam dowiemy o kanałach na Marsie i o mgławicach kosmicznych — przyszłość pokaże. Bo panowie Russell i Pease zastanawiają się już teraz tylko nad tem, gdzie ten teleskop postawić. Że ta kolubryna optyczna ma kosztować dwanaście miljonów dolarów — to ich nie martwi wcale. Pieniądze się znajdą, muszą się znaleźć. „Zbudujemy o jeden pancernik mniej i sprawa załatwiona“.

Ameryka. Największa źrenica świata. Amerykanie ustawiają teleskop Hookera na Mount Wilson.

Gdzie o zdobycie wiedzy, nowych faktów idzie, tam Ameryka się przed żadną sumą ani ofiarą nie cofa. Niedawno chodziło o to, żeby raz wreszcie stwierdzić spokojnie, na zimno, doświadczalnie, co się stanie na wielkich stacjach dynamomaszyn, w elektrowniach i centralach, kiedy jakaś katastrofa, krótkie spięcie się wydarzy, jakieś drzewo obalone uszkodzi naładowane linje transmisyjne. Gdzie szukać punktów najsłabszych i co przedewszystkiem zabezpieczać należy? Gromadka inżynierów udaje się na stację Vaca, inna zasiada z aparatami rejestracyjnemi na Pit River. Obie grupy łączą się specjalną linją telefoniczną, puszczają wielkie dynamo w ruch, wydobywają napięcie 220 tysięcy woltów. Potem kilka krótkich wyrazów komendy:
— Ready at Vaca!
— Ready at Pit River!
— Jazda, Bill! Zaczynamy! Let her go!
I tu nieprawdopodobne, jedyne chyba w dziejach elektrotechniki, krótkie spięcie wyrzuca słupy ognia na wysokość dziesięciu metrów, jakieś jasne zorze płoną nad izolatorami, iskry strzelają, prądy szaleją, setki tysięcy woltów i amperów biją w ziemię. Przez ten czas ampermetry rejestrują błędne fale, aparaty fotograficzne notują spokojnie straszliwe uszkodzenia. Rozpoczyna się nowy rozdział w tak zwanej „superpower-engineering“.
Niema, niestety, postępu bez ofiar.


(Walka na poligonie radjowym. — „Boczna“ antena. — Lotne słowa pana sekretarza. — MC 2).

Na karcie tytułowej jednego z zagranicznych tygodników ilustrowanych znajduję ciekawe zdjęcie z natury: wódz czerwonoskórych, jakiś współczesny Sępi Dziób czy Napięta Cięciwa, jedzie w pełnym rynsztunku bojowym, zupełnie jakby uciekł z Mayne Reida czy Coopera, do rodzimej Oklahomy. Pióra powiewają na wichrze, groźne oko wpatruje się w siną dal — Sępi Dziób wraca w pielesze domowe. Siedzi przy tej okazji okrakiem na... motocyklu. Takie to już czasy — koń znika, żelazne rumaki galopują po świecie.
Wyobrażam sobie, że kiedy Napięta Cięciwa zajedzie wreszcie do ojczystego wigwamu, w którym zresztą napewno ma doskonały radjoaparat z głośnikiem, jakiś duch pradziadów, duch starej Cięciwy, stanie u wezgłowia jego łoża i powie mu tonem grobowym: „Synu! To jest brak stylu! Uciekaj stąd. Jedź do Europy wschodniej, — pod Wilanowem, pod Spałą, pod Kaliszem znajdziesz jeszcze przecież haszcze leśne, drogi nieprzebyte, ostępy, mateczniki. Będziesz się ścigał z tubylcami na koniu. Nie chcę, żeby mój prawnuk jeździł na motocyklu. Veto! Nie pozwalam! Nie wypada“.
Na dobrą sprawę stara Napięta Cięciwa znalazłaby jeszcze więcej powodów do irytacji. Gdyby ów duch z Pól Łowów Wieczystych zeszedł dziś nagle na Mohawk Valley (nad Hudsonem) dostrzegłby tam, gdzie dawniej słupami dymu dawały sobie znaki i sygnały plemiona indyjskie, liczne żelazne, wiotkie, smukłe wieżyce i drągi z miedzianemi drutami. Jest to tak zwany poligon radjowy Generalnego Tow. Elektrycznego w Schenectady (New York). Na przestrzeni 50 akrów leży siedem stacyj nadawczych, — 7 anten głównych i kilka „bocznych“ (doświadczalnych) strzela ku niebu, tryska niewidzialnemi falami elektrycznemi.
Nam, w Europie, wydaje się, że kiedyśmy kupili odbiornik, przekręcili guzik i słyszymy jazzband z Berlina, to już przez to samo zgłębiliśmy wszystkie tajniki radjotechniki. Wiemy wszystko i możemy znów z miną zblazowaną mówić w kawiarni o nowym wynalazku. Na poligonie amerykańskim sprawa wygląda cokolwiek inaczej. Wre walka zaciekła na śmierć i życie — mała antena zmaga się z wielką anteną, krótka fala rzuciła wyzwanie długiej.
Laik, któryby tam sobie po Mohawk Valley spacerował, między stacjami WGY, WCAD i 2AH, doszedłby napewno do wniosku, że najwyższa wieża zasługuje na największy szacunek i że ma najwięcej do powiedzenia. Możeby nawet nie zwrócił uwagi na niewielki stosunkowo, miedziany drut, z zawieszonym gdzieś pośrodku ampermetrem, który właśnie młody inżynierek ogląda uważnie przez lunetę. Ten skromny, niepozorny drucik wysyła fale 30-metrowe i razu pewnego rzucił w przestrzeń pozdrowienie sekretarza w dep. rolnictwa, p. Jardine’a, dla wystawców-rolników w Południowej Afryce. Jakiś radjoamator w Johannesburgu (14 tysięcy kilometrów od Schenectady!) usłyszał wyraźnie słowa p. sekretarza i roztelegrafował je natychmiast, komu należy. Ale nie na tem koniec. W kilka tygodni później nadchodzi pocztą wiadomość z Australji, od innego znów amatora w Wiktorji, że, mniej więcej trzy godziny po wschodzie słońca, jego głośnik powtórzył mu wyraźnie i dobitnie pozdrowienie p. Jardine’a, przeznaczone dla farmerów południowo-afrykańskich. „Jeżeli wasze fale szły ku mnie od strony wschodniej globu ziemskiego, to przebiegły 14 tysięcy mil (21 tys. kilometrów), jeżeli od zachodniej — 11 tysięcy“.
„Wcale nie mamy tej pewności, że fale nasze dotarły do Australji drogą wschodnią albo zachodnią — mówi p. Harry Sadenvater, inżynier naczelny na stacji WGY, KOA i KGO, — mogły tam równie dobrze dolecieć via biegun północny...“
Takie to rzeczy dzieją się na Mohawk Valley, nad Hudsonem, gdzie nie tak znowu dawno jeszcze Indjanie dymem ognisk i biciem w pnie wydrążone dawali sobie znaki. Wielka bitwa, o której tu mówimy, jest zresztą zaledwie drobnym epizodem z jeszcze większej wojny. Chodzi poprostu o zupełne pognębienie kabla podmorskiego, o to, żebyśmy z naszego skromnego mieszkania powiedzieć mogli do cichej panienki na stacji w Warszawie: „proszę mnie połączyć z p. Jardinem, sekretarzem stanu w Nowym Jorku. Chcę mu kilka miłych słów przesłać telefonicznie. Chcę z nim pogadać...“
Są już próby w tym kierunku, rzecz się rozwija bardzo pomyślnie i niedawno Londyn rozmawiał w ten właśnie sposób z Nowym Jorkiem. Trochę jednak zdystansowaliśmy płonące gałęzie, dym ognisk, pnie wydrążone i inne figle bohaterów Coopera.

*

I na jednym jeszcze froncie rozpoczęła się wielka ofensywa. Smutna katastrofa samolotu kapitana Foncka przypomniała ludziom głośny raid statku powietrznego, przypomniała im ten wielki dzień, kiedy to naładowany dziennikarzami, inżynierami, telegrafistami, operatorami filmowymi sterowiec „ZR III — Los Angeles“ wzbił się w powietrze we Friedrichshafen i, przepłynąwszy nad Atlantykiem spokojnie, niewzruszenie, pewnie, zjawił się — ściśle podług rozkładu jazdy, o oznaczonej godzinie — nad drapaczami nieba w Nowym Jorku. Witały go wtedy entuzjastycznie salwy ze wszystkich okrętów, syreny wszystkich fabryk. Ale po katastrofie statku powietrznego „Shenandoah“ zapomniano trochę o zeppelinach.
Dziś dawny antagonizm odżył na nowo, sterowiec znów się udaje na „udeptane niebo“, podejmuje walkę z aeroplanem. Panowie Ralph H. Upson i Carl B. Fritsche budują balon, który tem się od innych różni, że nawet powłokę ma z metalu. Technika nowoczesna nie lubi wogóle robót krawieckich i na wszelkiego rodzaju impregnowane płótna, dęte baloniki, zszywane prześcieradła patrzyła oddawna krzywem okiem.
Po kilku próbach laboratoryjnych, po dniach mozolnych wyliczeń i doświadczeń panowie Upson, Fritsche i Hill zakasali rękawy i wzięli się do pracy.
Lada dzień nad drapaczami nieba w Nowym Jorku zabłyśnie w promieniach słońca nowy potwór z Apokalipsy — lśniąca, metalowa, fruwająca ryba. 200 tysięcy stóp sześciennych, tanki napełnione benzyną, najsprawniejsze motory, dziewięć cylindrów, przedziały pullmanowskie dla pasażerów.
Dla tego okazu zoologicznego lot nad Atlantykiem będzie igraszką, wichry go nie podrą, huragany nie zmogą. Świecąc dumnie metalową łuską — przyleci do nas M. C. 2 (metal-clad) z nad Hudsonu... Przypuszczam, że w owym dniu nawet najbardziej znudzone syreny warszawskie wylegną na Plac Saski i ryczeć będą głośniej od syren okrętowych.
Zaczniemy nową erę w historji.


(Elektron. — Rewelacje. — Pierwsza potyczka. — Szturm na całej linji. — Atom podpisuje kapitulację).

Nie jestem taki na ziemi samotny, jakby się zdawało, nie ja jeden piszę w piśmie codziennem o sprawach wieczystych. Mam oddawna kolegów bardzo dostojnych i w paryskich Matin’ach, Quotidien’ach, a nawet „Wiadomościach literackich“ powstały barwne kroniki naukowe. Któregoś też dnia „Tageblatt“ berliński na czele kolumny, poświęconej zazwyczaj ciekawszym sprawom kryminalnym tudzież giełdowym, kradzieżom brylantów, fałszerstwom wekslowym i machinacjom dyplomatycznym, wydrukował nagle najgrubszemi czcionkami:
Świat = wodór + elektrony!
Pod tym wyrokiem lakonicznym, odbitym w setkach tysięcy egzemplarzy, podpisał się niebyle kto: profesor, doktór honoris causa, Maks von Laue, laureat Nobla i dyrektor Instytutu fizyki teoretycznej w Berlinie. Profesora Lauego pamiętam doskonale, pracowaliśmy przed wojną przy tym samym warsztacie naukowym, w Frankfurcie nad Menem, kolegowaliśmy wówczas z sobą — mniej więcej w ten sam sposób, jak „koleguje“ zwykły feldfebel z Napoleonem. Spotkaliśmy się dziś znów przy pracy dziennikarskiej i muszę tu słynnemu teoretykowi oddać pewną drobną przysługę. Chodzi o to, że jego sentencja lakoniczna przedarła się okólnemi drogami do Warszawy i wywołała popłoch w „Ziemiańskiej“. Jeden z moich znajomych, kupiec, obawia się, że to odkrycie wpłynie fatalnie na bieg interesów, dziwi się, że takie rzeczy ogłaszają w gazetach, a nawet ma zamiar rozwieść się z żoną. „Kiedy mi swatano Amelcię — mówi — rodzice narzeczonej ukryli widocznie przede mną ten fakt. Nie wiedziałem, że ta kobieta to poprostu — wodór + elektrony. Teraz mi się dopiero oczy otworzyły i zaczynam wreszcie niektóre sprawki rozumieć“.
Chciałbym uspokoić strwożonego kupca, chciałbym dopisać jakiś komentarz do słów profesora Lauego, wylać trochę oliwy na wzburzone fale. Obawiam się tylko, że to zadanie przekracza moje siły... Traktat wersalski składa się — jak wiadomo — z tomów grubaśnych, drukowanych petitem. Jak tu streścić w krótkim feljetonie rezultaty wielkiej wojny wszechświatowej, która wrzała we wszystkich krajach cywilizowanych przez lat kilkadziesiąt, jak zamknąć w pobieżnym, dorywczym artykule głośne czyny orężne, historje bitew i punkty rozejmu, stokroć ważniejsze od wszystkich paragrafów dyplomatycznych! Spróbujmy.
Kto tę wojnę zaczął? — niewiadomo. Jedni mówią że fizyk angielski, Crookes, inni znów zwalają winę na Niemców, H. Hertza i mego nauczyciela, Filipa Lenarda, który po raz pierwszy wyprowadził elektrony „na powietrze“. Wziął zwykłą, znaną już oddawna, rurkę próżniową ze szkła, pracą benedyktyńską wyrobił w niej okienko, przykryte cienką folją aluminjową, puścił prąd elektryczny i — razu pewnego — powietrze w pobliżu tego okna lśnić poczęło nagle bladem światłem niebieskawem. To elektrony, wydobyte najaw, waliły w cząstki gazowe, pobudzając je do świecenia. Tak niepozornie i skromnie wyglądał pierwszy rozgłośny czyn wielkiej wojny.
Elektrony poddano ścisłej rewizji i skrupulatnym badaniom — okazało się, że mają masę 2000 razy miejszą od najlżejszego atomu, jaki znamy, od atomu wodoru! Cóż to znaczy? atomy nie są już najmniejszemi cząstkami materji? nie są temi cegiełkami, z których świat zbudowano? Kryją się w nich jakieś roje podejrzanych indywiduów? Ów „najmniejszy“, przysłowiowy atom jest całym światem, o którym nie mieliśmy dotąd pojęcia?
Nikt nie rzucał gromkich haseł, nikt nie agitował po gazetach, nie zagrzewał do boju. Mimo to wszystkie kraje kulturalne tego globu ogłosiły powszechną mobilizację. Cichy alarm! Ze wszystkich placówek, ze wszystkich dziedzin naukowych, ze wszystkich laboratoriów świata ruszyły awangardy. Anglików prowadzili na szańce J. J. Thomson i Ernest Rutherford. Z małej Holandji pośpieszyli na pomoc największy matematyk współczesny, H. A. Lorentz, i świetny fizyk, Piotr Zeeman. Ameryka stanęła do apelu pod wodzą Millikana, z Francji zameldowali się małżonkowie Curie, Perrin, Langevin. Legjony niemieckie wiódł do szturmu Lenard, Laue, Roentgen, Einstein. Nawet maleńka Danja — dzięki czynom genjalnego Nielsa Bohra — okryła się sławą wiekopomną. Któżby tu wymienić zdołał wszystkie nazwiska głośne, potyczki bohaterskie i gromkie zwycięstwa. Przejdźmy do suchych faktów.
Tajemnicze elektrony znajdowano wszędzie. To ich wibracje wywołują najpiękniejsze zjawisko na ziemi i niebie — światło, to ich ruchy wytwarzają te prądy elektryczne, które oświetlają twój dom, popychają twój tramwaj, zmuszają do gadania twój telefon, wielce szanowny czytelniku. Elektrony grają rolę dominującą w twojem trawieniu i elektrony tworzą zorzę północną. Z elektronów składa się ukochana twoja Amelcia, jej papa i te pieniądze, które posiada w banku — tak, jak z elektronów powstał każdy pyłek kwiatowy, wieża Eiffla i gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy, bo te niewidzialne ładunki elektryczne są ostatecznemi cegiełkami pierwotnemi i z nich sklecony jest atom materjalny.
Dobrze, ale skąd wodór? Co ma wodór co rzeczy? — Tu docieramy — nietylko pod przenośnią, ale dosłownie — do „jądra“ kwestji. Atomy elektryczności, czyli elektrony, są naładowane ujemnie, odpychają się nawzajem i rozleciałyby się dawno w nieskończoność, gdyby ich nie trzymało na uwięzi coś, czego dotąd nigdy nie obserwowano oddzielnie — jakieś przyciągające słońce wewnętrzne, jakaś moc tajemna — krótko mówiąc, proton, czyli atom elektryczności pozytywnej. Jeden jedyny taki atom dodatni posiada wodór, dwa tworzą jądro helu... Gdybyśmy mogli trafić w sedno i rozwalić mocnem uderzeniem jądro atomu złota, na które się składa 118 elektronów i 197 protonów, otrzymalibyśmy w rezultacie jakieś sto cząstek wodoru, złoto ulotniłoby się dosłownie, zamieniło na gaz lekki. Na szczęście, czy też niestety, ani chemja, ani nawet fizyka rozbić takiego jądra nie umie, bo wszystkie nasze narzędzia i sposoby — wobec sił międzyelektronowych — są mniej więcej tem, czem przysłowiowa motyka, godząca w rozżarzone słońce.
Wiem, że to, co mówię, wygląda nieco mglisto, fantastycznie i nieprawdopodobnie, ale nie mogę tu przytaczać przecież dokumentów i zeznań świadków naocznych. Atom poddał się oddawna Rutherfordowi, Bohrowi, Lauemu, Braggom, nie wytrzymał ataku koncentrycznego najgenialniejszych ludzi współczesnego świata. Linjami spektralnemi wypisał historję swoją na fotografjach rentgenowskich, wyznał wszystko, jak na spowiedzi. Dziś liczymy niewidzialne elektrony i jeszcze bardziej niewidzialne protony z tą samą pewnością, z jaką liczymy guziki przy własnej kamizelce.
To i owo jeszcze nie jest jasne. Ale któż powiada, że chwilowy rozejm zakończył odwieczną walkę? Podrasta nowe pokolenie uczonych, za chwilę zluzuje weteranów, którzy już tymczasem wszyscy zdobyli złote szlify i figurują na liście laureatów Nobla.
Atak koncentryczny rozpocznie się na nowo.


(Wynalazca i artysta. — Dziecinne, mądre pytania. — Dobroczynne ręce. — Łagodne szkło. — Poczciwe echo, jako sonda. — Wieszczka lalek. — Poeta, Taylor).

Nie możemy tu, niestety, ciągle krążyć po górnych szlakach i podglądać sztab główny, pionierów wiedzy nowoczesnej. Musimy też czasem zniżyć lot i popatrzeć, jak się tam pospolite ruszenie trudzi „na tyłach wielkiej armji“, na placówkach oddawna zdobytych.
Twórczość zwykłego wynalazcy ma bardzo wiele wspólnego z twórczością literacką, poetycką, malarską i wogóle — artystyczną. Wynalazca, zupełnie tak, jak poeta, musi „po raz pierwszy“, na nowo, spojrzeć na rzeczy znane, banalne, powszednie, musi je ogarnąć okiem zdumionem, okiem dziecka. Od iluż to lat syreny okrętowe ryczą podczas mgły u wjazdu do portów, od iluż to lat kapitanowie statków trąbią, dzwonią, wysyłają sygnały ostrzegawcze, zatrzymują maszyny, od iluż to lat ordynarny tuman pary wodnej hamuje nawigację, sprawia, że nawet najpiękniejsze twory naszej techniki, największe śrubowce, szwendają się jak pijane i ślepe, u samego celu podróży? Nagle, któregoś dnia, pewien skromny inżynierek ogarnia całą sprawę spojrzeniem przerażonem... Nonsens! Mgła nas ma pobić? nas, którzyśmy stworzyli telemechanikę, prowadzimy i puszczamy w ruch maszyny z odległości setek kilometrów?! Zbudujemy poprostu „niewidzialną szynę”. Zanurzymy w morzu kabel, puścimy przezeń mocny prąd elektryczny, umieścimy na statku odpowiednie busole, które na ten prąd reagować muszą i — okręt będzie wjeżdżał do portu z tą samą matematyczną pewnością, z jaką lokomotywa pociągu wjeżdża na stację kolejową. Będzie sunął po kablu elektrycznym — nie dotykając go zresztą — jak po gładkim torze, a jeżeli coś tam się zdarzy na linji, to i o tem go zawiadomimy: stać! wjazdu niema! czekać aż zwrotnicę nastawią! — Co tu najgęstsza mgła poradzi?
I już próby są rozpoczęte, dają wyniki pomyślne — lada dzień wszystkie porty morskie i lotnicze wysuną podczas burzy wdał owe niewidzialne szyny, jak dobroczynne ręce opiekuńcze, które ściągać będą zbłąkanych podróżników, prowadzić przerażone dzieci pod dach ojcowski.
Dla krążących tam, w górze, balonów i przeróżnego kalibru aparatów lotniczych ważniejsza nieraz od innych wskazań jest w czasie burzy i niepogody wiadomość, gdzie jestem? na jakiej wysokości? ile kilometrów mam pod sobą? Sondowaliśmy dotąd powietrze dość zawodnemi barometrami, barografami... Pomiary były niepewne, nieścisłe, niebezpośrednie. — Dlaczego właściwie chodzimy drogą okólną, przez Rzym na karczmy babińskie? — rzekł sobie fizyk niemiecki, p. Aleksander Behn, — a echo? poczciwe, stare, powszechnie znane echo? — Umieszcza po jednej stronie sterowca aparacik akustyczny, po drugiej — pewne dowcipnie skonstruowane, ucho, czeka aż dźwięk, odbity od ziemi, wróci, oblicza... Komendant zeppelina „LZ 126“, po dokonaniu prób z aparatem Behna, składa raport tak entuzjastyczny, że odtąd — na wniosek Aero-Klubu niemieckiego — każdy samolot, każdy statek powietrzny w Niemczech musi posiadać w swym rynsztunku „echolot“ Behna. Nie wolno mu bez tego przyrządu wyruszać na niebo.
My, ludzie dojrzali, rozumni i zblazowani, wiemy, że szkło jest kruche, piszemy o tem wierszem i prozą, ostrzegamy — po wielu gorzkich doświadczeniach — nasze małe Niusie i swawolnych Jerzyków przed tą masą przezroczystą, użyteczną, ale jednocześnie kapryśną, podstępną, histeryczną. — Dlaczego to szkło pęka, pryska, rani i kaleczy ludzi? — pytają, ni przypiął, ni przyłatał, zupełnie, jak naiwne, małe dzieci, panowie Kurt Ripper i doktór Fritz Pollak, dwaj znani chemicy wiedeńscy. I, patrzcie państwo, zabrali się do roboty, wynaleźli jakąś masę organiczną, plastyczną, elastyczną, masę, którą można bezpiecznie rzeźbić, polerować, ciąć, farbować, piłować, giąć, łamać. Nazywa się ta substancja „pollopas“, jest zupełnie przezroczysta, przepuszcza nawet promienie ultrafioletowe i biedni suchotnicy nie będą już marzli na werandach w Zakopanem. Mogą sobie równie dobrze werandować zimą w pokoju ogrzanym, bo szyba z pollopazu przepuszcza dobroczynne, krótkie fale świetlne.
Otrzaskaliśmy się oddawna z widokiem gramofonu, nudzi nas ta maszyna i wcale nie mamy ochoty na zadawanie jakichś pytań niewczesnych w rodzaju: czemu to igła hałaśliwego przyrządu ślizga się wiecznie po ciężkiej, czarnej, niezgrabnej, łamliwej płycie? Ale państwo Faucon-Johnson nietylko takie śmieszne pytania zadają, ale jeszcze znajdują na nie właściwą odpowiedź. Notujemy dźwięki na niezdarnych płytach, bo — wcale nie jesteśmy tacy mądrzy, jakby się zdawało. Wystarcza tu zupełnie zwykła błona fotograficzna, lekki film. Kilka lat pracy, trochę cierpliwości i inwencji i — twardy dysk fonografu zamienia się nagle na taśmę elastyczną, którą można zwinąć w rolkę, umieścić, gdzie kto chce, w kieszeni od kamizelki albo w małej zabawce dziecinnej. Już jutro zwykła lalka porcelanowa, zamiast kilku piskliwych, niezrozumiałych tonów, zamiast skrzeczących pa-pa, ma-ma, będzie wygłaszała odczyty, będzie rozprawiała głośno, jak docent uniwersytetu, będzie dawała rady, uczyła po francusku, śpiewała pieśni ludowe. Z czasem i dorośli coś na tem zyskają: panna Johnson ma zamiar swój wynalazek zastosować do obrazów filmowych. Usłyszymy nareszcie, jak mówi Douglas, Charlie Chaplin i ten przemiły, poważny, stateczny Buster Keaton.
Na dobrą sprawę słynny Taylor, twórca groźnego „systemu Tylora“, jest też poetą. Zdziwiłby się bardzo, gdyby mu to kto powiedział — bo co wspólnego, u licha, ma organizacja pracy z poezją? — a jednak... Wśród miljona zatroskanych, biegających, obłąkanych, zaharowanych, nieprzytomnych przechodniów, ten jeden znalazł chwilę czasu i przyjrzał się uważnie „po raz pierwszy“ pracy człowieka. Doszedł do wniosku, że z dwudziestu kilku gestów mularza, który dziś tak samo, jak przed wiekami, bierze cegłę, polewa ją wapnem, układa na murku i klepie kielnią — z dwudziestu dwóch gestów, powiadam, czternaście niema zupełnie sensu. Pracę mularza można uprościć, sprowadzić do siedmiu rękoczynów. Będzie się trzy razy mniej męczył i wykona robotę z łatwością trzy razy prędzej, jeżeli zachowa tylko ruchy celowe, niechybne, matematycznie niezbędne.
Ale nie mówmy o tayloryzmie w Warszawie. Jest to system trochę okrutny, twardy i — co najgorsza — zwiększa wydajność pracy. Nie można go więc zastosować ani u Lourse’a, ani w magistracie, ani w Teatrze Narodowym.


(Doktór wszech nauk filmowych. — Artysta, belfer, szewc. — Poemat o zatopionej łodzi).

Musi ktoś raz wreszcie napisać historję snobizmu europejskiego i wyjaśnić nam, kiedyśmy się właściwie dostali pod panowanie estetów, pięknoduchów, pasorzytów, krytyków, mąciwodów, którzy nam duby smalone o sztuce i hierachji prawią. Boski Leonardo da Vinci był przecie inżynierem, fizykiem, matematykiem i pracował z równym zapałem nad „Giocondą“ i nad kanałem burzowym, wiedział, że wszelka twórczość ludzka wyrasta z tego samego pnia, i z tą samą radością i entuzjazmem szkicował sobie aparaty lotnicze, słynną obrabiarkę eliptyczną, jak i „Wieczerzę Pańską“. Wielki Albrecht Dürer uważał się za zwykłego, uczciwego rzemieślnika — w bibljotece heidelberskiej czytałem jego listy: „Jakto? — pisze ów malarz jedyny — mój obraz się Wielce Szanownemu Panu nie podoba? A toć ja użyłem najlepszej akwamaryny, po dziesięć talarów za funt! A ile dzieci u góry, w obłoczkach, najstaranniej pędzlem odrobiłem!“
Tak to było dawniej, ongi. Ale później naszły nas jakieś dzikie, zacietrzewione belfry, pomieszały nam języki i pojęcia, wytworzyły zamęt i rozgardiasz. Każą dzieciom małoletnim w szkole wypisywać nieszczere brednie na temat „Gustaw a Werter“, deprawują młodzież, kształcą zastępy snobów. Wszystko się pokiełbasiło. Mamy pogardę dla cichej pracy ludzkiej, dla inwencji obnosimy się z głupkowatem zdziebełkiem — z durnym wierszykiem lirycznym, — a belki nie dostrzegamy. Ile to lat kino musiało czekać na uznanie, na jakie takie prawa obywatelskie. Minęło prawie pół wieku od chwili, kiedy tę maszynkę cudowną wynaleziono, — teraz dopiero zjazd kinematograficzny w Paryżu uchwalił jednomyślnie wniosek studentów skandynawskich, który serce moje radością i otuchą napełnia. Powstają wydziały filmowe na wszechnicach, uniwersytety będą rozdawały dyplomy i lada dzień pierwszy doktór rerum „kinematograficarum“ czy „filmarum“ opuści mury czcigodne. Na spleśniałych gruzach przesądów, zabobonów, fałszywych pojęć — dwie nierozdzielne siostrzyce, Technika i Sztuka, znów podadzą sobie ręce.
Trzydzieści lat temu wiedza ścisła — fizyka, fotochemja, elektrotechnika — pokazała ludziom, że stać ją też na czyny artystyczne. Stworzyła przyrząd, który chwyta ruch, życie, stworzyła obraz żywy, zmienny, fascynujący. Pokonaliśmy my, fizycy, w pracy uporczywej wszystkie nieprzezwyciężone trudności, podarowaliśmy aktorom reżyserom, architektom, malarzom, literatom, muzykom nowy teren, nowy majdan, roztoczyliśmy przed nimi kraj nieograniczonych możliwości. Gromadka dzielnych artystów — Griffith, Charlie Chaplin, Abel Gance — odczuła, co się święci, przybiegła natychmiast z pomocą. Powstało dzieło wielkie — sztuka prawdziwie nowoczesna. Ale banda rutynistów, filozofów, estetów, snobów kawiarnianych wciąż kręciła nosem i rzucała pionierom kamienie pod nogi. Dziś nareszcie zwyciężyliśmy! Na całej linji! Lada dzień niejaki Liński założy seminarjum obok prof. Kleinera, lada dzień dzieci nasze, zamiast nudnych i nieszczerych wypocin literackich, napiszą ćwiczenie na temat „co mi się najbardziej podoba w Buster Keatonie“, albo „o wpływie Mary Pickford na Liljanę Gish“...

*

Mówię to zresztą poważnie i z głębokiem przekonaniem: potomni dorobią sobie napewno kilkanaście muz do klasycznych, arystokratycznych dziewięciu, wszelkie gradacje nie mają za grosz sensu, dobry szewc jest artystą i kiepski artysta szewcem. Czytam właśnie w jednem z czasopism naukowych skromną, suchą relację komandora Ellsberga (Construction Corps U. S. N.) pod tytułem „Jak ratowaliśmy S. 51“ i myślę, że tu jakiś dużej miary poeta, — czynami nie słowem — wspaniałą nowelę napisał.
Mija rok, dnia 25 października 1925 r., o godzinie 10-ej wieczorem, okręt „City of Rome“ najechał na pełnem morzu na łódź podwodną, należącą do marynarki amerykańskiej — S. 51. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności drzwi wszystkich komór, na które każdy statek współczesny jest — dla bezpieczeństwa — podzielony, były akurat naoścież otwarte, woda wdarła się natychmiast przez fatalną wyrwę, wyoraną w pancerzu małej łodzi, wypełniła odrazu kadłub i „S. 51“ w ciągu jednej minuty zanurzył się i poszedł na dno.
Wysłano statki ratownicze na pomoc. Krążyły bezradne przez pięć dni i nic wskórać nie mogły. „Załogę znaleźliśmy znacznie później — opowiada Ellsberg, — śmierć ich dosięgła na stanowiskach, przy wentylach, przy kołach pomp i aparatów“. Zaledwie dwóch ludzi, cudem jakimś, zdołało się ocalić, reszta — dwudziestu sześciu — została w żelaznej trumnie na głębokości 50 metrów pod powierzchnią, gdzieś tam w okolicy Point of Judith. Statki ratownicze wróciły do portu i dały za wygraną.
Ale nie dali za wygraną inżynierowie marynarki amerykańskiej, admirał Plunkett, kapitan E. J. King i zwłaszcza komandor E. Ellsberg. Postanowili sobie, że zatopioną łódź podwodną i ciała zmarłych kolegów wydobędą z głębin oceanu. Podług rysunków Ellsberga skonstruowano specjalny palnik, zasilany tlenem, palnik, który tnie, jak masło, calowe blachy żelazne — nawet pod wodą! W pismach francuskich znajdujemy szereg sprytnych zdjęć, wykonanych prawdopodobnie przez okna kiesonów, — płomienie buchają, stal pryska i to wszystko na dnie morza! Z temi to palnikami, z olbrzymiemi stalowemi pontonami, z pompami do wtłaczania powietrza, z 24 nurkami, którzy się przez długie miesiące do tych robót specjalnie trenowali, wyruszyła wreszcie na pełne morze eskadra: U. S. S. „Falcon“, U. S. S. „Vestal” i dwa statki-dźwigi „Sagamore“ i „Iuka“.
O pracach dzielnej załogi, o jej zwątpieniach i radościach pisać tu nie mogę, bo brak mi, niestety, miejsca. „It was a difficult job“ — mówi Ellsberg. Trzeba było krajać stalowy kadłub zatopionej łodzi, wpompowywać powietrze zatrzaskiwać drzwi pod wodą, podkopywać się na dnie pod żelazne cielsko, podsuwać łańcuchy, zaczepiać je o pływające pontony. To nie bagatela — dźwignąć tysiąc dwieście tonn. Ile to razy burza rozmiatała statki ratownicze, liny stalowe pękały, pontony i kiesony szły na dno...
Dnia 5 czerwca 1926 r. — po licznych pracach przygotowawczych — puszczono raptem wszystkie pompy w ruch, napełniono powietrzem stalowe kamery. „S. 51“ wypłynął na powierzchnię oceanu i dziwna procesja ruszyła w stronę Nowego Jorku. Przodem dwa dźwigi-holowniki, Iuka i Sagamore, za nimi trup łodzi podwodnej „S. 51“, a dalej ów czujny „Sokół“.
Jest to pierwszy czyn tego rodzaju w dziejach nawigacji, nowy etap w dziejach inżynierji morskiej.


(Burzliwa rzeka zdarzeń. — Piękna książka, promienie Millikana, Londyn — Melburn, ciężar ziemi... — Epoki lodowe, klimat tropikalny w Warszawie czyli autoreklama).

Kiedyśmy się tu „zgodzili na telegrafistę“, kiedyśmy — mówiąc mniej obrazowo — zaczęli nadawać przez boczną antenę krótkie sprawozdania z ruchu naukowego, znajomi nasi, koledzy i przyjaciele uśmiechali się sceptycznie pod przystrzyżonym wąsem:
— Zabraknie panu tematu. Wyprztyka pan się po dziesięciu feljetonach...
Obchodzimy właśnie w kółku rodzinnem mały jubileusz, mijamy odcinek dwudziesty piąty, — biedny telegrafista ma wprawdzie kłopoty, ale zupełnie innej natury.
O czem tu najpierw pisać? O kapitalnej, pięknej i zajmującej książce Antoniego Bolesława Dobrowolskiego, członka belgijskiej wyprawy antarktycznej, obserwatora z głośnej „Belgiki“ („Wyprawy polarne“)? O zagadkowych tajemniczych promieniach kosmicznych, które teraz odkrył fizyk amerykański, R. A. Millikan, o zdumiewających falach, które przenikały jego basen metalowy i elektroskop, wydrążony w 300-funtowym bloku ołowianym? O wiekopomnym raidzie Alana Cobhama — Londyn — Melburn — 23 tysiące kilometrów na hydroplanie G-EBFO? Dzielny lotnik po powrocie z dalekiej Australji miał jeszcze tyle werwy i humoru, że okrążył w pięknych serpentynach cudne, stare wieże londyńskie, przeleciał nad mostem, tuż nad głowami gapiów, i osiadł, jak ptak znużony, na Tamizie, w środku miasta, pod czcigodnym Westminsterem.
— Chciałem pokazać ludziom — mówi, — że lotnictwo to nie sport, ekwilibrystyka i przepędzenie czasu. Nie wybierałem sobie dni pogodnych, leciałem przez wichry i burze, przecinałem prądy powietrzne, pasaty i musony, Niech się niedowiarki przekonają, że samolot jest bezpiecznym, pewnym środkiem komunikacji i że stara Anglja z Australją związane są od dziś nową drogą handlową — nowym traktem, via błękit niebieski.
I umiłowany przez Flammariona Mars tkwi tej jesieni na niebie, w pozycji, albo raczej „w opozycji“ dogodnej, skierowano nań szkła wszystkich teleskopów, obserwatorja astronomiczne sygnalizują nowe wieści, fakty i rewelacje o lodach na tej planecie, o smugach zieleni, o jawnych dowodach życia roślinnego i — kto wie — może nawet zwierzęcego. I na dalekim Jowiszu zauważono jakąś niepokojącą purpurową plamę — nie wiadomo, czy tam kontynenty znikają, czy też na nowo się tworzą... I hiszpańskie Towarzystwo Powietrznej Nawigacji Transatlantyckiej buduje okręt typu zeppelina (105 tysięcy metrów sześciennych), który już za rok będzie krążył stale i regularnie na linji podniebnej Sewilla — Buenos-Ayres... I pan dr. Paul R. Heyl w amerykańskiem „Bureau of Standards“ zważył naszą poczciwą, starą ziemię tak, jak się waży w sklepiku kawał twarogu albo połeć słoniny. Fizyka od czasów Cavendisha ma takie sposoby i metody: rzuca na szalę cały glob i notuje ściśle, nieomylnie jego ciężar. Ziemia — powiedzcie to waszym małżonkom, które się niepotrzebnie odchudzają — waży 6,000,000,000,000,000,000,000 tonn i wcale się tem nie przejmuje.
Nic dziwnego, że skromny sprawozdawca trochę jest nawałem faktów oszołomiony i nie wie, od czego zacząć... Jak we wszystkich trudniejszych sytuacjach życiowych — pomówmy o pogodzie.

*

Kiedy sobie szkicowałem „Promienie FF“, byłem pewien, żem wpadł na pomysł nowy, nieoczekiwany, niesamowity... Rewolucja klimatyczna! Warszawa pod zwrotnikami! Ociupinka słońca przeistacza odrazu — i to gruntownie — nasze pojęcia socjalne, etyczne, matrymonjalne. Obywatele zmieniają tryb życia, kolor skóry, przekonania polityczne, bo wszystko zależy od tych kilku stopni Celsjusza, od średniej temperatury rocznej... Okazuje się nagle, że rozbrykana fantazja felietonisty cwałuje spokojnie po hipodromie naukowymi Po torze oddawna wydeptanym i znanym!
Poważny profesor, dyrektor instytutu geologicznego w Berlinie, dr. W. Wolff, bierze asumpt z różnych niepokojących zjawisk atmosferycznych w ostatnich czasach, kataklizmów, burz, cyklonów, trąb, powietrznych, huraganów, gwałtownych wstrząsów i raptownych, nieprzewidzianych skoków meteorologicznych i pisze artykuł pod znamiennym tytułem! „Czy aby nie zbliża się znów epoka lodowa“.
Nie tak znowu dawno — lat temu zaledwie dwadzieścia tysięcy — lodowce sięgały aż do Berlina i różne zielonkawe Grunewaldy, a nawet Skolimowy, parki Skaryszewskie, Brwinowy i Milanówki wyglądały, jak dzisiejsza Grenladja. Przez cały rok lód na głębokości kilku łokci i białe niedźwiedzie na dzisiejszej ulicy Mazowieckiej. Później warunki klimatyczne poprawiły się nieco, śniegi odsunęły się bardziej na północ, i np, siedem tysięcy lat temu średnia temperatura roczna była w tych krajach o dwa stopnie wyższa, niż dzisiaj. Gdybyśmy wtedy żyli na świecie, — kto wie, możeby Włosi do nas przyjeżdżali na kurację, starając się tygodniami w urzędzie o paszport ulgowy.
I nie myślmy, że to tylko raz — dla jakichś tam niezrozumiałych powodów — zdarzył się taki wybryk w naturze. Nie. Oś ziemska stałe wędruje, konjuktury astronomiczne i geologiczne są raz takie, a raz inne... Trzy razy twarda, zimna opona pokrywała ląd europejski, trzy już były przykre epoki lodowe i dwuznacznie przyjemniejsze, cieplejsze antrakty, — zupełnie jak w normalnej sztuce teatralnej dzisiejszej. W jeszcze odleglejszej zaś przeszłości — okrągły miljon lat temu — mieliśmy w okolicach Warszawy klimat tropikalny, mieliśmy liany, baobaby na Saskiej Kępie i z tej właśnie roślinności podzwrotnikowej powstały z biegiem czasu nasze pokłady węgla i torfu...
— W jakim okresie teraz żyjemy? — pyta poważnie profesor berliński — i co nas właściwie czeka? Lasy dziewicze, czy wieczne śniegi?
Nauka nie daje na te pytania ścisłej odpowiedzi. Ja sam jestem dość kiepskim geologiem i nie wiem, co poradzić czytelnikom — czy mają dla wprawy pijać od rana tran, jak Eskimosi, czy też łazić po drzewach i gryźć orzechy, — jak ludzie z plemienia Maori. Moglibyśmy również tytułem próby wprowadzać tańce wojenne w Astorji, a także pocieranie nosa o nos zamiast pocałunku tak, jak to jest we zwyczaju na Nowej Zelandji...
Mamy, co prawda, czas jeszcze. Nasz glob jest doskonałym transformistą, ale zmienia charakteryzację raz na dziesięć tysięcy lat.
Niema nadziei, żeby już jutro oleandry wyrosły na Placu Teatralnym. W Teatrze Narodowym będzie mglisto i nudno jeszcze przez sto wieków. Ale zato później...


(O teorjach, dyletantach, Newtonach kawiarnianych, o rabinie i bliskiem niebezpieczeństwie).

Znalazłem się któregoś dnia w gronie młodych uczonych warszawskich — profesorów, docentów — i, nie pamiętam już z jakiego powodu, potrąciliśmy w rozmowie o ciekawe zjawisko socjalne. Nauka, jak sztuka, ma swoje ofiary. Kursuje po mieście cała gromada manjaków, wykolejeńców, „grafomanów“ wiedzy ścisłej. Filolog przypomniał sobie jakiegoś Grynsobla czy Poczekajtysa, który był przez dłuższy czas na Kaukazie i po powrocie wyprowadzał nazwy wszystkich ulic warszawskich z języka czerkieskiego. „Co to znaczy Tamka? niema przecie żadnej tamy! — albo Freta? — mówił. Znaczenie tych wyrazów pojąć można dopiero, jeżeli się zważy, że już w języku niektórych plemion dagestańskich“... Znany podróżnik, członek głośnej wyprawy arktycznej, przytoczył nam kilka wyjątków z listów pewnego astronoma domorosłego: „Sprawdzicie tam panowie pod biegunem moją teorję. Niebo jest kulą z zamarzłego gazu i do tej kuli nasz glob od dołu się przylepił. Słońce nad nami nie istnieje wcale, to poprostu odbicie ognia wewnętrznego ziemi we wklęsłem lustrze“... — Fizyk wyjął z teczki pewien druk — pierwszy arkusz niedokończonej, niestety, pracy naukowej innego Newtona z pod Warszawy: „Pokolenia przyszłe ocenią dopiero właściwie moje poglądy. Nie zgadzam się na to, co nauka dzisiejsza mówi o atmosferze. Jeżeli człowiek (objętości mniej więcej półtora metra sześciennego) mieszka w pokoju, który ma trzy i pół metra wysokości, to ile powietrza musi być nad ziemią? Przecież ziemia ma w średnicy przeszło dziesięć miljonów metrów i też musi czemś oddychać“...
We wszystkich manjakach — kręci ich się wielu po Warszawie — zauważyć można pewne cechy wspólne: mają pogardę dla dotychczasowych doświadczeń ludzkości, nie obchodzi ich wcale, co zrobili inni. Wierzą, że od nich się świat zaczyna i na ich syntezę przez kilka wieków czekał.
Musimy tu ich rozczarować nieco i zwrócić im uwagę na pewien punkt zasadniczy: nauka dzisiejsza bardzo sceptycznie traktuje wszelkie, najmądrzejsze nawet, teorje i patrzy zpodełba na ludzi, którzy je przemycają. „Hipotez nie tworzę“ — zastrzegał się ustawicznie wielki Newton. „Dowiodę — mówił znakomity matematyk, Henryk Poincaré, — że, jeżeli możliwa jest teorja Maxwella, to istnieć musi n różnych teoryj, które zjawiska elektryczne równie dobrze tłumaczą“. Kiedy wypłynął wielki Einstein, wstrząsnął pojęciem czasu i wysunął zasadę względności, nikt nań z początku uwagi nie zwracał. Żądano dowodów, dowodów i raz jeszcze dowodów. Pytano, co nauce z tych rozważań przyjdzie, jakie to nowe, nieznane fakty ta teorja na jaw wydobędzie. I dopiero wtedy, kiedy astronomja zapomocą teleskopów, analiza spektralna zapomocą lunet i spektrografów, elektronika, atomistyka, cały snop czy naręcze takich faktów dorzuciły do spichrza naszej wiedzy — Einstein zdobył sławę i nagrodę Nobla. Do teoryj naukowych można zastosować słowa z Pisma „po owocach ich poznacie je“. Bezpłodne fantazje nic tu nie znaczą, teorja jest raczej środkiem, nie celem, wiedza to fakty, a nie taki czy owaki sposób ich powiązania. Gdyby biedaczysko, który sobie grubość atmosfery wykalkulował na zasadzie pomiarów w swoim podnajętym pokoju umeblowanym, zgadł cudem jakimś cyfrę prawdopodobną, to i tak nicby nie wskórał. Spytanoby go ostro, jakie wnioski z tych pomiarów wyciąga, jakie zjawiska w przyrodzie przewidzieć potrafi.

*

Wynalazcy po kawiarniach mają stanowczo patrona w owym rabinie z anegdoty. Siedział mądry rabi dniami całemi i myślał: gdyby tak wszystkie wody świata zlały się w jedną wodę, i wszystkie drzewa na świecie zrosły do kupy w jedno drzewo, i gdyby to drzewo runęło nagle do tej wody, to coby to był za kolosalny plusk! — Nauka nie ma już doprawdy ani chwili czasu na taką jałową scholastykę. Wybitny badacz, botanik i fizjolog, profesor amerykański E. M. East (Harward, U. S. A.), oderwał na chwilę wzrok od kukurydz i roślin psiankowatych, które stale studjuje, spojrzał uważniej na to, jak żyje i rozmnaża się rodzaj ludzki, przypomniał sobie pracę jednego z głośniejszych swoich poprzedników, Malthusa, i napisał tragiczną książkę p. t. „Mankind at the crossroad“ („Ludzkość na rozdrożu“).
W roku 1800 — powiada — było na tym globie 850 miljonów ludzi, teraz jest nas ilość podwójna — 1750 miljonów. Za lat sto będziemy mieli — wedle wyliczeń pewnych i ścisłych — 5.000 miljonów istot ludzkich do wyżywienia. Wedle również ścisłych wyliczeń (p. East jest wybitnym agronomem) trzeba co najmniej jeden hektar ziemi uprawnej przeznaczyć na głowę, czy na żołądek mieszkańca tego globu. Otóż roli ornej, ziemi, zdatnej pod uprawę, więcej niż 5.200 hektarów ani my, ani potomni na planecie naszej nie znajdą. Niema jej więcej! Za lat sto może się zacząć akt pierwszy największej tragedji w dziejach świata: bratobójcza walka na śmierć i życie zgłodniałych ras ludzkich, walka o każdą piędź ugoru, o grunt pod zasiewy. Mulaci ruszą na białych, żółci na czarnych — wojska wraże zamiast mundurów będą miały różne kolory skóry. I nikt się nie będzie mógł dekować, bo każdy przecież w jakimś uniformie — białym albo czarnym, żółtym albo czerwonym — przychodzi na świat... Co robić?
Botanik, p. East, przyzwyczajony do kukurydzy i roślin psiankowatych, nie robi sobie z nami ceregieli. — Nie rozmnażajcie się! — powiada. — Jeżeli cyfra urodzeń przekroczy szesnaście promil, straszny, okropny los was czeka! Biada wam! Hamujcie się! — Niby to tak łatwo. Są chwile w życiu człowieka, kiedy się zapomina nawet o statystyce.
Inny zupełnie morał wyciągnąć należy z mocnej, śmiałej, świetnie napisanej, choć złowieszczej książki pana Easta. Baczni na bliskie niebezpieczeństwo, powinniśmy większym trochę szacunkiem otoczyć naukę, technikę, które od wieków borykają się z trudnościami bytu, ziemię przeorały maszynami rolniczemi, lądy, morza i powietrze zarzuciły autami, statkami, samolotami, skracają odległości, niwelują góry, rozwalają skały, łączą pierwiastki w nowe, nieznane substancje, chwytają niemrawy azot z atmosfery i użyźniają nim glebę, naświetlają rośliny promieniami ultrafioletowemi i mnożą ich wydajność, wyładowaniami elektrycznemi skraplają parę wodną i wywołują deszcz w okresach suszy, zaprzęgają do pracy pożytecznej wodospady, wichry, pioruny, przypływy morskie i wyolbrzymiają w nieskończoność wątłe ramię człowieka.
Dlatego, że tyle mamy zajęć pilnych, brak nam chwilowo czasu na teorje i syntezy kawiarniane.


(Bilans i astronomia. — O szarym świcie na Mount Wilson. — Tryljony światów. — Nie bądźmy zbyt pewni...)

W owych czasach minionych i historycznych, kiedyśmy to żyli pod panowaniem potężnej Inflacji, każdy chłopak na rogu ulicy obracał miljonami, budżet miesięczny naszej kucharki sięgał miljardów, a bilans roczny głupiego, splajtowanego kantoru wekslowego kończył się sumką, której cyfry biegły po obu stronach wielkiej księgi handlowej, wyskakiwały na ladę, wylatywały przez drzwi na trotuar i hamowały nieomal ruch kołowy w stolicy. Deficyt teatralny oznaczaliśmy liczbą, zawierającą bodaj więcej zer, niż cała rada miejska, w komplecie, na zebraniu plenarnem. Byliśmy wtedy bardzo dumni z naszych wiadomości arytmetycznych i uważaliśmy, że nawet cyfry astronomiczne nam zaimponować nie mogą.
A jednak... Pani Gabrjela Flammarion, która odziedziczyła po mężu zamiłowanie do nauki i wielki talent pisarski, przytacza w „Science et la Vie“ kilka pozycyj z budżetu czy salda wieczystego... Ta buchalterja mogłaby oszołomić nawet wytrawnego warszawskiego giełdziarza z epoki inflacji.
Już łokieć albo cal, używany zazwyczaj w astronomji, budzi pewien respekt. Jest nim poprostu ów dystans, który fala świetlna przebiega w ciągu sekundy, dystans tak potwornie wielki, że ludzkość przez długie wieki miała go wręcz za nieskończenie olbrzymi. Przypuszczano innemi słowy, że kiedy nowa gwiazda błyśnie gdzieś tam na niebie, to cały wszechświat momentalnie się o tem dowiaduje. Poglądy na tę sprawę zmieniły się już oddawna. Wiemy, że fale świetlne są bardzo szybkie, najszybsze w przyrodzie, ale przecież nie nieskończenie szybkie. I właśnie w chwili, kiedy te słowa piszemy, w dalekiej Kalifornji stary mistrz fizyki doświadczalnej, jeden z największych wirtuozów w dziejach nauki ścisłej, profesor Albert Michelson, bada po raz dziesiąty w swem życiu sprawność i chyżość gońców świetlnych. Umieścił się przytej okazji w specjalnym baraku na jakimś cyplu Mount Wilson, w pobliżu obserwatorium astronomicznego, i kiedy młodzi uczeni schodzą — po nocy, spędzonej na badaniu i fotografowaniu gwiazd, — ze swych strażnic podniebnych, słyszą nieraz o świcie przeraźliwy świst syreny pneumatycznej i niesamowity warkot wirujących obłędnie zwierciadeł. Stają wtedy na chwilę zadumani, uśmiechają się życzliwie i mówią szeptem:
— Michelson is having a good mornig! Pracuje!
Wtedy to, o szarym świcie, sędziwy mistrz, któremu optyka nowoczesna zawdzięcza najbardziej precyzyjne pomiary, wysyła z baraku złote strzały świetlne, każe im się odbijać od zwierciadeł, umieszczonych na dalekiej stacji pomocniczej, mierzy czas z dokładnością do tysiącznych i miljonowych części sekundy... Chodzi tu już tylko o drobne poprawki i niewyczuwalne różnice. Wiemy z całą pewnością — na zasadzie badań poprzednich tegoż Michelsona, — że najlotniejszy z szybkobiegaczy w przyrodzie całej, promień świetlny, odrabia zawsze i niezmiennie 300 tysięcy kilometrów na sekundę.
Tej właśnie potwornej długości taśma — możnaby nią opasać ziemię osiem razy dookoła — jest jednostką miary, jest calem w astronomji. Możemy zresztą to samo wyrazić trochę inaczej i wyobrazić sobie, że ktoś — przez protekcję albo wpływy osobiste — uzyskał glejt czy bilet specjalny i podróżuje po kosmosie z szybkością światła. Zobaczymy, jakie go czekają wrażenia i co, kiedy ów pasażer dojrzy z okna wagonu.
Już po pierwszej sekundzie miga mu w oczach jakiś glob wymarły i skalisty. To księżyc. Furda, jedziemy dalej. Po czterech minutach nieco większy przystanek — planeta Mars... I to nas tu nie obchodzi. Mijamy Jowisza, Saturna i inne drobne Milanówki niebieskie, mijamy po czterech godzinach stacyjkę „Neptun“. Teraz już podróż zaczyna nas troszeczkę nużyć — po tygodniu dopiero docieramy do jakiś globów nieznanych — granica systemu słonecznego! Co dalej?
Cztery i pół roku trzeba siedzieć w najszybszym ekspresie, jaki natura stworzyła, żeby trafić na najbliższą stację zagraniczną, na gwiazdę alfa Centaura, czterdzieści miljardów kilometrów dzieli nas od niej. Ale i to jest głupstwo, Piła czy Kostrzyń, w porównaniu z tem, co nas jeszcze czeka. Są mgławice w Orjonie, do których jechać będziemy mniej więcej pięćset lat na grzbiecie fali świetlnej. Jeżeli w tamtych okolicach są istoty myślące i obserwują akurat naszą ziemię przez teleskop, to mają o nas chwilowo dość pochlebne zdanie, widzą dzisiaj w Toruniu Kopernika, nie Wachowiaka, we Włoszech (chronologia jest zależna od miejsca pobytu!) — Dantego czy Galileusza i dopiero za pięć wieków zobaczą nagle Mussoliniego i największy blamaż w dziejach Europy — wojnę światową.
Gdzież leży wreszcie kres i granica świata? Należymy — razem z naszem poczciwem słońcem — do Drogi Mlecznej. Takich globów, jak nasz (mówię, oczywiście, o słońcu, nie o śmiesznie małej ziemi, która się wogóle nie liczy), jest we wszechświecie przeszło dwa miljardy, najdalszy odsunął się z pewną pogardą, nie chce mieć z nami nic wspólnego, jego światło biegnie do nas 950 tysięcy lat.
Tak mniej więcej wygląda cyrkuł, w którym nas od wieków zameldowano. Ale są jeszcze mgławice spiralne, np. słynna mgławica Andromedy, i — według badań nowszych — każda z nich jest znów „drogą mleczną“, czyli wszechświatem, złożonym prawdopodobnie również z dwóch miljardów słońc, trochę większych od naszego. Żeby więc prawdę rzec, a nie skłamać — takich okrągłych pestek, jak ziemia, na której się od wieków po próżnicy szwendamy i bez sensu za łby bierzemy, krąży w przestrzeni ilość dosyć pokaźna. Mianowicie: dziesięć miljonów razy po dwa miljardy.
Ponieważ przytem całe to rojowisko wierci się ustawicznie, pędzi, gna, z szybkością setek kilometrów na sekundę, wiruje, zmierza ku jakimś punktom dalekim, więc, jak powiada słusznie dr. Archenhold, dyrektor obserwatorjum w Treptow, pod Berlinem, „ostatecznie każdy pociąg pośpieszny może ulec katastrofie“. Bywały już takie wypadki we wszechświecie. Słynny Canon Diabolo w Ameryce — wyrwa o głębokości 170 metrów — powstał bezsprzecznie wskutek zderzenia ekspresów niebieskich. Kolizja... Meteor spadł na ziemię...
Piszę to, oczywiście, nie w tym celu, żeby siać rozpacz i zwątpienie, nakłaniać ludzi do pijaństwa i czynów szalonych — w myśl zasady „après nous le déluge“. Ziemia istnieje 1500 miljonów lat i jeszcze pewnie kilka wieków przetrwa. Ale jakiś wniosek praktyczny z tych oszałamiających bilansów astronomicznych wyciągnąć można. Choćby ten, że nasze odwieczne, głupkowate, krwawe kłótnie o nędzny kawałek miedzy, o piędź ziemi granicznej są właściwie psychozą i manjactwem.
Oderwijcie tylko mętny wzrok na chwilę od tych spraw, podnieście głowę. Minuta milczenia! spojrzyjcie raz wreszcie przytomnie na złote punkty w zenicie...
Nigdybym nie przypuszczał, że stać i mnie na kazanie niedzielne...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.