Przejdź do zawartości

Boczna antena/Zjazd w Düsseldorfie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
(Zjazd w Düsseldorfie. — Największe oko na ziemi. — Ready at Pit River! — Zaczynamy, Bill!)

W pięknem mieście, w Düsseldorfie, który słynie między innemi i z tego, że się tam urodził największy liryk niemiecki, Heine, grzmią dziś fanfary, furkoczą chorągwie, wdzięczą się girlandy na domach, świecą napisy na łukach triumfalnychf rada miejska w pełnym komplecie paraduje od rana w długich tużurkach i odświeżonych cylindrach. Sprowadzono najlepszego skrzypka, Kreislera, i najlepszego pianistę, Emila Sauera... Co to się stało w mieścinie nadreńskiej?
Nic. Głupstwo. Kongres naukowy. 89-ty zkolei zjazd przyrodników i lekarzy. Kilka sprawozdań suchych, kilka odczytów o najnowszych wynikach wiedzy ścisłej. Co rok o tej porze odbywa się taka parada. I z tego powodu 8.000 osób wali wszystkiemi pociągami ze wszystkich krańców rozległego państwa, pisma wysyłają korespondentów specjalnych, telegraf w oblężeniu, żadna sala nie może pomieścić uczestników, trzeba rozstawiać głośniki po knajpach, restauracjach, kawiarniach, megafonami i telefonami rozrzucać po mieście słowa prelegentów. Dziś rozpoczyna obrady sekcja medyczna wielkim referatem o witaminach, jutro mówi Petersen (Frankfurt) o metalach, lekkich i ich zastosowaniu w technice, pojutrze Nocht (Hamburg) o terapji chemicznej i Escherich (Monachjum) o filokserze. Dlatego to ministrowie przyjeżdżają pociągami pośpiesznemi, pan burmistrz głosem drżącym ze wzruszenia wita Einsteina, gazety drukują łokciowe sprawozdania. Nie dziwmy się i nie uśmiechajmy ironicznie. Nasi sąsiedzi od strony zachodniej wiedzą dobrze, co robią. Na takim właśnie walnym zjeździe dorocznym, lat temu kilkadziesiąt, niejaki Roentgen demonstrował po raz pierwszy błogosławione promienie niewidzialne, matematyk Minkowski mówił o czwartym wymiarze, Svante Arrhenius o kosmosie i o fizyko-chemji. Tu niegdyś sformułowano głośno prawo o zachowaniu energji, stąd wyleciała w świat szeroki wieść o analizie spektralnej. Jeżeli teraz Fritz Kreisler z Emilem Sauerem, pan minister, pan nadburmistrz i dwaj panowie wiceministrowie fatygują się osobiście, to wpłacają właściwie drobną, znikomą sumkę na rachunek wieczystego długu wdzięczności...
My i tych drobnych zaliczek płacić nikomu nie chcemy. Pisma nasze są zawalone wyczerpującemi referatami z premjery w teatrze Mdziumbdzińskiej, nie mają miejsca na sprawy naukowe. Nikt się u nas nawet nie domyśla, że — w chwili, kiedy tam, w Düsseldorfie, o witaminach mówią — człowiek, który w nowej nauce o odżywianiu był pionierem, który to pojęcie stworzył i ten termin doskonały wymyślił, pracuje spokojnie w Warszawie, w instytucie biochemicznym. Nazywa się dr. Kazimierz Funk. Musimy to nazwisko dobrze sobie zapamiętać na wypadek, gdybyśmy się wybierali zagranicę. W kraju głośniejsza jest Mbdziumbdzińska, na szerokim świecie znają natomiast doktora Funka. Pracował w Instytucie Listera w Londynie i w laboratorjach Rockefellerowskich w Ameryce. Wydał w roku zeszłym po polsku piękną książkę p. t. „Witaminy. Historja ich odkrycia i znaczenie praktyczne“. Moglibyśmy właściwie zajrzeć do tej broszurki między jednym meczem footballowym a drugim.

*

Ludzie z tamtej strony wielkiej wody — Amerykanie — dla innych trochę względów, niż my, nie lubią długich przemówień, kongresów i zjazdów. Mają swój własny, amerykański sposób składania hołdu nauce. Kiedy czytam ich pisma popularne, kiedy przerzucam karty „Scientific American“ w oczach mi się mąci i w głowie mi szumi od cyfr. Przypominają mi się czasy, kiedyśmy w laboratorjach europejskich budowali aparaty ze starych blaszanych puszek i z pudełek, z zaśniedziałych drutów i biletów wizytowych. „Wziąłem wypukły guzik metalowy od munduru i zbudowałem z niego kondensator” — pisał stary Quincke, fizyk heidelberski, w pracy poważnej, ogłoszonej w „Annalach“.
Amerykanie takich żartów nie uznają. Mają największy teleskop świata na Mount Wilson, słynny reflektor Hookera, a już panowie Henry Norris Russell i Pease szkicują sobie inne nadludzkie oko, którego źrenica będzie miała 7 i pół metra w średnicy i które będzie ważyło tysiąc sześćset tonn. Przez zwykłą lunetę patrzymy — jak wiadomo — w ten sposób, że trzymamy ją w ręku i podnosimy na wysokość czoła. Ta potworna maszyna optyczna, wobec której człowiek jest niewielką muchą, będzie funkcjonowała, oczywiście, trochę inaczej. Widz będzie siedział w teleskopie, wewnątrz, i będzie jeździł razem z nim, kierując monstrualną źrenicę i potworną rurę ku gwiazdom. Jakie horyzonty i jakie nowe perspektywy otworzą się nagle, kiedy to wielkie, wybałuszone oko, większe znacznie od kawiarni Ziemiańskiej, podniesie ciężką powiekę — trudno przewidzieć już dzisiaj. Otrzymamy bezpośrednio fotografje księżyca, które będą miały 2 stopy średnicy, a nawet daleki Jowisz będzie na zdjęciu niewiele mniejszy od złotówki srebrnej. Czego się tam dowiemy o kanałach na Marsie i o mgławicach kosmicznych — przyszłość pokaże. Bo panowie Russell i Pease zastanawiają się już teraz tylko nad tem, gdzie ten teleskop postawić. Że ta kolubryna optyczna ma kosztować dwanaście miljonów dolarów — to ich nie martwi wcale. Pieniądze się znajdą, muszą się znaleźć. „Zbudujemy o jeden pancernik mniej i sprawa załatwiona“.

Ameryka. Największa źrenica świata. Amerykanie ustawiają teleskop Hookera na Mount Wilson.

Gdzie o zdobycie wiedzy, nowych faktów idzie, tam Ameryka się przed żadną sumą ani ofiarą nie cofa. Niedawno chodziło o to, żeby raz wreszcie stwierdzić spokojnie, na zimno, doświadczalnie, co się stanie na wielkich stacjach dynamomaszyn, w elektrowniach i centralach, kiedy jakaś katastrofa, krótkie spięcie się wydarzy, jakieś drzewo obalone uszkodzi naładowane linje transmisyjne. Gdzie szukać punktów najsłabszych i co przedewszystkiem zabezpieczać należy? Gromadka inżynierów udaje się na stację Vaca, inna zasiada z aparatami rejestracyjnemi na Pit River. Obie grupy łączą się specjalną linją telefoniczną, puszczają wielkie dynamo w ruch, wydobywają napięcie 220 tysięcy woltów. Potem kilka krótkich wyrazów komendy:
— Ready at Vaca!
— Ready at Pit River!
— Jazda, Bill! Zaczynamy! Let her go!
I tu nieprawdopodobne, jedyne chyba w dziejach elektrotechniki, krótkie spięcie wyrzuca słupy ognia na wysokość dziesięciu metrów, jakieś jasne zorze płoną nad izolatorami, iskry strzelają, prądy szaleją, setki tysięcy woltów i amperów biją w ziemię. Przez ten czas ampermetry rejestrują błędne fale, aparaty fotograficzne notują spokojnie straszliwe uszkodzenia. Rozpoczyna się nowy rozdział w tak zwanej „superpower-engineering“.
Niema, niestety, postępu bez ofiar.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.