Boczna antena/Wynalazca i artysta
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Boczna antena |
| Podtytuł | ostatnie biuletyny z frontów wieczystych |
| Wydawca | Bibljoteka Groszowa |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Nie możemy tu, niestety, ciągle krążyć po górnych szlakach i podglądać sztab główny, pionierów wiedzy nowoczesnej. Musimy też czasem zniżyć lot i popatrzeć, jak się tam pospolite ruszenie trudzi „na tyłach wielkiej armji“, na placówkach oddawna zdobytych.
Twórczość zwykłego wynalazcy ma bardzo wiele wspólnego z twórczością literacką, poetycką, malarską i wogóle — artystyczną. Wynalazca, zupełnie tak, jak poeta, musi „po raz pierwszy“, na nowo, spojrzeć na rzeczy znane, banalne, powszednie, musi je ogarnąć okiem zdumionem, okiem dziecka. Od iluż to lat syreny okrętowe ryczą podczas mgły u wjazdu do portów, od iluż to lat kapitanowie statków trąbią, dzwonią, wysyłają sygnały ostrzegawcze, zatrzymują maszyny, od iluż to lat ordynarny tuman pary wodnej hamuje nawigację, sprawia, że nawet najpiękniejsze twory naszej techniki, największe śrubowce, szwendają się jak pijane i ślepe, u samego celu podróży? Nagle, któregoś dnia, pewien skromny inżynierek ogarnia całą sprawę spojrzeniem przerażonem... Nonsens! Mgła nas ma pobić? nas, którzyśmy stworzyli telemechanikę, prowadzimy i puszczamy w ruch maszyny z odległości setek kilometrów?! Zbudujemy poprostu „niewidzialną szynę”. Zanurzymy w morzu kabel, puścimy przezeń mocny prąd elektryczny, umieścimy na statku odpowiednie busole, które na ten prąd reagować muszą i — okręt będzie wjeżdżał do portu z tą samą matematyczną pewnością, z jaką lokomotywa pociągu wjeżdża na stację kolejową. Będzie sunął po kablu elektrycznym — nie dotykając go zresztą — jak po gładkim torze, a jeżeli coś tam się zdarzy na linji, to i o tem go zawiadomimy: stać! wjazdu niema! czekać aż zwrotnicę nastawią! — Co tu najgęstsza mgła poradzi?
I już próby są rozpoczęte, dają wyniki pomyślne — lada dzień wszystkie porty morskie i lotnicze wysuną podczas burzy wdał owe niewidzialne szyny, jak dobroczynne ręce opiekuńcze, które ściągać będą zbłąkanych podróżników, prowadzić przerażone dzieci pod dach ojcowski.
Dla krążących tam, w górze, balonów i przeróżnego kalibru aparatów lotniczych ważniejsza nieraz od innych wskazań jest w czasie burzy i niepogody wiadomość, gdzie jestem? na jakiej wysokości? ile kilometrów mam pod sobą? Sondowaliśmy dotąd powietrze dość zawodnemi barometrami, barografami... Pomiary były niepewne, nieścisłe, niebezpośrednie. — Dlaczego właściwie chodzimy drogą okólną, przez Rzym na karczmy babińskie? — rzekł sobie fizyk niemiecki, p. Aleksander Behn, — a echo? poczciwe, stare, powszechnie znane echo? — Umieszcza po jednej stronie sterowca aparacik akustyczny, po drugiej — pewne dowcipnie skonstruowane, ucho, czeka aż dźwięk, odbity od ziemi, wróci, oblicza... Komendant zeppelina „LZ 126“, po dokonaniu prób z aparatem Behna, składa raport tak entuzjastyczny, że odtąd — na wniosek Aero-Klubu niemieckiego — każdy samolot, każdy statek powietrzny w Niemczech musi posiadać w swym rynsztunku „echolot“ Behna. Nie wolno mu bez tego przyrządu wyruszać na niebo.
My, ludzie dojrzali, rozumni i zblazowani, wiemy, że szkło jest kruche, piszemy o tem wierszem i prozą, ostrzegamy — po wielu gorzkich doświadczeniach — nasze małe Niusie i swawolnych Jerzyków przed tą masą przezroczystą, użyteczną, ale jednocześnie kapryśną, podstępną, histeryczną. — Dlaczego to szkło pęka, pryska, rani i kaleczy ludzi? — pytają, ni przypiął, ni przyłatał, zupełnie, jak naiwne, małe dzieci, panowie Kurt Ripper i doktór Fritz Pollak, dwaj znani chemicy wiedeńscy. I, patrzcie państwo, zabrali się do roboty, wynaleźli jakąś masę organiczną, plastyczną, elastyczną, masę, którą można bezpiecznie rzeźbić, polerować, ciąć, farbować, piłować, giąć, łamać. Nazywa się ta substancja „pollopas“, jest zupełnie przezroczysta, przepuszcza nawet promienie ultrafioletowe i biedni suchotnicy nie będą już marzli na werandach w Zakopanem. Mogą sobie równie dobrze werandować zimą w pokoju ogrzanym, bo szyba z pollopazu przepuszcza dobroczynne, krótkie fale świetlne.
Otrzaskaliśmy się oddawna z widokiem gramofonu, nudzi nas ta maszyna i wcale nie mamy ochoty na zadawanie jakichś pytań niewczesnych w rodzaju: czemu to igła hałaśliwego przyrządu ślizga się wiecznie po ciężkiej, czarnej, niezgrabnej, łamliwej płycie? Ale państwo Faucon-Johnson nietylko takie śmieszne pytania zadają, ale jeszcze znajdują na nie właściwą odpowiedź. Notujemy dźwięki na niezdarnych płytach, bo — wcale nie jesteśmy tacy mądrzy, jakby się zdawało. Wystarcza tu zupełnie zwykła błona fotograficzna, lekki film. Kilka lat pracy, trochę cierpliwości i inwencji i — twardy dysk fonografu zamienia się nagle na taśmę elastyczną, którą można zwinąć w rolkę, umieścić, gdzie kto chce, w kieszeni od kamizelki albo w małej zabawce dziecinnej. Już jutro zwykła lalka porcelanowa, zamiast kilku piskliwych, niezrozumiałych tonów, zamiast skrzeczących pa-pa, ma-ma, będzie wygłaszała odczyty, będzie rozprawiała głośno, jak docent uniwersytetu, będzie dawała rady, uczyła po francusku, śpiewała pieśni ludowe. Z czasem i dorośli coś na tem zyskają: panna Johnson ma zamiar swój wynalazek zastosować do obrazów filmowych. Usłyszymy nareszcie, jak mówi Douglas, Charlie Chaplin i ten przemiły, poważny, stateczny Buster Keaton.
Na dobrą sprawę słynny Taylor, twórca groźnego „systemu Tylora“, jest też poetą. Zdziwiłby się bardzo, gdyby mu to kto powiedział — bo co wspólnego, u licha, ma organizacja pracy z poezją? — a jednak... Wśród miljona zatroskanych, biegających, obłąkanych, zaharowanych, nieprzytomnych przechodniów, ten jeden znalazł chwilę czasu i przyjrzał się uważnie „po raz pierwszy“ pracy człowieka. Doszedł do wniosku, że z dwudziestu kilku gestów mularza, który dziś tak samo, jak przed wiekami, bierze cegłę, polewa ją wapnem, układa na murku i klepie kielnią — z dwudziestu dwóch gestów, powiadam, czternaście niema zupełnie sensu. Pracę mularza można uprościć, sprowadzić do siedmiu rękoczynów. Będzie się trzy razy mniej męczył i wykona robotę z łatwością trzy razy prędzej, jeżeli zachowa tylko ruchy celowe, niechybne, matematycznie niezbędne.
Ale nie mówmy o tayloryzmie w Warszawie. Jest to system trochę okrutny, twardy i — co najgorsza — zwiększa wydajność pracy. Nie można go więc zastosować ani u Lourse’a, ani w magistracie, ani w Teatrze Narodowym.