Boczna antena/Technika i sztuka
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Boczna antena |
| Podtytuł | ostatnie biuletyny z frontów wieczystych |
| Wydawca | Bibljoteka Groszowa |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Nad dachami najbardziej odrapanych ruder warszawskich bujają już hamaki druciane, język potoczny — ku utrapieniu encyklopedystów krajowych — wzbogaca się codziennie: radjoamator i radjoaparat, radjosprzęt, a nawet radjozew, w każdym sklepiku niemal sprzedają słuchawki, lampki, kondensatory i szpulki. Każda kolacja proszona kończy się koncertem jazzbandu rzymskiego, „Rosenkavalieren“ z Lipska i nakręcaniem zegarka podług obserwatorjum w Greenwich. Gromadkę moich znajomych z kawiarni artystycznej ogarnęła z tego powodu panika. — Kiedyż ta epidemja wreszcie minie? — pytał mnie niedawno pewien, blady z przerażenia, muzyk, esteta i krytyk. — Wczoraj zwabiono mnie podstępnie do czcigodnego domu obywatelskiego. Po deserze nakładają mi na uszy dwa czarne talerzyki, spięte sprężyną, gospodarz obraca jakiś ciemny guzik przy żółtem pudle. „Niech pan słucha“ powiada „Fledermaus z Wiednia!“ Słucham — dwa złośliwe wichry, świst i poświst, przerzucają się cichutką melodyjką starego Straussa „Ha, welch ein Fest, welche Nacht voll Lust...“ Potem zarzynane prosię kwiczy w takt uwertury z „Egmonta“ Beethovena i wreszcie jakiś miły głosik z Medjolanu recytuje cyfry po włosku. Ostatnia ceduła giełdowa!.. Niech mi pan powie, czy niema na to rady i czy długo jeszcze ta radomanja potrwa?
Szczęśliwym trafem mogę na to pytanie odpowiedzieć ściśle. Prorocy w starej Europie mają teraz zadanie znakomicie ułatwione. Wleczemy się ociężałym truchtem za galopującą Ameryką, co tam było wczoraj, to u nas będzie pojutrze. Od treści pism do kroju spodni — wszystko dociera powoli do nas, z kilkoletniem opóźnieniem. Otóż radjomanja w Ameryce wcale się nie kończy, przeciwnie — wzrasta. Pięć lat temu zaledwie założono pierwszą stację nadawczą, dzisiaj ludność Stanów wydaje około miljona dolarów dziennie na przyrządy i części składowe aparatów. Powstał nowy, wielki przemysł, powstały specjalne szkoły inżynierskie, do broadcasting KDKA dodano stację WZ2, WGY i WEAT, rzeczoznawca, p. D. Sarnoff, przypuszcza, że wkrótce — liczna już teraz — rodzina słuchaczy radjowych rozmnoży się jeszcze bardziej i składać się będzie co najmniej z 50 milj. głów. Stacje otrzymują codzień setki listów dziękczynnych i jakiś poczciwy, odcięty od świata, farmer z Kanzas pisze: „Wcale mi nie żal tych trzech byczków, które sprzedać musiałem, żeby sobie kupić odbiornik“. Jakiś samotny rancher z zapadłego kąta w stanie Montana depeszuje: „Jeżeli panowie chcą spędzić weekend u mnie, proszę całem sercem“.
Rzecz właśnie na tem polega, że doniosłość wynalazku, o którym tu mówimy, ocenić można należycie dopiero na odludziu, na wsi, na pełnem morzu. Zwykłe mieszczuchy, przesycone do obrzydliwości jazzbandem i wiadomościami gazetowemi, widzą sprawę w barwach ciemnych i traktują radjo, jak rozkrzyczany, piskliwy gramofon, jako jeszcze jeden dowód barbarzyństwa naszej epoki. Taka to już widocznie kolej rzeczy ludzkich — każdy wielki wynalazek wywoływał protesty, budził litość i pogardę, Kiedy artystę-przepisywacza książek, średniowiecznego iluminatora, zastąpiła ordynarna maszyna drukarska, kiedy barbarzyńca Gutenberg porwał się na czcigodną kaligrafję i wprowadził niezdarne litery, wycinane z grubej deski — panowie esteci narzekali napewno jeszcze głośniej. Dziś wiemy, że nie mieli racji. Ruchome czcionki stworzyły nową epokę w dziejach i właśnie sztuce oddały olbrzymią, największą usługę. Czem byłaby nasza powieść dzisiejsza, gdybyśmy ją dla każdego czytelnika musieli w pocie czoła przepisywać odręcznie?
I ruchomy obraz — kinematograf — miał karjerę podobną. Gromy, przekleństwa, oburzenie, protesty wybitnych historyków... Dziś — po latach trzydziestu — kino zatrudnia całe legjony świetnych artystów, malarzy, aktorów, architektów, muzyków, stało się najżywszem widowiskiem, jakąś syntezą potężną, jakąś wszechsztuką współczesną. Zabawne, że nawet ośmieszony, krzykliwy, horrendalny gramofon zyskuje powoli jakie takie prawa obywatelskie i wtargnął do pałaców, sterczących dumnie. Jedno z poważniejszych pism zagranicznych umieszcza stale feljetony, w których pod znamiennym tytułem „Płyty z ostatniego miesiąca“, pewien solidny, gruntownie wykształcony recenzent zapuszcza sondę krytyczną w ten odmęt podejrzany.
Czy, kiedy i jaką rolę twórczą odegra radjo w sztuce — tego, niestety, nie mogę powiedzieć tak odrazu naszym krajowym estetom i wytwornym, zblazowanym pięknoduchom z Hellady nad Wisłą. Wprawdzie gorączkowa praca wre we wszystkich laboratorjach doświadczalnych i niedawno dr. Phillips Thomas z Westinghcuse Company zbudował mikrofon tak dalece czuły, że słyszy przezeń podobno, „jak owady ze sobą gwarzą“, ale... Nie zapominajmy, że radjotelefon jest tylko telefonem. Na stacji nadawczej mówimy przed membraną — blaszką, której drgania przetwarzamy na prąd elektryczny, w domu mamy słuchawkę z inną znowu membraną, czyli blachą, poruszaną elektromagnetycznie. Genjalne odkrycia Hertza, Foresta, Marconiego, sprowadzają się w gruncie rzeczy do prostego faktu — możemy mówić telefonicznie z kimś, z kim nas żaden drut nie łączy, z pasażerem statku na dalekim oceanie, z Amundsenem na biegunie, z lotnikiem w powietrzu, z członkami wyprawy na Everest, z obywatelami Marsa. Lada dzień rozwinie się telemechanika, nad którą już dziś ludzie uporczywie pracują, i będziemy mogli puścić na wody rzek i mórz statek bez załogi. Będziemy mu mówili, stojąc na brzegu, dokąd ma płynąć, krótkie wyrazy naszej komendy przetworzą się na odpowiednie fale elektryczne, anteny statku je pochwycą i okręt-widmo sunąć będzie na zawołanie tam, gdzie mu każemy. Nie są to utopje, ani fantastyczne pomysły powieściowe, bo już istnieje stateczek „Jowa“, którym znakomity wynalazca amerykański, p. Hammond, w ten mniej więcej sposób dowodzi — przesyła mu jakieś radjorozkazy z brzegu, z portu Gloucester Harbor, i kieruje nim, jakby trzymał ster w krzepkich dłoniach, chociaż na pokładzie niema żywej duszy.
Tam, gdzie chodzi o przesyłanie na odległość naszej wiedzy albo woli, radjo już dziś — po pięciu latach! — oddaje kolosalne usługi ludzkości, ale czy koncert radjowy będzie kiedy prawdziwą biesiadą artystyczną dla muzyka? Czy znajdą się kompozytorowie, którzy — jak to właśnie usiłuje znajomy mój, p. L. M. Rogowski — wyłowią sprytnie z telefonu najmniej zdeformowane dźwięki i ułożą na ich tle specjalną, barwną i porywającą radjosymfonję albo radjokantatę? Nie wiem. Prawdopodobnie przez długie jeszcze lata będzie coś syczało, trzeszczało i gwizdało po próżnicy w naszych słuchawkach i głośnikach, eter nad Europą — zamiast przenosić spokojnie wiadomości pożyteczne — targany będzie bez sensu przez różne bezcelowe foxtroty, wyrwasy, harmidry...
Niektórzy — zaznaczmy to przy okazji — twierdzą już teraz, że wolą słyszeć Filharmonję wiedeńską przez telefon, niż orkiestrę straży ogniowej w Samborze bezpośrednio. Ale to są chyba wyjątkowi jacyś manjacy i entuzjaści.