Boczna antena/Słówko wstępne
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Boczna antena |
| Podtytuł | ostatnie biuletyny z frontów wieczystych |
| Wydawca | Bibljoteka Groszowa |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Przepraszam bardzo, ale znów muszę zacząć od wspomnień osobistych.
W roku 1910-ym pracowałem jako asystent w Amsterdamie. Głowiliśmy się z profesorem Zeemanem nad pewną dość zawiłą sprawą matematyczną, nad pewnym szczegółem w zjawisku, które nosić będzie po wsze czasy nazwisko swego odkrywcy i słynie w świecie naukowym jako „zjawisko Zeemana“. Razu pewnego odwiedził nas w cichej pracowni przy Muidegracht — H. A. Lorentz. Głośny matematyk (pamiętam i dziś jeszcze jego rasową, piękną głowę, szpakowatą brodę i mądre, błyszczące oczy) wysłuchał nas uważnie, zastanowił się... Potem odsunął nasze kartki, zapisane wzorami matematycznemi, uformował na stole z kilku zapałek i ołówków figurę geometryczną, powołał się na jakiś prosty przykład z życia codziennego... W mgnieniu oka trudności prysły, sprawa była jasna, jak dzień.
Podziwiałem szczerze ten dar słowa, dar jasnego wykładu, który się zresztą we wszystkich dziełach genjalnego fizyka zaznacza. Prof. Zeeman uśmiechnął się i rzekł:
— Zamierzamy właśnie z Lorentzem napisać dziełko popularne. Drogi ludzkie rozeszły się tak daleko... Nic o sobie nawzajem nie wiemy. Zauważył pan, że nawet ludzie bardzo wykształceni nie umieją sobie jakoś wyobrazić, co taki fizyk właściwie robi po całych dniach w laboratorjum? Zauważył pan, jakie głupstwa na ten temat krążą po świecie?
Zauważyłem. A jeżeli takie zjawisko dostrzec można w Holandji, najbardziej bodaj kulturalnym kraju na kontynencie, to cóż dopiero mówić o Warszawie i jej okolicach bliższych i dalszych? Dzieciom w szkołach obrzydzamy fizykę i technikę suchemi formułami, z naszych książek i pism codziennych usunęliśmy wszystko, co nauką trąci, nasze sale odczytowe oddaliśmy w pacht wieczysty mąciwodom, którzy się tylko zastanawiaja nad jedną kwestją: czemu w domach straszy? albo: czy żyjemy raz czy kilka razy? albo jeszcze: kto był największym uwodzicielem? i co mówił Budda o Atlantydzie? I czem wogóle medjum gra na zamkniętym fortepianie? nogą z ektoplazmy czy trzecią ręką?
Z tym zapasem wiadomości udajemy się na arenę wszechświatową, zasiadamy w Lidze i rozwiązujemy tragiczne węzły gordyjskie życia współczesnego. Dzisiaj — kiedy tylko technika i nauka wyleczyć nas może, zabliźnić nasze rany i dźwignąć steraną Europę z upadku.
Kiedy jedno z pism warszawskich powierzyło mi skromną tygodniową kronikę naukową — chwyciłem za pióro skwapliwie. Czerpałem wiadomości oburącz ze świetnego „Scentific American“, z francuskiej „Science et la Vie“, z niemieckiej „Umschau“, z angielskiej „Nature“ — a głównie z własnych wspomnień. Tak powstał ten szereg artykułów luźnych, tych biuletynów z wieczystego frontu.
Oddaję je dziś — na surowo — w wydaniu groszowem pod sąd czytającego ogółu. Wiem, że w dorywczej pracy dziennikarskiej to i owo pominąłem, to i owo opisałem źle i niewłaściwie. Ale zawsze lepsze to, niż głucha, przerażająca cisza!
Czekam na godniejszych następców, ściskam ich dłonie serdecznie.