Przejdź do zawartości

Boczna antena/Rozmyślania pasażera

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
(Rozmyślania pasażera. — Droga polska, Tybet i Sahara. — Epoka samochodu. — Pojedynek auta z samolotem).

Nawet szczery wielbiciel koni parowych i wielki entuzjasta żelaznych rumaków Techniki musi czasami spojrzeć, jak tam łaciaste krowy wyglądają na ściernisku i jaką szybkość rozwija stary, poczciwy Lux, psisko włochate. Dwór, w którym mam spędzić tydzień wakacyj letnich, leży nad pewnym dopływem Prosny, w lasach kaliskich. Aż do Kalisza wiezie nas wytworny ekspres paryski (wagon sypialny, wagon restauracyjny, komfort europejski), o godzinie 1.25 po północy kończy się, jak nożem uciął, wiek dwudziesty. Dwie poczciwe kobyłki, Dereszka i Alfa, ciągną nas po wyboistej szosie, człapiąc kopytami. O trzeciej nad ranem cofamy się znów o dalsze 2 — 10 wieków i zjeżdżamy na głośną w kraju i zagranicą, tak zwaną polską drogę. Dereszcie i Alfie przyszły z pomocą jeszcze dwa inne konie, powozik sunie po pniach, trzeszczy, zgrzyta, zapada w kałuże, podryguje na kamieniach, pniach i korzeniach, czwórka rży, parska, roztrąca gałęzie. Ma to wszystko pewien urok, ale... Cztery tęgie konie ciągną nasze dwie wątłe warszawskie postacie i zużywają około 2 godzin na nieprodukcyjne rzężenie i sapanie. Przebyliśmy (dosłownie) osiem kilometrów. Całego kramu!
Ilekroć mokra gałąź przydrożnego chojaka strząśnie na mnie trochę orzeźwiającej wody deszczowej, budzę się z drzemki i rozmyślam,.. Tą oto piaszczystą, błotnisią, ciemną, podstępną, złośliwą „arterją“ połączony jest z resztą świata jeden z większych majątków (tartak parowy, gospodarstwo przemysłowe, stawy rybne). Tu pulsuje nasze życie i po tych zakazanych, sklerotycznych drogach odbywa się krwiobieg w organizmie społecznym... Ośmiu kilometrów uczciwej szosy na wielkim trakcie handlowym nie potrafimy zbudować. Dla członków wyprawy na Everest, Ford wymyślił onego czasu specjalny traktor, w którym przebrnęli szczęśliwie przez niedostępny, skalisty Tybet, Citroen w słynnym raidzie pokonał lotne piaski Sahary, ale to jeszcze furda. Kto wie, czy obaj panowie razem, pomysłowy Ford z przedsiębioiczym Citroenem, nie wywaliliby się do rowu i nie nakryli nogami i kołami, na t. zw. zwykłej polskiej drodze, między Brzezinami i Lututowem.
Oczywiście — mieszam się tu do nieswoich spraw, artykuły ekonomiczne nie należą do mego wydziału. Ale mam w walizce ostatni numer odwiecznej, czcigodnej „Saturday Evening Post“. W olbrzymim, źródłowym referacie p. I. T. Marcosson zastanawia się (daj, Boże, każdemu) nad przyczynami niebywałego w dziejach rozkwitu Stanów Zjednoczonych, nad powodami ich dzisiejszej „prosperity“. Jest to doprawdy jakieś wielkie dzieło muzyczne, jakiś „Aufschwung“ Schumanna, przełożony na trzeźwe cyfry. Zarobki wzrosły o 199 procent, ilość koni parowych, zatrudnionych w przemyśle, skoczyła z dziesięciu miljonów na trzydzieści trzy. „Zajmujemy zaledwie szesnastą część stałego lądu — mówi ze słuszną dumą p. Cornelius F. Kelly — a wydobywamy 38 procent wszystkiego węgla na świecie, 70 procent nafty, dostarczamy 55 procent bawełny, 49 procent stali, 58 proc. papieru. Ludność Stanów to tylko ⅟17 ludności tego globu, a posiada dzisiaj 58 proc. wszystkich linij telegraficznych, 33 proc. wszystkich torów kolejowych i 83 proc. wszystkich samochodów“...
Tu docieramy do jądra kwestji! Nikt nie może wymagać ode mnie, żebym w obliczu Natury, o brzasku, deklamował dane statystyczne. A jednak kilka liczb majestatycznych wbiło mi się widocznie w pamięć bo, ilekroć to, niestety, mocno jakoś poorane „oblicze natury“ podbije mniej silniej ku górze, jakiś fakt ciekawy przeskakuje nagle samorzutnie do świadomości znękanego pasażera. Przemysł automobilowy w Ameryce zatrudnia około czterech miljonów robotników i wypłaca im rocznie pół miljarda dolarów. Z ogólnej liczby zarejestrowanych samochodów — 5 miljonów jest w rękach pomniejszych farmerów i drobnych rolników. Po bitych drogach i gładkich szosach uwijają się te miljony maszyn, jak leukocyty w zdrowem ciele, nadając rytm i tempo życiu. Samochód rozwinął miasta i okolice podmiejskie, samochód doprowadził do rozkwitu rolnictwo i przemysł. „Prosperity on wheels“...
Za lat naszych szkolnych uważaliśmy koleje za szczyt doskonałości i ostatni wyraz techniki, byliśmy dumni z tego, że pociąg ze stacji odszedł punktualnie. Dziś rozpoczyna się nowy okres dziejów. „Powiedzcie mi, ile kraj ma mieszkańców i jaką ma ilość samochodów, a ja wam coś powiem o jego rozwoju ekonomicznym i socjalnym, o jego cywilizacji“... Tak woła p. Walter P. Chrysler i dalibóg ma słuszność.
Nic dziwnego, że z pewną melancholią spoglądam przed siebie, na cztery zady końskie i na dwie głębokie, wyżłobione koleiny. Jestem szczerze wdzięczny Dereszce, Alfie, Kasztanowi i Prośnie, ale... Ile to wieków dzieli nas właściwie od narodów współczesnych?
A może stanie się cud i przeskoczymy jeden przynajmniej okres, przeszwarcujemy się przez jeden choćby rozdział w historji? Zwycięskie auto ma już teraz dzielnego przeciwnika w samolocie.
Siedemnaście lat temu olśniona Europa podziwiała pana Bleriota, który na aeroplanie własnego pomysłu przefrunął Kanał w najwęższem miejscu, dziś — raidy Paryż-Tokio należą do wypadków banalnych, samoloty pasażerskie kursują ściśle podług rozkładu, jakiś pilot szykuje się do wielkiego lotu nad Oceanem — 36 godzin bez lądowania, dystans Nowy Jork-Paryż w ciągu półtorej doby.
Jeżeli siedemnaście lat pracy twórczej przekształciło śmieszną, nieudolną maszynkę na dzisiejsze płatowce Fokkera, Junkersa, Bleriota, to chyba trudno śmiać się ironicznie z fantastycznych planów konstruktora i wynalazcy, p. Bregueta. Wybitny przemysłowiec twierdzi, że jutro albo pojutrze zbudujemy olbrzymie maszyny lotnicze, które składać się będą wyłącznie z wielkich skrzydeł i motorów, będą mknęły nad Atlantykiem w ciągu dwudziestu godzin, będą zawierały wygodne kabiny dla pasażerów, dancingi, sale, czytelnie. Dziś albo jutro powstaną aparaty-amfibje, które lądować będą mogły na ziemi albo na wodzie z równą łatwością, przelatując bez zmęczenia 4 tysiące kilometrów. I jedno z najtrudniejszych zagadnień dzisiejszego lotnictwa rozwiążemy lada dzień. Powstaną specjalne płatowce turystyczne, które wzbijać się będą i opadać pionowo, lądując gdzie się da, na każdym terenie, na płaskim dachu jakiegoś domu, na placu w mieście, na podwórku czyjejś willi. Zastosujemy poprostu do aeroplanów sprytne helikoptery, genialne rotory Flettnera, wirujące śmigła pomysłu La Cierva. Wzniesiemy się wgórę, bez rozpędu, wprost z asfaltu ulicy Mazowieckiej i w pół godziny później wysiądziemy przed gankiem cichego dworku, nad dopływem Prosny — 240 kilometrów od Warszawy.
Tymczasem — cztery spocone konie ciągną nas przez lasek z szybkością ośmiu kilometrów na stulecie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.