Przejdź do zawartości

Boczna antena/Prozaiczna Ameryka i poetyczna Europa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
(Prozaiczna Ameryka i poetyczna Europa. — Wodospady i turbiny. — Dziwy morza. — Najsłoneczniejsze miejsce na ziemi. — Ameryka na froncie).

My — w podstarzałej Europie — piszemy oczywiście piękno wyłącznie przez P duże, jesteśmy wszyscy wykształceni estetycznie i historycznie, podziwiamy każdą kupę kamieni, o ile nam kto powie, że to są ruiny z XVI wieku. Jeżeli tak dalej pójdzie, to wnukowie nasi będą w muzeach przechowywali stare cegły, bo z nich był zbudowany hotel „Brystol“, albo rzeźnia miejska.
W stosunku do natury jesteśmy jeszcze bardziej romantyczni i śmieszni. Każdy przewodnik elektryczny nad łąką nas oburza, każda lampa łukowa wśród drzew psuje nam nastrój. Pized laty chciał ktoś zbudować kolejkę zębatą w Zakopanem — do Hal Gąsienicowych czy na Zawrat. Projekt przyjęto bardzo źle i poddano najsurowszej krytyce. Nie wolno szpecić krajobrazu, to barbarzyństwo!
Dziwna rzecz, dlaczego krajobrazu nie szpecą stare, koślawe chałupy, i dlaczego wszelki barbarzyński nonsens, o ile tylko ma lat trzysta i dobrze spleśnieje, natychmiast staje się zabytkiem czcigodnym i pięknym. Jakaś dzika nienawiść do życia współczesnego drzemie w każdym Europejczyku.
Gdybyśmy — w nieszczęsnej Europie mieli Niagarę, tobyśmy jej tknąć nikomu nie pozwolili. Wzięlibyśmy kij pielgrzymi w rękę, podkulibyśmy buty i wędrowali, wsparci na alpensztoku do tych wodospadów z tęskną pieśnią na ustach, pocąc się i postękując. Amerykanie zbudowali już w roku 1906 Niagara Falls Power Co., kazali spadającej wodzie obracać turbiny, wykonywać pracę, wydobywają z tego źródła prąd elektryczny — około 2 miljonów kilowatów. Poczciwa Niagara oświetla teraz Buffalo, Jamestown, Rochester, Syrakuzy, kable i druty biegną od jeziora Ontario na odległość 450 kilometrów aż do Nowego Jorku. Ktoś zapala lampę w dalekiem wielomiljonowem mieście i nie przypuszcza nawet, że to majestatyczny wodospad tak dba o jego komfort. Skupiły się już przy dobroczznnej katarakcie zakłady przemysłowe, fabryki korzystają z taniej energji, powstało miasto Niagara Falls i sto tysięcy ludzi żyje z tego, że jakaś tam rzeka natrafiła na próg skalny.
Naturalnie esteci ze starego świata znowu będą zlekka obrażeni. Nie podobały im się również „koszarowe“ domy nowojorskie, długo kręcili nosem, wzruszali ramionami, — aż pewnego pięknego dnia ktoś odkrył nagle, że Manhattan i jego drapacze nieba, widziane ze strony New York Harbor, są stokroć wznioślejsze i ciekawsze od wielu spleśniałych gruzów w Europie. Maja własny, swoisty styl, własną, nowożytną harmonję i dziś najzdolniejsi z naszych architektów jadą tam, za ocean, na studja z budownictwa.
Jeżeli chodzi o prawdziwy, niefałszowany entuzjazm dla cudów w przyrodzie martwej i żywej, nikt go w większym stopniu nie posiada, niż właśnie ci dziwnie trzeźwi Amerykanie. Zbudowali niedawno specjalny peryskop, tubę podmorską Williamsona, zmontowali ją na sporym statku i wysłali całą flotyllę dla zbadania, sfotografowania i utrwalenia w rysunkach i kolorach, zaczarowanych krain na dnie oceanu. Owa tuba Williamsona jest jakby żywcem wyjęta z powieści Verne’a albo Wellsa, składa się z obszernej kamery oszklonej, w której trzech ludzi doskonale się pomieścić może. Siedzą sobie wygodnie w dużej kuli (5 stóp średnicy), opuszczonej na dno podzwrotnikowej zatoki, patrzą przez grubą szybę na drzewa koralowe, na ryby dziwne, na pejzaże wyśnione, malują, szkicują, kręcą korbą aparatu filmowego, podpatrują życie w tym kraju z fantastycznej bajki dla młodzieży. Ich prace i bogate zdobycze naukowe tworzą specjalną sekcję w Amerykańskiem Muzeum Przyrodniczem, które tę dziwną eskadrę, złożoną ze statków „Lady Cordeaux“, Jules Verne“ i „Standard“ wysłało na wyspę New Providence. O jej przygodach opowiada barwnie jeden z kierowników wyprawy, Ralph Waldo Miner, w ostatnim zeszycie czasopisma „Scientific American“.
Bardzo żałuję, że dla łatwo zrozumiałych powodów nie mogę tu streścić, niestety, artykułu pana Minera ani dwudziestu innych referatów, zawartych w jednym tylko, przypadkowym numerze popularnego miesięcznika. Jest rzeczą wprost zdumiewającą, ile ta prozaiczna, praktyczna Ameryka wydaje dziś na cele utopijne, na naukę, na pracę w laboratorjach, na przyrządy, szkoły specjalne. Sam tylko wielki przemysł poświęca rocznie przeszło 35 miljonów dolarów na badania i studja. I pomyśleć, że nie chodzi tu wcale o filantropię. Prace laboratoryjne — jak wykazuje statystyka — opłacają się sowicie i trzeźwa Chamber of Commerce ocenia dochód, stały zysk roczny z tych — pozornie nierealnych, teoretycznych — rozważań, prób i eksperymentów na 500 miljonów.
Nam — w Europie — od takich cyfr w głowie się kręci. Poczynamy rozumieć powoli, dlaczego to nawet w dziedzinie czystej wiedzy, tu, gdzieśmy dotychczas byli najmocniejsi, gdzieśmy królowali i władali — rekordom amerykańskim sprostać już nie możemy. Nie stać nas na wielkie teleskopy, umieszczone na wyżynach i wycelowane w niebo bezobłoczne. Nasze obserwatorja zbudowaliśmy nieszczęśliwie w ludnych, zadymionych miastach, nie mamy funduszów na inne instalacje i teraz najciekawsze wiadomości z kosmosu wyłapują genjalny Hale z Mount Wilson, Lowell, W. H. Pickering, astronomowie po tamtej stronie oceanu. Nie mamy pieniędzy na subtelne siatki dyfrakcyjne, spektroskopy, interferometry i oddawna już Rowland, Michelson, Wood torują nowe drogi w optyce. Europejczyk z podziwem i zdumieniem, zaprawionem lekką dozą zazdrości, czyta o wielkiej podróży doktora C. G. Abbota, który w ciągu sześciu miesięcy zjeździł pół świata, robił doświadczenia na Saharze i na Synaju, w Beludżystanie i u Hotentotów, żeby znaleźć najdogodniejszy punkt na ziemi dla obserwacyj słonecznych. Głośna Smithsonian Institution podejrzewa bowiem, że insolacja — porcja ciepła, jaką słońce naszej skromnej planecie przysyła — jest zmienna i że to właśnie powoduje liczne zmiany w stanie pogody. Wybrano tedy — na zasadzie sprawozdań doktora Abbota — miejsce na tym globie, gdzie niebo jest najczystsze i tam — na Mount Brukkaros, w Afryce Południowej — dwaj uczeni pustelnicy osiedlą się na czas dłuższy. Będą przez trzy lata pyroheljometrem badali słońce — o siedem mil oddaleni nawet od samotnych sadyb hotentockich.
Jak widzimy, na całym prawie froncie wiedzy współczesnej Ameryka przystąpiła do wielkiej ofensywy. Nasi wczorajsi uczniowie dziś już są mistrzami, — w astronomji, fizyce, geologji, meteorologji zajęli najdalej wysunięte placówki i w odwiecznej, szlachetnej walce człowieka z Nieznanem oni powoli obejmują komendę.
Na stronicy tytułowej owego miesięcznika naukowego, o którym już była mowa, znajduję fotografję, a pod nią trochę może naiwny, ale znamienny podpis: „prof. B. S. Hopkins, pierwszy Amerykanin, który odkrył nowy pierwiastek chemiczny i nazwał go illinum (od stanu Illinois)“ A więc nawet chemja amerykańska dotarła do linji czołowej.
Zaznaczmy — dla ścisłości — że o istnieniu nowego pierwiastka coś już wiedział fizyk angielski, Moseley. Na zasadzie swych badań nad widmem roentgenowskiem doszedł do wniosku, że w naturze musi istnieć jakiś element między numerem 60 i 62 jego słynnej tablicy. Ale Moseleya wzięliśmy do wojska i młody uczony, jeden z największych współczesnych talentów naukowych, zginął w wojnie światowej, pod Gallipoli.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.