Boczna antena/Plamy na słońcu
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Boczna antena |
| Podtytuł | ostatnie biuletyny z frontów wieczystych |
| Wydawca | Bibljoteka Groszowa |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Słońce jest w nauce wieczyście aktualne. Wielki Galileusz, narażając się na straszną ślepotę, skierował pierwszą na tym świecie lunetę ku złotej tarczy promiennej, — dziś jeszcze, w chwili kiedy te słowa piszemy, ze wszystkich obserwatorjów na ziemi refraktory, spektrografy badają, lornetują zawzięcie, połyskując szkłami, kulę ognistą. Ludzie trzeźwi ruszają zapewne ramionami, myślą z pogardą o tych śmiesznych płanetnikach, którzy widocznie nie mają innych zmartwień i dlatego liczą sobie plamy na słońcu i fotografują po całych dniach protuberancje, słupy ogniste, języki płomienne. Naiwni! Gdyby wiedzieli wszystko, co wiedzieć trzeba, przekonaliby się, że najbłahszy biuletyn z życia gwiazdy dziennej jest dla nas stokroć ważniejszy od wszystkich uchwał w Genewie i wszystkich ceduł giełdowych na świecie.
Ludzie pierwotni, czciciele ognia, mieli może pewne cechy ujemne, ale pod jednym przynajmniej względem, byli mądrzejsi od współczesnego mieszczucha; wiedzieli albo przeczuwali, że słońce jest źródłem wszelkiej energji, wszelkiego życia na tym globie. Najskromniejszą zmianę na złotej, promiennej tarczy odczuwamy natychmiast na ziemi. Zbliżamy się właśnie znowu — po latach dziesięciu — do okresu maksymalnej działalności słonecznej, do t. zw. maximum plam na słońcu i przy tej okazji pani Gabrjela Flamrnarion, wdowa po znakomitym pisarzu i astronomie z Juvisy, przypomina w pięknym artykule niektóre obserwacje zmarłego uczonego.
Okazuje się, że nawet drzewka miejskie, kasztany na uroczej Avenue de l’Observatoire w Paryżu, są inteligentniejsze od nas, czynią bardzo trafne spostrzeżenia astronomiczne i wiedzą coś-niecoś o plamach słonecznych.
Nie będziemy tu wspominali zresztą o burzach magnetycznych, ani o wspaniałych zorzach północnych, bo są to sprawy — dla warszawiaków — trochę może zbyt odlegle i obce. Ale inne kwestje mają stanowczo pewien ścisły związek z naszem życiem, choćby dlatego, że od nich zależy byt ludzkości i przyszłość całego gatunku zoologicznego, do którego i my się zaliczamy.
Najciekawsza z nauk, fizyka, której oszałamiająco górne loty podziwiać można było w ostatnich lat dziesiątkach, dorzuciła — po licznych wyprawach zwycięskich w krainy nieznane — mnóstwo faktów zastanawiających do naszej wiedzy o świetle. Wiemy, że światło wywiera pewne ciśnienie i znakomity fizyk rosyjski, Lebiedjew, zmierzył na specjalnym siłomierzu w laboratorjum wielkość tego ciśnienia. Rozumiemy teraz, dlaczego komety wloką za sobą ogony wachlarzowate, pojmujemy, czemu to „rózga Boża“ tak właśnie wyglądać musi, jak wygląda. Fale słonecznego światła wpadają w tłum drobnych cząstek materjalnych, jak gromada policjantów podczas manifestacji, rozpędzają je, popychają i rozpraszają, wywierają na nie nacisk. Jeden z wybitniejszych uczonych w czasach nowszych, profesor Svante Arrhenius, wyprowadził stąd wniosek bardzo ciekawy: jeżeli tam gdzieś, w kosmosie, jakiś świat zagaśnie, albo jakiś glob się wykolei, to jeszcze nie dowód, żeby życie zupełnie zamrzeć miało. Fale świetlne wpadną między drobnoustroje, pchną je i przerzucą na inny świat, młodszy albo trwalszy. Poczem historja powszechna rozpocznie się ab ovo.
Ale i inne jeszcze własności optyczne nadają się do głębszych rozważań filozoficznych. Światło nietylko ciśnie i wykonywa pracę mechaniczną. Posiada również masę i — jak to wykazała teorja Einsteina — ciężar. Innemi słowy — energję świetlną możnaby sprzedawać na wagę, na kilogramy. Uczeni już dzisiaj mówią o tem, że słońce przysyła nam dziennie — 160 tonn światła. Ładniebyśmy wyglądali, gdyby za to trzeba było płacić podług cennika elektrowni miejskiej. Nasze zakłady liczą sobie — wyrażając fakty wciąż tym samym językiem — przeszło miljard złotych za jedno jedyne kilo energji świetlnej. Rockefeller z Morganem poszliby z torbami, gdyby słońce, chociaż przez minutę, paliło się na ich rachunek.
I tu powstaje kwestja, ze wszystkich bodaj najważniejsza. Kto utrzymuje słońce? z jakich to funduszów opłacane są te jego wydatki? Kto i co pokrywa straty w bilansie? na jak długo — przy tak rozrzutnej gospodarce — zasobów starczy? Zastanawiał się nad tą sprawą głęboko jeden z najtęższych umysłów w dziejach nauki, słynny William Thomson, lord Kelvin. Doszedł do wniosków bardzo pesymistycznych, twierdził, że słońce się kurczy, przepowiadał dość rychły koniec, groźne wyrównanie wszelkich temperatur, tragiczną „śmierć cieplną“. Zobaczymy, co o tem mówi fizyka dzisiejsza.
Na rozpalonych gwiazdach i na przygasłej ziemi wre od lat miljonów praca, któraby rozradowała serca średniowiecznych alchemików, gdyby o niej coś wiedzieli. Atomy wszystkich pierwiastków składają się z tych samych elektronów i — jeżeli komu bardzo na tem zależy — może sobie twierdzić śmiało, że złoto jest cudacznie przekształconym wodorem. Głośny dziś w świecie fizykochemik, kolega mój z Heidelberga i współobywatel nasz z Warszawy, profesor Kazimierz Fajans, bezsprzecznie przyszły laureat Nobla, dowiódł lat temu kilkanaście, że prozaiczny, ordynarny ołów powstaje w ciągu wieków z radu albo mezotoru, że istnieje z tego powodu w dwóch różnych odmianach i ma wyraźnie różne ciężary atomowe. Takie brewerje natura wyrabia samorzutnie i przy tych swoich epokowych pracach alchemicznych, przy tem przekształcaniu pierwiastków i przerzucaniu elektronów na „zgóry upatrzone stanowiska“ uwalnia energje, o których się nawet wielkiemu Kelvinowi nie śniło.
Słońce powstało z mgławicy, zawierającej prawdopodobnie lekki wodór, który dziś przetworzył się na hel, tlen, węgiel itd. Już ta częściowa zamiana sprawiła, że nasz życiodajny Febus mógł sobie promieniować, żyć na królewskiej stopie i trwonić energję przez 65 miljardów lat — tak przynajmniej wypada z wyliczeń. I wcale się nie kurczył z powodu tych ekscesów, tylko czerpał pełną dłonią z nieprzebranej energji miedzyelektronowej.
Na jak długo jeszcze tego starczy? Kiedy, mówiąc wyraźniej, słońce zagaśnie?
Daty nie podam z dwóch względów. Po pierwsze nie jestem płatny od wiersza, a po drugie — jakby się nasze urzędy a magistraty zwiedziały, że termin ostateczny załatwienia różnych spraw naglących znów się odwleka...
Tak czy owak — wielki lord Kelvin raz przynajmniej się omylił. Groźne widmo śmierci cieplnej — dzięki badaniom dzielnych uczonych dzisiejszych — rozwiewa się, znika na całe eony.
Możemy się śmiało zabrać do roboty i jeszcze to i owo wykonać. Mamy czas.