Boczna antena/O nieznanym uczonym
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Boczna antena |
| Podtytuł | ostatnie biuletyny z frontów wieczystych |
| Wydawca | Bibljoteka Groszowa |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
I nauka ma w swoich szeregach nieznanych żołnierzy. My — publiczność — podziwiamy oczywiście tylko wielkie czyny, olśniewające odkrycia, głośne fakty epokowe. Nic nas to nie obchodzi, że tam gdzieś na najwyższym szczycie Europy, przylepiona do lodowców Mont-Blancu grupka uczonych notuje skostniałemi od zimna palcami kierunek wiatru, temperaturę, ciśnienie — dane, z których może dopiero nasi wnukowie ułożą mapy, wyciągną wnioski właściwe. Nie wzrusza nas to też wcale, że już przeszło od roku krąży po wodach południowych oceanu Atlantyckiego dziwny bardzo statek — włóczęga. Z Kapsztadu płynie do Buenos Aires, stamtąd na Wyspy Falklandzkie, i znów do Kapsztadu, do Rio Grande do Sul, do zatoki Wielorybiej, do Rio de Janeiro... Czternaście razy przepływa ocean wpoprzek, a dzielna załoga, uzbrojona w naczynia do czerpania wody, w najnowsze aparaty akustyczne do mierzenia głębokości, w dziecinne latawce i baloniki, notuje, wylicza, kreśli, zdejmuje profile. Wykonano już przeszło 20 tysięcy pomiarów, ale praca na tajemniczym pokładzie nie ustaje. Z Bengeli do Bahji, z Pernambuco do Fernando Po tuła się stateczek niewielki, zbiera próbki, bada słoność wody, kierunek prądów. Nigdy się nazwiska tych dziewięciu uczonych, którzy się tam na pokładzie tajemniczego „Meteoru“ trudzą, do szerszej publiczności nie przedostaną. Ich prace oceanograficzne utoną w księgach specjalnych i zczasem dopiero — kiedyś tam, po latach i dziesięcioleciach — przyjdzie ktoś, kto je dla celów nautycznych wyzyska, albo może w rozgłośnej teorji geologicznej uwzględni.
O tych bezimiennych pracownikach nauki najlepiej chyba i najprościej mówił słynny Paweł Ehrlich, którego odczyt — dawno już temu — słyszałem w Frankfurcie nad Menem. Mały, siwy staruszek opowiadał o swych genjalnych odkryciach z dziedziny chemjoterapji, o badaniach, których wynikiem był ów lek fenomenalny — salwarsan. „Zagadnienie było właściwie bardzo proste — twierdził. — Wiedzieliśmy, że arszenik zabija bakterje chorobotwórcze, wiedzieliśmy, że, niestety, zatruwa też i organizm. Trzeba było znaleźć taki preparat, któryby niszczył bakcyle, nie zatruwając człowieka. I tu przypomniały nam się dziesiątki i setki owych rozpraw chemicznych, które produkują rok rocznie nasze uniwersytety, przypomniały nam się te dysertacje nieszczęsne o długich, śmiesznych tytułach, owe — pozornie — bezużyteczne syntezy, fabrykowane przez bezimiennych studentów, przeważnie w celu otrzymania dyplomu. Zabraliśmy się do roboty, wypróbowaliśmy po kolei wszystkie zabawne arsenodiamidoetcetera i — znaleźliśmy. Chciałbym dziś podziękować serdecznie moim nieznanym współpracownikom... W nauce, jak w naturze, nic nie ginie“...
Proste te zdania nabierają teraz znów sensu aktualnego. Jeden z miesięczników francuskich zwrócił się do wybitnych specjalistów z bardzo rozsądnem pytaniem: jaki był właściwie cel głośnego raidu Amundsena i kapitana Byrda, cośmy zyskali na śmiałej wyprawie do bieguna północnego? Wszystkie odpowiedzi (głos zabierają Charcot, Bigourdan, Grandidier, Mangin) pełne są szczerego entuzjazmu dla dzielnych żeglarzy, zachwytu dla ich energji i odwagi, ale wszystkie zaznaczają, że na istotny rezultat naukowy czekać trzeba jeszcze. Czekać aż do tej chwili, kiedy szlakiem, wskazanym przez Amundsena i Byrda, pójdzie na północ owa anonimowa wielka armja z aparatami rejestracyjnemi, ze śmiesznemi balonikami, z przyrządami do mierzenia ciśnień. Dopiero kiedy ci — bezimienni — zaludnią lodowce polarne, kiedy zgrabiałemi rękami wykreślą na mapach tajemnicze linje — izobary i izotermy — może, dzięki nim, opanujemy najkapryśniejszą dziedzinę wiedzy, meteorologię, nauczymy się wreszcie przepowiadać pogodę. Zagadnienie i tu właściwie jest przecież bajecznie proste: słońce — źródło wszelkiej energji i wszelkich różnic termicznych, i ziemia — mała kula, która się naokoło tego pieca obraca. Cztery pory roku doskonale wytłumaczył już Kopernik. Ale skąd owe tysiące przeróżnych codziennych zmian, irytujących i nieprawdopodobnych, skąd owe deszcze, nagłe zachmurzenia, burze, dni pogodne, wichry, grady, zamiecie, susze? Stworzyliśmy, jak wiadomo, naukę specjalną, mamy setki stacyj meteorologicznych, rozrzuconych po święcie, dziesiątki strażnic w najdziwaczniejszych punktach globu, ale dotąd tych zjawisk niesfornych w karby nie ujęliśmy. Wymykają nam się ciągle i niektórzy sceptycy powiadają, że tak będzie zawsze. Tu rządzi wszechwładnie przypadek — mówią.
Otóż nawet przypadek oddawna już nie jest taki znowu przypadkowy, jakby się zdawało. Zajął się nim ongi pilnie wielki Laplace, poświęcali mu prace uczeni Fermat, Pascal, Bernouilli. Dziś istnieje teorja prawdopodobieństwa, nauka równie ścisła, jak geometrja albo algebra, i może nie od rzeczy będzie, że tu o niej przypomnimy w porze wyjazdów do Sopot i innych miejscowości kuracyjnych, w których istnieją kasyna. Kiedy podrzucamy monetę do góry, żaden uczony na świecie nie powie nam, co wypadnie, orzeł czy reszka, ale zato każdy normalny człowiek musi przyznać, że szanse są równe. Matematyk pisze w tym wypadku: prawdopodobieństwo wyrzucenia reszki=½. W ten sam sposób, kiedy rzucamy kostkę, która ma numery od jedynki do szóstki, prawdopodobieństwo wyrzucenia cyfry, większej niż cztery, =⅓. Rozwijając te proste bardzo aksjomaty logicznie, dochodzimy do wniosku — drogą wyliczeń — że, grając np. w winta albo bridge’a, mamy jedną szansę na trzysta otrzymania naraz wszystkich czterech asów, zaraz po rozdaniu kart. Na takich właśnie — pozornie naiwnych — wyliczeniach oparły się towarzystwa asekuracyjne, biura statystyczne. Co więcej — wielki fizyk, Boltzman, zastosował je w najściślejszej bodaj z nauk ścisłych, fizyce, wykazał, że prawo fizyczne to właściwie wypadek najprawdopodobniejszy z możliwych, dowiódł, że na zasadach tego rachunku oprzeć można doskonale rzeczy tak poważne, jak mechanika i teorja gazów.
I jednych tylko nie przekonał ani Boltzmann, ani Laplace, ani Bernouilli — zawodowych graczy. Ci manjacy wciąż jeszcze wierzą w jakiś „system“ przy grze hazardownej: podwajają stawki, czekają aż serja minie...
Przypomnijmy im tedy — za p. M. Bollem, autorem bardzo dobrego artykułu w „Science et la Vie“ — kilka zasadniczych postulatów teorji prawdopodobieństwa:
Piłka w ruletce nie ma świadomości ani pamięci, jest za każdym razem na nowo niezależna.
Bak jest — ze wszystkich gier istniejących — najszybszym sposobem wyzbycia się grosza (Borel).
W chwili, kiedy stawiacie na numer w „petits chevaux“ franka — macie już tylko 80 centymów, bo szanse bankiera są w tym stosunku większe,
nawet wówczas, gdyby były równe — w grze hazardownej wygrywa ten, kto ma więcej pieniędzy.
Ale cóż. Ludzie wierzą w matematykę wtedy tylko, kiedy im z tem wygodniej.