Przejdź do zawartości

Boczna antena/O naszym chlebie powszednim

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
(O naszym chlebie powszednim czyli o bzdurstwie codziennem).

Zajmujemy się tu postępami w naukach ścisłych, przyrodniczych, piszemy krótkie depesze z wieczystego frontu, który wiedzę od niewiedzy oddziela, notujemy — w miarę sił i możności — jak się ta linja bojowa przesuwa... Sprawy „nadprzyrodzone“ nie obchodzą nas wcale, wszystkie mgliste... izmy...yzmy...azmy omijamy zdaleka starannie. Ale trafiliśmy w wycieczkach naszych na książkę bardzo ciekawą, postanowiliśmy raz jedyny przełamać zasadę i poświęcić jej słów kilka. Osiedliliśmy się bowiem w mieście, które powoli nawet pojęcie odczytu naukowego zdegradowało zupełnie i doprowadziło do absurdu, w mieście, gdzie prelekcja, wykład publiczny to jakiś dziki afisz, zadrukowany niezrozumiałemi wyrazami, i kubeł jeszcze dzikszych bredni, wylewanych z estrady na głowy łatwowiernych słuchaczy.
Najnowsza książka znanego badacza i dzielnego publicysty, p. Pawła Heuzé, pada, jak grom z jasnego nieba, w tłumy wydrwigroszów pospolitych. Nazywa się w oryginale „Fakirs, fumistes et C-ie“ i domyślić się chyba łatwo, jakie to sprawy porusza. Chodzi poprostu o te dziwy i cuda, o których różni dyletanci prawią nam duby smalone po kawiarniach, o te zjawy, objawy, manifestacje i rewelacje przeróżnych To-Ramów, Tuhaj-Bejów, jogów a fakirów. Już na okładce owego dziełka widzimy bardzo ładną fotografję p. Pawła Heuzé, którego twarz uśmiechnięta przedziurawiona jest dosłownie w różnych kierunkach damskiemi szpilkami od kapelusza. Autor twierdzi, że znana sztuczka estradowa nie świadczy wcale ani o nieznanych siłach magnetycznych, ani o tajemniczej potędze woli. Każdy — jeżeli mu na tem zależy — może sobie przetknąć taką szpilkę przez policzek i wcale go to nie będzie bolało więcej, niż najskromniejszy zastrzyk arszenikowy. Podaje na dowód protokóły lekarskie z doświadczeń, które sam wykonał — w obecności poważnych medyków. I inne jeszcze „fakiryzmy“ zagadkowe wytłumaczyć można w sposób dość naturalny. Pan Heuzé kładzie dłoń na gwoździu, obciąża ją — stostosując metodę ściśle naukową — różnemi gwichtami i oblicza na papierku, jaki to właściwie ciężar skóra ludzka wytrzymać może. Potem buduje sobie straszliwe Madejowe łoże — deskę najeżoną ćwiekami — i kładzie się na tym okropnym materacu, wesoły i uśmiechnięty. Wstaje — i nawet lekkiego zadraśnięcia nigdzie nie widać.
Jakto? A telepatja? A odgadywanie myśli? A przesyłanie woli na odległość?...
Nie będziemy tu w krótkiej notatce streszczali dość grubego tomu. Pan Heuzé poświęcił sporo czasu i pracy na zdemaskowanie sztukmistrzów i wesołych „kawalarzy“. Niektórzy — oddajmy im sprawiedliwość — zgłaszali się do niego sami.
— W roku 1902-im dawałem przedstawienia w Bordeaux — mówi jeden z nich. — Zwykłe odgadywanie myśli, telepatja, skromna blaga, proste bardzo „truki“, jasnowidzenie. Nie przypuszczałem, że tyle krzywdy ludziom przez to wyrządzę, że utworzy się specjalna, nowa sekta, że jakaś manja psychiczna szerzyć się pocznie, że powstaną tajemnicze związki zwariowanych kobiet... Tu jest, proszę pana, mój kajecik. — Kto się tych kilku reguł nauczy na pamięć, może zostać doskonałym telepatą, metapsychikiem, Newtonem wiedzy tajemnej...
Powinien w te pędy posadzić na estradzie medjum, zawiązać mu oczy, chodzić — utartym zwyczajem — po sali i nakazać tajemniczej osobie, by odgadywała i przenikała najdziwniejsze sekrety. Wystarczy lekkie napięcie woli i trochę tupetu.
— Powiedz mi, co trzymam w ręku? — Odpowiedź: zegarek. — Gdyby pytanie brzmiało cokolwiek inaczej, np. „czy możesz mi powiedzieć“, to byłby, oczywiście, nie zegarek, tylko portfel. Słowa: zastanów się i powiedz mi... oznaczają ołówek, a „wejdź w siebie i...“ — chustkę do nosa.
Cały, dość skomplikowany, klucz ułożono w ten sposób, tajemnicze medjum na estradzie, obkute jest, jak nieudolny student przed egzaminem i cytuje na zawołanie daty, nazwiska, numery, gra na na fortepianie melodje, odgaduje utwory muzyczne. Jakieś niezwykle mistyczne zastosowanie starej, poczciwej, szkolnej ściągaczki.
Przez długie lata modny był bardzo pewien zamach radykalny na tę biedną, nieszczęsną fizykę i na jej prawa ubogie. Po naiwnych gazetach i jeszcze naiwniejszych książkach przygodnych podróżników kursowała stale niesamowita opowieść o fakirze indyjskim, który wyrzuca linę wgórę, czeka aż ten gruby postronek stężeje, wypręży się, zawiśnie w błękitnem powietrzu — bez oparcia. — Poczem Hindus wciąga się po linie, jak po słupie, tam — w błękitach, — wykonywa jeszcze kilka drobniejszych cudów, aż wreszcie znika w przestworzu, bez śladu, jak mgiełka poranna.
Cud byłby istotnie oszałamiający, gdyby nie to, że odbywa się przeważnie o zmroku, w dymie kadzideł... że widzowie są nieco oślepieni blaskiem ognia. Znaleziono również pewien dość mocny drucik, łączący wierzchołki pobliskich drzew palmowych. Kadzidła, modły, wiedza tajemna miały też pewien skutek, ale lina wisiała, oczywiście, na tym właśnie solidnym, fizycznym drucie. A fakir miał płatnego pomocnika...
— Jak wy, Europejczycy, możecie wierzyć w blagi i głupstwa podobne? — mówił w wywiadzie Ram Mohun Chaterje, którego pan Heuzé dopadł gdzieś na Lazurowym brzegu. — Fakir indyjski to biedak, żebrak, który stara się zarobić kilka groszy, jak umie — kuglarstwem, żonglerstwem, sztuczkami. My, w Indjach, patrzymy na ich produkcje, jak wy na waszych prestydygitatorów jarmarcznych. Bawią nas. Ale żeby w tem były jakieś moce tajemne, psychiczne? Żeby rośliny pod zaklęciem kiełkowały i wyrastały z ziarna? Przecież to wyraźny idjotyzm!
Rzeczywiście, jak tu wytłumaczyć współczesnemu, wykształconemu Hindusowi, chociażby pochodził nawet z kasty braminów, nasz dziwny obłęd masowy, nasze seanse, spirytyzmy, okultyzmy? Pan Ram Mohun Etcetera ma teraz we własnym kraju, w Kalkucie, w stolicy Bengalu, świetny, wzorowy instytut naukowy, w którym sir J. C. Bose pracuje nad botaniką i fizjologją roślin, — ma napewno w kole najbliższych znajomych i rodaków dzielnych fizyków, chemików, matematyków... W Indjach wychodzą bardzo poważne czasopisma specjalne.
Wzamian zato chmara jogów, bejów, fakirów — rodem z najprzedniejszych kast bramińskich Czerniowic, Żółkwi, Milanówka i ulicy Przyokopowej — rzuciła się na miasta i miasteczka ogłupiałej Europy, bandy podróżników i odkrywców od Cooka przywożą z dalekiego Wschodu całe furgony dzikich bzdurstw, co chwila jakiś drągal obala wiedzę ścisłą, co chwila jakaś powieść, odczyt, artykuł każe nam się nurzać w okropnem „mare tenebrarum“... Jak tu ukryć przed mądrymi Hindusami dzisiejszymi ten nasz wstyd i tę naszą hańbę?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.