Przejdź do zawartości

Boczna antena/O krótkowidzu Neronie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
(O krótkowidzu Neronie, o zawodnych wrażeniach optycznych, o upiorach i kosmosie).

Wydobyto ze starych kronik najaw pewien fakt ciekawy: groźny cesarz Neron nosił stale przy sobie niewielki, nawpół przezroczysty kamień, który cenił bodaj więcej, niż władzę nad Rzymem i własny talent poetycki. Historycy, drogą mozolnych badań, doszli do wniosku, że miedzianobrody Neron był krótkowidzem, że ów bezcenny minerał miał przypadkowo pewne wklęsłości i dlatego korygował tę wadę jego wzroku... Słowem nie ulega już wątpliwości, że mamy tu do czynienia z pierwszym na świecie — monoklem. I nic chyba lepiej nie uwydatnia olbrzymiego postępu, jaki naukom ścisłym zawdzięczamy, od tego fakciku, który historja zanotowała sobie gdzieś petitem, w rubryce drobnych zdarzeń. Wszechpotężny cezar był stanowczo w sytuacji gorszej, niż pierwszy lepszy subjekt handlowy dzisiaj. Gdybyśmy mu podarowali nasze stare, zepsute, wyrzucone na śmietnik okulary, toby nas ucałował, obsypał złotem i dostojeństwami.
Coby się zaś stało, gdybyśmy głośnego w dziejach krótkowidza zaprowadzili raptem do teleskopu na Mount Wilson i pokazali mu, jak śniegi na dalekim Marsie topnieją — tego sobie doprawdy wyobrazić nie umiem. Fizyka tak udoskonaliła nasze zmysły, że uzbrojeni w potężne refraktory oglądamy, co się dzieje na planetach i gwiazdach, przez niemniej potężne mikroskopy studjujemy życie bakteryj i podpatrujemy ruchy cząsteczek. A jednak prawdziwy uczony wciąż jeszcze nie ma zaufania do słabego wzroku ludzkiego. Nie polega na swoich niepewnych wrażeniach optycznych — w badaniach i pomiarach stosuje czułe klisze fotograficzne, w ostatnich zaś czasach zdobył nowy przyrząd rejestrujący, niezwykle wrażliwy na światło — komórkę fotoelektryczną. Tajemnicza komórka podobna jest do zwykłej żarówki, a jeszcze bardziej do lampki odbiornika radjowego. Pod uderzeniem najsłabszych nawet fal świetlnych pewna blaszka, umieszczona w dokładnie wypompowanem naczyniu, poczyna wysyłać elektrony, wywołuje zmiany w prądzie elektrycznym. Komórka, stokroć lepiej niż oko, spostrzega, chwyta, ocenia drżące światło dalekich gwiazd, notuje ściśle jego natężenie. Pamiętam, że już przed laty zastosowano ją w bardzo ciekawem doświadczeniu. Była to epoka promieni i jeden ze zdolniejszych fizyków francuskich, porwany ogólnym prądem, ogłosił, że odkrył jeszcze jeden, nowy ich rodzaj: ciało ludzkie wysyła w ciemności „promienie N“. Dyskutowano nad tą sprawą przez czas dłuższy, profesor owe promienie widział, jego asystent ich nie widział, aż wreszcie gromadka uczonych niemieckich udała się do laboratorium odkrywcy z komórką fotoelektryczną. Stwierdzono ostatecznie, że promienie N są produktem wyobraźni, dość zwykłą w dziejach pomyłką, „błędem subjektywnym”.
Nie chciałbym nikomu sprawiać przykrości, ale liczne znaki na niebie i ziemi zapowiadają rychły koniec wszelkich materjalizacyj, zjaw, duchów, widziadeł, wałęsających się bez sensu po seansach, i tym podobnych błędów obserwacji. Było to już oddawna ciekawe, choć niezrozumiałe: ludzie, zaopatrzeni nieraz w jaki taki bagaż naukowy, wyzbywają się raptem wszelkiego krytycyzmu, tej niewiary we własne wrażenia, która przedewszystkiem badacza i przyrodnika cechuje, zamykają się z podejrzanemi typami w ciemnym pokoju, czekają, aż ich zmysły stępieją dostatecznie i — wypisują duby smalone o fruwających stołach, grających skrzypcach i zmaterializowanych „trzecich rękach“. Pierwszą bodaj rozsądną broszurkę o tej dziwnej psychozie napisał niedawno lekarz holenderski, Dr. A. F. Meyer (Harlem). Drugą wydał teraz C. Bruhn pod znamiennym tytułem „Uczeni w stanie hipnozy“. Cała wreszcie gromadka uczonych (Wellenburg, Klinckowstroem, Dessoir) zajmuje się okultyzmem i medjumizmem od strony jedynie właściwej, t. j. badając nie medja (te dziwnym trafem w ostatnich czasach wszystkie, co do nogi, zdemaskowano), ale medjumistów. Coprawda najsilniejszy argument poczciwego, wielkiego fizyka, Crookesa, na którego się spirytyści ustawicznie powołują, brzmiał dosłownie w ten sposób: „Nigdy nie uwierzę, żeby Katie miała oszukiwać. Przypuszczenie, że to młode dziewczę mnie zwodzi, jest przecież bardziej sprzeczne z rozsądkiem, niż cuda na seansie...“
W grubej, źródłowej księdze, w XVI rozdziałach, na 500 stronicach druku panowie Dessoir, Rosenbusch, Klinckowstroem dochodzą do wniosku, że właściwie wszystkie „fakty i dane“ spirytyzmu należą — mniej więcej do tej samej kategorji.


∗             ∗

Wróćmy do rzeczy poważniejszych. W dniu piętnastym sierpnia rozpoczyna obrady w Kopenhadze międzynarodowy kongres astronomiczny. Dotychczas zgłosiło swój udział przeszło 100 astronomów z różnych stron świata. Przewodniczy profesor Elis Stroemgren; z Anglji przybędą Frank Watson Dyson, dyrektor obserwatorium w Greenwich i słynny znawca teorji względności, profesor Artur St. Eddington, Ameryka wysyła Shapleya (Harvard). Zameldowano dotąd około trzydziestu odczytów i referatów.
Dziwne, jak mało my — w kraju, który Kopernikowi wystawił pomnik ze spiżu — wiemy o astronomji. Po kawiarniach włóczą się jakieś bandy astrologów z pod ciemnej gwiazdy, nasze informacje ostatnie pochodzą jeszcze z czasów Tychona de Brahe i Keplera. Nie wiemy nic ani o pracach nowszych, ani o ciekawych zjawiskach w kosmosie, ani o gwiazdach podwójnych Michelsona, ani o polach magnetycznych, odkrytych na słońcu. Wielka królowa nauk — astronomja — była raz tylko popularna, w roku 1919-ym. Z teorji fizyka Einsteina wynikało, że gwiazdy podczas zaćmienia słonecznego muszą się nieco na niebie przesunąć — pozornie, — a to dlatego, że wielkie masy odchylają promienie świetlne. Był to jeden z tych nielicznych wypadków, kiedy słynną teorję względności można było sprawdzić doświadczalnie, kiedy zapaść na nią miał wyrok ostateczny: życie albo śmierć. I gromadka astronomów, pod wodzą dzisiejszego delegata, Artura St. Eddingtona, udaje się w podróż uciążliwą na wyspę Principe (wybrzeże afrykańskie) i tu — po licznych doświadczeniach i obserwacjach próbnych — fotografuje niebo podczas zaćmienia. Ogłoszenie rezultatów było — jak wiadomo — jednym z bardziej dramatycznych momentów w dziejach nauki. Einstein ma rację, teorja względności zwyciężyła. Astronomja oddała tu znakomitej swojej siostrzycy, fizyce, usługę wiekopomną.
Co prawda był to skromny rewanż zaledwie. Pierwsza rata na konto długu wdzięczności. Od wieków fizyka, jej aparaty, jej metody, jej przyrządy — gra dominującą rolę w obserwacjach astronomicznych. Kirchhoff i Bunsen stworzyli w laboratorium fizycznem ową analizę spektralną, dzięki której powstała nowa gałąź wiedzy — astrofizyka. I odtąd fizycy właśnie — Michelson, Zeeman, Einstein — mają najlepsze pomysły kosmologiczne.

Wallal (Australja). Uczeni amerykańscy pod wodzą W. W. Campbella udają się na wyspy Oceanji, aby sfotografować niebo podczas zaćmienia i raz jeszcze stwierdzić, że gwiazdy się przesuwają — stosownie do obliczeń Einsteina.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.