Boczna antena/O bajkach arabskich i technice
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Boczna antena |
| Podtytuł | ostatnie biuletyny z frontów wieczystych |
| Wydawca | Bibljoteka Groszowa |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Gdzieś tam między nauką i techniką leży prawdziwa kraina nieograniczonych możliwości i ilekroć nowy biuletyn piszę, przypomina mi się jedna z piękniejszych nowel wielkiego myśliciela, Edgarda Allana Poe. „Nocy tysiącznej i drugiej“ (taki jest właśnie tytuł powiastki) Szecherezada, której zbrakło wreszcie tematów arabskich, postanowiła — z zachowaniem wszelkich środków ostrożności — odtworzyć padyszachowi w ubogiej mowie ludzkiej owe ryby stalowe, tryskające gorącą parą, owe smoki żelazne, które grzmią i dudnią po szynach i stają potulnie na stacjach, oczekując aż pasażerowie wysiądą... Groźny władca słuchał cierpliwie, ale mniej więcej o dwunastej klasnął w dłonie i kazał zawezwać straż pałacową:
— Dopóki mi mówiłaś — przez dwa i pół roku — o cudach i dziwach fantastycznych, połykałem chętnie te brednie, bo były przynajmniej prawdopodobne. Ale smoki żelazne? wieloryby stalowe? Szyny? Skrócić tę gadatliwą damę o głowę!
Nie jest to doprawdy bez kozery, że pisarz obdarzony najbujniejszą wyobraźnią poetycką wśród ludzi żyjących, genjalny H. G. Wells, posiada jednocześnie gruntowne wykształcenie przyrodnicze, zna fizykę świetnie i w czarownej swojej powieści „Wehikuł czasu“ przeczuł i przewidział teorję względności.
Są, niestety, i inni fantaści współcześni, znacznie mniej wykształceni, którzy wierzą jednak widocznie we wszechpotęgę nauki i techniki — dziennikarze. Kiedy im w czasach ogórkowych zabraknie tematu, siadają w redakcji na stołku i tworzą na kolanie nowe wynalazki. Wiedzą, że w tej dziedzinie wszystko właściwie stać się może i dlatego puszczają w świat drukowane dzikie kaczki, które sobie fruwają doskonale i żyją nieraz ze dwa kwartały.
Zauważyłem, że panowie reporterzy mają przytem pewien system i najchętniej robią odkrycia z zakresu optyki. Przez pewien czas modne były bardzo promienie, które zapalają proch na odległość, wysadzają miny i składy amunicji. Innym znowu razem strzeliły z bibuły drukowanej fale świetlne, które całą armję nieprzyjacielską mogą oślepić. Niedawno jedno z brukowanych pism wiedeńskich zamieściło niesamowitą historję o jubilerze amerykańskim, który znowu — prawdopodobnie w celach zysku — zabił bogatego stryja promieniami radu. Wydrążył pierścionek, napchał weń soli radowych i podarował taki klejnot złodziejski zamożnemu stryjaszkowi, poczem człowiek ten, oczywiście, natychmiast umarł. Ale policja już jest na tropie... Trzebaby — mojem zdaniem — wydać podręcznik specjalny dla początkujących dziennikarzy i literatów z praktycznemi wskazówkami, gdzie i kiedy wolno im blagować, a gdzie nie. Fale świetlne, łaskawi panowie, znamy. Od fal najkrótszych i najenergiczniejszych, od promieni gamma radowych i retgenowskich, aż do kilometrowych fal elektromagnetycznych, któremi telegrafujemy bez drutu, zbadaliśmy jakościowo wszelkie gatunki światła, widzialnego czy niewidzialnego. Zanotowaliśmy własności wszelkich drgań, tu i owdzie istnieją — ze względów technicznych — pewne drobne, nic zresztą nie znaczące luki i wyrwy, ale mimo to musimy was rozczarować. W nauce jest wszystko możliwe, prócz bredni. Rad bardzo silnie działa na tkanki, może po dłuższem naświetleniu wypalić nawet rany w skórze (na taką właśnie przykrość naraził się nieopatrznie swego czasu wielki P. Curie, który pierwszą porcję soli radowych nosił długo w kieszonce od kamizelki), ale pierścionek radowy nie może uśmiercić momentalnie bogatego stryjaszka w Ameryce. Niema też w naturze takich promieni i technika nigdy takich specyficznych fal nie stworzy, któreby ludzi odrazu oślepiały. W działaniu na nerwy oczu chodzi raczej o intensywność, natężenie, nie o rodzaj drgań.
I zapalanie prochów na dystans — w tej formie, w jakiej ten wynalazek zazwyczaj podają w artykułach — jest zwykłą suchotniczą kaczką gazeciarską. Różne rzeczy możemy wykonywać na odległość, możemy poruszać maszyny, puszczać w ruch motory długiemi, niewidzialnemi, niemateterjalnemi palcami fal elektrycznych, ale — musimy stanowczo mieć tam, dokąd przesyłamy naszą wolę, jakąś stacyjkę odbiorczą, jakieś przez nas zbudowane ucho, które naszych rozkazów słucha.
Z tych względów — głośne swego czasu — strącanie aparatów lotniczych przez Niemców (zawsze ci Niemcy) zapomocą jakichś tajemniczych, niezbadanych fal, należy również, do wynalazków raczej redakcyjnych, wykonanych po franku od wiersza, niż technicznych. W ten sam sposób wyssano sobie z palca bajeczne paliwo, którego gram wystarcza na tysiąc lokomotyw. Tu — cudownym sposobem — przedostała się do mózgownic maluczkich teorja Einsteina w nieco wulgarnej formie. Gram węgla — tak wynika z wyliczeń teoretycznych — mógłby rzeczywiście poruszyć wszystkie lokomotywy na świecie, ale trzebaby go wypompować przy tej okazji doszczętnie z wszelkiej energji międzyelektronowej, zdematerializować, o czem ani dziś, ani jutro marzyć nawet nie możemy.
Nie jest natomiast niestety, czczym wymysłem dziennikarskim ów ptak niesamowity, potworny, zabójczy, o którym czytałem onegdaj w pismach londyńskich. Nazywa się „torpeda powietrzna“, brzuch ma wyładowany szrapnelami i dynamitem, saperzy go nakręcają, puszczają w ruch... Poczem straszydło wzbija się w powietrze, szybuje... Nie wiezie ani pilota, ani obserwatora, ani wogóle człowieka żywego. Ma tylko anteny, odbiorniki, druty stalowe zamiast nerwów, i płynie tam, gdzie go fale elektryczne, wysłane z ziemi, z ukrycia, albo z dalekiego płatowca, kierują. Potem nagle, w danej chwili, na rozkaz radjowy, ciska piekielny swój bagaż na miasta, okręty, linje bojowe. Nie boi się strzałów, nie denerwuje go huk armat. Leci i zabija automatycznie, celnie, na zimno.
Ten albatros przeklęty nie istnieje jeszcze, bo go dotąd nie zbudowano. Ale telemechanika, sterowanie statkami wodnemi i powietrznemi na dystans, zapomocą fal z odległych stacyj nadawczych, leży całkowicie w granicach możliwości technicznych. Jeżeli nie zmądrzejemy prędko, nasza własna, cudowna broń, nasza technika, wyniszczy rodzaj ludzki, wytępi nas co do nogi.
Miejmy nadzieję, że straszliwy automat zajmie się pracą uczciwszą i pożyteczniejszą. Torpeda powietrzna będzie zabierała pocztę z Warszawy i — popychana tu i ówdzie we właściwym kierunku przez radjowe stacje na kontynencie i na oceanie — będzie wiozła lotem huraganu listy i towary do dalekich krajów, do Paryża, Londynu, do Nowego Jorku. Bez pilota, bez załogi, — widmo bez przysłowiowego „latającego Holendra“.
Trudno przypuścić, żebyśmy tak do końca świata najcudowniejsze wynalazki obracali na narzędzia mordercze. Głupota ludzka jest wprawdzie też krainą nieograniczonych możliwości, ale są przecież pewne znaki na niebie i ziemi...