Boczna antena/Naturalne upały i sztuczne chłody
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Boczna antena |
| Podtytuł | ostatnie biuletyny z frontów wieczystych |
| Wydawca | Bibljoteka Groszowa |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Jest skwarny lipcowy dzień, z ulic i zaułków bucha, jak z rozpalonego pieca, termometr na murze pewnej instytucji rządowej, obok której przechodzę, wskazuje 25 stopni Celsjusza. Kawiarenka warszawska z jej sztucznemi kolumnami i drzewkami w doniczkach, wygląda dzisiaj w potokach tropikalnego słońca jakoś dziwnie. Zupełnie jakby jakaś zwarjowana karawana na gorących piaskach Sahary zamiast zwykłych namiotów rozstawiła stoliczki i plecione foteliki. Nie jestem jedynym gościem tego zakładu. Opodal praży się w słońcu pewien otyły tubylec i mówi do kelnera:
— Przyniesie mi pan syfon wody sodowej. I lód. Dużo lodu. Lód chyba macie, nie?
Z miny kelnera wnioskuję, że już samo pytanie uważa za obelgę i krwawą zniewagę. Jakto? Lodu by nie było?
Trochę narwany pisarz angielski, Chesterton, ma chwilami rację. Powiada, że tylko te cuda są doprawdy cudami, które się stają piętnaście razy dziennie i obok których przechodzimy obojętnie... Ani ów otyły pan, ani do głębi oburzony kelner, nie zastanawiają się nad tem, że to jednak trochę dziwne. Skąd na rozpalonej Saharze, w samo południe, w skwarny dzień letni biorą się całe kilogramy zamarzniętej wody? Wcale ich to nie obchodzi. Lód jest w bufecie i koniec.
Nie wiem, czy obaj tubylcy, pani bufetowa i reszta warszawiaków zdziwiliby się bardziej, gdyby im kto nagle powiedział, że nie tak znów daleko stąd, w Holandji, istnieje specjalny instytut niskich temperatur, który pracą całego życia zbudował i wyposażył osobliwy zaiste cudotwórca, prof. Kamerlingh-Onnes. Wielki fizyk siadywał tam sobie prawdopodobnie w taki sam dzień upalny, zdejmował marynarkę, bo było gorąco, puszczał sprytnie pomyślane pompy i aparaty w ruch i wytwarzał w naczyńkach i retortach takie zimna, wobec których groźne zawieje śnieżne z nowel Jacka Londona, są poprostu śmieszne i dziecinne. W jego doświadczeniach już nie ordynarna woda zamieniała się w lód, ale zamarzało powietrze, ścinały się w ciecz albo okruszynę lodu najlotniejsze gazy — neon, wodór. Żeby zrozumieć, do jakich temperatur dotarł Kamerlingh-Onnes, trzeba sobie wyobrazić najtęższy mróz na naszym globie, najstraszliwszy ziąb na Alasce i jeszcze go pomnożyć przez cztery. Uczeni wiedzą oddawna, że temperatury dowolnie obniżać nie można, że istnieje pewien punkt, kiedy poprostu „natura zamarza“, kiedy innemi słowy wszelki ruch cząsteczkowy ustaje. Ten kres, zwany zerem absolutnem, leży, jak wskazują wyliczenia, o 273 stopnie poniżej zera naszego zwykłego termometru. W swojem cichem laboratorjum lejdejskiem profesor Kamerlingh-Onnes dobrnął prawie do bieguna cieplnego, zatrzymał się na temperaturze —272, był o jeden jedyny stopień oddalony od absolutnego zera.
Jakim to sposobem dzieją się te dziwy, jakim cudem fizyk — jeżeli mu na tem zależy — zamraża powietrze w lipcu? Wstyd powiedzieć, ale cała operacja polega na prostem doświadczeniu, które my sami wykonywaliśmy niejednokrotnie, nie zdając sobie sprawy z jego dziejowej doniosłości. Kiedy w natłoczonym wagonie kolejowym zwilżamy czoło wodą kolońską, wiemy tylko tyle, że to orzeźwia, ale że alkohol paruje, co wymaga dopływu energji, że chwyta, gdzie może, ciepło i dlatego obniża temperaturę skóry — cała teorja zjawiska mniej nas obchodzi. Odegrała zato wielką rolę przy konstrukcji chłodnic i stworzyła przemysł specjalny, który Niemcy zowią „Kaelteindustrie“. Każda ciecz, parując gwałtownie, każdy prawie gaz ścieśniony, który się rozszerza raptownie, wywołuje znaczne nieraz oziębienie. Na tych zasadach, stosowanych umiejętnie, zbudował mistrz z Lejdy przyrządy w swojem laboratorjum. I dnia pewnego, jeszcze przed wojną, w roku 1912-ym, uruchomił swoje pompy i aparaty, pracował trzydzieści sześć godzin bez przerwy i — otrzymał w niewielkiej tubce skroplone helium. Ostatni z t. zw. gazów stałych, najupartszy, poddał się wreszcie przy temperaturze —268 stopni C. To był pierwszy bodaj, wielki czyn laboratorjum lejdejskiego. Pracownia zasłynęła szeroko w świecie. Uczeni wszystkich krajów zjeżdżali się tu na studja. Pani Curie-Skłodowska badała pierwiastki promieniotwórcze w pobliżu „bieguna temperatur“, Jean Becquerel zamrażał kryształy i studjował zjawiska optyczne, Filip Lenard z Heidelberga obserwował fosfory. Podwoje głośnej pracowni stały dla wszystkich otworem i na wielu znakomitych pracach z lat ostatnich znajdujemy ten podpis skromny a wymowny: Instytut niskich temperatur w Lejdzie. Tu odkryto, że metale tracą nagle opór elektryczny w pobliżu absolutnego zera i że wątły drucik ołowiany, który się przepala już przy słabych prądach, przepuszcza — zamrożony odpowiednio przez Kammerlingh-Onnesa — setki amperów. Tu zbudowano wreszcie słynne „sztuczne magnesy“...
Dwa miesiące temu świat naukowy obiegła smutna wiadomość: profesor Kamerlingh-Onnes nie żyje. Nie będziemy wielkiej małej Holandji posyłali spóźnionych kondolencyj. Prawdopodobnie inne, młodsze ręce objęły już ster głośnego instytutu i pokierują go ku nowej chwale. Praca przy warsztacie, stworzonym przez mistrza nie zamrze.
Pamiętam — lat temu kilkanaście, byłem na jakiemś posiedzeniu akademji w Amsterdamie. Przy długim stole siedzieli ramię przy ramieniu van der Waals, H. A. Lorentz, Zeeman, Kamerlingh-Onnes, de Vries... Zrozumiałem, że w tym kraju uczonych nie zbraknie. Holendrzy wydzierali piędź po piędzi nawet grunt, na którym istnieją, Naturze i odtąd umiłowała ich widocznie, nabrała dla nich szacunku... Ilekroć chce jakiś ważniejszy sekret ludzkości wyjawić, wybiera sobie uczonego holenderskiego na powiernika.