Przejdź do zawartości

Boczna antena/Metafory poetyckie i centryfugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
(Metafory poetyckie i centryfugi. — Pośpiech sztuczny i naturalny. — Nowe wybryki starej ziemi. — Zraniona kaczka).

Musimy nareszcie zwrócić uwagę poetom, że czas już najwyższy, aby odświeżyć nieco przestarzałe metafory literackie. Rzecz zakrawa doprawdy na skandal. Normalny liryk — nawet w godzinie natchnienia — nie potrafi się zdobyć na jakieś nowoczesne porównania, Pisze wciąż jeszcze: „stało się to poprostu w mgnieniu oka“ i wydaje mu się, oczywiście, że takie skromne powiedzonko może komu w tych czasach zaimponować. Nie wiem doprawdy, jak długo trwa przysłowiowe mgnienie oka, ale czem jest ta niemrawa funkcja fizjologiczna wobec centryfugi Brown-Boveri, która wykonywa 8 tysięcy obrotów na minutę! Albo jak można wspominać nawet o mruganiu w epoce, która stworzyła kompresor Westighouse’a (30 tysięcy obrotów) i zwłaszcza dziwną maszynkę panów Henriota i Huguenarda. Jest to — dla pewnych celów specjalnych skonstruowana — fryga albo bąk, który obraca się 660 tysięcy razy w ciągu jednej minuty i, gdyby wynalazcom na tem zależało, mógłby świetnie 11 tysięcy razy na sekundę mrugać, otwierając i zamykając jakąś „techniczną powiekę“.
Naturalnie przeżyły się też oddawna, ulubione za czasów prababek i pradziadów „pęd huraganu, lot strzały“ i inne wichry albo ścigłe rumaki arabskie. Najszybszy koń biegnie zaledwie dwa razy prędzej od najszybszego człowieka i jest właściwie mizernym żółwiem w zestawieniu z dzisiejszym samolotem, który sunie z szybkością 448 kilometrów na godzinę albo, mówiąc językiem naukowym, z szybkością 123 metrów na sekundę, to znaczy 10 razy prędzej od najbardziej wiatronogich bachmatów arabskich.
Nie wspominajmy zresztą o środkach lokomocji, bo to jest temat dla warszawiaka trochę drażliwy. Obywatel tego miasta na każdym rogu ulicy czuje się, jak w muzeum historycznem, gdzie jakiś tajemniczy pedagog nieznany tłumaczy codziennie zebranym tłumom, na czem to właściwie polega rozwój cywilizacji. Najpierw, w zaraniu dziejów, był skromy piechur-przechodzeń, później ludzkość w krwawym trudzie oswoiła szkapę dorożkarską, potem zdobyliśmy tramwaj elektryczny, aż wreszcie zjawił się na świecie genjalny Diesel, stworzył motor gazospalinowy i odtąd sypnęły się, jak z rogu obfitości: aeroplany, samochody... Warsztaty techniczne puszczają w świat coraz sprężystsze, coraz szybsze wehikuły, człowiek współczesny toczy jakąś zażartą walkę z przestrzenią i odległością.
Jeżeli chodzi o popularne dziś rekordy, tośmy pobili dziś właściwie wszystkich współzawodników naturalnych. Technika nowoczesna zostawiła gdzieś za dystansem zdyszanego wyścigowca, długonogiego strusia, szybującego orła. Zabawne jest wprost (każda tragedja ma stronę śmieszną), że kula dzisiejszej armaty biegnie trzy razy prędzej od dźwięku — pocisk już trafił do celu, a dopiero w minutę potem nadbiegają spóźnione fale głosowe i anonsują donośnie, z wielkim hukiem: uwaga! ostrożnie! zaczynają strzelać!
Nie triumfujmy jednak przed czasem. Matka Natura może spoglądać z uśmiechem politowania na nasze skromne próbki i wysiłki. Ma w odwodzie takich sprinterów i stayerów, takich Nurmich i Rothertów, którym nigdy sprostać nie zdołamy. Dziwnym trafem należy do nich ta solidna, stara skorupa ziemska, ten nasz glob — zdawałoby się — taki poważny, stateczny, podtatusiały.
Wiemy oddawna, że w rocznym biegu naokoło świata ziemia ustaliła rekord — wprawdzie nie wszechświatowy, ale dość imponujący — odrabia w ciągu sekundy trzydzieści kilometrów, pędzi trzydzieści razy prędzej od pocisku „grubej Berty” i 240 razy szybciej od najdoskonalszego samolotu. Już sama myśl przyprawia człowieka o lekki zawrót głowy, a tu wciąż nowe szczegóły z życia naszego sprintera kulistego wychodzą na jaw. To wcale nie najlepszy z jego rekordów, jak się okazuje.
Astronom z Neubabelsbergu, profesor L. Courvoisier, na zasadzie licznych pomiarów i badań, dochodzi teraz właśnie do wniosku, że ziemia — tym razem nie sama, ale w towarzystwie wszystkich prawie gwiazd widzialnych, aż do drogi mlecznej włącznie — mknie przez przestrzenie kosmiczne z szybkością 750 kilometrów na sekundę. Ku jakim celom — niewiadomo, Ale pewne wahania dzienne siły ciążenia, pewien ruch pozorny przedmiotów zewnętrznych (takiemi słupami na szosie są w danym wypadku mgławice Andromedy) świadczą podobno wymownie, że w tym właśnie szalonym, nieprawdopodobnym pędzie lecimy w dal nieznaną. Na jakimś wehikule piekielnym umieściła nas przyroda, a przeróżni nudziarze każą nam wciąż zachowywać spokój i równowagę ducha.
Musimy się więc pogodzić z tym smutnym faktem: rekordów kosmicznych nie pobijemy. Nawet na naszej ubogiej ziemi mamy naturalnego gońca maratońskiego, który każdej chwili i zawsze wszystkich konkurentów, na wszelkich dystansach gubi po drodze — światło, Fala świetlna obiega — albo przynajmniej mogłaby obiec — kulę ziemską osiem razy dookoła w ciągu jednej sekundy i — według teorji Einsteina — nie ma godnego przeciwnika w naturze. Światło jest ostatecznym „wehikułem czasu“ i nic szybszego w świecie realnym istnieć nie może.

*

Porzućmy jednak górne szlaki i rozważania filozoficzne, wróćmy do skromnych poczynań naszych wynalazców, którzy próbują jednak maszynami przestrzeń przezwyciężyć.
Pierwsze samoloty nazywaliśmy wdzięcznie „albatrosami“, „jaskółkami“, „libellami“, przez pewien czas najlepszy aparat lotniczy niemiecki to była owa sławetna „Rumplers Taube”, opiewana w wodewilach i operetkach. Jakie tu miano poetyckie wymyślić dla dziwnego wodołaza amerykańskiego, o którym cuda piszą gazety? Nazywa się — prowizorycznie — glider (ślizgacz, suwak) albo „sea sled“ i przypomina bodaj najwięcej zranionego ptaka, postrzeloną cyrankę. Trzepoce skrzydłami w powietrzu, nie unosi się wzwyż, nie fruwa, ale mknie po tafli wodnej, zanurza się ledwie na kilka cali i sunie po najpłytszych rozlewiskach z imponującą szybkością 30 mil (około 50 kilometrów) na godzinę. Nie słychać turkotu kół, nie widać tumanów kurzu. Postrzelony ptak błotny (zaopatrzony zresztą w motor Curtisa, 90 HP) goni po jeziorach, łomocze propellerem, biegnie po zatokach, rzekach, kanałach i jest chyba najmilszym z nowoczesnych środków komunikacji.
Szkoda doprawdy, że Warszawa nie jest Amsterdamem ani Wenecją. Chociaż — nie przesądzajmy tej sprawy. Magistrat nie przestaje kopać i wiercić dołków na nieszczęsnych ulicach. Może jeszcze zamieni Bracką na Canale di San Marco i będziemy jeździli „gliderem“ — muskając zlekka lustrzaną taflę wód — z Koszykowej na Mazowiecką.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.