Przejdź do zawartości

Boczna antena/Elektron

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
(Elektron. — Rewelacje. — Pierwsza potyczka. — Szturm na całej linji. — Atom podpisuje kapitulację).

Nie jestem taki na ziemi samotny, jakby się zdawało, nie ja jeden piszę w piśmie codziennem o sprawach wieczystych. Mam oddawna kolegów bardzo dostojnych i w paryskich Matin’ach, Quotidien’ach, a nawet „Wiadomościach literackich“ powstały barwne kroniki naukowe. Któregoś też dnia „Tageblatt“ berliński na czele kolumny, poświęconej zazwyczaj ciekawszym sprawom kryminalnym tudzież giełdowym, kradzieżom brylantów, fałszerstwom wekslowym i machinacjom dyplomatycznym, wydrukował nagle najgrubszemi czcionkami:
Świat = wodór + elektrony!
Pod tym wyrokiem lakonicznym, odbitym w setkach tysięcy egzemplarzy, podpisał się niebyle kto: profesor, doktór honoris causa, Maks von Laue, laureat Nobla i dyrektor Instytutu fizyki teoretycznej w Berlinie. Profesora Lauego pamiętam doskonale, pracowaliśmy przed wojną przy tym samym warsztacie naukowym, w Frankfurcie nad Menem, kolegowaliśmy wówczas z sobą — mniej więcej w ten sam sposób, jak „koleguje“ zwykły feldfebel z Napoleonem. Spotkaliśmy się dziś znów przy pracy dziennikarskiej i muszę tu słynnemu teoretykowi oddać pewną drobną przysługę. Chodzi o to, że jego sentencja lakoniczna przedarła się okólnemi drogami do Warszawy i wywołała popłoch w „Ziemiańskiej“. Jeden z moich znajomych, kupiec, obawia się, że to odkrycie wpłynie fatalnie na bieg interesów, dziwi się, że takie rzeczy ogłaszają w gazetach, a nawet ma zamiar rozwieść się z żoną. „Kiedy mi swatano Amelcię — mówi — rodzice narzeczonej ukryli widocznie przede mną ten fakt. Nie wiedziałem, że ta kobieta to poprostu — wodór + elektrony. Teraz mi się dopiero oczy otworzyły i zaczynam wreszcie niektóre sprawki rozumieć“.
Chciałbym uspokoić strwożonego kupca, chciałbym dopisać jakiś komentarz do słów profesora Lauego, wylać trochę oliwy na wzburzone fale. Obawiam się tylko, że to zadanie przekracza moje siły... Traktat wersalski składa się — jak wiadomo — z tomów grubaśnych, drukowanych petitem. Jak tu streścić w krótkim feljetonie rezultaty wielkiej wojny wszechświatowej, która wrzała we wszystkich krajach cywilizowanych przez lat kilkadziesiąt, jak zamknąć w pobieżnym, dorywczym artykule głośne czyny orężne, historje bitew i punkty rozejmu, stokroć ważniejsze od wszystkich paragrafów dyplomatycznych! Spróbujmy.
Kto tę wojnę zaczął? — niewiadomo. Jedni mówią że fizyk angielski, Crookes, inni znów zwalają winę na Niemców, H. Hertza i mego nauczyciela, Filipa Lenarda, który po raz pierwszy wyprowadził elektrony „na powietrze“. Wziął zwykłą, znaną już oddawna, rurkę próżniową ze szkła, pracą benedyktyńską wyrobił w niej okienko, przykryte cienką folją aluminjową, puścił prąd elektryczny i — razu pewnego — powietrze w pobliżu tego okna lśnić poczęło nagle bladem światłem niebieskawem. To elektrony, wydobyte najaw, waliły w cząstki gazowe, pobudzając je do świecenia. Tak niepozornie i skromnie wyglądał pierwszy rozgłośny czyn wielkiej wojny.
Elektrony poddano ścisłej rewizji i skrupulatnym badaniom — okazało się, że mają masę 2000 razy miejszą od najlżejszego atomu, jaki znamy, od atomu wodoru! Cóż to znaczy? atomy nie są już najmniejszemi cząstkami materji? nie są temi cegiełkami, z których świat zbudowano? Kryją się w nich jakieś roje podejrzanych indywiduów? Ów „najmniejszy“, przysłowiowy atom jest całym światem, o którym nie mieliśmy dotąd pojęcia?
Nikt nie rzucał gromkich haseł, nikt nie agitował po gazetach, nie zagrzewał do boju. Mimo to wszystkie kraje kulturalne tego globu ogłosiły powszechną mobilizację. Cichy alarm! Ze wszystkich placówek, ze wszystkich dziedzin naukowych, ze wszystkich laboratoriów świata ruszyły awangardy. Anglików prowadzili na szańce J. J. Thomson i Ernest Rutherford. Z małej Holandji pośpieszyli na pomoc największy matematyk współczesny, H. A. Lorentz, i świetny fizyk, Piotr Zeeman. Ameryka stanęła do apelu pod wodzą Millikana, z Francji zameldowali się małżonkowie Curie, Perrin, Langevin. Legjony niemieckie wiódł do szturmu Lenard, Laue, Roentgen, Einstein. Nawet maleńka Danja — dzięki czynom genjalnego Nielsa Bohra — okryła się sławą wiekopomną. Któżby tu wymienić zdołał wszystkie nazwiska głośne, potyczki bohaterskie i gromkie zwycięstwa. Przejdźmy do suchych faktów.
Tajemnicze elektrony znajdowano wszędzie. To ich wibracje wywołują najpiękniejsze zjawisko na ziemi i niebie — światło, to ich ruchy wytwarzają te prądy elektryczne, które oświetlają twój dom, popychają twój tramwaj, zmuszają do gadania twój telefon, wielce szanowny czytelniku. Elektrony grają rolę dominującą w twojem trawieniu i elektrony tworzą zorzę północną. Z elektronów składa się ukochana twoja Amelcia, jej papa i te pieniądze, które posiada w banku — tak, jak z elektronów powstał każdy pyłek kwiatowy, wieża Eiffla i gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy, bo te niewidzialne ładunki elektryczne są ostatecznemi cegiełkami pierwotnemi i z nich sklecony jest atom materjalny.
Dobrze, ale skąd wodór? Co ma wodór co rzeczy? — Tu docieramy — nietylko pod przenośnią, ale dosłownie — do „jądra“ kwestji. Atomy elektryczności, czyli elektrony, są naładowane ujemnie, odpychają się nawzajem i rozleciałyby się dawno w nieskończoność, gdyby ich nie trzymało na uwięzi coś, czego dotąd nigdy nie obserwowano oddzielnie — jakieś przyciągające słońce wewnętrzne, jakaś moc tajemna — krótko mówiąc, proton, czyli atom elektryczności pozytywnej. Jeden jedyny taki atom dodatni posiada wodór, dwa tworzą jądro helu... Gdybyśmy mogli trafić w sedno i rozwalić mocnem uderzeniem jądro atomu złota, na które się składa 118 elektronów i 197 protonów, otrzymalibyśmy w rezultacie jakieś sto cząstek wodoru, złoto ulotniłoby się dosłownie, zamieniło na gaz lekki. Na szczęście, czy też niestety, ani chemja, ani nawet fizyka rozbić takiego jądra nie umie, bo wszystkie nasze narzędzia i sposoby — wobec sił międzyelektronowych — są mniej więcej tem, czem przysłowiowa motyka, godząca w rozżarzone słońce.
Wiem, że to, co mówię, wygląda nieco mglisto, fantastycznie i nieprawdopodobnie, ale nie mogę tu przytaczać przecież dokumentów i zeznań świadków naocznych. Atom poddał się oddawna Rutherfordowi, Bohrowi, Lauemu, Braggom, nie wytrzymał ataku koncentrycznego najgenialniejszych ludzi współczesnego świata. Linjami spektralnemi wypisał historję swoją na fotografjach rentgenowskich, wyznał wszystko, jak na spowiedzi. Dziś liczymy niewidzialne elektrony i jeszcze bardziej niewidzialne protony z tą samą pewnością, z jaką liczymy guziki przy własnej kamizelce.
To i owo jeszcze nie jest jasne. Ale któż powiada, że chwilowy rozejm zakończył odwieczną walkę? Podrasta nowe pokolenie uczonych, za chwilę zluzuje weteranów, którzy już tymczasem wszyscy zdobyli złote szlify i figurują na liście laureatów Nobla.
Atak koncentryczny rozpocznie się na nowo.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.