Boczna antena/Dwie rocznice
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Boczna antena |
| Podtytuł | ostatnie biuletyny z frontów wieczystych |
| Wydawca | Bibljoteka Groszowa |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Nie wiem, czy tysiące rozbawionych turystów, czy różnojęzyczne tłumy z wielkich bulwarów i stali bywalcy „Café de la Rotonde“ zwrócą na to uwagę, ale Paryż — Paryż poważnej pracy i nauki — obchodzić będzie za kilka miesięcy święto bardzo uroczyste. Mija lat sto od daty pamiętnej, kiedy urodził się w tem mieście Marceli Berthelot. Pisma zamieszczają już teraz życiorysy wielkiego męża, a komitety specjalne zastanawiają się nad tem, jak uczcić najlepiej pamięć człowieka, który był chlubą nauki francuskiej i ojcem syntezy chemicznej.
Chemik — przed Berthelotem — był czemś w rodzaju recenzenta teatralnego: siedział na wielkiem przedstawieniu, jakie daje natura, przyglądał się, analizował, badał, krytykował, ale tworzyć nie potrafił. Wiedział, że wszystko, co istnieje, co żyje i nie żyje, ten atrament, ta stalówka, to drzewa za oknem, dom, ulica, posterunkowy, jego but, jego mundur, dorożkarz i koński ogon — składa się właściwie z tych samych kilkudziesięciu pierwiastków, wiedział, że na dobrą sprawę moglibyśmy wziąć kawał zwykłego węgla, trochę pospolitego tlenu i wodoru i przetworzyć to w retorcie na alkohol, glicerynę, tysiączne substancje — ale sposobu nie znał.
Prace mistrzów wskazały ludziom właściwą drogę i — minęło zaledwie lat 70! — dziś już nikt nie urządza wypraw uciążliwych w kraje egzotyczne po indygo, po purpurę, po olejki wonne. Chemja fabrykuje barwy, o jakich się maharadżom nie śniło, tworzy esencje i aromaty, od których padyszach dostałby zawrotu głowy. I czarownice nie wybierają się już na miotłach w niedostępne góry po zioła o własnościach nieznanych. Merck w Darmstacie albo Kahlbaum w Berlinie mają całe wielotomowe katalogi lekarstw, dystylują odwary i eliksiry, których żadna roślina dostarczyć nie może. Nie zdobyliśmy jeszcze recepty na „chleb syntetyczny“, nie odżywiamy się jeszcze chemicznie, ale umiemy chwytać bezużyteczny azot z powietrza, przetwarzać go na dobroczynną saletrę, wzbogacać nią glebę-żywicielkę. Produkujemy w fabrykach celulozę, dziś już nosimy sztuczne jedwabie, nawet kauczuk, wydobywany w retorcie metodą Bayera — kto wie, czy jutro nie otrzymamy z tajemniczej kuchni całego garnituru, stworzonego metodą syntetyczną, chemicznie, z kilku niemrawych pierwiastków, powiązanych mądrze dłonią uczonego.
Z artykułu w piśmie „Quotidien“ dowiaduję się, że, zamiast kosztownych pomników i obchodów, w dzień owego święta nauki rozpoczęta będzie w Paryżu budowa gmachu pod nazwą „Le Maison de la Chimie“. Powstaje znów jeden z tych instytutów, których, niestety, wciąż za mało jest na świecie, pracownia, poświęcona prawdziwej, wolnej, niczem nie skrępowanej twórczości naukowej. Tak się już utarło, że poetom, malarzom, muzykom pozwalamy jeszcze niekiedy robić w życiu, co im się żywnie podoba, ale uczonego badacza zaprzęgamy prawie zawsze do kieratu pedagogicznego. Przez laboratorja uniwersyteckie przesuwa się codziennie gromada młodzieży w pogoni za dyplomem. Przeważnie niema w tem nic złego i profesorowi, o ile jest przeciętnym wyrobnikiem, nie dzieje się żadna krzywda. Ale bywa i tak, że człowieka genjalnego zmuszamy do jakichś czynności policyjnych, do sesyj, egzaminów, do stawiania stopni. Degradujemy go, odrywamy od pracy.
Laboratorja niezależne, których podwoje stoją dla każdego zdolnego badacza otworem, nie pytają go o patent, metrykę, świadectwo, powstały, oczywiście, najpierw w Ameryce. Przed wojną już stworzono podobne instytuty w Berlinie (zakład chemji fizykalnej Habera). Mamy i w Warszawie skromne cztery pokoiki przy ul. Śniadeckich, zwane dość gołosłownie Instytutem Radiologicznym.
Przekonamy się z krótkiego życiorysu Edisona, że właściwie najlepsza, jedyna polityka gospodarcza to — tworzenie tego rodzaju zakładów, gdzie się da i w jak największej ilości.
Kiedy go teraz pytają reporterzy i gazeciarze, jaki to eleksir sprawił, że, w tak późnym wieku, tyle energji życiowej posiada, odpowiada podobno stale: jedzcie o połowę mniej, śpijcie o połowę mniej, pracujcie o połowę więcej.
Ale inny jeszcze morał wyciągnąć można z jego biografji. Tam, gdzie spoczął jasny wzrok Edisona, powstawały, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, już nietylko wynalazki i ulepszenia — wyrastały nowe olbrzymie gałęzie przemysłu.
Mózg genialnego człowieka jest doprawdy większem bogactwem naturalnem kraju, niż pokłady węgla i kopalnie nafty.