Przejdź do zawartości

Boczna antena/Donkiszoterja współczesna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
(Donkiszoterja współczesna. — Dziesiąta muza czyli enfant gaté — Telewizja).

Wiatrak ma opinję ustaloną i niezbyt pochlebną. Jest to trochę śmieszna, prymitywna machina, która stoi gdzieś na wzgórku, coś tam miele i niebardzo się zmieniła od czasów sławetnego Don Kichota z Manczy. Obraca wielkie śmigi, trzeszczy, postękuje, wygląda malowniczo, jest świetnym tematem do zdjęć amatorskich i na tem się jej rola dziejowa kończy. Tak przynajmniej myśli sobie mieszczuch pospolity na wywczasach letnich. Ale innego zdania są laboratorja doświadczalne w Oxfordzie i instytuty aerodynamiczne w Niemczech. Technika dzisiejsza, która oddawna ujarzmiła wodospady, szuka wciąż nowych źródeł energji i zwróciła wreszcie uwagę na poczciwe straszydło z powieści Cervantesa. Po licznych próbach i doświadczeniach przekonano się, że energję wirujących skrzydeł wiatraka można bez trudu przerobić na prąd elektryczny. Powstały przeróżne typy aerodynamomaszyn, niektóre z nich funkcjonują świetnie i chwila jeszcze a wichry i huragany będą oświetlały nasze mieszkania, ładowały akumulatory i ogrzewały piecyki elektryczne. Maluczko — a w każdym kącie zapadłym, gdzie wiatr hula, na każdym „wydmuchu” będziemy mogli małym kosztem zapalić lampę łukową i zbudować... kino. Doprawdy jeszcze kilka prób nad właściwą formą propellerów i nawet Eskimosi na swych polach lodowych będą mieli światło elektryczne, ekran, Douglasa Fairbanksa i Charlie Chaplina. Będą się kochali w Liljanie Gish i pili jej zdrowie tranem.
O ile, oczywiście, nie zarażą się teorjami magistratu warszawskiego, nie wprowadzą podatków prohibicyjnych i nie rozpoczną głupkowatej walki z wiatrakami.

*

Ponieważ zgadało się o kinematografie, zaznaczmy, że tak zwana dziesiąta Muza jest wogóle najukochańszem dzieckiem Techniki, która ją lat temu trzydzieści na świat wydała i odtąd obsypuje stale podarunkami. Nad artystycznem ulepszeniem kina pracuje dzielna falanga świetnych aktorów, genjalnych reżyserów — ale nie mniej liczna gromada pomysłowych wynalazców trudzi się na innym froncie, rozwijając tę dziedzinę sztuki technicznie. Gazety wiedeńskie sygnalizują jakiś nowy, fenomenalny wynalazek, zwany już dzisiaj „metodą Schuefftana“. Trudno ze sprawozdań dziennikarskich wywnioskować, na czem właściwie owa metoda polega. Schuefftan — jak się zdaje — umieszcza przed objektywem filmowego aparatu fotograficznego płytkę szklaną, nawpół posrebrzoną, która miejscami jest przezroczysta, miejscami zaś odbija światło, jak zwierciadło. Efekt jest ten, że aktor podczas zdjęć gra przed aparatem na zwykłem podwórku, a szyba rzuca jednocześnie na taśmę widoki górskie, wzburzone morza, kolumny greckie. Te cuda mogą być sfotografowane oddzielnie i kiedyindziej — na zdjęciu zobaczymy je razem z bohaterami dramatu. Przytem — w dowolnem powiększeniu, albo zmniejszeniu. Metoda, która należy oczywiście do t. zw. „truków technicznych“ otwiera podobno zupełnie nowe możliwości przed sztuką filmową. Pomysł nabyła już Ameryka, wynalazca, pan Schüfftan, bawi w Hollywood, gdzie jego genjalnie prosty sposób ma być zastosowany w wielkim filmie „Podróże Gullivera“.

Nad innym znowu — również optycznym — ósmym cudem świata pracują teraz gorączkowo laboratorja fizyki stosowanej. Chodzi o t. zw. telewizję. Z radiotelefonem otrzaskaliśmy się nieco, każdy sztubak majstruje przy niewielkim aparaciku odbiorczym i nie dziwi to nas już wcale, że zapomocą kilku drucików i lampek możemy podsłuchiwać świetnie, co mówią i grają w Londynie, Rzymie, Berlinie. Rzecz, którą jeszcze wczoraj uważaliśmy za bajkę i humbug, dziś stała się poprostu faktem banalnym. Nie mogę tu daty określić ściśle, ale prawdopodobnie już jutro albo pojutrze — telewizja stanie się faktem banalnym: zapomocą kilku drucików i lampek będziemy nietylko podsłuchiwali, ale podglądali, co się dzieje w Londynie, Rzymie, Berlinie.
Zajrzyjmy do tajemniczej garkuchni i spróbujmy zdać sobie sprawę z tego, nad czem biedzą się wynalazcy i jakie trudności pokonać muszą, nim stworzą owo monstrualne oko, widzące z Warszawy kogoś, kto stoi przed aparatem w Londynie. Otóż — nasze radjowe stacje nadawcze posiadają doskonałe przyrządy, wysyłające w przestrzeń fale elektryczne. Jeżeli na radjostacji mówimy albo gramy przed mikrofonem, drgania głosowe poruszają pewną blaszkę, której wibracje — jak w zwykłym telefonie — przetwarzają się natychmiast na prądy elektryczne, te prądy w odpowiedni sposób deformują fale i arja śpiewaka operowego mknie w przestworza, jako dość skomplikowana wiązanka wibracyj elektrycznych. Śpiewak albo orator jest — krótko mówiąc — ordynarną dynamomaszyną, która ruch mechaniczny przerabia na elektryczność.
Jeżeli na odległość mamy przesłać obraz, nie głos, to musimy przedewszystkiem światła i cienie tego obrazu w jakiś sposób przetłumaczyć na prądy elektryczne. I z tem zagadnieniem właśnie borykano się przez czas długi napróżno. Wynalazcy stosowali przeważnie selen, pewien minerał, który jest trochę na światło wrażliwy i zmienia opór pod jego wpływem. Ale ów selen jest kapryśny, gnuśny, opieszały i do subtelnych czynności, jakie mu narzucono, wcale się właściwie nie nadaje. W ostatnich dopiero czasach Fizyka, dobrotliwa i wyrozumiała matka wszech nauk technicznych, dała inżynierom, wynalazcom i technikom w prezencie nowy przyrząd cudowny: celę albo komórkę fotoelektryczną, tak na wszelkie zmiany w natężeniu światła czułą, że najmniejsze wahania w oświetleniu w lot chwyta i na prąd elektryczny przerabia. Odtąd droga jest utorowana. Nowy duch wstąpił w panów wynalazców. Monstrualne oko, podglądające w Nowym Jorku Londyn, otwiera powiekę...
W dodatku ilustrowanym pewnego pisma południowo-amerykańskiego widziałem bardzo piękne fotografje, przesłane na odległość setek kilometrów. Pierwsze radjo-tele-widokówki.
Przypuszczam, że nawet najbardziej prozaiczni ludzie tym razem przypną fantazji skrzydła... Staje się znowu rzeczywistością coś, wobec czego bajki z tysiąca i jednej nocy wyglądają, jak dziecinne brednie.

Londyn. Fotografja, przesłana telegraficznie z Paryża aparatem Korna.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.