Boczna antena/Doktór wszech nauk filmowych
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Boczna antena |
| Podtytuł | ostatnie biuletyny z frontów wieczystych |
| Wydawca | Bibljoteka Groszowa |
| Data wyd. | 1927 |
| Druk | Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“ |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Musi ktoś raz wreszcie napisać historję snobizmu europejskiego i wyjaśnić nam, kiedyśmy się właściwie dostali pod panowanie estetów, pięknoduchów, pasorzytów, krytyków, mąciwodów, którzy nam duby smalone o sztuce i hierachji prawią. Boski Leonardo da Vinci był przecie inżynierem, fizykiem, matematykiem i pracował z równym zapałem nad „Giocondą“ i nad kanałem burzowym, wiedział, że wszelka twórczość ludzka wyrasta z tego samego pnia, i z tą samą radością i entuzjazmem szkicował sobie aparaty lotnicze, słynną obrabiarkę eliptyczną, jak i „Wieczerzę Pańską“. Wielki Albrecht Dürer uważał się za zwykłego, uczciwego rzemieślnika — w bibljotece heidelberskiej czytałem jego listy: „Jakto? — pisze ów malarz jedyny — mój obraz się Wielce Szanownemu Panu nie podoba? A toć ja użyłem najlepszej akwamaryny, po dziesięć talarów za funt! A ile dzieci u góry, w obłoczkach, najstaranniej pędzlem odrobiłem!“
Tak to było dawniej, ongi. Ale później naszły nas jakieś dzikie, zacietrzewione belfry, pomieszały nam języki i pojęcia, wytworzyły zamęt i rozgardiasz. Każą dzieciom małoletnim w szkole wypisywać nieszczere brednie na temat „Gustaw a Werter“, deprawują młodzież, kształcą zastępy snobów. Wszystko się pokiełbasiło. Mamy pogardę dla cichej pracy ludzkiej, dla inwencji obnosimy się z głupkowatem zdziebełkiem — z durnym wierszykiem lirycznym, — a belki nie dostrzegamy. Ile to lat kino musiało czekać na uznanie, na jakie takie prawa obywatelskie. Minęło prawie pół wieku od chwili, kiedy tę maszynkę cudowną wynaleziono, — teraz dopiero zjazd kinematograficzny w Paryżu uchwalił jednomyślnie wniosek studentów skandynawskich, który serce moje radością i otuchą napełnia. Powstają wydziały filmowe na wszechnicach, uniwersytety będą rozdawały dyplomy i lada dzień pierwszy doktór rerum „kinematograficarum“ czy „filmarum“ opuści mury czcigodne. Na spleśniałych gruzach przesądów, zabobonów, fałszywych pojęć — dwie nierozdzielne siostrzyce, Technika i Sztuka, znów podadzą sobie ręce.
Trzydzieści lat temu wiedza ścisła — fizyka, fotochemja, elektrotechnika — pokazała ludziom, że stać ją też na czyny artystyczne. Stworzyła przyrząd, który chwyta ruch, życie, stworzyła obraz żywy, zmienny, fascynujący. Pokonaliśmy my, fizycy, w pracy uporczywej wszystkie nieprzezwyciężone trudności, podarowaliśmy aktorom reżyserom, architektom, malarzom, literatom, muzykom nowy teren, nowy majdan, roztoczyliśmy przed nimi kraj nieograniczonych możliwości. Gromadka dzielnych artystów — Griffith, Charlie Chaplin, Abel Gance — odczuła, co się święci, przybiegła natychmiast z pomocą. Powstało dzieło wielkie — sztuka prawdziwie nowoczesna. Ale banda rutynistów, filozofów, estetów, snobów kawiarnianych wciąż kręciła nosem i rzucała pionierom kamienie pod nogi. Dziś nareszcie zwyciężyliśmy! Na całej linji! Lada dzień niejaki Liński założy seminarjum obok prof. Kleinera, lada dzień dzieci nasze, zamiast nudnych i nieszczerych wypocin literackich, napiszą ćwiczenie na temat „co mi się najbardziej podoba w Buster Keatonie“, albo „o wpływie Mary Pickford na Liljanę Gish“...
Mówię to zresztą poważnie i z głębokiem przekonaniem: potomni dorobią sobie napewno kilkanaście muz do klasycznych, arystokratycznych dziewięciu, wszelkie gradacje nie mają za grosz sensu, dobry szewc jest artystą i kiepski artysta szewcem. Czytam właśnie w jednem z czasopism naukowych skromną, suchą relację komandora Ellsberga (Construction Corps U. S. N.) pod tytułem „Jak ratowaliśmy S. 51“ i myślę, że tu jakiś dużej miary poeta, — czynami nie słowem — wspaniałą nowelę napisał.
Mija rok, dnia 25 października 1925 r., o godzinie 10-ej wieczorem, okręt „City of Rome“ najechał na pełnem morzu na łódź podwodną, należącą do marynarki amerykańskiej — S. 51. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności drzwi wszystkich komór, na które każdy statek współczesny jest — dla bezpieczeństwa — podzielony, były akurat naoścież otwarte, woda wdarła się natychmiast przez fatalną wyrwę, wyoraną w pancerzu małej łodzi, wypełniła odrazu kadłub i „S. 51“ w ciągu jednej minuty zanurzył się i poszedł na dno.
Wysłano statki ratownicze na pomoc. Krążyły bezradne przez pięć dni i nic wskórać nie mogły. „Załogę znaleźliśmy znacznie później — opowiada Ellsberg, — śmierć ich dosięgła na stanowiskach, przy wentylach, przy kołach pomp i aparatów“. Zaledwie dwóch ludzi, cudem jakimś, zdołało się ocalić, reszta — dwudziestu sześciu — została w żelaznej trumnie na głębokości 50 metrów pod powierzchnią, gdzieś tam w okolicy Point of Judith. Statki ratownicze wróciły do portu i dały za wygraną.
Ale nie dali za wygraną inżynierowie marynarki amerykańskiej, admirał Plunkett, kapitan E. J. King i zwłaszcza komandor E. Ellsberg. Postanowili sobie, że zatopioną łódź podwodną i ciała zmarłych kolegów wydobędą z głębin oceanu. Podług rysunków Ellsberga skonstruowano specjalny palnik, zasilany tlenem, palnik, który tnie, jak masło, calowe blachy żelazne — nawet pod wodą! W pismach francuskich znajdujemy szereg sprytnych zdjęć, wykonanych prawdopodobnie przez okna kiesonów, — płomienie buchają, stal pryska i to wszystko na dnie morza! Z temi to palnikami, z olbrzymiemi stalowemi pontonami, z pompami do wtłaczania powietrza, z 24 nurkami, którzy się przez długie miesiące do tych robót specjalnie trenowali, wyruszyła wreszcie na pełne morze eskadra: U. S. S. „Falcon“, U. S. S. „Vestal” i dwa statki-dźwigi „Sagamore“ i „Iuka“.
O pracach dzielnej załogi, o jej zwątpieniach i radościach pisać tu nie mogę, bo brak mi, niestety, miejsca. „It was a difficult job“ — mówi Ellsberg. Trzeba było krajać stalowy kadłub zatopionej łodzi, wpompowywać powietrze zatrzaskiwać drzwi pod wodą, podkopywać się na dnie pod żelazne cielsko, podsuwać łańcuchy, zaczepiać je o pływające pontony. To nie bagatela — dźwignąć tysiąc dwieście tonn. Ile to razy burza rozmiatała statki ratownicze, liny stalowe pękały, pontony i kiesony szły na dno...
Dnia 5 czerwca 1926 r. — po licznych pracach przygotowawczych — puszczono raptem wszystkie pompy w ruch, napełniono powietrzem stalowe kamery. „S. 51“ wypłynął na powierzchnię oceanu i dziwna procesja ruszyła w stronę Nowego Jorku. Przodem dwa dźwigi-holowniki, Iuka i Sagamore, za nimi trup łodzi podwodnej „S. 51“, a dalej ów czujny „Sokół“.
Jest to pierwszy czyn tego rodzaju w dziejach nawigacji, nowy etap w dziejach inżynierji morskiej.