Przejdź do zawartości

Boczna antena/Dlaczego się opalamy?

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
(Dlaczego się opalamy? — Światło niewidzialne. — Fizyk w roli detektywa. — Pozdrowienia dla Barbary).

Minęły dawno te czasy, kiedy to my, warszawiacy, należeliśmy do „bladych twarzy“ z powieści Coopera i Mayne Reida. Dziś mamy bronzowych Sjuksów od Lourse’a, czerwonoskórych Mohikanów „kresowych“ i Czypewajów z Ziemiańskiej. Jeżeli Sępie Oko z Mazowieckiej chce sprawić prawdziwą przyjemność Krwiożerczemu Krukowi z Wareckiej, zaczepia go na ulicy i woła:
— Panie! Jak pan się opalił! Pan chyba wraca z Lido? Tylko włoskie słońce daje taki ton złotawy...
Nie chciałbym potrącać o sprawy medyczne, ale zdaje mi się, że w tem zdaniu tkwi pewien nonsens. Włoskie słońce czy austrjackie — z naukowego punktu widzenia mamy tu do czynienia z fotochemją. Panna Ziuta i pan Dusiek czernieją mniej więcej dla tych samych powodów, co klisza i papier fotograficzny. Dzieje się to pod wpływem promieni najbardziej chemicznie aktywnych, promieni o krótkiej fali. Tych właśnie krótkich fal szukamy w górach, w czystem powietrzu nad morzem i wreszcie — jeżeli już nie można inaczej — na plaży warszawskiej. Istnieją też elektryczne lampy rtęciowe, ze względu na oprawę zwane lampami kwarcowemi, które świecą dość nieprzyjemnem dla oka, sinem światłem, ale wysyłają taką ilość fal krótkich, że pacjent po kilku seansach wygląda, jakby wracał z Zakopanego, z Zawratu.
Oczywiście nauka nie robi odkryć dla celów kosmetycznych i poważnemu fizykowi wcale nie zależy na tem, żeby warszawiaka ufarbować na Indjanina. Przekonano się natomiast w ostatnich czasach, że promienie o krótkiej fali (nazwijmy wreszcie rzecz po imieniu — promienie ultrafioletowe) zabijają bakterje, znajdują zastosowanie w terapji i w niektórych działach techniki. Odtąd zwrócono baczniejszą uwagę na lampy rtęciowe, powstał nowy przemysł i w cichej mieścinie niemieckiej osiedliło się specjalne towarzystwo akcyjne o bardzo długiej nazwie „Hanauer Quarzlampengesellschaft.“ Żeby zrozumieć, naczem trudności fabrykacji polegają i dlaczego to aż całe towarzystwo akcyjne musi się z niemi borykać, przypomnijmy sobie, że promienie ultrafioletowe mają własności trochę dziwaczne. Przedewszystkiem są — niewidzialne. Niewidzialne światło — to brzmi, jak paradoks, a jednak — już muzycy wiedzą, że nie wszystkie wibracje dźwiękowe chwytamy uchem i że bywają drgania tak szybkie, tony tak wysokie, że ich dosłyszeć niepodobna. W optyce rzecz wygląda jeszcze zabawniej, niż w akustyce: widzimy właściwie tylko jedną oktawę kolorów albo tonów — od niebieskiego do czerwonego, ale w naturze jest jeszcze cały olbrzymi rozegrany fortepian, o którym doniedawna nie mieliśmy pojęcia: promienie ultrafioletowe, promienie rentgenowskie. Wiadomo naprzykład, że Roentgen dokonał swego wiekopomnego odkrycia przypadkowo. Eksperymentował ze znaną rurką Crookes’a i zauważył, że jakiś niesforny kryształek połyskuje mocno za każdym razem, ilekroć prądy elektryczne przez rurkę próżniową przechodzą. Dziś wiemy, że to właśnie głośne „promienie X“ zmuszały ów kryształ do świecenia, pod ich wpływem — jak mówią fizycy — fosforyzował.
Ale nie o promieniach X chcemy tu mówić, chociaż i o nich możnaby rozprawiać dość długo i szeroko, tylko o znacznie bardziej basowych tonach na fortepianie optycznym, o promieniach ultrafioletowych. Posiadają, jak to już zaznaczyliśmy, wielką energję chemiczną, zaczerniają klisze, zabarwiają skórę, wywołują fosforescencję, ale dziwnym trafem nie przechodzą przez zwykłe szkło, które w życiu codziennem przywykliśmy uważać za przezroczyste, przenikają zato niektóre inne substancje stałe, np. kwarc, o którym słownik słusznie powiada: „minerał pospolity, będący czystą krzemionką“. Żeby je tedy w większych ilościach z lampy rtęciowej wydobyć, trzeba było czekać na ten moment, kiedy się nauczymy wreszcie ową krzemionkę w piecach elektrycznych topić, formować i urabiać z niej naczynia i rurki próżniowe.
Dzisiejsza technika lepi twardy kwarc, jak wosk, wyrabia zeń, co jej się żywnie podoba: retorty, kule, rurki, przyrządy osobliwego kształtu. Nic dziwnego, że i lampa rtęciowa nabrała nowego wigoru. Donoszą z Hanau, że zbudowano tam w ostatnich czasach przyrząd, wysyłający promienie ultrafioletowe takiej energji i takiej specjalnej długości fali, że pobudzają do świecenia materjały najbardziej prozaiczne: papier, atrament. Wszystko fosforyzuje. Pisma niemieckie piszą o tej lampie, jako o „detektywie fizykalnym“. Rzeczywiście bowiem, dość skierować jej ciemne promienie na papier, a atrament natychmiast pocznie lśnić, świecić, litery i cyfry, najgenjalniej nawet dopisane na dokumencie, zabłysną innem jakiemś światłem — żółtem — i fałszerstwo wyjdzie najaw odrazu.
Miejmy nadzieję, że nie na tem się skończy i że nauka, technika i medycyna wynajdą wspólnemi siłami jakieś pożyteczniejsze zastosowanie dla dobroczynnych promieni niewidzialnych.

*

I jeszcze jedną wiadomość z pism codziennych wynotować muszę czemprędzej w obawie, że nikt na nią nie zwróci uwagi. Korespondent ajencji Wolfa depeszuje z Helgolandu, że spuszczono tam na wody niejaką Barbarę, statek pojemności 3 tysięcy tonn, zaopatrzony w trzy rotory Flettnera. Powiedzmy to krótko i zwięźle: rotor Flettnera jest najdowcipniejszym chyba wynalazkiem naszego stulecia, więcej — jest dowodem najoczywistszym, że technika jest właściwie wszechmocna: w mgnieniu oka usuwa przeżytki, najbardziej uświęcone tradycją, w genjalny sposób tworzy nowe możliwości. Ów rotor to poprostu przewrót rewolucyjny w starem, poczciwem odwiecznem, romantycznem żeglarstwie. Jeżeli się zastanowimy przez chwilę poważniej nad tem, do czego właściwie służy malowniczy żagiel, rozpięty na wichrze, dojdziemy do wniosku, że ta płachta przedziela powietrze na dwie strefy: taką, w której cząstki gazowe pod naporem wiatru się tłoczą, wywołując lokalne zgęszczenie, i taką — przed płachtą płócienną — gdzie ich jest chwilowo mniej. Wytwarza się z tego powodu różnica ciśnień i płachta a z nią razem łódka sunie przed siebie w błękitną dal. W laboratorjach fizycznych wiadomo oddawna, że zgęszczenia i rozrzedzenia cząstek w gazach wywoływać można w sposób znacznie ciekawszy: walec, puszczony w szybki ruch obrotowy, wytwarza w pewnych warunkach takie różnice ciśnień, że nawet świetne powietrzne pompy ssące udało się na tej zasadzie zbudować.
Flettner wpadł na pomysł kapitalny i postanowił wirujący walec zastosować w żeglarstwie. Zamiast odwiecznych „hissuj! topżagiel! ściągaj! zwijaj!“, zamiast gromady ludzi, łażących po masztach, zdyszanych, zziajanych — ktoś naciska spokojnie na guzik niewielkiego motoru, puszcza dwa lekkie cylindry w ruch obrotowy, w mgnieniu oka mamy te same różnice ciśnień, co przy największych płachtach żaglowych i statek — sunie przed siebie w tę samą błękitną dal. Żaden huragan nic tu nie wskóra — poprostu naciskamy na inny guzik, zatrzymujemy wirujące walce, „zwijamy żagle“... Romantyzm djabli biorą, żeglarz współczesny płynie po morzach.
Przesyłam nieznanej „Barbarze“ z okazji jej podróży próbnej najserdeczniejsze życzenia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.