Przejdź do zawartości

Boczna antena/Bilans i astronomia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Boczna antena
Podtytuł ostatnie biuletyny z frontów wieczystych
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wyd. 1927
Druk Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
(Bilans i astronomia. — O szarym świcie na Mount Wilson. — Tryljony światów. — Nie bądźmy zbyt pewni...)

W owych czasach minionych i historycznych, kiedyśmy to żyli pod panowaniem potężnej Inflacji, każdy chłopak na rogu ulicy obracał miljonami, budżet miesięczny naszej kucharki sięgał miljardów, a bilans roczny głupiego, splajtowanego kantoru wekslowego kończył się sumką, której cyfry biegły po obu stronach wielkiej księgi handlowej, wyskakiwały na ladę, wylatywały przez drzwi na trotuar i hamowały nieomal ruch kołowy w stolicy. Deficyt teatralny oznaczaliśmy liczbą, zawierającą bodaj więcej zer, niż cała rada miejska, w komplecie, na zebraniu plenarnem. Byliśmy wtedy bardzo dumni z naszych wiadomości arytmetycznych i uważaliśmy, że nawet cyfry astronomiczne nam zaimponować nie mogą.
A jednak... Pani Gabrjela Flammarion, która odziedziczyła po mężu zamiłowanie do nauki i wielki talent pisarski, przytacza w „Science et la Vie“ kilka pozycyj z budżetu czy salda wieczystego... Ta buchalterja mogłaby oszołomić nawet wytrawnego warszawskiego giełdziarza z epoki inflacji.
Już łokieć albo cal, używany zazwyczaj w astronomji, budzi pewien respekt. Jest nim poprostu ów dystans, który fala świetlna przebiega w ciągu sekundy, dystans tak potwornie wielki, że ludzkość przez długie wieki miała go wręcz za nieskończenie olbrzymi. Przypuszczano innemi słowy, że kiedy nowa gwiazda błyśnie gdzieś tam na niebie, to cały wszechświat momentalnie się o tem dowiaduje. Poglądy na tę sprawę zmieniły się już oddawna. Wiemy, że fale świetlne są bardzo szybkie, najszybsze w przyrodzie, ale przecież nie nieskończenie szybkie. I właśnie w chwili, kiedy te słowa piszemy, w dalekiej Kalifornji stary mistrz fizyki doświadczalnej, jeden z największych wirtuozów w dziejach nauki ścisłej, profesor Albert Michelson, bada po raz dziesiąty w swem życiu sprawność i chyżość gońców świetlnych. Umieścił się przytej okazji w specjalnym baraku na jakimś cyplu Mount Wilson, w pobliżu obserwatorium astronomicznego, i kiedy młodzi uczeni schodzą — po nocy, spędzonej na badaniu i fotografowaniu gwiazd, — ze swych strażnic podniebnych, słyszą nieraz o świcie przeraźliwy świst syreny pneumatycznej i niesamowity warkot wirujących obłędnie zwierciadeł. Stają wtedy na chwilę zadumani, uśmiechają się życzliwie i mówią szeptem:
— Michelson is having a good mornig! Pracuje!
Wtedy to, o szarym świcie, sędziwy mistrz, któremu optyka nowoczesna zawdzięcza najbardziej precyzyjne pomiary, wysyła z baraku złote strzały świetlne, każe im się odbijać od zwierciadeł, umieszczonych na dalekiej stacji pomocniczej, mierzy czas z dokładnością do tysiącznych i miljonowych części sekundy... Chodzi tu już tylko o drobne poprawki i niewyczuwalne różnice. Wiemy z całą pewnością — na zasadzie badań poprzednich tegoż Michelsona, — że najlotniejszy z szybkobiegaczy w przyrodzie całej, promień świetlny, odrabia zawsze i niezmiennie 300 tysięcy kilometrów na sekundę.
Tej właśnie potwornej długości taśma — możnaby nią opasać ziemię osiem razy dookoła — jest jednostką miary, jest calem w astronomji. Możemy zresztą to samo wyrazić trochę inaczej i wyobrazić sobie, że ktoś — przez protekcję albo wpływy osobiste — uzyskał glejt czy bilet specjalny i podróżuje po kosmosie z szybkością światła. Zobaczymy, jakie go czekają wrażenia i co, kiedy ów pasażer dojrzy z okna wagonu.
Już po pierwszej sekundzie miga mu w oczach jakiś glob wymarły i skalisty. To księżyc. Furda, jedziemy dalej. Po czterech minutach nieco większy przystanek — planeta Mars... I to nas tu nie obchodzi. Mijamy Jowisza, Saturna i inne drobne Milanówki niebieskie, mijamy po czterech godzinach stacyjkę „Neptun“. Teraz już podróż zaczyna nas troszeczkę nużyć — po tygodniu dopiero docieramy do jakiś globów nieznanych — granica systemu słonecznego! Co dalej?
Cztery i pół roku trzeba siedzieć w najszybszym ekspresie, jaki natura stworzyła, żeby trafić na najbliższą stację zagraniczną, na gwiazdę alfa Centaura, czterdzieści miljardów kilometrów dzieli nas od niej. Ale i to jest głupstwo, Piła czy Kostrzyń, w porównaniu z tem, co nas jeszcze czeka. Są mgławice w Orjonie, do których jechać będziemy mniej więcej pięćset lat na grzbiecie fali świetlnej. Jeżeli w tamtych okolicach są istoty myślące i obserwują akurat naszą ziemię przez teleskop, to mają o nas chwilowo dość pochlebne zdanie, widzą dzisiaj w Toruniu Kopernika, nie Wachowiaka, we Włoszech (chronologia jest zależna od miejsca pobytu!) — Dantego czy Galileusza i dopiero za pięć wieków zobaczą nagle Mussoliniego i największy blamaż w dziejach Europy — wojnę światową.
Gdzież leży wreszcie kres i granica świata? Należymy — razem z naszem poczciwem słońcem — do Drogi Mlecznej. Takich globów, jak nasz (mówię, oczywiście, o słońcu, nie o śmiesznie małej ziemi, która się wogóle nie liczy), jest we wszechświecie przeszło dwa miljardy, najdalszy odsunął się z pewną pogardą, nie chce mieć z nami nic wspólnego, jego światło biegnie do nas 950 tysięcy lat.
Tak mniej więcej wygląda cyrkuł, w którym nas od wieków zameldowano. Ale są jeszcze mgławice spiralne, np. słynna mgławica Andromedy, i — według badań nowszych — każda z nich jest znów „drogą mleczną“, czyli wszechświatem, złożonym prawdopodobnie również z dwóch miljardów słońc, trochę większych od naszego. Żeby więc prawdę rzec, a nie skłamać — takich okrągłych pestek, jak ziemia, na której się od wieków po próżnicy szwendamy i bez sensu za łby bierzemy, krąży w przestrzeni ilość dosyć pokaźna. Mianowicie: dziesięć miljonów razy po dwa miljardy.
Ponieważ przytem całe to rojowisko wierci się ustawicznie, pędzi, gna, z szybkością setek kilometrów na sekundę, wiruje, zmierza ku jakimś punktom dalekim, więc, jak powiada słusznie dr. Archenhold, dyrektor obserwatorjum w Treptow, pod Berlinem, „ostatecznie każdy pociąg pośpieszny może ulec katastrofie“. Bywały już takie wypadki we wszechświecie. Słynny Canon Diabolo w Ameryce — wyrwa o głębokości 170 metrów — powstał bezsprzecznie wskutek zderzenia ekspresów niebieskich. Kolizja... Meteor spadł na ziemię...
Piszę to, oczywiście, nie w tym celu, żeby siać rozpacz i zwątpienie, nakłaniać ludzi do pijaństwa i czynów szalonych — w myśl zasady „après nous le déluge“. Ziemia istnieje 1500 miljonów lat i jeszcze pewnie kilka wieków przetrwa. Ale jakiś wniosek praktyczny z tych oszałamiających bilansów astronomicznych wyciągnąć można. Choćby ten, że nasze odwieczne, głupkowate, krwawe kłótnie o nędzny kawałek miedzy, o piędź ziemi granicznej są właściwie psychozą i manjactwem.
Oderwijcie tylko mętny wzrok na chwilę od tych spraw, podnieście głowę. Minuta milczenia! spojrzyjcie raz wreszcie przytomnie na złote punkty w zenicie...
Nigdybym nie przypuszczał, że stać i mnie na kazanie niedzielne...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.