Bocian Św. Franciszka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jaroslav Vrchlický
Tytuł Bocian Św. Franciszka
Podtytuł Legenda klasztorna
Pochodzenie Ballady, legendy i t. p.
Data wydania 1904
Drukarz St. Niemira
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Konrad Zaleski
Źródło Skany na commons
Inne Cały zbiór
Indeks stron
Bocian Św. Franciszka.
(Legenda klasztorna).

Z smiertelnego raz omdlenia
Po zapasach groźnych, długich,
Święty ocknął się Franciszek.
Oczu jeszcze nie otworzył,
Kiedy czuje, jak różowa
Zorza jasna, cicha, błoga
Zwolna muska mu powieki.
Niby harfy, niby fletu
Słodkie tony w uszach dźwięczą,
Co zdaleka, zda się, płyną,
Jako fala na mórz toni.
Czuł dokoła woń czarowną;
Takiej woni nawet róża
Nie ma w głębi swego łona,
Ani jaśmin w gwiazdkach białych.

Ukoiła mu się dusza,
Przelękniona widmem śmierci,
Gdy nieznany głos zaszeptał:
— „To jest raj, tyś wszedł do nieba“

W końcu, kiedy gędźba owa
Uroczysty hymn zagrała,
Rozwarł oczy i osłupiał:
Tak, w istocie był on w niebie:
Przed nim wszystko w blaskach tonie,
On, co śpiewał hymny słońcu
Teraz patrzy w jego lice,
Świateł morze go nie razi.
Najprzód widzi, jako słupy,
Wielkie kłęby białej pary.
To kadzideł snać obłoki
W górę wznoszą się z kadzielnic,
Z tych kadzielnic szczerozłotych,
Co przy Boga stoją tronie.
Widzi drzewa dziwnych kształtów,
Na nich zamiast kwiecia gwiazdy;
Pod drzewcami w białych szatach
Kroczą, niosąc w ręku palmy.
Całe tłumy wyzwolonych.
Każdy nimbem głowę zdobi.
Są biskupi tu, prorocy,
Cni kapłani, męczennicy,
Panny, wdowy i wyznawcy.

Między nimi białopióry,
Niezliczony chór aniołów
Przy harf dźwięku pieśni śpiewa.
Jedni grają z nich na fletniach,
Ci w cymbały uderzają.
Uśmiech szczęścia wnet zagościł
Na wybladłej, schorowanej,
Zwiędłej twarzy Franciszkowej.
A więc on to w takiej chwale,
Prosty mnich ów — bosonogi!
Każdy z tłumu tych niebianów,
Gdy przechodzi koło niego.
Staje. Szepty słychać w koło:
— „Patrz-no, on to, wszak to święty
„Nasz Franciszek — sługa Boży!“
I spostrzega, jak papieże
Przed nim tiary swe zdejmują,
Zapomniawszy, co im winien.
Wciąż przygląda się tym pocztom,
Lub zapuszcza wzrok ciekawie
W obłok, który z kadzielnicy
Wzlata w górę słupem białym.
To dziwiło go najbardziej,
Że, czem więcej się wpatruje,
Zamiast dymu, zamiast pary,
Niemowlęce główki widzi,
Złote, płowe, kędzierzawe
Główki małych cherubinków,

Tłuściusieńkich, oskrzydlonych
Wesolutkie, uśmiechnięte.
Zgiełk ten radość w nim rozbudził,
Przemówiwszy wprost do duszy.

W niebie czasu się nie liczy,
Jednak, mimo wszystkich uciech,
W raju czuje się Franciszek
Opuszczonym i samotnym.
Wstał ze swojej złotej ławy,
Po obłoku zwolna kroczy,
Aż tam, kędy z kadzielnicy
Dym zasłania Wieczne Światło,
Na obydwa padł kolana,
Rozwarł ręce piętnowane
Gwoźdźmi Swego Zbawiciela
I przed tłumem wyzwolonych
Męczęnników i proroków,
I aniołów i wyznawców
Z płaczem począł opowiadać:
— „Światło świateł, Boże Ojcze,
„Odpuść, proszę, mnie grzesznemu,
„Gdy otwarcie wyznam Tobie:
„W raju Twoim jest mi smutno,
„Tyś w mą duszę nadto wiele
„Wiał miłości snać dla świata,
„Jam z przyrodą żył na ziemi,
„Jako syn jej najwierniejszy,

„Bez niej jam, jak sucha gałąź.
„Chcesz zaś wiedzieć, Boże, Panie,
„Czegom smutny w Twojem niebie?
„Tu mi nie jest bratem ogień,
„Tu mi nie jest matką ziemia,
„Tu mi nie jest siostrą woda,
„Lecz najwięcej ze wszystkiego,
„Com miłował, żal mi ptaków;
„One w długiej mej tułaczce
„Pokrzepieniem i pociechą
„Były oku, uszom, sercu.

„Znać Ty nie wiesz, Wszechmogący
„Ojcze świata, co mnie w Umbryi
„Raz się jeden przytrafiło:

„Szedłem uczyć mnogie tłumy,
„Ale marną była praca,
„Gdy ich uszy były głuche,
„Umęczony, oszukany,
„Poza miasto idę w smutku,
„Gdzie rozległa wonna łąka,
„Obok drzewa rosły duże,
„Środkiem strumyk wązko płynął.
„Całą boleść mojej duszy
„Jam wylewał w łzach obfitych.
„Patrzę, naraz czajka zwinna,
„Co chodziła po murawie,
„Mały czubek nastroszyła

„I zwolniła nieco kroku,
„Jakby rzecz mą zrozumiała.
„W krzaku, gdzie miał gniazdo z liści,
„Pozostałych z przeszłej zimy,
„Słowik stroił swe gardziołko.
„Przyskoczyła z ponad brzegu
„Zięba, za nią zdążył szczygieł,
„Szpaczek z gęstej wybiegł trzciny,
„Gil łakomy, czarnoszyjka,
„Z pól poważny gawron przyszedł,
„Kawka z wroną też w ślad za nim,
„Zaś skowronek z pod lazurów
„Spuścił się na ziemski padół,
„Przyszedł dudek zachmurzony,
„Kos przyfrunął złoto-dzioby,
„Dzięcioł, co to w drzewo stuka,
„Kraska, orlik, chciwy łupu,
„Przyszły za nim w ślad pospołu.
„Bekas, co wciąż w trzcinie siedzi,
„I jaskółka, pliszka mała,
„Dworny strzyżyk, żwawa sroka.
„Ponad wszystkiem ptastwem owem,
„Podkuliwszy jedną nogę,
„Wielki bocian stał na straży
„I, słuchając, kiwał głową,
„Świergocącym wokół wróblom
„Długim dziobem dawał znaki,
„Aby cicho się sprawiały.

„Ja, Franciszek, sługa Boży,
„Gdy mną ludzie pogardzili,
„Te poczciwe, wdzięczne ptaki
„Tak-em, Panie, umiłował,
„Że już bez nich żyć mi trudno.
„Nie śmiem żądać, o mój Stwórco,
„Byś na prośbę Twego sługi
„Zechciał zmienić raj na ziemię.
„Lecz o jedno proszę, Ojcze:
„Przez te posty, com wycierpiał,
„Przez te nędze, com przenosił,
„Przez choroby i niemoce,
„Przez te rany na mych rękach,
„Przez te rany w mojej duszy, —
„Dozwól Wielki, Święty Boże,
„Bym bociana miał choć w niebie,
„Abym mógł z nim tak obcować,
„Jak z rodzonym bratem drogim,
„Jako z wiernym towarzyszem“.
Ze zdziwieniem, w osłupieniu,
Stoją wokół tłumy świętych.
Wszyscy milczą, lecz w ich twarzach
Mógł Franciszek łacno czytać,
Co tam o nim myślą sobie:
Święty Piotr nachmurzył czoło,
A Jan Chrzciciel kręcił głową,
Jan Chryzostom słuchał bacznie,
Co mu Grzegorz w ucho szeptał.

Na swe czoło ukazując,
Kończył mowę temi słowy:
— „Jam to twierdził już oddawna,
„Był dziwakiem, jest i będzie“.

Wszyscy święci się rozeszli,
A Franciszek z bólem w sercu
Szedł od tronu Pana Boga,
Myśląc, że nań Bóg się gniewa.
Wtem za kołnierz ktoś go chwyta...
Co takiego? może-ż wierzyć
Zadziwionym swoim oczom?
Przed nim bocian stoi biały,
Z tym czerwonym dziobem długim
I z czarnemi swemi skrzydły,
Co się błyszczą. Zaklekotał
I wślad za nim zwolna kroczy.
Uradował się Franciszek,
Zobaczywszy przyjaciela,
Objął go ze łzami w oczach,
Ku zdziwieniu niebian wszystkich.
Siadł na swojej ławie złotej,
Bocian głowę sparł na piersi,
Czule gładził ją Franciszek,
Rad ze swego przyjaciela.

Jaką dolę miał nasz Święty,
Taką dolę miał i bocian:

Mimo chwały niebios, głowę
Zamyślony spuszczać począł,
Krocząc z nogi wciąż na nogę.
Gdy go gładził sługa Boży,
Patrzał przed się w zamyśleniu
O tych ziemskich wielkich łąkach,
O bagniskach, o moczarach.
Nad któremi chmury ciągną;
O sitowiu i o trzcinie,
W których wiatr wyprawia harce;
Tam moc owych niezliczona
Lekkonogich małych tworów,
Które łowił długim dziobem.

W tej zadumie jasno widzi,
Jak, spłoszona jego kroki,
W wodę z brzegu skacze żaba.
Dziwnym zda się obraz cały
Tej przyrody ożywionej —
Śmieszność z grozą tutaj społu.
Widzi, jak się miga w trzcinie
Salamandra ciemnożółta
I jaszczurka, którą spłoszył,
Co się w słońcu wygrzewała;
Widzi szare, ciche chatki
I kościółka widzi wieżę;
Na czerwonym szczycie dachu
Widzi z jego gniazdem koło;

Widzi, jako w czas jesieni
Przylatują od zachodu
I od wschodu towarzysze,
Że z nim ciągną w długim szyku
Przez pustynie i przez błonia,
Ponad lasy, góry, morza,
Jako długa karawana,
Przez mgły, światło, chmury, zorze,
Do piramid, do wód Nilu.
Dziwy temi rozmarzony,
Zapomina, że jest w niebie,
Dziobem stuka w prawo, w lewo.
Przeszkadzając Świętym Pańskim
W ich codziennem rozmyślaniu,
Wreszcie burzę wzniecił wielką,
Gdy, chwyciwszy dziobem chustkę
Świętej Maryi Magdaleny,
Po niebiesiech ją obnosił.
Wnet się zeszli wszyscy święci,
Jednogłośnie Boga proszą,
By bociana wygnał z nieba.
Ze skłonioną na dół głową,
W szacie mniszej, bosonogi,
Stał Franciszek z kornem czołem,
Stał przed Tronem swego Pana,
Czekał na ten wyrok straszny,
Co rozłączyć miał go dzisiaj
Z miłym jego towarzyszem.

Była cisza. Matka Boża
Popatrzała długą chwilę
Na bociana, na Franciszka,
A jak zawsze, tak i teraz
W niebie była pośredniczką.
Przemówiła, głos jej dźwięczał.
Jako dzwonki srebrne dźwięczą:

— „Trzeba wszystkim zrobić zadość,
„Jak obydwu przyjaciołom,
„Tak i naszym świętym w niebie.
„Nic dziwnego, — bocianowi
„Tęskno musi być za ziemią,
„A więc niechaj zleci na dół,
„Jako poseł Pana Boga,
„Niech pobędzie przy strumyku,
„U tych błotnisk i moczarów
„I niech wraca, kiedy zechce
„Tu, do nieba, do Franciszka“.

I, skinąwszy, ukazała
Krzak niebiańskiej wonnej róży;
Pod nim spali połączeni
Dwaj w uścisku aniołkowie.
Wnet na rozkaz Matki Bożej
Rozstąpiły się obłoki,
Zaświeciło jasno słonko
I ujrzano naszą ziemię,

Jak w przestworzach płynie zwolna,
Niby wonna, biała róża.
Były widne na niej lasy,
Jako czarne, wielkie pasma,
Rzeki, jako nitki białe,
Góry, jako modre plamy.

— „Patrzcie na dół“ rzekła znowu
Słodkim głosem Matka Boża.
„Tam, wśród lasu, stoi chatka,
„W niej mieszkają biedni ludzie,
„Dobrzy, czuli, bogobojni, —
„O dzieciątko Boga proszą —
„Chcę dziś spełnić ich życzenia.

„Wierny druhu Franciszkowy,
„Weź śpiącego w dziób aniołka
„I ostrożnie zleć na ziemię,
„Przeleć mgły te, nieba lazur
„Przeleć góry, lasy, wody
„I w okienko owej chaty,
„Niosąc dobrą wieść, zapukaj.
„Wejdź w jej progi i życzenia
„Matki, która w śnie spoczywa,
„Spełnij, kładąc do kołyski
„Twoją zdobycz, z nieba wziętą.
„Niech zagości na tej ziemi
„Radość w sercach dobrych ludzi“.

Mądry bocian, zabiegliwy,
Spełnił rozkaz co do joty —
I ujrzeli wszyscy w niebie,
Jak do chaty owej zboczył,
Jak w kolebkę dziecię złożył,
Czuli ową radość ludzi
W tej dziękczynnej łzie w ich oku,
A Bóg Ojciec miłosierny,
Gładząc długą, siwą brodę,
Chwalił dobrą Swoją Córkę,
Matkę Bożą wobec wszystkich.

Wkrótce wrócił bocian z ziemi
(Trochę na niej pożerował
Tam u zdroju, w gęstej trzcinie),
Wesół stanął przed Franciszkiem,
Który szczęścia pełen w duszy,
Pieszcząc swego przyjaciela,
Szedł dziękować Bożej Matce.
Odtąd bocian przywykł w niebie,
A gdy mu się przykrzy czasem,
Niemowlęta ludziom nosi.

Jarosław Vrchlicky.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jaroslav Vrchlický i tłumacza: Konrad Zaleski.