Boża opieka/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Boża opieka
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1883
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Kobiety, a szczególniej nasze, są aniołami ziemi; godzim się na to wszyscy i oddajemy im cześć na kolanach; niestety szatan urodził się z prześlicznego anioła, który w chwili upadku przedzierzgnął się w ideał brzydoty i zepsucia... Tak samo w tym wieku XVIII., na tym dworze słynnym tylu pięknościami, między któremi było i cnót wiele, trafiały się upadłe anioły, obudzające wstręt i obrzydliwość. Od nich to przeszło zepsucie na tych, co ich otaczali, co obcowali z niemi, i coraz szerszym kołem poszła zaraza na pokolenia następne... Szczęściem były to istoty wyjątkowe, a w drewnianych dworkach wiejskich, pod słomianemi strzechy dochowała się spuścizna cnót staropolskich. Podskarbic, który dawno w stolicy nie bywał, miał tu same znajomości z lat młodszych, mężczyzn i kobiety w rodzaju kasztelana, których wiek, zamiast przytępić wybryki, uczynił cynicznymi na zimno rozpustnikami, nie mogącymi nawet namiętnością się uniewinnić.
Po bytności w zamku i widzeniu się z kasztelanem, z którym niemal cały dzień spędził, bo mu ten honory Warszawy czuł się w obowiązku robić, Podskarbic wrócił znużony, nazajutrz uczuł się słabym, a trzeciego dnia wyjść nie mógł.
Gryzł się, niepokoił, a że go jakoś zimno wszędzie przyjmowano, wyobrażał sobie, iż wpływ przyjaciół żony niepowrotnie go zgubił w opinii i u dworu. Szukał więc pociechy, jakiej się tylko mógł spodziewać od tych, co go znali młodym, szczęśliwym i ulubieńcem mody. Między innemi dowiedział się o pobycie słynnej niegdyś piękności, której żywot nader burzliwy skończył się trzecim już rozwodem i wypoczynkiem w Warszawie. Młodość spędziła ona w większej części za granicą, w Paryżu, po dworach niemieckich, straciła znaczną fortunę na zbytki bajeczne, a teraz żyła z pensyi, od ostatniego małżonka otrzymanej, i resztek majtku. Nie przeszkadzało jej to mieć dom otwarty, przyjmować najpierwsze towarzystwo stolicy i odgrywać rolę bardzo czynną w rozmaitych sferach. Z domu księżniczka... pani hrabina Dramińska, dzieci, jakie miała z dwóch pierwszych małżeństw, powyposażyła, a pozostała sama teraz panią swej woli i czasu... używając go wedle starych nawyknień, jak mogła najweselej. Chociaż dworu nie miała, pozostał jej z niego zawsze jakiś marszałek dworu, mieniany dosyć często, mężczyzna zwykle urodziwy, dobrze wychowany i przyzwoity, który domem zawiadywał i w salonie gości przyjmować pomagał. Grywano co wieczora faraona, świetne były kolacye, czasem muzyka i tańce nawet, a wszyscy cudzoziemcy prezentowali się tu, i przez nią rozmaite dyplomatyczne, pieniężne, sądowe załatwiali interesy.
Hrabina Estella z książąt... miała piękną karetę, konie rosłe, liberyą, kilku lokajów, damę do towarzystwa niekiedy jaką ubogą kuzynkę bardzo piękną... i — i owego nieśmiertelnego pleczystego marszałka dworu. Nie powiemy, ażeby ją powszechny szacunek otaczał, posługiwano się nią wszakże i jej domem powszechnie. W młodości jeszcze, za życia pierwszego męża, Podskarbic należał do najzapaleńszych jej adoratorów; później stracił ją z oczów, aż oto teraz wypadkiem dowiedział się od kasztelana o jej położeniu, o przygodach i zamieszkaniu w Warszawie. Była to jedna osoba, z którą mógł poufnie pomówić Podskarbic, nie lękając się skompromitować. Hrabinie Estelli wszystko w ogólności mówić było można; była to osoba (wedle wyrażenia epoki) wyższa, bez przesądów, która wszystko zrozumieć potrafiła... nie gorsząc się niczem, nie oburzając zbytnio przeciw niczemu. Podskarbic uradował się niezmiernie dowiedziawszy się o niej, obawiał się jednak pierwszego wrażenia, gdyby tak przybył nie oznajmując i — napisał bilecik, prosząc o pozwolenie przypomnienia się. Tegoż dnia odebrał odpowiedź, na ładnym papierku skreśloną charakterem, który od lat owych nic się nie zmienił i nic nie postarzał. Estella zapraszała go serdecznie na obiad, à huit clos, en petit comité, jeszcze dzisiaj.
Podskarbic ubrał się jak mógł najstaranniej, quantum mutatus ab illo!! — przejrzał się w zwierciedle i zasmucił, piękna Estella trudno by nawet poznać go mogła... O godzinie naznaczonej stawił się na Długą ulicę... do wskazanego mu domu... Pałacyk z imienia nie był paradny, lecz dosyć zręcznie wyporządzony, aby przyzwoicie wyglądał... W saloniku, zastawionym mnóstwem gracików kosztownych i błyszczących, zabytkami dawnych splendorów i pamiętnikami dni szczęśliwszych, ujrzał zdumiony kobiecinę, ubraną młodo, zdala wyglądającą jeszcze zręcznie... ale w cóż się obróciła owa dziewicza, anielska, rumiana i biała twarzyczka Estelli! Róż i bielidło zjadły ją, wykręciły i zmieniły w potworną prawie maseczkę... Zresztą głos, ruchy — pozostały też same, z dodatkiem przesady i karykatury... Podbiegła do niego podając obie rączki jeszcze ładne, wdzięcząc się i potrząsając głową...
— A! Podskarbicu! zaklinam, proszę, nie patrz na mnie... okropną jestem... ale jakże chcesz! policz lata przeżyte! A ty! nieboraku! a! i ciebie nielitościwy czas nie szczędził... chociaż... doprawdy, na takie życie, jakie prowadziłeś, powiem ci szczerze, nie jesteś tak... zniszczony, jak sądziłam. Vous avez très bonne mine.
Allons donc! chere Comtesse, nie mówcie mi tego... jestem ruiną, wiem to i czuję.
Oboje przypatrywali się sobie i strasznym śladom lat ubiegłych. W tem spotkaniu było coś elegicznie smutnego i śmiesznego razem... Znajomość i miłość stanęły jak zegar na rozstania godzinie... a teraz... biła inna... na świecie... i z wiosennego poranka zrobiła się noc zimowa.
Podróżny, który wrócił z wygnania i zastał domostwo w gruzach, szuka pod niemi zatraconych skarbów: tak oni w twarzach swoich odszukiwali oczyma rysów, które im zostały w pamięci.
— Mój Podskarbicu — ozwała się po chwili Estella — trzeba się godzić z wolą przeznaczenia, starość ma swe dobre strony... straty przychodzą z pewnemi kompensatami, znamy lepiej świat i ludzi.
Uśmiechnęła się. — Słyszałam, żeś się ożenił...
Podskarbic głową pokiwał smutnie. — I bardzo bogato? — dodała, żywo Estella — co nigdy nie szkodzi...
Na tem się teraz przerwała rozmowa, przytomny bowiem marszałek dworu i dama do towarzystwa nie dozwolili zwierzyć się szczerzej Podskarbicowi z utrapień swoich; zaczęto mówić o czem innem... On utrzymywał, że czasy były liche i smutne, ona starała się je obronić.
— Wierz mi — rzekła — teraz jest lepiej; z tym ostatnim Sasem nie wiedzieć co było począć, do psów tylko strzelał, na kobiety ani patrzył i wolał to swoje Drezno od Warszawy, która się była strasznie zabrukała. Król jest miły i dobry, na nieszczęście ma nieprzyjaciół...
Dano do stołu, a jedzenie u podżyłej pani było bardzo wykwintne, co i Podskarbic cenić umiał... Siedli we czworo tylko, więc ceremonii nie było. Marszałek dolewał wina sąsiadowi, Estella zachęcała do jedzenia i picia, rozweselony żołądek oddziałał na umysł. Podskarbic się rozruszał i podochocił, hrabina mu się nawet zaczynała wydawać młodszą. Szczerzej coraz oboje opowiadali sobie przygody przeszłości, a gdy czarną kawę podano i zostano sam na sam w gabinecie hrabiny, podskarbic stał się poufałym i serdecznym, jak za dobrych czasów... Całował białe rączki, z któremi lubiła się chlubić Estella, i spowiadał się ze wszystkich grzechów i utrapień. Ujęło ją to nadzwyczajnie, tak że uprzejmością starała mu się to wspomnienie dawnej miłości odpłacić.
— Wiesz co Edwardku — rzekła w końcu — ja widzę, że ci coś cięży na sercu i duszy; nie masz pewnie lepszej przyjaciółki nademnie, możesz mi się zwierzyć, powiadam ci, z wszystkiego. Jeźli to jest co takiego, na co ja poradzić mogę? Mam bardzo rozległe i wielkiego znaczenia stosunki.
— Niestety — ozwał się podskarbic — to, co mi cięży na sercu, jest natury tak delikatnej, że chybabym księdzu na spowiedzi mógł to wyznać... gdybym się jeszcze spowiadał.
— Jakto! to ty się nie spowiadasz? — zakrzyknęła Estella ręce łamiąc.
— Odkładam... in articulo mortis... trzeba będzie wyznać wszystko — szepnął stary z westchnieniem.
— Cóżeś ty zabił kogo?...
— A! nie!
— Stary rozpustniku, ciężą ci grzeszki młodości! — rzekła grożąc na nosku...
Podskarbic ruszył ramionami. — I! na to o rozgrzeszenie nie trudno — odparł z uśmiechem...
— Ale mówże, mów, ja cię nie zdradzę, mój Edwardzie, żal mi cię szczerze...
— Droga Estello — zawołał nieco napity podskarbic — tobie jednej powiedzieć to mogę...
— Ale mów już, mów — przysiadując się tuż i biorąc go za rękę, nagliła hrabina. — Cóż to jest?
— Wiecie już o mojem ożenieniu — począł zniżywszy głos podskarbic — to był powód pierwszy wszystkich nieszczęść moich... Wojewodzina miała syna... cała jej miłość zlała się na to dziecię; spodziewałem się, że i mnie pan Bóg obdarzy potomstwem... byłem zazdrośny... zbyt może przewidujący... Wystaw sobie, popełniłem ten błąd, żem się postarał... aby to dziecię...
Nim dopowiedział, Estella krzyknęła i usta mu zatuliła ręką... drugą zasłaniając sobie oczy...
— To okropność... dziecko... umarło...
— Nie, nie — przerwał Podskarbic — w istocie gdyby sobie było umarło, miałbym zapewne zgryzoty sumienia, alebym nie miał niepokoju i kłopotu.
— Więc cóż się z tem dzieckiem stało?
— Usunąłem je... usunąłem — rzekł podskarbic. — Wojewodzina ma je za umarłe... ale ono żyje... Oddano je na wieś. Chłopiec się dziwnym sposobem wyrobił. Przytem człek, który mi do tego interesu służył, ruszony głupiem sumieniem, zdradził mnie!... chłopca uwieziono, i wystaw sobie... znajduję go... paziem królewskim...
— Ale czy ci się nie śni? nie żartujesz ze mnie? co mi za banialuki pleciesz? Jakżeby do tego doszedł?
— To i dla mnie zagadka — mówił cicho podskarbic — zagadka... Chłopca w osobliwszy sposób napiętnowała natura, bo podobny niesłychanie do ojca i ma jego znamię na twarzy... Trzeba było nieszczęścia, że go raz, gdy jeszcze był na wsi, żona moja spotkała, zrobiło to na niej wrażenie niesłychane... chociaż nie domyśla się...
— Ale to są tragedye! tragedye! — zaczęła zrywając się z siedzenia i poczynając biegać po gabinecie Estella. — Czy ty mnie tylko nie mistyfikujesz?
— A! kochana hrabino, smutna to prawda tylko!
— Ja znam wszystkich paziów królewskich; któryż to z nich, proszę cię!
— Na miłość Boga, hrabino...
— Bądźże spokojny, przecież ja cię nie zdradzę... rychlejbym pomogła. Do tej nieznośnej wojewodziny mam ząb okrutny... Któż to, który z tych paziów?
— Wprowadzono go pod imieniem Leliwy; kto? jak? nie rozumiem i trwożę się...
— Leliwa! ten śliczny blondynek! Cherubinek! który ocalił pisarzównę od niedźwiedzia... wiesz o tem?
— Nie, nie wiem...
Estella poczęła historyą niedźwiedzia, panny i pazia... Podskarbic słuchał z kolei zdumiony...
— Ten chłopiec jest na takiej drodze... że doprawdy może zajść daleko — mówiła hrabina — wszyscy się nim rozkoszują, chwalą go, protegują.
— Ależ przecie — przerwał podskarbic — nie może się nawet z rodziców wykazać?
— No, a ci co go tu wyprowadzili na świat tak zręcznie, potrafią mu i jenealogią zesztukować — śmiejąc się rzekła Estella. — Czy tylko ty się nie mylisz, bo strach ma wielkie oczy.
— Radbym się mylić, lecz dowody mam wszelkie... Zapewne, dopóki ja żyję — mruknął posępniejąc podskarbic — chłopiec pozostanie, kim jest, lecz... po mej śmierci! Co za sromota dla imienia... wszystko się może wyjawić... wyciągną mnie z grobu... ten sługa, zdrajca niepoczciwy...
Estella ochłonąwszy bawiła się już końcem chustki...
— Ależ bo pozwól sobie powiedzieć — rzekła — postąpiłeś sobie w całej tej sprawie najnieroztropniej; któż rzeczy robi przez połowę...
Nastąpiło po tych wyrazach, pełnych strasznego znaczenia, długie milczenie...
— Kto wspólników takiej roboty... zostawia pod ręką, aby każdego czasu zdradzić i świadczyć mogli?
I znowu było milczenie. — Byłeś bardzo złym, bardzo zepsutym — dodała Estella — a razem z tem, nadto dobrym i bojaźliwym... Que voulez-vous? qui veut la fin, veut les moyens.
Podskarbic nic nie odpowiedział. — Tyś całe życie zawsze wszystko, nie wyjmując miłości, robił po połowie... dlatego zostały się zgryzoty, strapienia i zawody...
Wymawiając te wyrazy minę miała tak słodziuchną, a głosek dźwięczał tak niewinnie, jakby mu dawała naukę moralną. Podskarbic znękany wzdychał.
— Lecz co teraz począć? co począć? — odezwał się.
— Rada nadzwyczaj trudna — po namyśle poczęła hrabina — w istocie chyba los szczęśliwy uwalniając cię od tych natrętnych... świadków, mógłby uratować.
— Tak, zapewne — ozwał się podskarbic — ale ten chłopiec, ten... chłopiec... trzebaż było, aby się tu dostał i był na drodze... na której najprędzej szkodzić mi może ten zdrajca...
Któż to taki?...
— Któż, jeźli nie stary sługa, mojemi dobrodziejstwami obsypany...
Hrabina zacięła usta. — Prawdziwie, że mi cię żal, jesteś strasznie nieszczęśliwy... Historya z tysiąca nocy, ale ci nawet najlepszy przyjaciel ani najgorętsza przyjaciółka nie może dopomódz...
— A! — szepnął do ucha nachylając się podskarbic — tyle jest sposobów... żeby tego chłopca uprzątnąć. Jużciżbyć pani coś mogła... gdybyś chciała...
— Nie tak łatwo, jak ci się zdaje...
— Król go lubi? starać się nań ściągnąć gniew królewski, podejrzenie... coś takiego, coby go silnie skompromitować mogło...
Estella zaczęła dumać, schyliła się z kolei do ucha podskarbica, i rozmowa dwojga dobrych, starych przyjaciół skończyła się szeptami, z których nikt już słowa dosłyszeć nie mógł.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.