Blade kwiaty z wiejskiej chaty/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jantek z Bugaja
Tytuł Blade kwiaty z wiejskiej chaty
Wydawca Księgarnia D. E. Friedleina
Data wydania 1905
Druk Drukarnia Literacka w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
BLADE KWIATY
Z WIEJSKIEJ CHATY
NAPISAŁ JANTEK Z BUGAJA
PAROBEK WIEJSKI.
Księgarnia D. E. Friedleina logo.png
W KRAKOWIE 1905.   —   NAKŁADEM KSIĘGARNI
D. E. FRIEDLEINA. — WARSZAWA E. WENDE I SKA
ODBITO W DRUKARNI LITERACKIEJ W KRAKOWIE (UL.
JAGIELLOŃSKA 10) POD ZARZĄDEM L. K. GÓRSKIEGO.




Maryi Konopnickiej.

Blade znędzone... dziecię opuszczone,
Przed kratki sądu niegdyś postawione,
Biedny, tułaczy i „Wolny najmita“,
Który już dzisiaj i pisze i czyta,
Który dziś kocha i żyje, i czuje,
Tobie te myśli, Pani, ofiaruje.
Maryo! pieśni polskiej królowa,
Najszlachetniejsza córko Piastowa.
W imieniu braci i sióstr wieśniaczych,
W dowód miłości serc ich prostaczych,
W imieniu wiosek naszych kochanych,
Łąk, kwiatów, ptaszków, łanów obsianych,
Przez Cię kochanych i ośpiewanych —
................
Polak, włościanin, syn wiejskiej chaty,
Tobie poświęca te „blade kwiaty“,
Zrodzone w sielskim serca odłogu,
Jako te kwiaty dzikiego głogu.






Blade kwiatki.

Na okienku wiejskiej chatki,
Zakwitnęły blade kwiatki,
Śnieżyste.
Zakwitały bladobiałe,
Zamaiły szybki małe
Przejrzyste.
Kasiunia je podlewała,
I łzami je nakrapiała
Żałośnie.
Jaś kochany ją porzucił
I już więcej niepowrócił,
W tej wiośnie.
Liczka blade jak te kwiatki,
Oczka łzawe jak bławatki,
Dziewczyny.
Smutna wzdycha, płacze, szlocha,
Że nie wróci, że nie kocha
Jedyny.
Już nie kwitną blade kwiecie,
Na okienku pusto — w chacie
Przejrzysto.
Kasię w trumnę położono,
W blade kwiaty ustrojono,
Śnieżysto.

Wynieśli z chaty rodzinnej
Złożyli w mogile zimnej
Wieczystej;
Na mogile z każdą wiosną,
Blade kwiaty, kwitną, rosną,
Śnieżyste.






Piosenki moje.

Piosenki moje, wy moje dzieci!
Idźcie do świata do moich braci.
Piosenki moje, dzieci natury
Idźcie do wiosek, w doliny, góry,
Piosenki moje, prostacze dziatki,
Zrodzone w sercu, z wieśniaczej chatki,
Odziane w szaty proste, ubogie,
Piosenki moje, dzieciny drogie.
Chociaż muzyki akord wasz ostry,
Idźcie pomiędzy braci i siostry,
Piosenki moje, biedne sieroty,
Choć nie uczone, pełne prostoty.
Idźcie, pukajcie w chatki rodzinne,
Wstępujcie w serca, proste, niewinne.
Piosenki moje, dzieciny moje!
Idźcie pomiędzy wiejskie dziewoje,
Na łan ojczysty, łąki zielone,
I do pastuszków...
Dzieciny moje, prostacze pieśni,
Idźcie gdzie nucą, ptaszkowie leśni,
Idźcie i płyńcie z śpiewem skowronka,
Płyńcie do nieba, do gwiazdek, słonka,
Do Boga Ojca...
I do Maryi Panny Przeczystej,
Nieście żal, skargę z ziemi ojczystej.






Polskim dziewczętom.

Aniołem jest na ziemi dzieweczka takowa,
Którą zdobi panieńskich cnót szata godowa,
Dobroć, tkliwość, łagodność, owe dary nieba,
O które wam, panienki, Boga prosić trzeba.

Baczcie, by niezmarniało drogie wasze mienie:
Czyste serce, czysta myśl i czyste sumienie;
Bo jeden nierozważny krok wasz i czyn śmiały,
Nieraz już szwank przyniosły waszej sukni białej.

Bądźcież umiarkowane w mowie, ruchach, czynie,
Bo tylko skromność, cichość dają wdzięk dziewczynie,
Niejedna się pięknością jakoby paw puszy,
Ale piękność bez cnoty, to ciało bez duszy.

Pomagajcie swym matkom, uczcie się pracować,
Byście umiały dobrze szyć, prać, jeść gotować,
Pracowitość też wasza, niech polega na tem,
By czystość była w domu; dom jest waszym światem.

Takiemi zaletami, wszystkich zniewolicie,
Miłość Boga, Ojczyzny, mając w swojem sercu,
A gdy kiedyś staniecie na ślubnym kobiercu,
To przyszłym mężom waszym, żywot osłodzicie.






Co kocham.

Ponad wszystko, co być może
Kocham Ciebie, dobry Boże,
Duszą, sercem kocham Ciebie,
Ojcze nasz, któryś jest w niebie.
Kocham ojca, braci, matkę,
I ojczystą swoją chatkę,
Każden kącik mój rodzinny,
Gdzie mi przeszedł wiek dziecinny.
Kocham drogą mą Ojczyznę,
Kocham przodków mych spuściznę,
Wiarę świętą, polską mowę,
Nasze życie narodowe.
Kocham me rodzinne sioło,
Kocham wiejską pieśń wesołą,
Nasz kościółek pośród wioski,
A w nim obraz Matki Boskiej.
Kocham piękny ten świat cały,
Kocham wzniosłe ideały,
I tak pragnę ich spełnienia
Jako duszy mej zbawienia.
Lecz nad wszystko, co być może,
Kocham Ciebie, dobry Boże,
Bo to wszystko mam od Ciebie,
Ojcze nasz, któryś jest w niebie!






Wioska rodzinna.

Wiosko rodzinna, coś mię wychowała,
O jakże jesteś sercu memu droga,
W tobie, dziecina będąc jeszcze mała,
W snach złotych marzeń, przeszła młodość błoga.
W tobie spędzone wiosenne dni życia,
Pełne swobody, snów, marzeń kwiecistych,
Tutaj, gdym wyrósł z pieluchów powicia,
Biegał po łąkach i gajach cienistych.
Tu mi jest znana każda chatka, pole,
I wszyscy ludzie i każdy zakątek,
Wszystko tu dla mnie w tem rodzinnem siole
Pełne jest wspomnień i drogich pamiątek.
Oto tą drogą między wiejskie chaty,
Ileż tysięcy razy przechodziłem
Do wiejskiej szkółki do zdroju oświaty,
Gdzie młodą duszę i serce kształciłem.
A nasz kościółek nowo — murowany
Z wysoką wieżą, w której dźwięczne dzwony,
Kiedy uderzą, grają jak organy,
A głos ich płynie hen, w dalekie strony.
Ten strumyk kręty przez wioskę płynący,
A brzegi jego strojne w kwiaty, krzewy,
Ten las nad wioską poważnie szumiący,
Powietrze wonne, a tych ptasząt śpiewy!

Te domki wiejskie, słomą pokrywane,
W pośrodku sadów, zieleni i kwieci,
Stoją jakoby smutne, zadumane,
Że w świat „za chlebem“ poszły starsze dzieci...
Wiosko rodzinna, cudowny ty raju!
O jakże jesteś sercu memu droga,
Cicha, spokojna, rozkoszna i błoga,
Gdzież tak jest w świecie, jako na Bugaju?






Piosnka tułacza.

Będąc przeznaczeń losem pędzony,
Tułać się muszę drogą żywota,
Myśl ma ulata w rodzinne strony,
A w sercu mojem tęsknota.
Tęskno za swoją wioską rodzinną,
I za swoimi tęskno ludziami,
Tęskno za wiejską pieśnią niewinną,
Za ojczystemi polami.
Tęskno w obczyźnie, smutno i nudno,
Tęskno, żałosno, nigdy wesoło,
Tęskno, samotno, chociaż tak ludno,
Obco i zimno wokoło.
Tam to inaczej na polskiej ziemi,
Inaczej serce tułacze czuje,
I cierpieć milej między swojemi,
Każden pocieszy, współczuje.
O wiosko moja, wiosko rodzinna!
Piękna, wesoła, szczera, niewinna,
Gdy ciebie wspomnę serce lżej bije,
Twój obraz w duszy się wije.
Ja niezapomnę nigdy o tobie,
Gdy Bóg pozwoli, a coś zarobię,
Wrócę do ciebie, z pogodnem okiem,
By się twym cieszyć widokiem.






Jak piękny ten świat.

Jak piękny, piękny świat ten Twój, Boże,
Kto piękność jego, pojąć, czuć może,
Sercem i duszą — którego oczy
Z uczuciem patrzą w ten świat uroczy.
Na te woniące łąki kwieciste,
Na złote słonko, niebo gwiaździste,
W nieskończoności nieba lazury,
Na różne w świecie cuda natury,
Słowik gdzieś w gaju rozkosznie nuci,
Śpiew rzewnych ptasząt powietrze kłóci,
Strumyczek szemrze, szumieją drzewa,
W koło muzyką świat ten rozbrzmiewa.
Powietrze czyste, słoneczne, drżące,
Wonne, majowe, rozkoszą drżące,
Którem gdy wietrzyk chłodzący wionie,
Niesie z pól, lasów kwiatowe wonie.
Jak piękny, piękny świat ten Twój, Boże,
Kto piękność jego pojąć, czuć może,
Tego świat cieszy, temu świat kwitnie,
Ten może marzyć, śnić, działać szczytnie.
Lecz wieleż takich, wieleż jest w świecie,
Których ból, troska i nędza gniecie,
Choć pracą znojne podniosą czoło,
Niewidzą, że świat piękny wokoło.

Wieleż znów czerpiąc światowe dary,
Pijąc rozkoszy światowych czary.
Zgnuśnieli; nuda kryje ich czoło,
Nie czują, że świat piękny wokoło.






Coraz gorzej na świecie.

Coraz to gorzej, choć świat postępuje,
Z każdym dniem naprzód, wynalazkiem wiedzą,
Gdy jeden zbytnio w wszystko obfituje,
Tysiące w nędzy całe życie siedzą.

Jeden tysiączne sumy w noc przegrywa,
Tysiące w jeden dzień przebankietuje,
Drugi od ciężkiej pracy dogorywa,
I całe życie niedostatek czuje.

Tam znów na stosach spiętrzonego złota,
Niecna się Bogu urąga rozpusta,
Obca tam litość i obca tam cnota,
Bluźnią Ci Boże ich czyny i usta.

Oni Twe Boskie podeptali prawa,
W twarz nam rzucają śmiechy i pogardę;
Bije do Ciebie skarga nasza łzawa,
Patrz jak nas gnębią, skrusz ich serca twarde.

Coraz to więcej na ziemi ucisku,
Bogacze w złotym cielcu rozkoszują,
Pragnąc wygody, honorów i zysku,
A nędzy braci nie widzą, nie czują.






Marzenie.

Wszakże wy wiecie co to marzenie,
Błogość, raj, rozkosz, łzy i westchnienie,
Bo któż nie marzy tu na tej ziemi
Strojąc swą przyszłość mary złudnemi.
Kiedy się w duszy wzbudzą marzenia
Rozkosznie płyną chwile istnienia.
Jak w duszy błogo, kiedy marząco,
A jak znów smutnie, kiedy płacząco.
Któż z tego świata przechodnich gości,
Młodzieńczych marzeń nie czuł błogości?
Któż nie zapłakał cichemi łzami,
Za niedościgłych marzeń kwiatami?
Cóż jest marzenie? kwiatem nadziei
W drodze na przyszłej życia kolei,
Kwiat ten, gdy dojdziem marzonej chwili,
Zwiędnie nim listki z pączka wychyli.
Co jest marzenie? wszakże wy wiecie,
Gdy cudnych marzeń siatki snujecie.
Każda stargana nitka marzenia,
Zmienia się w długie pasmo cierpienia.
Marzyć dopokąd w sercu gorąco,
Marzyć i kochać duszą płonącą,
Marzyć i kochać, Boga, świat cały
Wzniosłe, szlachetne, święte ideały.

br />



Przeminęłaś wiosno życia!

Wiosno życia mego, młoda,
Jakżeś prędko przekwitnęła,
Twa uroda i swoboda,
Bezpowrotnie przeminęła.
Rozwiały się sny tęczowe,
Złudnych marzeń, lotne chwile,
Dni dziewicze liliowe,
Jakby we śnie, słodko mile.
Przeminęłaś, przekwitnęłaś,
Obsypana marzeń kwieciem,
Czy ty byłaś, czy się śniłaś,
Czy ja zrodzon w skwarnem lecie?
Kwiaty zwiędły i opadły,
Burze życia je rozwiały,
Same ciernie pozostały,
Drogę życia ocierniły.
Słońce życia już w południe,
Ku wieczoru wciąż się chyli,
Wnet nastaną mroźne grudnie,
Zima życia włos ubieli.
Przeminęłaś, wiosno życia,
Twa uroda i swoboda,
Twych snów, marzeń, łez i kwiecia,
Żal mi, żal mi, szkoda, szkoda!

Przeminęłaś, przekwitnęłaś,
Dałaś innym kwiaty, wdzięki,
Jak kochanka porzuciłaś,
I nie wrócisz już na wieki.






Gdzie się podziały?

Gdzie się podziały owe czasy dawne,
Ludzie olbrzymy, króle wodze sławne,
Jaskinie zbójców, złotem napełnione,
Krwią mordowanych ofiar zakrwawione?
Gdzie się podziały królewny zaklęte,
I królewicze, wojska ich zaśnięte,
Złociste zamki, podziemne pałace,
Rajskie ogrody ze złotym owocem?
Gdzie się podziały tajemnicze duchy,
W starych zamczyskach czyniące rozruchy,
Straszne upiory, pokutne puszczyki,
I ich biesiady nocne, jęki, krzyki?
Gdzie się podziały te mary cmentarne,
Chodzące trupy i jęki kościarne,
Co noc wstające z grobowisk strzygonie,
Jęki słyszane w cmentarzyska łonie?
Gdzie się podziały te dusze pokutne,
Zamieszkujące jary, miejsca smutne,
I po rozdrożach krzyżowych chodzące,
Chrztu, wybawienia odważnych proszące?
Gdzie się podziały, boginki, topielce,
Krwiopijne zmory! straszne wisielce,
Widma pośmiertne, dziewice łudzące,
W noc księżycową na łąkach tańczące?

Gdzie się, gdzie podział i djabeł rokita,
On się z pijanym Maćkiem już nie wita,
Niegdyś po świecie hulał, psocił wściekle,
Czy on na starość wygrzewa się w piekle?
Gdzie się podziała śmierć z kosą, Kostusia,
Co mi skosiła babkę i dziadusia,
Ona już dzisiaj kosą nie wywija,
Lecz chorobami dusi i zabija.
Gdzie czarownice brzydkie jak ropuchy,
Pod swą komendą mające złe duchy,
Czarnoksiężniki, cudowne doktory,
Gdzie się podzieli? gdy cały świat chory.
Gdzie się podziały aniołki mistyczne
Gdzie cudotwórcy, ich cuda rozliczne,
Gdzie starodawne prawa i zwyczaje,
Gdzie? — pytam się was, jakże wam się zdaje?






Czy ją znacie?

Powiedzcie mi siostro, bracie,
Czy też znacie i kochacie,
I czybyście poznać chcieli
Taką śliczną panią w bieli?
Jasność bije od jej czoła,
Jak od samego anioła,
Bo ta śliczna jako zorza,
Jest tak samo sługa boża.
Chodzi ona wciąż do koła,
Po miasteczkach, naszych siołach,
I do każdej puka chaty,
Bogatej, czy nie bogatej...
Gdzie ją przyjmą i poznają,
Pokochają, zaufają.
Tam zakwita miłość, zgoda
Dobrobyt, szczęście, swoboda.
W każdej pracy, w każdym czynie,
Nieszczęścia czarnej godzinie,
Niesie owa pani radę
I usuwa każdą zwadę.
W czyim domu bieda, nędza,
Wnet ją ta pani wypędza
Ona biedy nienawidzi!
Lenistwem bardzo się brzydzi.

Gdzie gości ta pani złota,
Kwitnie miłość, prawda, cnota,
Zawsze uczy, zawsze radzi,
I do szczęścia wciąż prowadzi,
Powiedzcie mi, siostro, bracie,
Czy ją znacie, czy kochacie?
Czy ją gości wasza chata?
Imię tej pani — Oświata...






Wiosna.

Po smutnej zimie, przyszła nam wiosna,
Młoda, rozkoszna, błoga, radosna,
W całym swym blasku i majestacie,
W swojej nadobnej, zielonej szacie.
W promieniach słońca powietrze drżące,
Wonią, czystością, rozkoszą tchnące,
Wszystko się cieszy w tej lubej wiośnie,
I już nie smutno, jakoś radośnie.
Nad bujnym łanem ojczystej niwy,
Spiewa i śpiewa skowronek tkliwy
W zielonym gaju, lesie, dąbrowie,
Rozgłośnie koncert nucą ptaszkowie.
Po wonnych łąkach, barwne motyle
Tańczą wśród kwiatów — i pszczółek tyle
Jedna przed drugą skrzętnie się zwija,
Słodycze z miodnych kwiatów wypija.
O, wy! co w wiośnie życia żyjecie,
Jak te stubarwne na łąkach kwiecie,
O, wy dziewice i wy młodzieńcy,
Pokąd młodości wiosna was wieńczy,
Szczerze, z zapałem pracuj, o młodzi,
Bo jesień nigdy tego nie zrodzi,
Czego wiosenna pora nie wsiała,
A wiosna życia tak krótko trwała.






Niezapominajka.

Pan Bóg stworzył dnia trzeciego,
Dla ozdoby świata tego,
Różnobarwne wonne kwiatki,
Lilie, róże i bławatki.
Dawszy im różne znamiona,
I według tychże imiona,
Rzekł: idźcie drogie dzieciny,
Na góry, lasy, doliny,
Łąki, wody i tam roście,
Kwitnąc, chwałę moją głoście.
Lecz nim was w drogę wyprawię,
Naprzód was pobłogosławię.
Kwiaty głowy pochyliły,
I tron Boży opuściły.
Lecz kwiat jeden modry, mały,
Powraca jeszcze, nieśmiały.
Stwórca go z uśmiechem wita,
— Co mi powiesz dziecię? — pyta.
Kwiatek się niziutko skłoni,
I rzecze do Stwórcy swego.
— Zapomniałam miana mego,
Racz mi je, Stwórco, powiedzieć
Już je będę zawsze wiedzieć.

Zapomniałaś swego miana,
To nic, dziecino kochana,
Ale o mnie niezapomnij,
Chcę być w myśli twej przytomny.
Na potoku rośnij sobie,
Ja niezapomnę o tobie
Chcę byś rosła, kwitła, żyła,
Niezapominajko miła.






Do kukułki.

Kukułeczko, zazuleczko,
Witaj luba kochaneczko,
Zatęskniłaś, powróciłaś,
I znów u nas rozgościłaś!
Na zagrodzie w naszym sadzie
Spocznij na kwietnej estradzie.
Na jabłoni, co się płoni,
Różowemi kwiatki runi.
I rozgłośnie i radośnie,
Kukaj wieszczko w lubej wiośnie,
Kuku! kuku! kuku! kuku!
Lepszą dolę tego roku.
Dla kochanków, dla kochanek,
Wykukajże ślubny wianek,
Dla sieroty, wśród tęsknoty,
Wykukajże dzionek złoty.
Teraz jeszcze, ptaszę wieszcze,
Dla tych co w mem sercu mieszczę:
Dla tatusia, dla matuli,
Dla dziadusia, dla babuli.
Kuku! kuku! — jeszcze jeszcze,
Kopę latek, ptaszę wieszcze,
Zazuleczko, kochaneczko,
Dziękuję ci kukułeczko!






Jeżeli...

Jeżeli niemasz białej niewinności,
Niepokalanej lilii czystości,
Choćby anielskie były twoje lica
Biednaś ty... biedna dziewica...

Jeżeli niemasz w twem łonie miłości
Boga, Ojczyzny, sióstr, braci, ludzkości,
Choćby ci szczęścia płynęła krynica,
Biednaś ty... biedna dziewica...

Gdy niemasz w łonie silnej żywej wiary,
Choćby świat cały, składał ci ofiary,
Pod twoje stopy chylił swoje lica,
Biednaś ty... biedna dziewica...

Jeżeli niemasz w twem sercu nadziei,
Coby cię wiodła wśród życia kolei,
Zginiesz nadziei niewidząca znicza,
Biednaś... ty biedna dziewica...

Jeżeli niemasz uczucia, litości
W twojem serduszku — dobroci, cichości,
Tkliwość, łagodność nie zdobi twe lica,
Biednaś ty... biedna dziewica...


Ale jeżeli w dziewiczem twem łonie,
Wiara, nadzieja, czystość, miłość płonie,
Jeśli te cnoty Bóg w sercu twem złoży,
W dziewiczem ciele — jesteś anioł Boży...






Niepowrócił.

Blady młodzieniec, głodem zbiedzony,
Żegna ze łzami, ojczyste strony,
Żegna się, idąc we świat „za chlebem“,
Z rodzinną wioską, słonkiem i niebem.
Żegna pochyłą stuletnią chatkę,
I swą jedyną staruszkę matkę,
Ciesząc ją: „Nie płacz matko ma droga,
Bo losy moje są w ręku Boga.
Widzisz, matulu, ja się nie smucę,
Bo gdy na zimę do was powrócę,
Przywiozę całą setkę pieniędzy,
I już nie będzie u nas tej nędzy.
A jak mi Pan Bóg poszczęści w świecie,
Ja wam się przyznam, o czem nie wiecie,
Oto, gdy nieco z zarobku złożę,
Pojmę Magdusię co służy w dworze.
Ona, co dotąd w dworze służyła,
Już sobie całą setkę złożyła,
Ja dwie zarobię, spłacę jej brata,
I będzie nasze, dwa morgi, chata.
A wy, matulu, o tem nie wiecie,
Ja ją tak kocham, jak moje życie,
Że ona moja, wiedzą już wszędzie;
Ona tu o was pamiętać będzie!“

I wyszedł z chaty chłopczyna blady,
Pożegnał matkę i swe sąsiady,
Jeszcze raz spojrzał na dwór i chatkę,
Gdzie miał kochankę i starą matkę.
Niedługo potem, w czwartą niedzielę
Pisał Jaś — było radości wiele —
Matce, kochance niech się nie smuci,
Że zdrowy, z dobrym zarobkiem wróci.
Od tego czasu, przeszedł czas długi,
Zanim nadszedł znowu list drugi,
Lecz nie przez Jasia był on pisany,
O, bo już nie żył Jasio kochany!
Pisał ten, co był nieszczęścia świadkiem,
Przez nieostrożność, czy też przypadkiem,
Pogruchotany kołem maszyny,
Skończył Jaś życie we dwie godziny.






Sierota.

Sześć latek miała, Magdusia mała,
Kiedy bez ojca, matki została;
Więc ją z litości, wziął jeden z kmieci,
By pasła gęsi, niańczyła dzieci...
I ta malutka sierotka bosa,
Odkąd zaczęła sierocą dolę,
Czy mróz, czy słota, czy zimna rosa,
Pędziła gąski na paszę w pole.
Za to, sierocie biednej, jeść dali,
Stare łachmany podarowali,
A za tę nędzną, dla niej zasługę,
W domu i w polu, mieli posługę.
Ale gospodarz, dzieci, z czeladzi
Każde — odsuwa małą biedotę,
Bądź kto potrąci, złaje, uwadzi,
Jak zwykle każdą biedną sierotę.
W sierocym smutku, nędzy, niedoli,
Rośnie sierota, rośnie powoli,
Dziś już w piętnastej żyje wiosence,
W każdej robocie zdolne jej ręce;
Dziś z niej dziewica urocza, hoża,
Wyrosła piękna, smukła, nadobna,
Jak ta bez słonka, wykwitła róża,
Blada bladością, smutkiem urodna.

Lecz pracowitość, uroda, cnota,
To cały posag, co ma sierota,
Nie dla niej świata, ni szczęścia użyć,
Jej los jest zawsze: służyć i służyć...






Dobry człowiek — zły człowiek.
I.

Dobry człowiek, jako król,
Szuka, kogo wieńczyć,
Zły, podobny do kata,
Szuka kogo męczyć.
A. Mickiewicz.

Podobieństwa Bożego, jest obraz prawdziwy,
Człowiek dobry, szlachetny, prawy, sprawiedliwy.
Jako słońce, co światłem swojem w koło sieje,
Dobry człowiek cnotami, dobrocią jaśnieje.
Biednym, choć sam ubogi, z pomocą rad spieszy,
Choć sam smutek ma w sercu, smutnych bliźnich cieszy,
Choć mu łza ciąży w oku, innym łzy ociera,
Własnym katom, z miłością ramiona otwiera.
Choć sam głodny, od ust swych kąs chleba odejmie,
Chętnie go ze zgłodniałym podziela uprzejmie,
Z bogactw swych się nie pyszni, dumnym się nie czuje,
Zarówno bogatego z biednym uszanuje.
Jak myśli, tak swe myśli szczerze wypowiada,
Nie zna, co to pochlebstwo, poza oczy zdrada,
Nie zna fałszu, obłudy, złości i zazdrości,
W sercu jego szlachetność, prawda, miłość gości.
Dobry człowiek to złoto, które nie śniedzieje,
Ale zawsze wartością, czystością jaśnieje.
Dobry człowiek, to anioł na ziemi wcielony,
Od wszystkich ukochany, wielbiony i czczony.



II

Zły człowiek! — przed nim zdala każdy się usuwa,
Bo on wszystko, gdzie stąpi, złością swą zatruwa,
I gdzie przejdzie, zostawia złych czynów wspomnienie,
Łzy, niedolę, przekleństwo, cierpienie, zniszczenie.
On ubogiej sierocie, co zgłodu zamiera,
Z ust ostatni kęs chleba, z rozkoszą wydziera,
Jako Judasz obłudnie, kiedy cię całuje,
Myśli, jako cię skrycie zdradzi, zamorduje.
Gdzie cnota, tam podstępem z serca ją wyrywa,
A nasienie swej złości plugawe zasiewa,
Gdzie w rodzinie jest zgoda, jedność, miłość płonie,
Zły człowiek wnet niezgodę zaszczepia w jej łonie.
Gdzie niewinność, tam hańbę zły człowiek przynosi,
Zbrodnie w cnotę zamienia, kłamca prawdę głosi,
Złodziejstwa i morderstwa ogniste pożary,
Wszystko co złe na świecie, od złych ludzi dary.
Zły człowiek — któż określi wszystkie jego złości,
Których setki tysięcy w sercu jego gości,
Zły człowiek — to częstokroć sam szatan wcielony
Od Boga i od ludzi wyklęty, wzgardzony!






Do mędrców.

Mędrcy świata, filozofi, dokąd wy dążycie?
Chcecie zbadać wszechświat? Boga, który dał wam życie?
Nie zbadacie, wszakże wiecie, że wszechświat bez końca,
Za wysoko wam na księżyc... a ze słońc na słońca.
Za wysoko?... co ja mówię, wszak w nieskończoności
Nie ma żadnej odległości, ani wysokości...
Chcecie atom z stopy Bożej, zdobyć w analizę,
O na darmo! mędrcy ziemi, ja wam powiem szczerze
Na najmniejszą cząstkę w stopy od Bożego ciała,
Cała ziemia wam na tygiel byłaby za mała...
Cała ziemia, wszystkie gwiazdy, księżyce i słońca,
Bo Bóg był, jest bez początku i będzie bez końca!
A dotychczas waszych badań świetne rezultaty.
To zaledwie, że dotknęły rąbka Bożej szaty.
A ta ziemia — pył wszechświatów, ten maleńki światek,
Tyle znaczy, co na błoni jeden mały kwiatek.
Mędrcy świata, filozofi!... ja wam z swojej strony,
Powiem chociem chłopak wieśniak, wcale nieuczony,
Że wszelaka waszej wiedzy mądrości zawisłość,
To nic!... — Prawda, życie, szczęście to miłość i miłość.






Łzy kapłańskie.

Ksiądz proboszcz staruszek, stanął na ambonie,
I do swych parafian wyciągnął swe dłonie,
Drżącym głosem mówić kazanie zaczyna,
Karci, grozi, błaga, prosi, upomina,
By już raz tych ciężkich grzechów się pozbyli,
Szczerze się do Boga sercem nawrócili.
„Bracia drodzy, ludu ty mój ukochany,
Ja niegodny pasterz od Boga wam dany,
Nad grobem stojący, już blizki dnia tego,
W którym stanę na sąd Sędzi Najwyższego,
Zaklinam was, na wszystko, co wam drogie, święte!
Porzućcie już raz ono pijaństwo przeklęte,
Którem wasze ciało, duszę zabijacie,
I na potępienie w piekle pogrążacie,
By kiedyś, gdy sądzić będzie Sędzia Wieczny,
A ja z wami stanę na Sąd ostateczny,
Gdzie Bóg będzie niebem dobre życie płacił —
Bym z was ani jednej owieczki nie stracił...“
Przez cały ciąg tego pięknego kazania,
Słychać było ciężkie w kościele wzdychania,
W każdych niemal oczach łzy skruchy błyszczały,
Niektóre niewiasty, cichutko szlochały.
Ksiądz w końcu kazania zwrócon do ołtarza,
Modli się, lud za nim modlitwę powtarza,

I stłumionym jękiem swą skruchę objawia,
Że się już poprawi, mocno postanawia.
A kapłan owocem kazania wzruszony,
Łzy otarł chusteczką, gdy schodził z ambony.
Po mszy świętej, lud się wysypał z kościoła,
Na plac przed kościołem, gdzie się wznosi szkoła,
Jedni między sobą tutaj pogwarzyli,
Zanim się do domów swych porozchodzili.
Reszta ku poblizkiej karczmie podążyła,
Której wielką izbę całą napełniła,
Tutaj się nawzajem ze sobą witali:
Jak się macie kumie? zdrowi? i tak dalej.
I kupują tabak, cygara, zapałki,
Inni siedli za stół przy kwarcie gorzałki.
A małe ich grono, prędko się zwiększało,
Żyd donosił wódki, by niebrakowało.
I gładząc swą brodę przy pijących stanie,
Tędy, owędy rzuci do rozmowy zdanie.
Na nieszpory dawno jak już przedzwoniono,
W karczmie przy kieliszku wesoło bawiono.
Ci, którzy najwięcej z pełnego spijali,
Oparci na rękach za stołem drzemali.
Jedni znów śpiewali, drudzy się sprzeczali,
Aże na ostatku za łby się pobrali.
I wszczęła się bitwa na pięści i noże,
W kościele już było wtenczas po nieszporze,
Że to była wiosna, przyjemne wieczory;
Więc proboszcz staruszek, skończywszy nieszpory,
Wyszedł na przechadzkę i właśnie przechodził
Koło karczmy, z której straszny wrzask wychodził,
Bo w karczemnej izbie, wśród piekielnej wrzawy,
Z największą wściekłością, toczył się bój krwawy.

Ksiądz stanął, bolesny wzrok na karczmę rzucił,
Otarł łzę i smutny z przechadzki powrócił.
Klęknął przed kościoła zamkniętemi drzwiami,
I za swe owieczki, modlił się ze łzami...






DO  M... T...
Do M... T...

W małym ogródku, koło wiejskiej chaty,
Kwitły rozkoszne wonne, barwne kwiaty,
Pośród tych kwiatów wzrósł i pączek róży,
Maleńki, wdzięczny, niewinny i hoży.
Ranka pewnego patrzał się na kwiaty,
Rozkwitłe astry, lilie, bławaty;
Widok ten kwiatów, olśnił pączka oczy,
— „Czemuż, zapłakał, ja nie tak uroczy,
Czemuż, o Boże, Ty Stwórco mój drogi,
Ja tak maleńki, wątły i ubogi?“
Takiej to skargi wydał pączek głosy,
Płacząc oblany łzami rannej rosy.
A właśnie wtedy ogrodnik przechodził,
Gdy tak swe żale ów pączek wywodził,
Więc rzekł: „Nie przeczę, że podziw wzbudziły
Kwiaty, które się przed tobą rozwiły,
Lecz gdy i ciebie, miną burze zdala,
Nie złamie ciebie groźnej burzy fala,
Barwny ci motyl nie zatruje życia,
To, gdy twe listki rozwiniesz z powicia,
I czas w sposobnej rozwinie cię dobie,
Ani się znajdzie kwiat podobny tobie.“






Zapomnij o mnie!

Zapomnij o mnie, zapomnij Janku,
Zapomnij o mnie, luby kochanku,
Bo ja dziewczyna biedna, sierota,
Niemam na posag srebra ni złota.
Tyś jest syn kmiecy, tyś jest bogaty,
Wysokie dla mnie progi twej chaty,
Za wielkie twojej zagrody wrota,
By niemi weszła biedna sierota.
Dla ciebie kmiecia dziewczyna godna,
Strojna, bogata, piękna, urodna,
Co ma korale, jedwabne szaty,
Białe poduszki i skrzynie w kwiaty.
Moim posagiem wianek ruciany,
Trzy koszuliny i dwie sukienki,
Zapomnij o mnie, Janku kochany,
Nie żądaj biednej sieroty ręki.
— O moja Kasiu!... jabym o tobie,
Zapomniał?... nigdy nawet i w grobie,
Mojaś na wieki, Kasiu jedyna,
Jedyna w świecie całym dziewczyna.
Twoje serduszko złote, i cnoty,
Droższe mi stokroć nad posag złoty,
Gdy patrzę w twoje czarne oczęta,
Za nic mi wszystkie kmiece dziewczęta.

Ja u nóg ojców moich klęczałem,
Aby za żonę ciebie dostałem,
Moimi łzami okupił ciebie,
Kocham cię!... świadkiem Pan Bóg na niebie!
Gdy mnie, sierotę, tak kochasz luby,
Niechaj nas wieczne połączą śluby,
Kocham cię Janku, masz rękę moją,
Kocham cię: chcę być na zawsze twoją.
Jako sierota wniosę ci wiano:
Miłość przeczystą, niepokalaną,
Zamiast w poduszki śnieżne puchowe,
Do snu na piersi mej złożysz głowę.






Pojednani.

Po dziennej pracy, letnim wieczorem,
Drużyna żeńców wesoła,
Wraca ze śmiechem, śpiewem i gwarem
Kwiecistą łąką do sioła.
I za drużyną smutny, samotny,
Idzie Jaś z głową zwieszoną,
Czasem wzrok rzuci tęskny, markotny
Na swą Magdusię kochaną,
Ona dla niego tak dobrą była
Lecz dziś się o coś zgniewała,
Cały dzień innych chłopców wabiła,
Na niego ani spojrzała.
I zerwał Janek stokrotkę małą,
I skubiąc piórka z niej — wróży:
„Moja — nie moja“ — z uwagą całą,
Co wyrwie piórko, powtórzy.
Magdusia widząc, co Janek wróżył,
Poza drużyną została,
„Moja“, — gdy Janek wróżąc powtórzył,
„Kto twoja, Janku?“ — spytała.
I spojrzał Janek, przy nim Magdusia,
— „Kto twoja?“ — cicho spytała,
Rzekł jej: — „Twe Magduś, czarne oczusia,
A czy dziś na mnie spojrzała?

Tyś moja, Magduś, moja jedyna,
Jabym nie mógł żyć bez ciebie,
Tyś ma najdroższa w świecie dziewczyna,
Jedna, jak jeden Bóg w niebie.“
Magdzia spłonęła wstydem kochanki,
I tak do Janka szepnęła:
— „Czemuż dziś rano śmiał się do Hanki?
Czemu? jakby ja nie była?“
„Przebacz, mi Magduś, ja niewiedziałem,
Żebym tem ciebie pogniewał,
Cały dzień dzisiaj za to cierpiałem,
Smutek mi serce rozrywał.“
— „Ja ci przebaczam, a ty mnie Janku?
Bo choć do innych się śmiałam,
Ciebie na myśli miałam, kochanku,
W sercu, za tobą płakałam.“






Do...

Byłem wtedy w kwiecie wiosny,
A tyś — aniołek rozkoszny,
Jak do brata poufała,
Że mię kochasz, szczebiotała.

Tyś mi, dziecię rozpieszczone,
Usteczka wpół rozchylone,
By całować, podawała,
Drobną rączką oplatała.

Ja z twoich pieszczot dziecinnych,
Ustek anielskich, niewinnych,
Rajską rozkosz, słodycz piłem,
Tobą i dla ciebie żyłem.

Lecz przeszły lata anielskie,
Niewinne, pasterskie, sielskie,
I ja we świat iść musiałem,
Pamiętasz jak cię żegnałem?

Dziś wyrosłaś, spoważniała,
Lecz już nie taś moja mała,
Którą w wiośnie wspomnień pieszczę,
Czy pamiętasz?.. Kochasz jeszcze?...






Gdyby nie Ty...

Gdyby nie twe czarne oczka,
Blade liczko, z róż usteczka,
Żyłbym sobie na tym świecie,
Tak spokojnie, jako dziecię.

Gdyby nie twe jasne czoło,
Hebanowe lśniące włoski —
Ani smutno, ni wesoło
Żyłbym sobie tak bez troski.

Gdyby nie twa śliczna główka,
Rajski uśmiech, słodkie słówka,
Gdyby nie twój wdzięk dostojny,
Żyłbym sobie, tak spokojny.

Gdyby nie ty...! lecz niestety,
Odkąd, dziewczę cię poznałem,
Twą urodę, twe zalety,
Już spokoju nie zaznałem.

Gdyby nie twe czarne oczka,
Blade liczko, z róż usteczka,
Gdyby nie ty róży kwiecie,
Bez zmartwienia żyłbym w świecie.


Lecz gdybyś ty litość miała,
Twoją rączkę mi oddała,
Złączyć ślubnemi ogniwy,
Żyłbym z tobą tak szczęśliwy.






Moja kochanka.

Moja kochanka jak kwiat w rozkwicie,
Piękna, nadobna jako jutrzenka,
Aniołek, słonko, lilijka, życie,
Jedyna w całym świecie panienka.

Oczka czarniuśkie, usta maluśkie,
Liczka różyczka, jak mak, malina,
Włoski jak heban, ząbki bieluśkie,
A cała wiotka jakby kalina.

Żywa, wesoła, łagodna, cicha,
Zwinna jak ptaszek, jak wiewióreczka,
Szczerość, pogoda z niej się uśmiecha,
Jedyna w świecie całym dzieweczka.

Kocha prawdziwie, niezmiennie, szczerze,
Jej stałe serce, anielska dusza,
Choćby jej rączki zapragnął książę
Od mej kochanki dostanie kosza.

A ja ją kocham, kocham bez granic,
Bez jej kochania, ja żyć nie mogę,
Bez niej mi życie, cały świat za nic,
Ona mą gwiazdką na życia drogę.


Dziewczyno moja, kochanko moja!
Ja niezapomnę nigdy o tobie,
A miłość twoja i postać twoja,
Snić się mi będzie i w zimnym grobie.






Srebrny pierścień.

Idąc we świat, gdym kochane
Dziewczę me żegnał,
Ciesząc smutne, zapłakane,
Srebrnym pierścień dał.
Mówiąc: „Nie płacz moja droga,
Otrzyj drogie łzy,
Ja przysięgam wobec Boga,
Jednaś dla mnie ty.
Miłość czystą, nieskalaną,
Zawsze w sercu noś,
Bądź mi wierną ukochaną,
Boga za mną proś.
Ja powrócę, moja droga,
Otrzyj drogie łzy,
I już zawsze, wobec Boga,
Będziem ja i ty!“
Rzekła: „Kocham! wiernam tobie,
Świadkiem Bóg, te łzy,
Czekać będę cię w żałobie,
Aż powrócisz ty.
Na mym palcu srebrny pierścień,
Zawsze będzie lśnić,
Póki życia mego, cierpień
Snuć się będzie nić.“

Pożegnałem, zapłakałem,
Idąc w świata dal
Bo kochałem, och kochałem...
Serce ścisnął żal.
Tam wśród świata, przez trzy lata,
Smutno było mi,
Żal, tęsknota je przeplata,
Do powrotu dni.
Powróciłem, wierny byłem,
Gdym ją witać miał,
Na jej ręce, zobaczyłem,
Złoty pierścień lśniał...
Zapomniała, zapomniała
O mnie, przez trzy lat,
Srebrny pierścień zapodziała,
Jam się wrócił w świat...






Wspomnienie.

Była to wiosna, noc księżycowa,
Rozkoszna, cicha, jasna, majowa,
Księżyc żeglował ponad dąbrowę,
Skrzyły się rosy dyamentowe.
Szedłem ścieżyną, przez zbożne niwy,
Od mej kochanej, ach jak szczęśliwy.
Słowiczek nucił w gęstej leszczynie,
Jam marzył o mej lubej dziewczynie.
Szedłem powoli, krętym chodnikiem,
Porównywałem siebie z słowikiem,
Co nad gniazdeczkiem swojej mileńkiej,
Śpiewał jej do snu śliczne piosenki.
Myślałem: śpiewaj słowiczku luby,
I mnie gdy złączą z dziewczyną śluby,
Zbuduję domek w pośrodku niwy,
I będę taki, jak ty szczęśliwy...

Znów była wiosna i noc majowa,
Ciemna pochmurna, cicha grobowa,
Powietrze było smutkiem ciężarne,
Smutno szumiały drzewa cmentarne,
Jam przez cmentarne mogił kurhany,
Szedł płakać na grób swojej kochanej,

Na jej mogiłę z płaczem się rzucił,
Słowik opodal tęskną pieśń nucił,
Jak smutno, rzewnie łkał ptaszek tkliwy,
Czy i on, jak ja, był nieszczęśliwy?...






Zaręczyny Haliny.

W niedzielę wieczorem,
W zagrodzie, pod dworem,
Brzmią tony muzyki i śpiewki.
Ochoczo wesoło,
Tańcuje w około
Młódź wiejska, parobcy i dziewki.
I coraz weselej
Dźwięk wiejskiej kapeli
Ochoczo do tańca rozbrzmiewa,
Drużba Stach z podlasu,
Od czasu do czasu
Co przetańczy w koło, to śpiewa.
Przy nim dziewczę „szwarne“,
Co ma oczka czarne,
Czarne czarniusieńkie, a duże,
Usteczka karminy,
Jak słodkie maliny,
A liczka kwitnące, jak róże.
Stach jej przyśpiewuje,
Co serduszko czuje,
Że aż wstydem płoni się drużka,
I niby się gniewa,
Stach śpiewa i śpiewa,
I szepta miłośnie do uszka.

Halino kochana,
Z tysiąca wybrana,
Moje ty czarniusie oczusia,
Kocham cię! kocham cię,
Nikomu nie dam cię,
Obiecała cię mi matusia.
Kocham cię Halino,
Powiedz mi dziewczyno,
Chcesz być moją, moją na zawsze,
Ja już dawno skrycie,
Kocham cię nad życie,
Powiedz mi słóweczko łaskawsze.
Ja nie wiem, cóż powiem,
Od mamy się dowiem,
Bo mamy i taty trza słuchać,
Jak będą mieć wolą
I jak nam pozwolą,
Możemy się Stasiu pokochać.
Za stołem w komorze,
Starzy w rozchoworze
Piją piwko z dzbana a gwarzą,
O córce, o synie,
O Stachu, Halinie,
Radzą, targują się, marzą.
Zradzili, przypili,
W tem młodzi w tej chwili,
Przychodzą do ojców w komorze,
Stach do nóg przypada,
Co w sercu powiada,
Halina się płoni jak zorze.
Co to? o co chodzi?
Kochacie się młodzi?

Pytają ojcowie zdziwieni,
Kocham! Stach powiada,
I znów do nóg pada,
I chciałbym wesele w jesieni.
Dajże spokój Stachu,
Niemiej tyle strachu,
Właśnie my tu o was radzili,
Lecz cóż ty Haluniu?
— Ja mamo, tatuniu,
Kocham! chcę byśmy się złączyli.
Kiedy się kochacie,
Ku sobie się macie,
Kochajcie się dzieci poczciwie,
Aż Bóg wszechmogący,
Oboje was złączy,
Byście żyli wspólnie szczęśliwie...






BAJKI I PRZYPOWIASTKI.
Miłość, wdzięki — dzięgów dźwięki.
I.

Ach! była to dziewczyna, jak lilia, młoda,
Na twarzy jej jaśniały, anielska uroda.
Ach! jak ja ją kochałem, świadkiem Bóg na niebie,
Gotów byłem życie me, dać za nią w potrzebie,
Kochałem ją, ona mnie, kochała wzajemnie,
Mówiąc, że nikt droższy jej na świecie odemnie,
Żem tak piękny, szlachetny, wspaniały, jak książę,
Więc czekałem rychło-li, ksiądz nam ręce zwiąże,
I organista zagrzmi, hymn „Veni Creator“,
Ale na mą kochankę trafił się amator,
Trochę chromy na nogę i trochę garbaty,
Ale za to dwa razy, jako ja bogaty.
Co się stało? ot poszła luba kochaneczka,
Za owego garbusa — kulasa — człowieczka,
Oddała mu swą miłość, urodę i wdzięki,
Czemu? bo garbusek miał miłe dzięgów dźwięki...



II.

Tomek, był to parobek urodny, majętny,
Do roboty, do tańca, do śpiewek, pojętny,
I chociaż był kmieć z kmiecia, z honorem, bogaty,
Pokochał piękną Zosię z komorniczej chaty.
I kochał ją tak szczerze, aże do tej chwili,
Aż Zosia nad kolebką śpiewała li! li! li!
Gdy jej odebrał wianek, niewinność i cnotę,
Porzucił biedną Zosię, ludziom na sromotę
Wyśmiał się z niej, i nazwał podłą brudną szmatą,
Ożenił się z Petryną dzióbatą, bogatą.



III.

Kasia była pokojówka,
Trochę trzpiotek, wartogłówka,
Służyła państwu we dworze,
Było jej tam bardzo dobrze.
Bartek był sobie syn kmiecy,
Miał pięć morgów, krzepkie plecy.
Raz się zbliżył do dziewuchy,
I zakochał aż po słuchy.
Choć nie miała ani stówki,
Został mężem pokojówki.
Kasia była, wątła słaba,
Jak to zwykle, „z pańska baba“
A więc dziewkę namówili,
Mięso jedli, kawę pili,
Słowem w państwo się bawili,
I wcale nic nie robili.
Aż po trzech rokach niespełna,
Kaśka uciekła, psiawełna!
Gdzieś do miasta; a za długi,
Sprzedał Bartek morg i drugi,
Czwarty piąty, i dziś Bartek,
Został bez żony, bez „portek“.



IV.

— A serwus Jantek! jak się masz kolego!
— Dobrze, a ty jak? zdrowyś? co nowego?
— Zdrowym, że mógłbym przeskakiwać tęczę!
— Cóż to? na palcu masz srebrną obręczę!
Wesołyś taki, czy się żenisz Janku?
— Toć, że się żenię — zgadnąłeś kochanku,
Więc rychtuj skrzypce, daj mi już zadatek,
Zagrasz, usłużysz, dla mnie naostatek.
— Żenisz się? z którą? — Znasz się z Lelicionką,
Za dwa tygodnie będzie moją żonką.
— Aa! z Maryną! o! o! o! kolego!
Cóż też ty robisz — powiedz — najlepszego!
Dyć ona niema żadnego majątku,
Ni grządki ziemi, ni swojego kątku!
Tobie omało nie wyłażą pięty,
Ty jesteś goły, jak turecki święty!
— Eee! idź „bajduro“! pójdę z nią na służbę,
I będzie dobrze! Wiesz Franek za drużbę,
Hanka do niego, Warzechów z pod lasa,
Będziemy hulać „horasa“  „hop sasa“!
A po weselu, nie tracę nadziei,
Może dostanę służbę przy kolei,
Pomału mogę zostać i „budnikiem“
I będę lepszym niż ty zagrodnikiem!
— No, daj ci Boże! kolego, lecz... ale...
— Już mi ty Jantek nie gadaj nic wcale!
Bo wszystko na nic! bo to niby tego,
Chrzciny wnet sprawię! — A! to co innego!“
— Tak mój Jantusiu, czegoż będę czekał!
Żeby ksiądz przy chrzcie na kumotrów „blekał“,

A tak się jeszcze ożenię w porządku,
Bo to tak widzisz, po ślubnem obrządku,
Będzie inaczej jakoś wyglądało,
Cóż będę robił, kiedy się tak stało!
A ty co Jantek, ty tak będziesz zawdy,
Łaził i łaził do tej swojej Magdy,
Usłuchajże mię, bo ci radzę szczerze,
Na drugi piątek z Magdą na pacierze,
To cię nie minie! ożeń się i kwita!
Będzie wesele muzyka i „pita“.
Wciągle z tą Magdą macie gniewy, dąsy,
Raz na pacierze, wykręć Jantek wąsy.
— E! daj mi spokój z twem gadaniem drabie,
Może ta kiedy i ja się „obabię“,
Chociaż to niema największej głupoty,
Na całe życie brać takie kłopoty.






Żal wilka.

Raz wpadłszy w baranią trzodę,
Porwał wilk jagniątko młode,
Co za wilczysko poczciwe!
Zaniósł je do lasu żywe,
I żałował: „Co za szkoda,
Tyś taka, owieczko, młoda,
Nie przeżywszy ani lata.
Musisz schodzić z tego świata.“
Tak wilczysko zawodziło
Długo, bo głodne nie było,
Aż łapami łzy ocierał,
Kiedy owieczkę pożerał...
Z tej bajki, jakaż nauka,
Każdy łatwo ją odszuka,
Gdy się wpatrzy w ludzkie dzieje
Wieleż łez się wilczych leje!...






Niech giną próżniaki!

W pewnym domu chowano kocura burego,
Ale z niego pożytku nie mieli żadnego,
Trzy razy dziennie, kocur słodkie mleko spijał,
Potem, na ciepłym piecu w kłębuszek się zwijał,
I tak długo w śnie błogim, wciąż mrucząc spoczywał,
Póki się podój mleka znowu nie odbywał.
Choć myszki koło niego wesoło pląsały,
Do snu mu nie przeszkadzały.

Mieszkańcy, aby się raz myszy już pozbyli,
Od druciarza górala, pułapkę kupili,
Odtąd już regularnie każdego dnia rano,
Kotu chwyconą myszkę na śniadanie dano.
A kot się tak przyuczył do mysiej pułapki,
Że już sam chodził do niej i wkładał w nią łapki,
Myśląc, że tam już zawsze jest myszka dla niego,
Lecz za wiele było tego.

Mieszkańcy tak już sobie kocura zbrzydzili,
Że go w końcu oprawcy do worka włożyli,
Darmozjada się pozbyli. Oprawca dnia tego,
Udusiwszy próżniaka, ściągnął skórę z niego.
Całym tedy pożytkiem z owego kocura,
Była jego włosista, buroszara skóra.


Z tej bajki niechaj taka nauka wypływa:
Dużo takich próżniaków na dwóch nogach bywa,
Lecz koniec ich sromotny, a to im ohyda,
Że i nawet ich skóra na nic się nie przyda.






Bocian i wróbel.
(Bajka.)

Na wiosnę, bocian po łanie,
Szukał żabek na śniadanie.
Wróbel z wierzby go zobaczył,
W rozmowę z nim wdać się raczył.
— A, serwus! panie bocianie,
Polujecie na śniadanie?
— Poluję, bom głodny, słaby,
A tu ani jednej żaby.
— Pocoście tak wczas wrócili?
Patrzcie, jeszcze śnieg się bieli;
Żaby jeszcze w wodach, kałach,
Śnią o niebieskich migdałach.
Trza było z miesiąc poczekać,
A z Egiptu nie uciekać;
Nim wyjdą żaby z pod lodu,
Wyciągniecie nogi z głodu!
— Powróciłem, bo tęskniłem,
Bo się tutaj urodziłem,
A tam, gdzie się kto ulągnie,
Chociaż bieda, to go ciągnie.
— Dziw, dziw, dziw, dziw, dziw, dziwota,
Że wy bocian, patryota,
Ale ja wam powiem szczerze,
W ten patryotyzm, nie wierzę,

Lepiej tak prawdę powiedzcie,
Że zabrakło żab w Egipcie! —
Oto bajka — sens w niej jaki?
Zapytacie; oto taki:
Bywa na świecie hołota
Co zamiast w nieszczęściu cieszyć,
Albo z pomocą pospieszyć,
Żart dotkliwy w twarz ci miota.






Bocian.

Wiosenną porą, po zielonej łące,
Na której kwiatów kwitnęło tysiące,
W promieniach słońca motyle bujały —
Z wielką powagą chodził bocian biały.
A chodząc wśród tej kwiecistej oazy,
Pożerał brzydkie gady, żaby, płazy,
Uwagi jego wcale nie zwracały,
Stubarwne kwiaty, co wonią dyszały.
Wieleż to ludzi na tym Bożym świecie,
Tak zaślepionych, jak bocian, znajdziecie,
Którzy wzgardzili wonnych cnót kwiatami,
Plugawych grzechów karmią się płazami.






Trzej przyjaciele.

Pewien człowiek niewinnie będąc oskarżony,
U trzech swoich przyjaciół, szedł szukać obrony,
Prosić ich, aby się z nim przed sędzią stawili,
I niewinności jego świadectwo złożyli.
Gdy przyszedł do pierwszego, co najbardziej kochał,
Ten zaledwie, że prośby od niego wysłuchał,
Wymówił się mu zaraz, że nie będzie świadkiem,
Niema czasu, zajęty jest ważnym wypadkiem.
Poszedł więc do drugiego, którego mniej kochał,
Ten nad nim ubolewał, żałował, aż szlochał,
Odprowadził go aże do drzwi sądnej sali,
Lecz bojąc się sędziego, nie poszedł z nim dalej.
Poszedł więc na ostatku do tego trzeciego,
Którego najmniej kochał i liczył na niego,
A jednak się nie zawiódł na jego wierności,
Bo poszedł z nim za świadka jego niewinności.
I śmiało jako świadek stanął przed sędziego,
By wykazać niewinność przyjaciela swego,
Tak z dobitnemi słowy przed sędzią wystąpił,
Że sędzia od badania dalszego odstąpił.
Takich to trzech przyjaciół i my wszyscy mamy,
Pierwszy z nich, którego my najbardziej kochamy
To bogactwa, pieniądze, cośmy gromadzili,
Które nas opuszczają zaraz w śmierci chwili.

Drugi to są znów nasi krewni, przyjaciele,
Którzy, kiedy umrzemy, żałują nas wiele,
Oni nas odprowadzą, aż przy zimnym grobie,
Zawrócą się do domów smutni i w żałobie.
Trzeci, o którym zawsze najmniej pamiętamy,
To cnota, dobre czyny — te w wieczności bramy
Idą z nami, zaświadczyć, do tronu bożego,
Wyjednać miłosierdzie Sędzi Najwyższego.






Czubata, jarzębiata.

Na śmiecisko ku śpichlerzu,
Dawno żyjące w przymierzu,
Przyszły dwie kury sąsiadów,
Aby grzebać wśród pośladów.
Zaczęły się powitania
Wykrzykniki i pytania:
— Jak się macie, jarzębiata?
Zdrowa? — a wy jak, czubata?
— Zdrowam, lecz mam wielkie smutki,
Bo mi sprzedali kogutki,
— Trudno taki wyrok boski,
Zostały wam choć kokoszki.
Ale ja biedna sierota,
Sama grzebię koło płota,
Bo mi na Zielone Święta,
Sprzedano wszystkie kurczęta.
— Tak, czubatko, ja was proszę,
Wciąż się staram, jajka znoszę,
Co dzień jedno, cóż mam za to?
Sieroctwo na całe lato.
— Wiecie też co? ta srokata,
Znacie ją, to ta pyskata,
Co ona też nie zrobiła,
Dwadzieścia jaj zaziębiła.

Taka to jest ta srokatka,
To jest suka, a nie matka,
Gdybym gospodynią była,
Tobym jej łeb ukręciła!
A białka, to już od maja,
Wciąż w pokrzywach niesie jaja,
A ta znowu nakrapiana,
To wciąż, od samego rana,
Za kogutem jeno chodzi,
I na nas wszystkie podwodzi.
Już tak dalej być nie może,
Wezmę się, pójdę w podworze,
Aż do samego kapłona,
I opowiem jaka ona!
— A ta czarna bez grzebienia,
To znowu niema sumienia,
Nigdy jajek nie uskłada
Zniesie, jeszcze ciepłe — zjada.
— A ta bura koło szyje,
Wciąż się z nami kłóci, bije,
Każdej na honor nastąpi,
Kogutowi nie ustąpi!
— A czaplata z nogą krzywą,
To znowu taka bajczywa,
Ani się jej śni, ni widzi,
Każdą obmówi oszydzi,
Chociaż sama, zmiłujcie się,
Jak dębianki, jajka niesie.
— A u naszego koguta,
Strasznie brzydka w pianiu nuta;
A zły taki jak wścieklina,
Wciągle tylko klnie, przeklina!

— Lecz, czubatko, ja was proszę,
Jak was kocham, w sercu noszę,
Com wam dziś opowiedziała,
By tylko ja i wy wiedziała.
— Ale sumiennie, nie powiem
Nikomu, a co się dowiem
Od was, jarzębiatko młoda,
To jest u mnie „kamień, woda“.
Tak dwie kury rozmawiały,
Obmawiały i gdakały,
Cały dzieńby tak mówiły,
Lecz się same pokłóciły.
— A tyś taka! — taka z ciebie!
I z pazurkami do siebie.
— Wynoś się mi z moich śmieci,
Biją się, aż pierze leci,
Ta za grzebień, ta za pierze,
Poczęły się wodzić szczerze,
I co przedtem naszeptały,
Głośno wszystko wygdakały.
Aż przyleciał kogut na to,
Łup czubatą, jarzębiatą,
— A bajczarki, a niecnoty,
A co to, to za kłopoty!
Głupia bajka, tak powiecie,
Lecz wieleż bab jest na świecie,
Które jako te dwie kury,
Takiej samej są natury.
Gdy się zejdą, wnet rozmowy,
Różne bajki i obmowy,
A potem, z gadania tego,
Gniewy, bitki, wiele złego...






Przygoda Jaśka na jarmarku.

W przeszły tydzień, we środę, na jarmarku byłem,
Dużo miałem kupować, a nic nie kupiłem;
Koledzy i znajomi tak mię obmotali,
Że mi i chwilki czasu na kupno nie dali.
Zaledwie, żem z kumotrem wypił szklankę piwa,
A już drugi koleżka głową na mnie kiwa,
I kieliszkiem gorzałki zaraz do mnie pije,
Więc piję ja — ktoś z tyłu po plecach mnie bije.
Oglądam się, to jeden z znajomych waszeci,
Inny przez stoły, ławki, także ku mnie leci,
Więc znów piję kolejką, na zdrowie kompana,
Który już podśpiewuje: „Danaż moja dana“.
Wreszcie wszyscy za stołem siedliśmy w około,
I pijem jak „mury“, śpiewając wesoło.
Jam się tak rozochocił i wódkę płaciłem,
Że za jakie dwie godzin, sześć koron straciłem.
Gdym wychodził z za stołu, to mną popychało,
Jarmarku już nie było, wszystko odjechało,
Całe miasto się ze mną w koło obracało,
Dalej już nie pamiętam, co się ze mną stało.
Aż na drugi dzień rano, gdy się przebudziłem,
Mokro, zimno mi było, oczy otworzyłem,
Nie mogłem się zmiarkować, gdzie ja się obracam,
Pieniędzy nie znachodzę, choć kieszenie macam,

Dopiero sobie zwolna wszystko przypomniałem,
Jak wczoraj na jarmarku gorzałkę spijałem,
Obiema się rękami pocznę drzeć za włosy,
I wyłażę na drogę, ubabrany z fosy.
I idę osłabiony, głowę sobie smażę,
Jakże ja teraz biedny w domu się pokażę,
Co powiem, jeśli się mię moja żona spyta,
Gdzie sól, gdzie buty, kożuch? (a zła to kobieta).
Już nie powiem, z powrotem jakiem cierpiał męki,
Tydzień już, a wpływ czuję jej potężnej ręki,
Lecz przysiągłem jej wtenczas, może ze sto razy,
Że już nie tknę językiem tej boskiej obrazy.






Szmul i Walek.

— Wy słuchajcie, Walenty, mam wam coś powiedzieć,
Całkiem fajne interes, lecz musicie wiedzieć,
Jak to zrobić, żebyście bezpieczni w tem byli,
I zamiast interesu, głupstwa nie zrobili.
— No, wy się ta już o to Szmulu, nie starajcie,
Mam ja głowę na karku, tylko powiadajcie
Co to jest za interes, bom bardzo ciekawy,
Więc gadajcie odrazu, a nie ciągcie sprawy.
— Ny, Walenty, tu macie, wypijcie jednego,
Ja wam zaraz powiedzieć interesów tego.
Wiecie Walku, co moja żona nie zrobiła,
Tego roku kapusty mało nasadziła,
Tak że go nie będę miał dwa beczki kapusty,
A drugie dwie beczki ostaną mi pusty,
Kiedy my sie, Walenty, tak o tem zgadali,
Możebyście z pięć kopów główek ustarali,
Ażeby pięknie, ładnie, nikt o tem nie wiedział,
Zaniesiecie do szopy, do ten drugi przedział,
A ja was zaraz Walku, rano pokwituję,
Dam dwa reński i jeszcze dobrze poczęstuję.
— Zgoda, Szmulu, ja to już wszystko, dobrze zrobię,
Dzisiaj w nocy kapustę dla was przysposobię,
Jutro rano, w swej szopie już kapustę macie,
Lecz mi reński zadatku teraz, zaraz dajcie;

Niemam swego zagona, ale się nie boję,
I gdzie spojrzę po polach to wszędzie jak moje.
— No macie go, ten reński, kiedyście uparty,
Lecz dajcie sobie pozór, bo to niema żarty,
Aby się wam, Walenty, nie stało co złego,
Ja nie chcę wiedzieć o tem, i nic mi do tego.
I poszedł Walek w nocy na Szmulowe pole,
Za trzy godziny była kapusta w stodole,
I co były ładniejsze powycinał główki,
Rano poszedł do Szmula, po resztę gotówki.
Żyd obejrzał kapustę, kupa była tego,
Więc kontentny, Walkowi dopłacił reńskiego,
I jeszcze szabasówką chłopa poczęstował.
Walek wypił, guldena do kieszeni schował.
Dziewka służąca z pola w lot się powróciła,
Bo kapuściane pieńki w polu zobaczyła,
Gdy się Szloma dowiedział rzecze: — Czy was djabli!...
Walku! wyście to moją kapustę ukradli!
— Czy ja tam wiedział Szmulu, gdzie tam wasze pole,
Bądźcie radzi, że macie kapustę w stodole.
— Wy, wy nie wiecie Walek, kiedyście orali,
Pod kapustę i owies, też żeście mi siali.
Oddajcie mi dwa reński, wasze rozum krótki,
Szkoda, żem wam dał wypić szabasówki wódki!
— A za cóż ja się w nocy tyle nacharował,
Całe pięć kóp kapusty na plecach bobrował,
Strachu com zjadł, że duszę się jeszcze w tej chwili,
Byście mię na kapuście, Szmulu, niechwycili,
To też żebyście Szmulu rozumniejsi byli,
Jeszczebyście mi trzeci reński dopłacili,
Za naukę, bo ona przyda się żydowi,
No dwa reńskiem odrobił — bądźcie Szmulu zdrowi!






Na zarobku.

Miał ojciec syna jednego,
Ale nicponia wielkiego,
Jak to zwykle jedynaczek
Elegancik, lecz próżniaczek.
Choć w domu było dość chleba,
I wszystkiego co potrzeba,
Zachciało się panu bratu,
Iść na zarobek do światu.
Spakował kuferek w drogę,
Od matki wziął zapomogę,
Ojca, matkę w domu niechał,
I do Ostrawy pojechał.
Tam w Ostrawie, jak to bywa,
Że pieniędzy wnet ubywa
Za trzy dni Jasinek złoty,
Już miał w kieszeni suchoty.
Choć ochoty nie miał robić,
Szukał, aby coś zarobić,
Aż nareszcie go przyjmują,
Gdzie murarze dom budują.
Dźwiga cegłę synek kmiecy,
Że mu aże trzeszczą plecy,
Już chciał tę robotę rzucić.
Lecz wstyd było do dom wrócić.

Dwa dni robił, trzy chorował,
Tak się Jasio zacharował,
I tak mu bieda docięła,
Że mu pierwszy wstyd odjęła.
Właśnie, gdy ojciec siał proso,
Jasinek powrócił boso;
Ujrzawszy go rzucił proso,
— Ach, mój synu, to ty boso!
— Tato, czyście nie widzieli?
Wszak boso chodzą anieli!
— Synu, synu to nie żarty,
Mnie wstyd, żeś taki obdarty,
— Ojcze daj spokój tej sprawie,
Ja się już teraz poprawię.






Maciejowa.

Komornica Maciejowa
Stara i uboga wdowa,
Cały dzień, aż się pociła,
Tak pilnie proso plewiła.
Wieczór za pilną robotę,
Dostała dobrą zapłatę.
Garnek mleka ze śmietaną,
Taki wielki, po kolano.
Bardzo się też ucieszyła,
Garnek w bruździe postawiła,
I tak sobie rozmyślała.
Sama z sobą rozmawiała.
Mleko zgrzeję, serek zrobię,
Serwatkę wypiję sobie,
Za koronę serek sprzedam,
Centa z tego na nic nie dam.
Bo już taką mam naturę,
Ale kupię jaj pod kurę,
Za kogutki i kokoszki,
Kupię dwa piękne wieprzaczki,
Poddam im, dobrze wykrzepię,
Na pańskim owsie i rzepie;
Sprzedam, kupię jałóweczkę.
I będę mieć wnet króweczkę.

Wtedy, jak już będę chciała,
W mleku się będę kąpała.
A jak przyjdzie krzywa Hanka,
Po trochę mleka do dzbanka,
To jej nie dam ani kapki,
Ale chwycę za barchatki
Z całej siły do drzwi trzpiotnę,
I do tego jeszcze kopnę.
Tu, kopnęła, coś rozbiła,
Garnek z mlekiem przewróciła.






Z cyklu: Kobietki.
Cztery sylwetki.
I.
SZCZEKUNIOWA.

Trzebaby może schodzić powiat cały,
I pilnie szukać z latarnią w dzień biały,
Ażeby znaleść chociaż na podobę
Jak Szczekuniowa, kłótliwą osobę.
To też daleko słynna jest jej cnota,
Że ma „papulę“ jak plebańskie wrota.
Kiedy do kłótni język swój rozpuści,
Sypie przekleństwa jak z piekła czeluści.
A gdyby wtenczas wpadł jej kto w pazury,
Tenby nie poznał swojej własnej skóry,
To też się boją jej wszyscy sąsiedzi,
I powiadają, że djabeł w niej siedzi,
Choćby cała wieś przyszła z nią do zwady,
By ją pokonać, niedałaby rady.
A Szczekuń biedny, po pracy i znoju,
Nie zazna nigdy spoczynku, spokoju,
Nigdy niepewna jego biedna skóra,
Bo w domu żona jak gradowa chmura;
Już kilka razy, jak został jej chłopem,
Dostał „śmigusa“ gorącym ukropem,
Rady jej nie da, więc to wszystko znosi,
I tylko cicho, o śmierć Boga prosi.



II.
PYRCICKA.

Któżby nie znał baby Wicka,
Nazywają ją „Pyrcicka“,
Kiedy dopadnie chwileczki
Zaraz biegnie do kumoszki
I pyrci różne bajeczki,
W których prawdy ani troszki:
Jak tam u sąsiada biedzą,
Co na obiad, wieczór jedzą,
Jak się wczoraj opił Bartek,
Przyszedł do domu bez portek,
Jeszcze do tego, choroba,
Podbił babie oczy oba.
U Jagaty mleka dużo,
Temu, bo jej czary służą,
Wczoraj o czwartej godzinie,
Rżnęli sieczkę na maszynie
Ale popsuli maszynę,
Jasiek przewrócił Marynę,
Mój Wicek wczoraj chorował,
Trzy razy mię pocałował.
I tak dalej i tak dalej,
Pyrci bajki lub się chwali.
A z tych bajek i obmowy,
Niedługo kłopot gotowy,
Często za tych bajek krocie
Wicków powróz jest w robocie,
Którym ją po plecach smaga,
Wickowej nic nie pomaga!



III.
WOJCIECHOWA.

Niech Pan Bóg broni, ratuje, zachowa,
Od gospodyni, jak jest Wojciechowa,
Tak powie każdy, jeśli ma rozsądek,
Kiedy zobaczy w jej domu porządek.
Miski, cebrzyki, garnki, flaszki, faski,
Okna, stół, ławy, obrazy, obrazki,
Brudne, nie myte jak na Godnie Święta,
Pod piecem kwiczą zgłodniałe kurczęta.
A ściany czarne, z wapna obleciałe,
Dzieciska krzyczą brudne i znędzniałe,
Pościel na łóżku jak u beduina,
Na izbie śmieci, spodnie, czapka, lina,
Garnki ze strawą na blasze się męczą,
Muchy całemi rojami w nich brzęczą.
Kot na nalepie, mówi pacierz szczerze,
Bo wie, że rondel z słoniny wyliże.
W powietrzu zaduch, aże boli głowa,
Brzytwą ziemniaki skrobie Wojciechowa,
Bo nóż gdzieś zginął — zanim Wojciech wróci,
Ona naskrobie, brzytwę pod piec wrzuci.
Koszula na niej czarna jak w żałobie
Ręką tu i tam, po sobie się skrobie.
Niech Bóg ratuje, broni i zachowa,
Od gospodyni, jak jest Wojciechowa.



IV.
MICHAŁOWA.

Skąpa jest taka, że aże okropa,
Siebie zamorzyć chce i swego chłopa,
Dzieci nie mają. Chuda jak kostusia,
Składa troskliwie centek do centusia,
Za masło, serki, jajka i kurczęta,
A jeszcze wciągle na biedę lamenta,
Chociaż, jak mówią, samemi korony,
Blaszany garniec ma już napełniony.
Na Michalisko, że rozrzutny, mruczy
A on od głodu ledwo nogi włóczy,
Ona też jakoś na zdrowiu zapada,
Więc sobie Michał, tak w myśli układał
Że już wnet zipnie; za srebro co kryje,
On sobie dobrze pohula, utyje...






GLORIA IN EXCELSIS...
Gloria in excelsis Deo!

Gloria gloria in excelsis Deo.
Anielski chór głosi, odkupienia dzieło,
Niebiosa i ziemia drżą w radości błogiej,
W miasteczku Betleem w stajence ubogiej,
Przeczysta Dziewica Jezusa zrodziła,
Twardy, zimny żłobek siankiem wyścieliła,
I w nim położyła Boskie z niebios Dziecię
Gloria! gloria! brzmi w całym wszechświecie.
Pieści tuli Dziecię Przenajświętsza Panna,
Chóry Mu anielskie, śpiewają Hosanna
A Józef staruszek cieszy się bez miary,
Ubodzy pastuszki składają swe dary,
Śpiewają Mu, grają: o Dziecino święta!
Śmieje się, wyciąga do nich swe rączęta,
Bóg stworzyciel nieba, ziemi i wszechświata
Najpierw z ubogimi pastuszki się brata.
Trzej Mędrcy zjechali z wschodu dalekiego,
By oglądać, uczcić Boga wcielonego.
Przed Bogiem Dzieciną zdejmują korony
Oddają swe dary i biją pokłony.
A gwiazda co wiodła trzech Króli w koronie
Jasnem swojem światłem po nad szopką płonie
Królowie szczęśliwi, że Boga widzieli,
W dalekie swe kraje wracają weseli.

Chodźmy i my Bracia, by uczcić Dziecinę,
Pokłońmy się czołem i złóżmy daninę.
Ale myśmy biedni, jakież złożym dary?
Oto ze serc czystych, miłości i wiary
I prośmy, by Jezus nam pobłogosławił,
I naszej Ojczyźnie, naszym chatom, roli,
By otarł łzy naszej doli i niewoli,
A kiedyś z Świętymi w niebie nas postawił.






Boskie Dzieciątko.

Witaj nam, witaj gościu z niebios drogi,
W mizernej, cichej, stajence ubogiej,
O Boskie Dziecię, Dziecię ukochane!
Jakżeś nam było dawno pożądane.
Lat trzy tysiące spłynęło w niedoli,
W pośród ciemności, czartowskiej niewoli,
Nim przez Twe święte, Dziecię, Narodzenie,
Z niewoli czarta, przyszło wybawienie.
Czemuż Dziecię, o boski nasz Panie,
W lichej stajence obrałeś mieszkanie?
Czemuż Cię w biedne spowito pieluszki,
Pierwsi, witają ubodzy pastuszki?
O Boskie Dziecię, Baranku niewinny,
Czemużeś przeniósł ten to żłobek zimny,
Ponad królewskie, z puchów materace,
Stajenkę zimną nad złote pałace?
Chociaż najświętsza Panienka Marya,
Tuli Cię, pieści, w pieluszki spowija,
Zimno Ci, Jezu, w tej pustej stajence,
Słabo Cię grzeją te dwa tchy bydlęce.
Czemuś, ach czemuś, o Jezu nasz drogi,
Słaby, maleńki, wątły i ubogi,
Ty wiekuisty Stwórco nasz i Boże,
Co Cię świat cały ogarnąć nie może?

Miłość to wielka Twa, Jezu, sprawiła,
Aby, nam grzesznym, niebo otworzyła,
Te niemowlęce Twe łzy i cierpienia,
To jest początek dzieła odkupienia.
Pasterze, króle złożyli Ci dary,
Jakież my, Jezu, złożymy ofiary?
Jakież ofiary godne, Jezu, Ciebie,
Stwórco i Panie na ziemi i w niebie?
Przyjm serca czyste, cześć, miłość i wiarę,
O, Boskie Dziecię, od nas za ofiarę,
I te wesołe i dziękczynne pienia,
Na cześć Twojego, Jezu, Narodzenia.






Pastuszek.

Kiedy w Betleem, ubogiej stajence,
Czysta Panienka zrodziła dziecinę,
Promienny anioł, w śnieżystej sukience,
Naprzód pastuszkom przyniósł tę nowinę.
Pełni wesela pastuszki ubogie,
Różne ze sobą wziąwszy upominki,
Poszli przywitać dziecię z niebios drogie,
Złożyć cześć, dary dla Boskiej Dziecinki.
W cichej stajence na kolana padli,
Ukłonem Boskie Dziecię przywitali,
Ubogie dary przed żłobeczkiem kładli,
Na cześć dzieciny grali i śpiewali.
Jeden pastuszek, młodzieniaszek mały,
Przyniósł przez siebie zabawki zrobione,
Domki, owieczki, baranki rzeźbione,
Boskiej Dziecinie, kładł w żłobek nieśmiały.
Jezus Dziecina z uśmiechem patrzyła,
A gdy pastuszek wyjął krzyżyk mały,
Obie maleńkie rączki wyciągnęła
Po krzyżyk — w oczkach, Jej łzy zabłyszczały.
I wziąwszy w rączki krzyżyczek drewniany,
Z oczek Dzieciny łezki się polały,
Na ten rzeźbiony krzyżyk darowany,
Co Jej wystrugał ów pastuszek mały.

Odtąd już zawsze, Boskie Jezus Dziecię,
Tym się krzyżykiem w dzieciństwie bawiło
Będąc w stajence, później w Nazarecie,
Z krzyżykiem spało, o krzyżyku śniło.






Mój Boże...

Mój Boże — gdy w sercu, łzy, smutek, cierpienie,
Gdy duszę ból bólów rozdziera
Gdy ciało nadmiarem boleści umiera
Do Ciebie szlę wzrok mój, westchnienie.

I duch mój gorzkością boleści płomienny
Do Ciebie z modlitwą ulata,
I patrzę na krzyża znak męki zbawienny,
Na którym Tyś cierpiał dla świata.

I ciało skonane i dusza zwątpiona,
Wypija ten kielich goryczy,
Patrząc się na krzyża Twojego ramiona
Do dna — jakby kielich słodyczy...

Mój Boże — gdy w sercu radość, szczęście gości.
Gdy duch mój poi się rozkoszą,
W niebieskiej ekstazie pełne szczęśliwości,
Me oczy do Ciebie się wznoszą.

Z duszy hymn wdzięczności, kochania, miłości
I serce się do Cię wyrywa,
I u Twego tronu, gdzieś w nieskończoności,
Dusza się w niebiosach rozpływa.


Mój Boże, dzięki Ci za wszystko z Twej ręki,
Za szczęście, niebiańskie rozkosze,
Za łzy i za jęki za smutki i męki,
Dzięki Ci mój Boże zanoszę.






Ojcze nasz.

Gdy podziwiam dzieła Twoje,
Wielki Boże, serce moje
Przejęte czcią wielbi Ciebie,
Ojcze nasz, któryś jest w niebie.
Gdy serce smutek rozrywa,
Lub w radości się rozpływa,
Hymn lub prośbę śle do Ciebie,
Ojcze nasz, któryś jest w niebie!
Kiedy łódką życia mego,
Chwieje burza świata tego,
Ucieczka moja do Ciebie,
Ojcze nasz, któryś jest w niebie!
Gdy samotny jestem w świecie,
Jak to zabłąkane dziecię,
Czuję Ciebie koło siebie,
Ojcze nasz, któryś jest w niebie!
A gdy kiedyś, wielki Boże,
Zalegnę śmiertelne łoże,
Niechaj w chwili zgonu mego,
Z serca mego stygnącego
Tę modlitwę ślę do Ciebie,
Ojcze nasz, któryś jest w niebie!






JESTEM POLAKIEM.
Jestem Polakiem!

Jestem Polakiem, polską mam duszę,
I polskie serce w mej piersi bije,
Polską krew, polskie nazwisko noszę,
Z polskiej-em ziemi wyrósł i żyję.
Polak mię ojciec, matka zrodziła,
Pierś swą, za pierwszy pokarm mi dała,
Polskim pacierzem mówić uczyła,
Polską mię pieśnią wykołysała.
Jestem Polakiem, po polsku czuję,
Kocham nad życie polską Ojczyznę,
Wszystko co polskie, kocham, szanuję,
Jak drogą, świętą ojców spuściznę.
Jestem Polakiem: do mnie należy,
Przeszłość i przyszłość mojej Ojczyzny,
Chętnie za wolność Polski, Macierzy,
Oddałbym mienie, życie, krew, blizny.






Smutno mój Boże.

Smutno mój Boże, na polskiej ziemi,
Pełno łez, nędzy, niedoli,
Choć w pocie czoła siły szczeremi,
Ciężko pracujem na roli.
Inne narody dobrze się mają,
Nie brak im chleba, ni pracy,
My tylko płonną żyjem nadzieją,
My tylko biedni — Polacy.
Setki tysięcy dorosłych dzieci
Nędza zabija przedwcześnie,
Setki tysięcy zgłodniałych kmieci
„Za chlebem“ idzie żałośnie.
I idą we świat za morza, rzeki,
Do wrogich niemców, moskali,
W bezludne stepy do Ameryki,
By tam chleb, pracę dostali!
Zrywają z wszystkiem co wrosło w serce,
W duszę, choć męka ich tłoczy,
Idą wśród obcych żyć w poniewierce,
Gdzie wróg ich pracą się tuczy.
Ojczyzna nasza, niegdyś bogata,
W zboża, spichlerze i brogi,
Dziś my szukamy chleba wśród świata,
Polski chleb karmi jej wrogi.

I czemuż to tak, czemuż mój Boże?
Tak biedne my są twe dzieci,
Czy ziemia gorsza w polskim ugorze,
Czy inne słonko nam świeci?
Czy my są gorsi... czy niebo inne,
Czyś inny dla nas Ty Boże?
Że swoich dzieci sioło rodzinne
Okryć, wyżywić nie może.
Smutno nam Boże, pożal się Boże,
Tej naszej doli, niedoli,
Kiedyż, ach kiedy spadną obroże,
Z Ojczyzny naszej w niewoli?






Maj.

Znowuś zawitał, ty śliczny nasz maju,
Kochanku Maryi, cudowny ty raju,
Rozkoszny, błogi, wonny i kwiecisty.

Zrywajcie kwiatki, plećcie wianki dziatki,
Wieńczyjcie skronie, ukochanej Matki,
Królowej niebios, Panienki Przeczystej.

Przed Jej figury, obrazy, ołtarze,
Uczucia, modły zanoście w ofiarze,
Niech cześć Maryi płynie przed tron Boski.

Ofiary uczuć, serc i wonnych kwieci
Marya przyjmie, jako od swych dzieci,
Osłodzi wasze trudy, prace, troski.

O pobłogosław Ojczyznę kochaną,
Smutną w niewoli, w kajdany spętaną,
Królowo niebios i Korony Polskiej!

Za Jej prośbami znów nam roześwita,
Wolności zorza, wolny Maj zawita,
O to w tym Maju prośmy Matki Boskiej.






Miesiąc Maryi.

Zawitał dla nas majowy poranek,
Królowej nieba i ziemi kochanek,
Cała przyroda, wszystko, co w niej żyje,
Kwiatami, wonią, śpiewem czci Maryę.
Pola, dąbrowy, i łąki i lasy,
W zielono-kwietnej barwie, pełnej krasy,
Powietrze wonne zapachem lilii,
Cudownie piękny, ten miesiąc Maryi.
Śpiew ptasząt zewsząd w gajach się odzywa,
Tam znowu dziatwa wonne kwiaty zrywa.
A z tych kwiatuszków plotą wianki dziatki,
Aby ozdobić skronie Bożej Matki.
A gdy się słońce ku zachodu schyla,
Jakże radosna i błoga ta chwila,
Gdy na majówkę uderza we dzwony,
A lud opuszcza pracę i zagony.
Drogą, miedzami do kościoła spieszy,
Wszystko wesołe raduje się, cieszy,
Z kościółka słychać śpiew wraz z organami,
„Módl się, Królowo anielska, za nami!“

Wieczór dziewczęta ze wsi, się zbierają,
I przed figurą Maryi śpiewają.

Przed którą lampka, drżącem światłem płonie,
A śpiew po rosie, gdzieś w oddali tonie.

Późno w noc milkną, wiejskich dziewcząt głosy,
Lśnią od księżyca brylantowe rosy,
Słowik, gdzieś w gaju, cześć Maryi śpiewa,
Zieloną łąkę biała mgła okrywa.
Królowo niebios i Polskiej Korony,
Lud Twój tak biedny, niewolą ściśniony,
Błagalne modły zanosi do Ciebie,
Wyproś nam wolność u Jezusa w niebie!






Do Matki Bożej.

O Matko Boża, niepokalana,
Nie opuszczaj nas, Twych dzieci,
O Matko nasza, Matko kochana,
Niechaj nam łaska Twa świeci.
Panno Przeczysta, wonna lilio,
Proś Syna Twego za nami,
Panno łaskawa, święta Maryo,
Módl się za Twemi dziatkami.
Ucieczko grzesznych, Różo duchowna,
Błagamy Twojej opieki,
O Częstochowska Panno cudowna,
Patrz, my w niewoli, już wieki...
Królowo nasza Polskiej Korony,
Spójrz na poddane Twe dzieci,
Na lud Twój wierny, tak uciśniony,
Niechaj nam wolność zaświeci!
Gwiazdo zaranna, ucieczko nasza,
Nie wypuszczaj nas z opieki,
Aby powstała Ojczyzna nasza,
Wolna, szczęśliwa, na wieki...
Podnieś Twe skronie w polskiej koronie,
Błogosław nam Matko Boża,
Niech nam wolności zorza zapłonie
Jasna, od morza do morza...






Z nowym rokiem.

Gdy się z wieczności Nowy Rok wychyla,
Jak pełna uczuć i wspomnień ta chwila!
W duszy raz smutno, to znowu radośnie,
Nadzieja lepszej doli w sercu rośnie.
I dusza wiecznie nadzieją żyjąca,
Mimo zawodów w świecie tym tysiąca,
Chociaż przyszłości niezna ani kroku,
Zmian się na lepsze spodziewa w tym roku.
Ja wam w tym roku, drodzy Bracia, życzę,
— Wraz z pozdrowieniem, które razem łączę —
Losy, co według woli Bożej płyną,
Niech wam sprzyjają za każdą godziną.
Maleńki Jezus, co we żłobie leży,
Który przygarnia mędrców i pasterzy,
Niech błogosławi rączką swą dokoła,
Wasze zagrody, miasteczka i sioła.
Miłość, co tuli cały świat do łona,
Wiara, co cudów poświęceń dokona
Nadzieja, która nie zna co jest trwoga,
Niech serca Wasze prowadzą do Boga.
Z wiarą swych ojców idźcie, polskie dzieci,
Z wiarą wśród pokus, bo w niej szczęścia droga,
Nieszczęście, niech w Was silniej miłość nieci,
Do swej Ojczyzny, do bliźnich, do Boga.

O Bracia drodzy, polski ludu pracy,
Z ognistą duszą, o dłoni zgrubiałej,
Nie zapomnijmy należnej nam chwały,
Żeśmy Chrześcianie i żeśmy Polacy.
W tym Roku Nowym, Siostry, Bracia mili,
Niech Wam Bóg szczęści w każdej życia chwili,
Oby już odtąd w zgodzie i jedności,
Duch Wasz podążał do przyszłej wolności!
Wam, którzy ziemię ojczystą orzecie,
W kopalniach, dymach fabryk pracujecie,
Wam, co za chlebem poszliście za morze,
Wszystkim Wam, Bracia, w pracy poszczęść Boże!






Kto jest twórcą litanii do Najświętszej
Panny Maryi?

Kiedy jeszcze Pan Jezus był małym chłopczyną,
Często tkliwie się pieścił z Matką swą jedyną,
Raz przyniósłszy Maryi uzbierane kwiatki,
Bawił się na kolanach ukochanej Matki;
Maluchnemi rączkami objął ją za szyję,
I takiemi słowami począł czcić Maryę:
„Święta Maryo, święta Boża Rodzicielko,
Święta Panno nad Panny...“ — tak dalej z czcią wielką
Wymawiał te tytuły, Jezus młodociany,
Które są w litanii do Najświętszej Panny.
A Najświętsza Panienka z rozkoszą słuchała,
Słodkiej mowy Synaczka nic nie przerywała;
A gdy Jezus maleńki wymówił: „Królowa
Korony polskiej...“ — wtedy Matka Jezusowa,
Mocą Syna swojego, w duszy swej ujrzała,
Jaką Ojczyzna nasza przyszłość będzie miała.
Świętych i święte polskie, dni sławy, niedoli,
Nasze krzywdy, cierpienia, krew i łzy w niewoli.
I Najświętsza Panienka rzewnie zapłakała
Polski, co ją królową wybrać swoją miała.
Przed Synem swym, dzieciną, padła na kolana,
Tak poczęła Go prosić, cała łzami zlana:

„Synu mój, Panie Boże, Stwórco nieba, ziemi,
Wysłuchaj mnie, proszę Cię, zmiłuj się nad niemi,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
Powróć wolność dla Polski, skróć niewoli lata!“
Pan Jezus, wysłuchawszy prośby swojej Matki,
Wziął do rączki zbierane przez się dla Niej kwiatki,
Które już na Jej piersi wszystkie powiędniały,
Przeżegnał je i kwiaty, świeże zmartwychwstały,
I wyrzekł uroczyście: „Amen niech się stanie,
Na prośbę twoją Matko, Polska zmartwychwstanie“.






Maryi Konopnickiej
Na rok jubileuszowy 1902.

Cześć Tobie, Pani, Ty co piersią własną,
Karmisz dzisiejsze polskie pokolenie,
Ukazujesz mu drogę życia jasną,
W której Ojczyzny naszej odrodzenie.
Oby Ci w życiu Twem, doczekać dano,
Obfitych plonów z Twojej, Pani, pracy,
Boga prosimy o to, niosąc wiano
Z kłosów, które Ci składają rodacy.
Twemi pieśniami, które naród budzą,
Uczysz jak walczyć w cichości, pokoju,
Nie zaćmionego żadną krzywdą cudzą,
Na wrogach naszych dokonać podboju.
Cześć Ci składamy i hołd, nasza Pani,
Możni, ubodzy, prostaki, wieśniacy,
Miłość serdeczną niosąc Tobie w dani —
Żyj setne lata w natchnionej Twej pracy.
Nie mam zdolności godnych Twojej chwały,
Świątynia wiedzy jest dla mnie zakryta,
Bym Ci mógł, Pani, złożyć hymn wspaniały,
Jam prosty wieśniak, ot... „wolny najmita“.
Idź z wieśniaczkami na zielonych łąk tło,
Do chat wieśniaczych, nizkich, zapomnianych,
I młodszych braci, siostry, wiedź na światło,
Kształć ich na dźwiękach lutni Twej kochanej.

A gdy się zbudzi siła niespożyta,
Która w uśpionych sercach naszych tleje,
Jak ona iskra w popiele ukryta, —
Zorza wolności w Ojczyźnie zadnieje.
I zajaśnieje Polska w złotej zorzy,
A taka święta, a taka niewinna,
Jak łza sieroca, jako myśl dziecinna,
A taka wolna, jako ptaszek boży.
Serca wieśniacze pokochały Ciebie,
Które Twe wzniosłe, poznały ideje,
Modlitwę za Cię ślą do Boga w niebie,
I rzucą okrzyk, niech żyje, niech żyje!






Allegoria.

Śniło mi się wyraźnie, jak gdyby na jawie,
Że byłem gdzieś, na wielkiej obrazów wystawie.
Sala była ogromna, w niej obrazów wiele,
Przeróżne pejzaże, szkice, akwarelle.
Na jednej ścianie sali, ogromny, sążnisty,
Był obraz największego na świecie artysty,
To też wszyscy widzowie, co w salę wchodzili,
Najprzód to arcydzieło obejrzeć dążyli.
Była tam sama szlachta, artyści, mieszczanie,
Oprócz mnie okrytego, w wieśniacze ubranie.
Bom wieśniak, więc też zdala od panów natłoku,
By obejrzeć ten obraz, stanąłem na boku.
Obraz przedstawiał jakąś Męczennicę świętą,
Jako Zbawiciel świata, na krzyżu rozpiętą...
Głowę jej sęp ogromny obejmował w szpony,
Na kształt Boga człowieka, cierniowej korony.
Szpony sępa, tak były silnie w skronie wpite,
Że strugi krwi po czole spływały obfite.
Drugi sęp lewą jej pierś szarpał bez litości,
Jakoby się chciał dostać do serca, wnętrzności,
Ciało już był postrzępił, aż żebra świeciły,
Chcąc je jeszcze wyłamać, targał z całej siły,
Potężnym krzywym dzióbem, szponami krwawemi;
Krew z piersi krwawą wstęgą spływała ku ziemi.

Na prawem znów ramieniu, niezadając rany,
Siedział jeszcze trzeci sęp, jakby zadumany.
Męczennica ku niemu głowę swą zwróciła,
Śląc wzrok, uśmiech bolesny, jakby go prosiła.
Widzowie przed obrazem, w jeden tłum się zbili,
Rozmawiając, przez szkiełka, ciekawie patrzyli,
I słyszałem krytyczne uwagi, pochwały,
Które z wszystkich ust widzów, jak grad się sypały.
Ja, stojąc wciąż z ubocza, na obraz patrzałem,
Lecz z słów, które słyszałem, nic nie rozumiałem.
To też ciekawość wielka, bardzo mię paliła,
Co to za Męczennica na obrazie była.
Spuściłem wzrok z obrazu, patrzę przy mym boku,
Stoi pan stary, patrząc w obraz ze łzą w oku.
Więc całuję go w rękę, mówiąc: — „Chciałbym wiedzieć,
Co też to jest za święta? raczcie mi powiedzieć“.
Pan ów jakby niesłyszał, patrzał w obraz chwilę,
Potem zwrócił się do mnie, patrząc w oczy mile,
Uścisnąwszy dłoń moją, rzecze: — „Drogi bracie,
„To jest Święta! wy ją tak wszyscy nazywacie,
„O tak, ona jest święta, bo święci z jej łona!“
I wskazując mi obraz, ów pan z siwem włosem,
Rzekł do mnie rzewnym, drżącym, podniesionym głosem:
„To jest Ojczyzna nasza, droga ukochana,
„Przez trzech okrutnych sępów, zdradnie poszarpana.
„Którzy się przeszło sto lat, darmo wytężali,
„Bo ona jeszcze żyje, choć ją poszarpali.
„W jej piersi ubroczonej, jeszcze serce bije,
„Więc duch z niej nie uleciał, ona jeszcze żyje“.
Ja słysząc one słowa, na obraz patrzałem,
Pierś wzruszoną oddechem wyraźnie widziałem.
Stary pan mówił dalej: — „Ta krwawa bestya,

„Co swe szpony do mózgu, aż przez czaszkę wpija,
„Co tę wściekłość ma w oczach, szatańsko radosną,
„On czeka, aż mu szpony do skroni przyrosną,
„I utworzą z nim całość, lecz to być nie może,
„Choćby z pod szpon spłynęło jej krwi całe morze —
„To Moskal, on okrutnym jest ojczyzny katem,
„Choć się mieni, że on jest dla nas ze krwi bratem.
„Ten drugi na jej piersi, patrz się bracie miły,
„Co pierś Ojczyzny naszej, targa z całej siły,
„Co zakrwawionym dzióbem krew serdeczną chłepce,
„To Prusak — to krzyżaki, zdrajce i pochlebce.
„Lecz krew, co wstęgą krwawą aż na ziemię płynie,
„Z piersi jej — ona nigdy marnie nie zaginie.
„Z niej się rodzi ból, pomsta, Bóg ją w niebie kreśli,
„A z tej pomsty rodzą się nowe dzieci Wrześni.
„Ten trzeci sęp co siedzi, na prawem ramieniu,
„Co zda się zadumany, czy też w odurzeniu.
„On też niegdyś swych szponów, utył na nas siły.
„Lecz te rany zadane, już się zabliźniły.
„To rakuski sęp — pod nim, zda się Polak szczęsny,
„Ona śle wzrok ku niemu, błagalny, bolesny,
„Zda się mówić pamiętasz? jak tureckie siły,
„Upadkiem, twemu państwu niegdyś zagroziły?
„Ja wtenczas na ratunek twój się pospieszyła,
„I piersiami własnemi ciebie zasłoniła.
„Patrz na to arcydzieło, patrz mój bracie drogi,
„Mistrz w nim jeszcze uwiecznił inne zdrajce, wrogi,
„Krew w mych żyłach się ścina, patrz bracie kochany,
„Polacy, polskie dzieci, zadają jej rany!...
„Oto książę i szlachcic, ziem polskich dziedzice,
„Żyd im i szwab na dłonie złoty pieniądz liczy,
„Za sprzedany majątek... patrz hrabia rumiany,

„I śmiejący — ojczyźnie, gdy zadaje rany,
„Z których żyd, niemiec, chciwie krew ojczystą piją,
„Plugawemi ustami, na krwi polskiej tyją.
„Ta skupiona gromadka, co pod krzyżem stoi,
„Trzymająca się krzyża, to są bracia Twoi.
„Chociaż ich żydzi, niemcy gwałtem oddzierają,
„Od krzyża — oni się go oburącz trzymają,
„Chociaż niewiedzą jaka, lecz wiedzą, że święta,
„Na tem krzyżu, jak Jezus Chrystus rozciągnięta.
„Patrz oto kilku włościan niemcy oderwali,
„Idą smutni na okręt, co go widać w dali“.
Skończył mówić pan do mnie, a ja wciąż patrzałem,
Na obraz, bo już teraz wszystko rozumiałem.
Aż tu gromadka włościan, co pod krzyżem była,
Nagle jakoby cudem, żywa się zrobiła.
I poczęła się ruszać, ta gromadka kmieci,
I słyszałem głos z krzyża: — „Ratujcie mię dzieci!“
Więc i ja na ratunek, naprzód się rzuciłem,
Uderzyłem o ścianę, aż się przebudziłem...
I zniknęło mi z oczu to senne widzenie,
Byłem chory... to może w gorączce marzenie...






Hańba wam wieczna prusaki!

Hańba wam wieczna, prusaki!
Hańba i wzgarda, krzyżaki,
Hańba, sromota, Hakaty,
Plemię krzyżackie, okrutne,
Zarozumiałe i butne,
Podłe bez czucia jak katy.
Za prawa z Boga nam dane,
Przez nogi wasze zdeptane,
Za brak uczucia miłości,
Za ziemi polskiej wydzierstwo,
Za nazwisk polskich fałszerstwo,
Hańba wam w imię ludzkości!
Za mowy polskiej tłumienie,
Za nienawiści płomienie,
Któremi sieje Hakata,
Za dziatek polskich dręczenia,
Za ich łzy, plagi, cierpienia,
Hańba wam, hańba od świata!
Próżna złość waszych zachodów,
By stłumić ducha narodu,
Bo duch narodu żyć musi,
Żadna go siła nie zdusi,
Prawa, tortury i katy,
Próżne wysiłki Hakaty!...






Cześć wam i sława!

Cześć wam i sława, Polacy!
Wielkopolanie, Ślązacy,
Cześć za wytrwałość i męztwo,
Za miłość ziemi ojczystej
I mowy polskiej przeczystej;
Cześć wam, cześć, sława, zwycięstwo!
Cześć wam i sława rodacy,
Część mężne Polki, Polacy,
W obronie ojców spuścizny;
Cześć za niewinne łzy, męki,
Z krzyżackiej żelaznej ręki,
Cześć wam w imieniu Ojczyzny!
Cześć wam, cześć, matki, dziewice,
Prawej krwi polskiej świątnice,
Cześć, sława Śląskie matrony!
Za was i dziatek męczeństwo,
Cześć i błogosławieństwo
Królowej Polskiej Korony.
Cześć, sława Ojczyzny kwiatkom,
Ślązkim, wielkopolskim dziatkom,
Cześć i sława młodej rzeszy,
Za wstręt do pruskiej trucizny,
Za miłość matki Ojczyzny,
Bóg was wolnością pocieszy...






Antoni Kucharczyk - Fotografia z obwoluty książki z 1905 roku.jpg



JANTEK Z BUGAJA
PAROBEK WIEJSKI
—   AUTOR   —
„BLADYCH KWIATÓW





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Kucharczyk.