Bitwa o Chorążankę

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Kaczkowski
Tytuł Bitwa o Chorążankę
Pochodzenie Ostatni z Nieczujów
Data wydania 1853
Wydawnictwo B. M. Wolff
Druk Drukarnia Gazety Codziennej
Miejsce wyd. Petersburg
Źródło Skany na commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron






BITWA

O CHORĄŻANKĘ.






Nie rzadko się zdarzało za moich czasów, że niektóre ziemie dawnéj Polski, osobliwie sąsiadujące, w ustawicznych pomiędzy sobą bywały kłótniach i zatargach: — i tak Mazurowie wiecznie coś przyganiali Rusinom — Rusini na Mazurów satyryczne komponowali piosnki — Wielkopolanie zawsze mieli co do zarzucenia Małopolanom, i przeciwnie — Sanoczanie zaś z dawien dawna z przekąsem wspominali o Przemyślanach. Raz zarzucali im, że do kufla nie tędzy, drugi raz, że się boją żelaza, inny raz znowu, że cale są do niczego, a już nieszczęśliwy był ten Przemyślanin, który się pomiędzy nami pokazał. A zdarzało się to dość często, bo już to od wieków w naszéj ziemi gładkie panny się rodzą i wielka bywa ich liczba, a pomiędzy niemi nie mało takich, na które znakomite spływają fortuny; a znów od wieków Przemyślanie lubią uganiać za gładkiém liczkiem i wianem. Więc miewaliśmy téż ich często u nas w gościnie — bywało iż po kilku zjeżdża ich na raz, a wszyscy za pannami i posażkami. Oczywistą jest rzeczą, żeśmy im nie bardzo bywali radzi, a to o tyle mniéj, ile, że każdy z nich gładszy i układniejszy od naszych, łatwo, nawet już zaręczone, obałamucał panny; więc nie mogąc im sprostać w układności i światowości, braliśmy ich na różne sztuki, a byle tylko się który puścił, czy na szablę, czy na rękę, czy na kielichy, to już między nami zwykle przepadał z kretesem. Bo to u nas co chłop, to duży, ręka jak z drzewa i prawie przyrośnięta do szabli, a żeśmy wody prawie tylko używali do mycia a do kąpieli, więc i przy kielichu twardośmy się trzymali. Przemyślanie nam sprostać nie mogli i legali przed nami pokotem, z któréj to przyczyny przychodziło nieraz do takich pomiędzy nami zatargów, żeśmy się kupą swarzyli ze sobą — oni po jednéj, my zaś po drugiéj stronie; a kiedy się potém zdarzyło, że jaki Przemyślak u nas, albo nasz na ich ziemi się pojawił, to stąd wynikały często bardzo smutne, częściéj zaś tylko zabawne zdarzenia. Z których jedno opowiem.
O pannę Błońskę, Chorążankę Sanocką, a z matki Lewickiéj, kasztelanki Inflandzkiéj urodzoną, i dziedzickę Bereski, starał się młody Żurowski z Rączany. Rodzice byli mu bardzo radzi i my też wszyscy byliśmy za tém, bo to był chłop dobry, tęgi do korda, nieporównany do kufla, a do tego nasz Sanoczanin. Ale panna jakoś nosem kręciła i odwlekała ze zrękowinami, bo to już zaczęło było trochę w modę wchodzić natenczas, że się córek o ich wolę pytano. Bardzo się tém frasował Żurowski, bo mu szło i o fortunę, która była niczego i o samąż pannę, którą bardzo miłował — a tu wciąż jak z kamienia. Aż jakoś pod jesień, niepamiętam już z jakiéj okazyi, nadnosi licho do Bereski Przemyślanina Niezabitowskiego (Starościcem Janowskim go mianowano), który jak gdyby nic nigdy niebyło, wali w konkur do Chorążanki jakby Tatar w Podole. Niezabitowski, chłop gładki i pomiędzy ludźmi otarty, a do tego fortuny dostatniéj, przyjechał huczno, buńczuczno i dworno, i podobał się pannie od razu. Rodzice nawet, ile, że jeszcze Żurowskiemu niebyli dali całego słowa, także jakoś nowemu gachowi nieokazywali niechęci — może im się to lepsza partya zdawała i ród znakomitszy, a może niechcąc preopinować przeznaczenia, chcieli się całkiem zdać na wolę Bożą i instynkt córki.
Właśnie onego czasu, kiedy Niezabitowski po raz pierwszy ba! i ostatni zajechał do Bereszczańskiego dworu, zjechało nas się także kilkunastu do Chorążego; jakto u niego zwyczajnie stół pełen gości, w stajniach dyle aż trzeszczą pod końmi, ale pod gościnnemi, a w izbie czeladniéj aż napchano sługusów, ale sąsiedzkich. Był bo też to człowiek, który już się na to urodził, aby był zjedzonym od szlachty z saméj miłości — bo niedarmo to mówią u nas: Tak cię kocham, żebym cię zjadł. U nas zawsze tak było, że kogo szlachta pokocha, to go zje pewnie — nie jego, ale jego fortunę. Był téż wtedy i pan Żurowski i widząc co się dzieje, kiedyśmy byli sami, rzecze:
— Ou! źle paneńku! wyruguje mnie Przemyślanin z kretesem. Potrzeba go będzie wziąść na kord i na powrót za San przerzucić, bo inaczéj dziewkę weźmie z przed nosa.
— Wziąść go pierwéj na kufle! i to dobra broń na Przemyślaka; — odezwie się na to pan Deręgowski, Stolnik Ostrzeszowski a Ustrzyk-dolnych dzierżawca, który wzrostem był tak wysoki, że kiedy z równym sobie wzrostem panem Edmundem Chojnackim, Stolnikowiczem Rawskim, wzięli się za ręce, to pomiędzy nich fura siana przyjechać mogła. Oba byli junacy i amatorowie bitwy choćby i jakiejkolwiek, i pamiętano ich dobrze w czasie różnych wojen, bo mieli rękę ciężką i krew gorącą obadwa; osobliwie Deręgowski, bo ten kiedy mu brakło nieprzyjaciół, to i ze swemi się bijał, albo i na Węgry jeździł, dla saméj bitwy tylko — to też i marnie zginął.
— Masz racyę — odpowiedział Żurowski — weźmiem go dzisiaj na kufle.
Na to nadchodzi sam pan Chorąży, ojciec panny, o którą chodziło, i niepodobawszy sobie jak widać Niezabitowskiego, w głos rzecze:
— A cóż to, panowie bracia; to tutaj siedzicie, a wilki w owczarni? Czerwony Rusin bierze wam fortecę z przed nosa i pierwszego dnia zaraz taranami mur tłucze, a wy nic na to?
Skłonił się Żurowski Chorążemu do kolan za tak oczéwisty sentyment dla siebie i mówi:
— Trudnoż nam pójść z nim w czuby w tak szacownym nam domu i w obecności osób, których zachowanie nam droższe, niż cała ziemia Przemyska. Więc zabić go, niezabiję, bo raz, że jako gość jest pod tutelą waszmości dobrodzieja, a powtóre, że już z urodzenia Niezabitowski; ale jeżeli go przy łasce gospodarskiéj i pana Deręgowskiego pomocy nieutopię w Węgrzynie, tak, że obaczywszy się, całe serce czerwono-ruskie wyrzuci, tom chyba nie syn mojego ojca i nie Sanoczanin.
– Poprobujcie się, poprobujcie, to niezaszkodzi — odpowiedział Chorąży i odszedł do innych pokojów. A Niezabitowski tymczasem koło panny jak przybił; wąs pokręca, czuprynę gładzi, w tył wyloty zarzuca, a ustami coś szepce, że aż się panna rozpływa. My zaś gotujemy się do batalii; aż już i wieczór zapadł i noc nadeszła.
Dwór w Beresce, ten sam podobno co dzisiaj, tak jest dyspartowany, że po lewéj stronie jest ogromna sala z chórkiem dla muzykantów, daléj jegomości pokoje; po drugiéj zaś stronie sieni apartamenta jejmości i fraucimeru. Więc zasiadłszy w sali do pijatyki, niemieliśmy powodu ust sobie zawiązywać, bo mogliśmy tę połowę dworu i do góry podwaliną wywrócić, to na tamtéj niktby się ani domyślał. Więc zasiedliśmy koło stołu i rozmawiając to o tém, to o owém, jak to zwyczajnie sąsiedzi, krzykamy po trocha zapijamy nasze frasunki, a Niezabitowski, jako to światowy kawaler, któregoby ani batogiem nieodsmagał od ładnéj podwiki, jeszcze wciąż siedzi na tamtéj stronie i szyjąc buty Żurowskiemu, wiercipiętuje.
Nareszcie wchodzi: mina gęsta, wąs wymuskany, oczy mu błyszczą jak kotowi z północy, widać kontent ze swoich około panny sukcesów, a Żurowskiego aż djabli biorą z zazdrości, więc szeptnie Deręgowskiemu:
— Podobno panie bracie, niema się z nim co brać na broń mokrą, może-by lepiéj iść zaraz na suchą?
— Cicho Wasze, – odpowie Deręgowski — cóż szkodzi spróbować? wszak nam nieucieknie do jutra. Szkoda gratki, wino dobre u Chorążego. —
W tém Niezabitowski:
— A to panowie już przy szklenicy, mnie nie przywoławszy? Może już nawet jako sero venienti ledwie się ogryzki dostaną?
— Nie bój się waszmość — rzeknie Żurowski — nie dają w Sanockiém gościom ogryzków. Czekając na waszmości, samiśmy od ogryzków zaczęli.
Więc po szklenicy, ten do tego, tamten do owego, przytém gawęda i huczek po troszku, jak to zwyczajnie przy winie. I jużeśmy mieli każdy może po garncu we łbie, kiedy pan Chorąży w dłoń klasnął, drzwi się rozparły na ścieżaj a hajducy wnieśli całą beczkę wina metalową, stojącą na kobylicach i postawili na środku sali. W jedném dnie był srebrny czopek z pozłocistym kurkiem, za którego pokręceniem wino wytryskało jak strumień.
— He, he! rzecze Niezabitowski — tu widzę w Sanockiém wino rośnie jakby na Węgrzech.
— Nie rośnie — odpowie Żurowski — jeno go nam Węgrzy przyséłają na wychowanie, aleśmy jeszcze ani jednéj flaszy niewychowali. U was to Przemyślaków muszą być wina węgierskie stare, bo je chowacie, a kiedy do was kto przyjedzie, to go poicie niemieckiemi albo francuzkiemi kwasami, że fermentuje potém w brzuchu, jakby w kadzi browarnéj; ba i to jeszcze druszlakami pijecie.
— Proszę bardzo — na to Niezabitowski — mamy wina stare, bośmy gospodarni z pradziada, ale jeszcześmy ani starego ani młodego nikomu niepożałowali. A kto z nas pije druszlakiem, to się dziś przekonamy.
— Owóż o co nam idzie.
— Służymy waszmości.
— Więc daléj!
Podano grube kielichy, w jednym była kwarta sprawiedliwa; każdy go musiał nieskrzywiwszy się wypić koleją, i szło bardzo porządnie; bośmy mieli graczów pomiędzy sobą, jako pana Brześciańskiego, kasztelana Lubaczewskiego, który konewkę o zakład wypijał, pana Załęskiego Jana, podstolego Drohickiego, który był w wiecznéj z Brześciańskim kontrowersyi, a pan Deręgowski! toż to jemu pić dwa tygodnie, jak drugiemu pacierze odmówić. Ale pijemy tak ciągle, że już i północ wybiła i już z północy, Deręgowski pilnuje Niezabitowskiego, że mu ani jednéj kropelki niepodaruje, a ten jescze stoi jak mur, i ani mu się z czupryny niezakurzyło. Więc Deręgowski rzecze:
— Panie bracie, nie damy mu rady; ja go wezmę na sztuczki, — a do Chorążego: panie gospodarzu, każ no jegomość podać obrączkowego.
Obrączkowy, był to kielich, na którym były dwa równo od siebie odległe, takoż szklanne, ale złotem nacyfrowane obręcze, tak, że niemi był na równe trzy części podzielony. Pierwszym haustem trzeba było nadpić ni mniéj, ni więcéj, jeno po pierwszą obrączkę, drugim po drugą, trzecim do dna; kto przy pierwszym albo przy drugim hauście się omylił, temu dolewano znowu do wierzchu i musiał zaczynać na nowo. Myśmy się już wprawili do tych kielichów, po wszystkich domach nawet w Sanockiém, jednéj miary był obrączkowy, bo jak raz je zawieźli w nasze góry Szlązacy, tośmy je wszystkie rozkupili, więceśmy też ledwie po razu przy każdymi kielichu chybiali; ale co Deręgowski to ani razu, a to dla tego, że właśnie miał taką gębę, jak trzecia część tego kielicha. I choć-by był niewiedzieć jak pijany, to się nigdy nie mógł omylić, bo jak pełną gębą pociągnął, to właśnie ani mniéj ani więcéj nieubywało w kielichu, tylko po samą obrączkę. My o tém wiedzieli, ale Przemyślak niewiedział, i dla tego wpadł w jamę.
— Asaństwo sobie pijcie za stołem — rzecze Deręgowski — a my z panem Starościcem popróbujemy się obrączkowym.
— Dobrze, mości Stolniku, dobrze — odpowiada Przemyślak — jak mi zagracie, tak wam będę tańcował.
— Ale rozbierzmy się, żeby nam nic nieciężyło.
— Dobrze, rozbierzmy się.
I pozrzucali ze siebie zwierzchnie szaty, że jeno zostali w koszulach i w hajdawerach, i tak stanęli przy beczce; jeden po jednéj stronie czopa, drugi po drugiéj, że wyglądali jakoby dwaj Bachusowie z greckiéj mitologii; jeno Niezabitowski był o dwie głowy mniejszy od Deręgowskiego. Więc my pękamy od śmiechu, a oni piją. I tak, co Deręgowski łyknie raz, dwa, trzy, to zawsze powtarza: — panie Boże odpuść mi grzechy moje! — i nalewa Niezabitowskiemu. A Starościc co pociągnie, to zawsze albo niżéj, albo wyżéj obrączki, i klnie od samych najjaśniejszych piorunów, a chociaż ledwie co piąty kielich do dna wypróżnić udaje mu się, jednak mówi: nic to, nic to panie Stolniku, choć-eś wielki i gębę masz wielką, jednak mojéj małéj nie zakasujesz; za to ci ręczę.
— Obaczemy, odpowiada Deręgowski, nie mów hoc, aż przeskoczysz; albo ty wiesz co czynisz? może już dawno spisz jak bez duszy na ziemi, a jeno sen masz taki, że ze mną pijesz? — Na to Niezabitowski hrym kielichem do ziemi i rzecze:
— Otóż widzisz, że nie śpię; a żebym cię był chciał i w łeb trafić, to bym cię pewnie był trafił.
— Może, ale jakbyś był trafił, to byś się już na zawsze upewnił, że nie śpisz, bo choć byś był usnął snem wiecznym, to bym cię z grobu zbudził abyś mi stanął do sprawy. Sprawiwszy się, mógłbyś sobie znów zasnąć na długie wieki, a żebym cię już niebudził, na to przysięgam. Na co mi budzić takiego...
— Hola! hola! zawoła Niezabitowski, dajmy temu pokój. Ale wiesz co, na co nam się szkłem bawić? tak sobie niedamy rady. Ale zróbmy tak: niechaj każdy się położy pod beczkę, i koniec czopa weźmie w gębę, drugi mu kurka nakręci. Położymy zegarek na stole, a dwóch świadków będzie rachować minuty. Kto dłużéj będzie pił bez ustanku, ten wygrał.
Mróz poszedł po Deręgowskim, bo już tęgo był pijany, ale rzecze:
— Zgoda! przystaję.
— Przystajesz? — odpowiedział Niezabitowski, siadając na ławę i opierając się obydwiema rękami na stole: — Ale o co się założymy?... ja stawię... i przestał, resztę już niezrozumiałą mową, kiwając się, mruczał sobie pod nosem. Widać miał już zadosyć. Co widząc Deręgowski, jeszcze jako tako nogami dzierżąc się ziemi, przybliżył się do Żurowskiego także tęgo pijanego, bo myśmy tu także niepomału ciągnęli za stołem, i rzecze:
— Wiesz co panie bracie, aby się na wieki pozbyć tego adonisa, jak zaśnie, weźmy go po cichutku na ręce i zanieśmy na tamtę stronę do kobiet. Tam drzwi niezamknięte, w drugiéj izbie spi Chorążanka, położymy jéj kawalera przy łóżku na ziemi. Jutro, jak się przebudzą, będą myślały, że sam tam zalazł i przepadnie na wieki.
— Cha, cha, cha — zaśmiał się Żurowski — a to mi koncept i daj ci Boże zdrowie za niego.
Aż tu patrzymy, a Chorąży sam własnoręcznie niesie kosz nowych butelek. Widok nielada, szyjki oblepione smółką, a całe butelki tak mchem porosłe, jak owe skały po lasach, których niemało w Sanockiém.
— To do poduszki panowie bracia — rzekł Chorąży. — Niech sobie Przemyślanie mówią co chcą, a to wino kupował mój ojciec, kiedy z Krakowa, z pogrzebu króla Jana III powrócił.
— Vivat! niech żyje gospodarz! — zawołali wszyscy; a tymczasem Żurowski do Deręgowskiego:
— Trzebaby mu jeszcze wlać kielich tego, aby mu się dobrze spało.
— A wlać mu.
Tymczasem przypatrujemy się butelkom, jedna była inna jak tamte, i szyjkę miała w blachę zakutą.
— A co to? — pytamy.
Petercyment prawdziwy — odpowiada Chorąży — jeszcze po moim dziadzie; ktoby lubiał, to proszę, ale nie radzę.
— Nie radzi? — rzecze Żurowski — dać go Niezabitowskiemu.
— Pal mu Petercymentu.
— Petercymentu! — rzecze Żurowski — bo to szlachcic z pszenicznéj ziemi, to możeby mu niesmakowało węgierskie.
Budzą Niezabitowskiego.
— Będziesz pić Petercyment?
— Dawajcie! niechaj i smoła będzie, kiedy piję to piję.
I wlali mu w gardło blizko pół flaszy tego starego, pieprznego i korzennego wina, że takie gęste było, jakby patoka.
— No teraz nieboże, jeżeli się zbudzisz za trzy dni, to jeszcze daj na mszę świętą — mówi Żurowski — damy my ci Sanoczanom brać dziewki z pod nosa, a jeszcze po nich takie huczne, buńczuczne wyprawy robić, jakby drugi Jazon po złote runo. Poczekaj rusinie! twoje wnuki jeszcze opowiadać będą, jak piją w Sanockiém.
My też ciągniemy daléj i czekamy tylko, rychło się Niezabitowski wywróci pod stół, ale patrzymy, patrzymy i nic mu; aż nareszcie zerwie się raptem i stanie tak wyprężony jak struna. Niepopatrzywszy mu w oczy zadziwiliśmy się wszyscy, a Deręgowski nawet rzekł:
— Masz ci Petercyment! zamiast go z nóg zwalić, to go jeszcze na nie postawił.
— Kroć djabłów! — zawoła Żurowski — charakternik od kufla? czy co?
Myśmy potruchleli prawie wszyscy, bo nam się to wydawało jak czary, ale kiedy spojrzymy mu w twarz, ba! nie czary. Oczy w słup stoją, usta zsiniały, język zakołkował się w gębie; i twarz cała wydawała się niby twarz trupa, umarłego w konwulsyach albo na morową zarazę. Petercyment, który był tak mocny jak najtęższy spirytus, zrazu go tak na nogi postawił; ale ani jedno Ave Maria nieminęło, kiedy padł na ziemię jak drzewo.
Requiem aeternam! — huknęliśmy całym chórem i na trupie Przemyślaka wypiliśmy po kielichu. Dopieroż Załęski i Brześciański, ci którzy do konspiracyi na Niezabitowskiego należeli, wzięli Chorążego na stronę, prosząc, aby sobie wczas zrobił i nienużył się dłużéj, a w rzeczy uczynili to dla tego, aby niewidział, jak będą adonisa nieść na przeciwko, na co by był nigdy niemógł pozwolić. I tak się stało. Chorążego odprowadzono do łoża, a my co młodsi, bierz adonisa na ręce i cichutko na palcach idąc, wnieśliśmy go na drugą stronę, gdzie na kilkunastu łóżkach, w kilku pokojach spoczywały kobiety. Gdzie go tu położyć? gdzie? gdzie? bo ciemno było, jak zwyczajnie w nocach jesiennych. Więc w drugim pokoju położyliśmy go koło pierwszego lepszego łóżka i byłby tam najspokojniéj był spał aż do rana, gdyby nie następujący wypadek:
Kiedyśmy nieśli Niezabitowskiego, przyczepił się do nas niejaki Hubczyc, młody i hudobny szlachetka aż z za Magory. Ten przed rokiem starał się był o pannę Osuchowską i dostał harbuza; dawno przemyśliwał o zemście, lecz nic niezrobił, aż teraz mu się dobra wydawała okazya, bo panna Osuchowska także tam była w gościnie i spała w owych pokojach. Nic więc niemówiąc nikomu, a jak to pijani zawsze dziwne koncepta miewają, znalazłszy żabę żywą na dziedzińcu, wziął ją z sobą i podczas kiedy myśmy zajęci byli układaniem Niezabitowskiego, włożył ją pannie Osuchowskiéj śpiącéj pod kołdrę. Wyszliśmy, Hubczyc z nami jakby nic nigdy niebyło; i poczęliśmy się w sali żartując i śmiejąc się, na rozścieloném sianie układać.
Ale jeszcześmy ani pacierzów nieodmówili, kiedy nagle robi się wielki krzyk na przeciwko. Słyszymy to, ale żeśmy byli tęgo pijani, śmiejemy się; ale jak wpadła do Chorążego jedna, a do nas druga garderobiana ze światłem i z krzykiem: — Dla Boga! ratujcie waszmość panowie! — więc jaki taki nazad kontusz i żupan na siebie, i wpadamy na tamtę stronę.
Sąd Boży! Kobiety powyskakiwały z pościeli i ze świecami w ręku kupią się po przyścianach, krzycząc i lamentując — żaba skacze po środku izby — a Niezabitowski w koszuli w hajdawerach karmazynowych zatacza się po izbie i woła: — Ho, ho, ho! nie ze mną to na kieliszki! Siedmiu takich przepiję! dziesięciu pognębię! całą ziemię przekąszę!... O téj żabie, skąd się wzięła, bylibyśmy nic niewiedzieli i byłaby poszła na rachunek tego, że niskie okna, albo że drzwi niebyły zamknięte, ale Hubczyc przestraszony tym gwałtem i wytrzéźwiony od razu, poskoczył i pochwyciwszy żabę, uklęknął z nią na środku izby, wołając płaczliwym głosem:
— Przepuśćcie mnie waszmość panie! ja się tylko na pannie Katarzynie mścić chciałem, że niechciała iść za uczciwego szlachcica.
Dopieroż pani Miecznikowa Koniecka, ciotka całego świata a wielkiéj wymowy i lat 50ciu kobieta, nuż do niego jakby na pytlu:
— A to waszeć żabę włożyłeś pannie Katarzynie? waszeć taki niecnota? fe, fe, fe! wstydź się waść, wstydź się! dziecko takiego uczciwego domu tak potraktować! panienkę takiéj edukacyi tak zhańbić, zakradać się nocą do niewieścich pokojów, z żabą w ręku, z tak obrzydliwym potworem w ręku! A czyż to niema tu już nikogo, kto by się ujął za honor tego biednego dziecięcia? panie Cześnikowiczu, gdzie jesteś, czyż się nieujmiesz za moją siostrą? Niema go! o Boże! jakież to czasy nastały!... — a do Niezabitowskiego:
— A waćpan człowiek tak rozumny, kawaler taki światowy, taki elegant!... Toż to taki elegant z waćpana, co nocami straszy lękliwe kobiety? co się zakrada pod pawilony? co rozebrany, Boże odpuść! prezentuje się przed płcią piękną? Czy tak robią w Przemyskiém? Toż po to przyjechałeś z wielkiego świata i wystroiłeś się w lamy, altembasy, kutasy, aby się chyłkiem wkradać do naszych sypialń?.... O! jeżeli tak myślisz, toś się bardzo omylił.... zaraz mi się ztąd wynoś.... panie Chorąży, bardzo proszę waszmości, abyś nas zaraz uwolnił od tego potworu.... Mości panowie! czyż się nie ujmiecie za nami? Czy niepokażecie temu Przemyślakowi, że tu dla nich w Sanockiém.... Tymczasem Niezabitowski, który patrząc na oratorkę ustawicznie się kiwał:
— Tfu! — rzecze — jeszczem takiéj baby niewidział! — i tupnąwszy nogą: — A nieskończysz że raz?
— Nieskończę, nieskończę, nigdy nieskończę, do dnia sądnego nieskończę, i t. d. I podczas kiedy pani Koniecka ciągle exorcyzmowała pijaną duszę Przemyską, myśmy wzięli Hubczyca z żabą w ręku i Niezabitowskiego mruczącego coś ciągle pod nosem i wyprowadziliśmy ich do sali. Niebawem wszystko się uciszyło, a jedna i druga strona Bereszczańskiego dworu usnęła snem kamiennym.
Na drugi dzień dopiero wytoczyła się sprawa. Najpierwéj wszczął się wielki hałas pomiędzy wszystkimi; Niezabitowski zaczął się nas czepiać i dawać przycinki, niemówiąc o co, myśmy także udali quasi nesciretis i odcinaliśmy się napowrót; Cześnikowicz Osuchowski, który się trochę był starł o konfederacyę i rad wielkiego żołnierza udawał, czepił się znowu Hubczyca, a niewiedząc pewnie, czy to jest prawda, co przebąkiwano o żabie, (bo on już spał wtedy, kiedy się to działo), chwytał się i Dzianotta, z którym, od śmierci ojca jeszcze, ustawicznie darł koty o chaszcze zachoczewskie. — Widząc Chorąży, że huk się wzmaga i ani mowy być nie może o zgodzie, kazał bramy pozamykać, i położył areszt na wszystkich na parol kawalerski, bo Hubczyca już za bramami pojmano i nawrócono, za co dostał kpa w cztery oczy od swego wuja i opiekuna, pana Pakoszewskiego. Przez zamknięcie bram chcieli starsi zapobiedz, aby wieść o tym dziwnym wypadku, nierozchodziła się pierwéj, póki się rzecz nie wyjaśni, i póki się każdy, jeżeli czego jest winien, należycie nie sprawi. Więc koło południa zeszliśmy się wszyscy przystojnie ubrani i umyci do sali, niby-to do śniadania, ale nic niepito i niejedzono. Zrobiliśmy sejmik formalny, marszałkował na nim gospodarz, woźnego udawał Krajewski, bo miał głos taki mocny, że jak krzyknął blisko okna, to szyby pękały. Zaskarżenie ze strony kobiet, było już w głowie gospodarza, ale pierwszy głos zabrał Niezabitowski w te słowa:
— Nie jestem ja wielkim oratorem, i nieumiem, jako drugi Cicero albo Demostenes, mówić ozdobnie i składnie; ale co mi serce moje dyktuje, to powiem krótko i węzłowato. Mości panowie! jestem obcy pomiędzy wami, ale nie kupiony przez was, ani wzięty w niewolę, jeno w gościnie. Wedle ojcowskich naszych obyczajów, gościowi należy się cześć i obrona od gospodarzy; a jakże sobie ze mną postąpili sanoccy ziemianie? Zaledwie w Tataryi albo na Turecczyznie....
— Za pozwoleniem!.... przerwał Chorąży.
— Ale ja w to niewchodzę. Obraziliście mnie i kwita, a ja obrazy płazem niepuszczam i deprekacyi[1] żadnéj przyjmować nie zwykłem.
— Nie ma też tego, który-by chciał deprekować; — ozwie się Żurowski.
— To i owszem; zaprowadziliście mnie albo zanieśli do kobiecych apartamentów, wystawiliście mnie na pośmiewisko, i jeszcze udaliście, jakobym sam poszedł....
— Kto to udawał? bardzo przepraszam; — ozwie się znowu Żurowski.
— To wszystko jedno! koniec końców żeście mnie zawadzili o honor. Kto się winnym poczuwa, niechaj wystąpi i niechaj stanie do sprawy, albo przysięgam na rany Chrystusa Pana....
— Hola, hola! niepotrzeba przysięgać — rzekł występując na środek sali Żurowski, a my trzéj, Deręgowski, Załęski i ja, którzyśmy nieśli Starościca na przeciw, wystąpiliśmy równie; co ujrzawszy Żurowski, zaraz rzecze:
— Ja na to niepozwolę! Już to bitwa z waszmością mnie się samemu należy i oto mu służę.
Deręgowski się trochę spierał, bo miał apetyt na Przemyślaka, ale Żurowski na to nie pozwolił, mówiąc do niego: kiedy mi usłużysz za sekundanta, to dość będzie z ciebie na dzisiaj.
Niezabitowski zaś do mnie się obróciwszy:
— Chociaż waszmość także przeciwko mnie zawiniłeś, jednak widząc, że trudno mnie tu szukać chętnego, waszmość upraszam uniżenie, o stawienie się na świadectwo z mojéj znowu strony.
Nierad byłem temu wezwaniu, bom był sercem skłonniejszy do Żurowskiego, ale sumienie niepozwala odmawiać podobnéj usługi. Więc myśląc sobie: kto wie co mnie się znów może zdarzyć w Przemyskiém? podziękowałem Niezabitowskiemu za zaufanie i wziąłem Stolnika na ustęp, dla umówienia się.
Z rady wypadło tak: aby się bili eo instante[2]; na pałasze, każdy swoim, na dziedzińcu przed gankiem.
— Zgoda! — zawołali wszyscy, kiedyśmy ogłosili decretum: poczém zaraz Żurowski i Niezabitowski pozrzucali ze siebie kontusze, a w żupanach tylko zostawszy i gołe tylko klingi wziąwszy do ręki, wyszli przed ganek.
My za nimi natychmiast.
Przed Bereszczańskim dworem jest ogromny dziedziniec, równy i przejrzysty, jakby jaki kąsek Podola; przed samym gankiem jest piękna murawa, w wielkie koło objęta, co to dziś nazywają gazonem. Otóż na tym gazonie stanęliśmy wszyscy czteréj; inni stanęli w ganku i obok niego, drudzy patrzali z okien otwartych, kobiety nawet co śmielsze, stanęły we framugach i przypatrywały się owéj bitwie; — ze stajen, które może były o jakie tysiąc kroków oddalone od dworu, przychodzili parobcy i woźnice, z oficyny i kuchni, która stała po lewéj, kuchmistrz z kuchtami, daléj dworscy, z garderoby służebne, wszystko z rozdziawionemi oczyma.
Zapaśnicy wyszedłszy na gazon, stanęli zrazu o jakie dziesięć kroków od siebie, i oparci na szablach, patrzali każdy w inną stronę. Dopiero Deręgowski obróciwszy się do szlachty w ganku stojącéj, głos zabrał: biorąc ich na świadków, jako nie jest winien krwi téj, która się zaraz przeleje. Co i ja powtórzyłem w głos, z tą tylko różnicą, żem brał najpierw Pana Boga za świadka, o którym Deręgowski zapomniał. Poczém Deręgowski obracając się do zapaśników:
— Z obowiązku mojego jako sekundant nie pozostaje mi nic, jak tylko jeszcze po raz ostatni przestrzedz waszmość panów, że to jest ultimum momentum[3] do zgody. Jeżeli w sercu swém i sumieniu tak rozumiecie, że salvo honore cujusvis[4] krew oszczędzoną być może, tedy na Pana Boga i Matkę Najświętszą zaklinam was, porzućcie broń krwi łakomą i niebezpieczną, a podawszy sobie dłonie wzajemnie, powróćcie do téj, w któréj dotychczas żyliście, komitywy i zgody.
— Nie może być! — rzekli obadwa prawie w jednym momencie; i naturalna, bo ta przemowa bywała tylko formą, której każdy starszy sekundant dopełnić musiał.
— Tedy poczynajcie w Imię Boga! — rzekł Deręgowski.
Więc zaraz natarli na siebie z wielką fantazyą i ogniem, ale bez zażartości. Żurowski, którego szablą kierowała miłość dla Chorążanki a serce mu podnosiła przytomność tylu współ-ziemianów, którzy niby to honor całéj ziemi w obec tego Przemyślanina złożyli w jego ręce, trochę gęściéj pałaszem machał i ogniściéj nacierał, bo téż i Deręgowski stał tuż koło niego i dogadywał mu: — Dobrze tak, gęściéj pałaszem, raz koło razu! — Niezabitowski, jako to niby większego świata kawaler, więcéj okazywał obojętności i zimnéj krwi, niżeli ognia, ale stał twardo, po fechmistrzowsku chwytając cięcia i odskakując. I pięknie było patrzeć na owych dwóch harcerzy, bo obadwa byli gracze nielada, a poczęli z taką powagą et cum solennitate, że za moich czasów niepamiętam drugiego tak wspaniałego pojedynku. A wszystko to się działo przez gościnność z naszéj strony dla obcego człowieka; bo my między sobą, to jeno krzyknęliśmy: dobyj szabli! i zaraz czach! czach! bez perory, bez przedwstępnych punktów ugody, bez warunków, a sam Pan Bóg nam sekundował. A kto co oberwał, schował w torbę i milczkiem poszedł się lizać do domu.
Ci jednak inaczéj: zrazu uderzyli na siebie, to znów odskoczyli, ten się skrada na lewo a uderzy na prawo, ów złapawszy cięcie, bije na głowę i znów odskakuje, ale i jedno Ave Maria nie trwało, kiedy Żurowski końcem pałasza sięgnął Niezabitowskiemu palców u prawéj rąki; rzucił się trochę w bok Niezabitowski i urwał tamtego po lewym boku, ale żupan, że był z tęgiéj jedwabnéj materyi niepuścił szabli do ciała. Więc znów na siebie, ten bije, tamten odbija, tamten się chyla, ten na palce podnosi, a wszystko tak prędko, że zaledwie dojrzeć, i żelazo wciąż pada na żelazo, że za każdém cięciem dwa dźwięki się odzywają a coraz szybciéj. Aż raz, jeden tylko dźwięk słychać było, snać szabla padła na miękkie, ale nic niewidać, aż tu: krew! krew! wołają z ganku. Nimeśmy się oglądnęli, już Żurowski siedział na Niezabitowskim jak-by ogar na dziku; bronił się biedak jak mógł, ale gębę miał rozpłataną po lewéj stronie, od skroni aż poniżéj wargi dolnéj. Jam się rzucił rozrywać, ale jak mię któryś macnął po głowie, kucznąłem. Patrzę z ziemi, Deręgowski trzyma swego w powietrzu za kołnierz, który się jeszcze rzuca i szablą macha; Niezabitowski leży we krwi na ziemi, ręką się trzyma za gębę. Miał on ran więcéj na sobie, było i na głowie, i na karku, i na ramieniu; ale i Żurowskiemu się oberwało w tym ogniu, jak to zwyczajnie w bitwie człowiek i nieczuje kędy tam któś dopiecze, a po bitwie zawsze się coś znachodzi.
Cały ten pojedynek, choć tyle było tego kalectwa, nietrwał ani trzy Ave Maria. Więc ja zaraz Przemyślaka na barki, pomogli mi drudzy, i tak wzięliśmy go do sypialni p. Chorążego, która była po lewéj zaraz za salą. Reszta furda, ale gęba na wylot, że aż zęby było widać. Zalaliśmy mu ją zaraz zimną wodą rozmajoną z gorzałką dla zatamowania krwi i przyłożyliśmy miękusz chleba z praśnym miodem rozrobionego, a gospodarz tymczasem posłał po felczera do Leśka. Więc my tu siedzimy około łoża, a Deręgowski tymczasem w drugiéj izbie rozebrawszy Żurowskiego do naga, płucze go wodą i liczy cięcia, wciąż z nim rozprawiając, kiedy to dostał, a kiedy owo. Aż obmywszy go pięknie i obwiązawszy płótnami, położył na tapczanie, aby się krew w nim uspokoiła cokolwiek i rany przykrzepły. Dopiero przyszedł do naszéj izby:
— Cóż? — rzecze — jakże się ma pacyent?
— Nie dobrze — odpowiedziałem — gęba rozpłatana głęboko.
— A cóżeście mu zrobili?
— Obmyliśmy wódką trochę i obłożyliśmy miodem.
— A niezaszyta?
— Nie.
— Otóż go macie! zaszyć trzeba, bo by się nigdy niezrosła. — Ja na to:
— Któż zaszyje, kiedy po felczera posłano dopiero do Leśka?
— Ho, ho, ho! Kto zaszyje? kto umie ranę zrobić, ten powinien ją umieć i zaszyć. Ja mu zaraz zaszyję; felczerowałem przecież nieraz w potrzebie. Panu Franciszkowi Puławskiemu, kiedy został pocięty pod Hoszowem, felczerowałem zaraz na polu i potém, kiedy leżał w Leskim zamku, — i felczerowałem mu póty, póki go na własnych rękach nie wyniosłem na smętarz. A Chojnackiego kto zaopatrywał po Lanckorońskiéj potyczce, że dziś zdrów jako niedźwiedź litewski? A Pieniążkowi kto zaszywał skórę na głowie, kiedy mu ją porąbano u Bobrka? A tylu innych, kto wygoił ze znaczków i cudzych i swoich?
Kazał więc sobie podać igły cienkiéj z jedwabiem i ciepłéj wody na misę i tak przystąpił do Niezabitowskiego. Przemywszy mu ranę wodą, począł zeszywać oba brzegi do kupy. Dopiero to ból być musiał, ale Niezabitowski ani jęknął, tylko wił się po trochu, widać wielka dusza była w tym kawalerze. Żurowski w drugiéj izbie powstał z tapczana i z niecierpliwości chodził od kąta do kąta; srodze mu żal było Niezabitowskiego, chociaż kontent był z tego, że go porąbał. Tak to zawsze miękkie jest serce u nas. Nad wieczorem też i felczer przyjechał, na drugi dzień i Gondoni Włoch, nadworny lekarz JW. Wojewody. Więc opatrzywszy dokładnie chorego, i wymacawszy mu pulsa na całém ciele, poprzykładali mu różne dryakwie i plastry, i zgodzili się na to, że za kilka tygodni będzie zdrów całkiem. Szlachta pomału poczęła się rozjeżdżać z Bereski, a inni znów przyjeżdżali; jedni jak to zwyczajnie w gościnę, inni dla ciekawości: ja tylko jeden jak przykuty siedzieć musiałem przy jego łożu, bo tak nakazywała powinność moja jako sekundanta, i taki był mandat Deręgowskiego, który mi mówił: — Pilnuj go wasze, jakby matka rodzona; niechaj wiedzą Przemyślanie, że jako z serca ich bijemy, ta i z serca ich potém goimy.

∗             ∗

Za dwie Niedziele chory począł przemawiać po trochę, choć nie wyraźnie, a jak jeno wstał i uczuł się, że chodzić może, jął się gwałtem napierać do domu. Perswadował mu pan Chorąży, perswadowaliśmy wszyscy, ale nic niepomogło; codzień mu się zdrowie wzmagało, że codzień też tęskniéj mu było do domu. Aż już jednego dnia ku końcowi trzeciego tygodnia, ani sposobu było go wstrzymać.
— Pożyczycie mi woza, ja się na nim położę i tak mnie mój Bartłomiéj zawiezie.
— Ha! więc niech i tak będzie — odpowiedział Chorąży — jedź Waszmość z Bogiem, ale pan Skarbnikowicz waszmość odwiezie.
— Z największą chęcią — odrzekłem, ale w rzeczy niebardzo mi ta podróż przypadała do smaku. Byłem jeszcze bardzo młody i niebardzo pomiędzy ludźmi otarty; myślę sobie: w cudzy kraj jechać, samemu i jeszcze do takich ludzi, coby nas w łyżce wody potopili? i z czém? odwozić im porąbanego brata? Źle panie Marcinie; nuż Przemyślanie, obaczywszy jak my tu jednego z nich ugościli, zahuczą mnie z góry? nuż się porwą do szabel? cóż wtedy?... Zakomunikowałem te myśli Deręgowskiemu, a on na to:
— Ot coś Waści jeździ po głowie, jak na pstrym koniu. Cóż to, czyś ty winien temu, że Niezabitowski zrąbany? czyś ty go porąbał? toż za to, że go odwieziesz i będziesz pielęgnował przez drogę, jeszcze by cię bić miano? A gdzież słuszność, a gdzież by była staropolska gościnność?
— Niezabitowski także był u nas w gościnie, a jakżeśmy się z nim obeszli?
— To w pojedynku przecie. Toż i Waść tam, jeżeli cię kto zaprosi, abyś się sprawił, to spraw się. I cóż w tém wielkiego? I to ci jeszcze muszę powiedzieć, że pilnuj się i strzeż się, ażebyś nam jakiego wstydu nie zrobił, bo jeszcze byś nie powrócił, jakbyśmy ciebie na miazgę rozbili. Pomiędzy cudzymi potrzeba godnie reprezentować swoją ziemię. Okazyi nie unikaj, a kiedy przyjdzie do czego, to choćby i na stu uderzaj sam jeden, a jeżeli zginiesz, to już się nie turbuj; — niepuścimy my im płazem krwi twojéj.
— Ba! otóż jest! — odrzekłem, — do sprawy z jednym, to mniejsza; ale jak kupą na mnie uderzą?
— To się tylko tak mówi, ale tego nie będzie. Gdzież kupą? Przemyślanie przecie to także szlachta, chociaż trochę gorsza od naszéj i w wojnie nie bardzo się popisała, ani też żadnych wielkich wojowników niema pomiędzy sobą, przecie szlachta, a nie żadne szewcy ani kowale, którzy kupą biją na pojedynka.
— Ha! to prawda! ale zawsze źle, — myślę sobie, — Przemyślanie pewnie się o swego upomną; wybiję ja którego z nich choćby i w sprawie, to się znajdzie drugi i trzeci i pewnie mnie całego nie puszczą, — wybiją oni mnie, jak się tu w domu pokazać? Ale cóż robić? trudno z placu uciekać.
Pojechawszy więc w wigilię wyjazdu do siebie do Bóbrki, i rozkazawszy memu Węgrzynkowi, który był tęgi do wszystkiego, a wierny jak pies, (dostałem go był w podarunku od grafa Syrmaja, węgierskiego pana, kiedym tam konie wodził i mieniał na wino), więc rozkazawszy Węgrzynkowi, aby parokonną telegę złagodziwszy, wziął dla mnie szat kilka pięknych, żeby to się przecie jakoś dostatnio pokazać, dwie szabel moich i parę podwodnych koni z chłopakiem i aby z tém wszystkiem wyjechał do Ustrzyk, i tam na mnie zaczekał, — jeszcze dnia tego wróciłem do Bereski. Deręgowski, który jeszcze wtedy trzymał Ustrzyki od JW. wojewody Wołyńskiego, przystępuje do mnie i rzecze: Wiesz co panie bracie, ja wsiądę na koń i pojadę do siebie działami, a jak się doma namyślę, to może i z tobą wyruszę. Dobra by rzecz była urwać jeszcze z parę Przemyślaków po uszach, a we dwóch toby sobie jeszcze można wybrać, co najpiękniejszych. I cieszyłem się tém i niecieszyłem; cieszyłem, bo z Deręgowskim można by pójść do szturmu i na same piekło i pewna jest w nim obrona; nie cieszyłem, bo gdyby był jechał, to jak amen w pacierzu burda pewna. Ale nie było już czasu deliberować; Deręgowski odjechał, a ja tymczasem pakuję Niezabitowskiego na wóz czterokonny, który nam dał pan Chorąży, sam siadam na koń, a Niezabitowskiego ekwipażowi i ludziom każę jechać za wozem. Żegnamy się, wyruszamy. Ja musiałem jechać na Leśko, bo tędy gładka droga, choć daléj; więc dla kompanii odprowadzało nas jeszcze kilku szlachty, jedni do Leśka, drudzy do Olszanicy i po drodze żegnali się z nami, wszyscy mnie przycinając i żartując, że Niezabitowskiego wiozę na pogrzeb, a siebie na zrazy dla Przemyślanów. Dreszcz mnie trochę przejmował, ale jechałem. Przybywszy do Ustrzyk, zajechałem do dworu, Węgrzynka mego już tam zastałem i wszystko wedle moich rozkazów, ale Deręgowski mi ze smutkiem oświadczył, że mi towarzyszyć nie może, bo mu roboty przestały w polu, i żona go puścić nie chce. W saméj rzeczy pani Stolnikowa wyszła do mnie i złożywszy ręce prawie ze łzami mnie prosiła: Na miłość Boga, panie Marcinie, (a byliśmy sobie trochę powinowaci, bo ona była urodzona z Zakliczanki, a moja babka także Zakliczanka była,) niezabieraj mi męża! od Zielonych Świątek prawie niemasz go w domu, ja sama musiałam około żniwa chodzić, mało się co urodziło, nic jeszcze nieposiało, jego znów licho gdzieś poniesie z domu; niech choć kilka tygodni zostanie przy gospodarstwie.
Kiedy tak koniecznie potrzebny przy gospodarstwie — pomyślałem — to niech zostanie! mniejsza oto — chociaż go łatwo mogłem był wywlec ze sobą, bo jemu tak włóczęga a burda pachnęły, że i o północy go zbudzić, to był gotów. Więc tylko jeszcze Niezabitowskiemu dano rosołu, ja z Deręgowskim na fantazyą wypiliśmy po jednéj butelce, i ruszyłem z przed ganku. Wyjeżdżając, koń świeży, którego mi przyprowadził Węgrzynek, potknął się ze mną na moście i tak mu tylna noga pomiędzy dyle zapadła, że ledwie ją wyrwał.
— Pek ci! — zawołałem — coś źle mi się wróży. — A Deręgowski z ganku:
— To dyl był spruchniały, jedź zdrów panie bracie.
Jechałem téż, panu Bogu dziękować, spokojnie aż do Niżankowic; tylko co nas szlachta jaka zdybie, to widząc, że coś zwolna jadę, a wciąż do wozu nadglądam, każdy pyta: — A co to, umarłego wieziesz waszmość?
— Uchowaj Boże! żyw jeszcze, ale zrąbany.
— Kto? co? jaki? kto go zrąbał?
Dopiero każdemu trzeba było opowiadać. Niezabitowskiemu jazda trochę gorączki nagnała i gorzéj mu było, ale po Niżankowice zawsze nic jeszcze, i Niezabitowski ciesząc się tém, że już mu do domu niedaleko, trzymał się jako tako, i szlachta, którąśmy zdybywali, nic nie mówiła, bo to wszystko jeszcze ziemia sanocka, więc jaki taki odpowiadał: — Dobrze mu tak, niechaj nie wściubia nosa, gdzie nie dał grosza. — A niektóry dodawał: — Szkoda żeście go nieusiekli, bo to Przemyślanie panięta a papinki; niechcieli ginąć od szabli nieprzyjacielskiéj, niech-by ginęli choć od swojéj.
W Niżankowicach coś mnie we środku szeptało, żeby niezajeżdżać, ale Niezabitowski prosił koniecznie, bo mu dokuczało pragnienie, i chciał koniecznie wypocząć. Perswadowałem, że już tylko dwie mile od samego Przemyśla, ale nic nie pomogło, więc musiałem zajechać. Zajeżdżając, już uważałem, że coś wiele ludzi siedziało w szynkowni za stołem, i krzykanie dochodziło mych uszu. Pytam, kto by tam pił? odpowiadają, że niedziela, i panowie szlachta zjechawszy się, ciągną miód husakowski. Niech ciągną, pomyślałem, i prosiłem, ażali niema jakiéj izby osobnéj, aby im w oczy nieleźć. — Ale nie było. Więc kazałem Niezabitowskiemu usiąść na wozie, (niewyprzęgając ani rozkulbaczając koni, i to było wielkie szczęście moje), i tak go karmiłem i zakrapiałem winem starém, którego parę butelek wziąłem był z sobą. Żyd się kręcił około wozów i ludzi moich, jak to karczmarz zwyczajnie, jął wypytywać, a kto? a zkąd? a gdzie jedzie? Tymczasem szlachta, prawie same szaraki, poczęli się po jednemu wysuwać z szynkowni, i patrzeć ciekawie, czego ja siedząc na wozie i będąc do nich obrócony plecyma, wcale widzieć nie mogłem. Więc rzeknę do Żyda:
— Czego chcesz? może pytasz o paszport?
— Nu, kłaniam WPanu; może wynieść ludziom miodu, koniom dać owsa?
— Nic nie potrzeba — rzekłem — ruszaj sobie do djabła.
— Nu, dla czego do djabła? tu moja gospoda.
— Twoja czy nie twoja, to jedno, kiedy dla przyjezdnych otwarta. Ruszaj sobie, bo tobie widzę nie miód ani obrok, jeno szpieg w głowie.
— Nu, dla czego szpieg? przecie waćpan z zakazanym towarem nie jedziesz.
— Waćpan! — krzyknę — a zjadłbyś sto tysięcy Tatarów! — i jak się zerwę z woza, nuż za Żydem. Żyd w nogi, krzycząc:
— Gwałt! gwałt! nic nie je, nie pije, a bić chce! ratujcie! ratujcie! to jakiś rozbójnik!
Tymczasem szlachta wyrunęła do sieni. Co? co? jak? poczęli harkotać ze żydem i coraz głośniéj. Oglądam się, ze dwudziestu stało szaraków, pomiędzy niémi i karmazyny, ale wszyscy na połowę albo może i całkiem pijani i gwarzą a coraz głośniéj; nareszcie słyszę wyraźnie głosy: — Jako? zrąbali go? Niezabitowskiego, takiego familijanta, Sanoczanie zrąbali? może i na śmierć zasiekli? — Inni mówią: — Oho! pewnie już świata oglądać nie będzie, bo to Owsiani jak się porwą do szabel, to sieką nie żartem. — Trzeci mówi: — Oj wiem ja, byłem ci ja w ich rękach! — i poczęli się po mału przybliżać do wozów. Potém jeszcze bliżéj, z prawéj jeden, dwóch z lewéj, inni z przodu zachodzą. Źle! myślę sobie, i pomacałem się po lewym boku, szabla była przy nim i trochę ducha we mnie wstąpiło, — patrzę po nich: mają także jakieś serpentynki w wężowych pochwach. Aż tu jakiś jeden, chłop dosadny a wielki, wąsa kręci, czapkę na ucho sprawia, do samego półdrabka się zbliża i rzecze:
— Niech będzie Chrystus pochwalony!
— Na wieki wieków — mówię.
— Zdaleka waszmość?
Pamiętny na słowa Deręgowskiego, aby się tęgo trzymać w Przemyskiém, rzeknę:
— Ztąd niewidać mospanie.
— Może z za Sanu.
— Może i daléj.
— A co to wieziecie?
— Chorego.
— A jaki?
— Niezabitowski.
— A cóż mu?
— Opił się Petercymentu w Sanockiém i brzuch go boli.
— Może raniony?
— Może.
— Ho, ho! dla czego-by nie może! co to u was Owsianych! zranić kogo w gościnie, to chleb powszedni.
— To prawda, ale nie ranimy nikogo milczkiem, ani nie napadamy kupą, — a jeżeli się zdarzy, że kto oberwie co w sprawie, to widać już takie zrządzenie Boże.
— Coś hardo gada, — odezwie się drugi, który się tymczasem przybliżył, — trzeba się spytać chorego, ale jeżeli raniony, to my tu waszmości pokażemy, jak to siekać naszych w gościnie. Już nie pierwszy raz macie u nas na piwko, chwała Bogu, że choć jednego tu mamy.
Dreszcz mnie przeszedł od pięt aż do karku, bo nie żarty było popatrzeć na dwudziestu kilku szaraków pijanych, jak kania deszczu, tak krwi sanockiéj pragnących, jako wóz okrążają a każdy się maca po boku. Patrzę się za Węgrzynkiem, sprytny chłopiec, już siedzi na moim koniu, podwodnego trzymając za cugle. Niezabitowski mi szepce z pod delii, którą był przykryty: — Na miłość Boga, uciekajmy.
— Ho, ho, ho! — gwarzy szlachta z tyłu — damy my mu rąbać naszych w gościnie; nauczymy my, nauczymy! — i pobrzękują w szabliska. Tymczasem ten, co przy wozie, ręką chwyciwszy za półdrabek, pyta: — P. Niezabitowski, śpisz waszmość? — Nieszczęście chciało, że Niezabitowskiego właśnie coś zabolało, więc zamiast mu odpowiedzieć, stęknął tylko: oj, oj, oj!
— Tak to? — zawoła ten co przy wozie: Panowie bracia, zemścijmy się krwi naszéj.
— Hurra, hurra! bierzcie go! — krzykną inni i nuż do mnie. Widząc, że nieprzelewki, jak huknę tego co był przy wozie pięścią w łeb, że aż usiadł na ziemię, tymczasem porwę bicz i po koniach. Konie w cwał na dół drogą, ja tu chcę lejce wziąść do ręki, które były uwiązane na luszni, a tu mnie coś płatnęło po plecach; oglądam się: szlachcic z gołą szablą siedzi na półdrabku po prawéj i wciąż mnie płata szabliskiem, ale mu niezręcznie było i wszystkie cięcia szły w siano. Więc i tego w łeb pięścią; zleciał. Tymczasem Węgrzynek na moim koniu z luzakiem w ręku już mnie wyprzedził, aby koniom drogę pokazać; ja tu czémprędzéj lejce odwięzuję od luszni, aby niewpaść z wozem do fosy, bo i Niezabitowskiego możebym dobił i dopieroby mnie mieli; za sobą słyszę tylko krzyk: — Łapajcie! łapajcie! hurra, hurra! łapajcie! — gdzieś się tego hurra tam daleko wyuczyli. — Ale ja rozpuściłem konie w cwał tęgi, Węgrzynek też udziera naprzód, że konie aż brzuchami po ziemi smarują i pędzą jak charty. W sześć albo ośm stajań od miasta ujrzałem ich pędzących za mną na jakichś chudzinach, ale się pozostali niebawem, jeden tylko, który był wsiadł na Niezabitowskiego wierzchowca, (których dwa wraz z jego wozem musiałem uronić w gospodzie,) dopędzał mnie dobrze i długo się trzymał może tylko o pół stajania odemnie, ale widząc, że tamci zostali i on się zawrócił. — W połowie drogi pofolgowałem koniom i jechałem już kłusem daléj, Węgrzynek przy mnie; dziękowałem już Panu Bogu, że mnie niedał popaść w ręce tych Niżankowieckich ichmościów i przemyśliwałem nad tém, ażalim dobrze zrobił, żem uciekł, czy nie? Uciekać, zawsze to nieprzystojnie, ale bić się, gdzież podobieństwo? Niezabitowski mi rzecze: — Dobrześ zrobił panie Marcinie, żeś uciekł, bo to niedobra sprawa z tymi ludźmi. Niewidziałem ich, ale tak mi się wszystko zdaje, że to nie szlachta, jeno mieszczanie i jacy ekonomowie, a może i jakich kilku hultajów szlachty z nimi. Niemasz tu bowiem w téj okolicy szlachty zagonowéj, ale jest wielu takich, co to na dworskich usługach, albo na jakiém szachrajstwie dorobili się czego i podszywają się pod szlachectwo. W dzisiejszych czasach, gdzieśmy z pod rządu dawnego wyszli, a nowy jeszcze z nami niemoże przyjść do ładu, ani się z krajem obeznać, trudno, ba! i niema komu takich rzeczy dochodzić. Dzieją się dzisiaj większe zbrodnie, a nikt za nie niepociąga do sądu, a cóż dopiero takie? — I coś tam jeszcze bełkotał, ale mnie trudno go było rozumieć, bo przez tę gębę ciężką mu była wymowa. Ale co wyrozumiałem, to mi się zdało być prawdą, i tak sobie myślę o tém, kiedy się na raz oglądnę, (już może niebyło jak ćwierć mili do Przemyśla,) a tu cała chmura za mną na koniach!
— Puszczaj naprzód! — krzyknę do sługi. Puścił, ja za nim znowu co konie wyskoczą. Już i miasto się pokazuje, wjeżdżam a myślę sobie: Dopieroż tu będzie! jadę im w same gardło. Już myślałem w samém mieście skręcić na prawo i pędzić tak gościńcem ku Lwowu: niechby się działa wola Boża! ktoby miał lepsze konie, tenby wygrał. A ja moim wozowym wiele mogłem zaufać, bo były ze stajni pana Błońskiego, który swoją stadninę zasilał tureckiemi ogierami pana Fredry, podstolego pomorskiego, dziedzica Hoszwi. Tymczasem modlę się w duchu i mówię sobie: — Święta Maryo, Matko Boża, Ty, która się tak szczególnie opiekujesz niegodną Nieczujów rodziną, natchnij mnie duchem twoim i wskaż co mam uczynić, abym od bratniéj szabli nie zginął! — I ta modlitwa pomogła; bo jeno co się zbliżam do owego skrętu na Lwowski gościniec, patrzę, stoi przedemną klasztór OO. Reformatów i brama na ścieżaj otwarta. Modlitwa moja ją otworzyła, bo gdzie kiedy w klasztorze brama otwarta?
— Jożi! — krzyknę — wal w bramę?
Wjechał, ja za nim.
— Zamykajcie na miłość Boga!
Zamknęli przecie, — ale na widok mnie wpadającego zapienionemi końmi do mniszego przybytku, ze trzydziestu mnichów z przestraszonemi twarzami wybiegło na dziedziniec.
— Kto? co? jak? czego? — pytają wszyscy.
Zlazłem z wozu, opowiedziałem wszystko.
— Hm! — rzecze jakiś starszy, obracając blaszanną tabakierkę w rękach — gotowi klasztor szturmować.
— Jeżeli będą wiedzieli, żem tu zajechał — odpowiedziałem.
— Hm! — rzecze znów starszy zażywając tabaki — jak to tak wpadać do przybytku Bogu poświęconéj czeladzi, nieopowiedziawszy się wprzódy? jeszcze z porąbanym panem Niezabitowskim.
— Właśnie téż czas był opowiadania się — pomyślałem: tymczasem starszy marudzi daléj:
— Nie dość mieliśmy od nieprzyjaciół, jeszcze i od swoich.... pan Niezabitowski nic nie daje na klasztor.... Jegomości nie znamy.... Kto to wié — a ja mu tymczasem na ucho:
— Ofiaruję dziesięć dukatów w mojém, a dziesięć w pana Niezabitowskiego imieniu na Mszę Sw.
— Hm! hm! — rzecze znów starszy — jest tu pan Podkomorzy, może on co na to poradzi.
Prowadzą mnie więc do Podkomorzego, a tymczasem wypakowują Starościca i znoszą go do celi. JW. Kieszkowski, Podkomorzy niegdyś Przemyski, dziedzic Hruszatyc, Sanoczan, a jeżeli mnie pamięć nie myli, to i Niżankowic i wielu innych przytém włości po różnych ziemiach, pan możny i wielki Reformatów dobrodziéj, siedział w celi umyślnie na kwaterę zostawionéj dla niego, i był zatrudniony czytaniem jakicheś aktów i papierów. Ów gwardyan, który to tak nieznośnie marudził, wszedł ze mną, prezentował mnie i opowiedział pokrótce całe zdarzenie.
— Niezabitowskiego zranili! — krzyknie on zrazu — a! tego nadto, jak mi Bóg miły! Cóż to? Ziemia Sanocka Tatarya czy Turecczyzna, żeby aż potrzeba salvum conductum? Tego zrąbią, tego strują sajtałaszami, dobrze jeszcze, że na śmierć nie zabijają.
— JW. Panie! — rzekłem — Sonoczanie bratniéj krwi nie łakomi, a jeżeli kto ma miększy kark od nich, to temu nie winni. Pan Niezabitowski pojedynkował się po wszelkiéj formie z panem Żurowskim, a w pojedynku sam Bóg cięcia prowadzi — zresztą i pan Żurowski nie cało wyszedł z téj sprawy.
— No, spodziewam się tego, bo jużci i nasi rąk nie mają od haftu. Lecz dla czegoż waść tak uciekasz?
Opowiedziałem daléj.
— Jako! więc jeszcze i waszeć sam wjechawszy już w nasze zagony, śmiałeś mordować szlachtę po drodze?...
— Napadli mnie JW. Panie.
— Napadli? to być nie może! Przemyślanie spokojni jak dzieci i nie napadają nikogo.
— Panie Podkomorzy! — rzekłem surowo — kiedy ja mówię, że napadli, to napadli! Fałszu nikt mnie nie zada bezkarnie, choćby był taki stary jak Matuzal i zasiadał w Senacie! jestem szlachcic krwi dobréj, i żadnych przymówek dla honoru mojego nie znoszę, a kto mnie nie wierzy na słowo, ten....
— Pofolguj waszmość — przerwie Podkomorzy — pofolguj! gdzieś w ukropie kąpano, ani słowa wymówić nie dasz. — A do gwardyana: Hardy naród ta szlachta Sanocka! już poczynam żałować, żem tam nabył teraz tych kilka wiosek.
Tymczasem owi, którzy za mną gonili, niewiedząc gdziem się im podział, wielki rozruch uczynili po mieście. Co było szlachty, wszystko wyrunęło w ulice, pospólstwo do nich się przymięszało, niektórzy i niewiedzieli o co rzecz idzie, a wszyscy wołali: — Sanoczanie usiekli Niezabitowskiego! zbili naszych pod Niżankowicami! — właśnie, jak gdyby się była wszczęła już jaka wojna domowa, a pod Niżankowicami była stoczona batalia. Tak to plotka wyleci wróblem, a wraca wołem. Krótko mówiąc, taki gwałt uczyniono, że aż warta musiała na Raus zawołać i werbel uderzono na bębnach. Długo ten tumult kupił się na ulicy, ale nareszcie ktoś wyszpiegował, żem wjechał do Reformatów i powiedział im. Oblegli klasztór, bijąc w bramę, niektórzy już włazili na mur, a ci pod bramą wołali: — Puśćcie nas, albo wydajcie Sanoczanina! puśćcie, albo bramę rozstrzaskamy w kawałki! Doleciał ten gwałt naszych uszu, kiedyśmy w celi rozmawiali z podkomorzym: aż nareszcie wpada jeden mnich zadyszany do nas, wołając:
— Klasztor szturmują! — Drugi wpada:
— Bramę chcą wysadzić! — Trzeci:
— Już na mury się drapią!
— Co tu począć? — rzecze podkomorzy zafrasowany do powystraszanych laików, pomiędzy którymi Gwardyan chodzi jak struty, i ustawicznie mruczy:
— Bo po jakich sto tysięcy.... Panie niedaj wymówić! najechałeś nas waszmość! krzyknie do mnie — czy to klasztór gospoda?.... potrzeba też jeszcze i nam zdrową głowę kłaść pod ewanielię!....
— Ba! żeby pod ewanielię! — odezwie się mnich inny — ale to klasztór zdemoliują! to nie żarty.
— Kamień na kamieniu niepozostanie! — mówi trzeci, a tu ciągle hałas się wzmaga, a brama aż trzeszczy pod uderzeniami i naciskiem. Więc kiedy mnie już zniecierpliwiło to kunktatorstwo i tchórzowstwo podkomorzego i mnichów, zerwę się i rzekę:
— Kiedy tak, to bądźcie waszmość zdrowi! mam chwała Bogu rękę zdrową i szablę niczego — pójdę! przebiję się w czyste pole? dobrze! a nie? to niechaj potém kroniki piszą, jako mnie Przemyślanie rozdarli za to, żem im konwojował chorego ich brata. — To rzekłszy, zmierzałem ku drzwiom, ale podkomorzy mnie uchwycił za wylot i rzekł:
— Dla Boga! nie idź waszmość, bo się jaki kryminał zrobi. Ja pójdę.
I poszedł; co tam gadał, jako mitygował wzburzoną tłuszczę, nie wiem, ale już zaledwie za trzy pacierze powrócił i to samoczwart. Trzech Przemyślaków, szlachty jako tako wyglądającéj, bo starszyzny, choć była w mieście, niebyło jednak w tym tumulcie, przyszło mnie zbliska pooglądać i wypytać się Niezabitowskiego, z jakiéj to okazyi go posiekano w Sanockiem i ażali ma jaką skargę na mnie? a wcisnął się był z tą deputacyą przez bramę i niejaki Mrozowicki, Starościc Stęgwilski, syn możnego domu z ziemi halickiéj, który był przypadkowo natenczas przejeżdżał przez Przemyśl; a wcisnął się był nie jako okrzyknięty poseł lub pełnomocnik od owego tumultu, jeno li z ciekawości, aby, bywszy świadkiem naocznym głośnéj potém burdy w Przemyślu i powróciwszy do swoich, mógł im dokładnie opowiedzieć, jako się ta rzecz miała istotnie. Ten Mrozowicki, wielkiéj duszy i dobréj fantazyi kawaler, choć to do niego nie należało, zaraz stanął po mojéj stronie i wiele mi się potém do zgody przyczynił; za co niech mu Pan Bóg da zdrowie! ba! umarł już, oho i kiedy, — więc Panie zaświeć nad jego duszą. Poznawszy się z téj okazyi z owym Mrozowickim, dobrą przyjaźń z nim zawiązałem, jeździłem nawet potém raz do niego w gościnę aż w ziemię halicką, bo mnie był wtedy zaprosił.
Ale na czémże ja to stanąłem?... A! otóż ci posłowie wypytawszy Niezabitowskiego o mnie i odebrawszy od niego na moją stronę najlepsze świadectwo, bowiem on mówił: — Nie tylko żadnéj zemsty z niego brać się niegodzi, ale jeszcze wielką wdzięczność winien mu będę do śmierci, bo mnie sekundował po kawalersku i konwojował z taką opieką, jak matka, a nawet jak się to pokazuje, i z niebezpieczeństwem. Więc nietylko was proszę abyście go zostawili w spokoju, ale nawet jak najsolenniéj oświadczam, że jako chory jestem, tak się z łoża wywlokę i własnemi piersiami go zasłonię; — przyszli do mnie i rozmawiali ze mną grzecznie i bez żadnego rankoru, a już oczewiście z tém przekonaniem, żem nic nie winien i że nie jestem tak srogim rozbójnikiem, za jakiego mnie owe Niżankowickie szaraki przed nimi opisali. Tylko mnie zawsze tego zapomnieć nie mogli i po kilka razy wspominali, żem grubo poczęstował owych dwóch szlachty czy tam popowiczów, którzy się mego wozu czepiali. A że to consilium z Niezabitowskim i ze mną trwało przeszło godzinę, więc i ów tumult trochę przychłódł w ferworze, jak to zwyczajnie każda taka ruchawka; jeszczeż jak do nich wyszło dwóch z tych, którzy byli w klasztorze i zapewnili ich, że nie ma o co się spierać i gwałtów wyrabiać, to pomruczawszy i pogroziwszy jeszcze, porozchodzili się wszyscy.
Kiedy już wszystko uspokoiło się za murami, poczęło się po jednemu więcéj szlachty wsuwać intra muros i do wnętrza klasztoru. Jaki taki ciekawy był mnie widzieć, bo niejeden słysząc tylko, że napadnięty od dwudziestu ludzi w Niżankowicach, wybiłem ich i uciekłem cało, wielkiego nabrał o mnie wyobrażenia, supponując we mnie jakiego Czarneckiego, albo jakiego ogromnego bohatera; co jeszcze tém większéj nabierało u nich prawdy, że słyszeli o mnie, żem się bił bardzo młodo w czasie różnych wojen, a Przemyślanie zawsze wielkie oczy robili na takich ludzi, bo bitwy zdaleka tylko widywali. Więc przybliżali się do mnie i rozmawiając, oglądali mnie ze wszech stron szepcąc sobie po kątach: — Twarda młodzież w téj ziemi Sanockiéj, szkoda tylko, że tak skora do bójki choćby i ze swojemi. Inni, niewiedząc zawsze jeszcze, że Niezabitowski w pojedynku raniony, mówili: — I że to u nich nic nie znaczy, ani ród, ani familia, na Starościca się porwali, jakby na zagonowego! — A trzeba wiedzieć, że w saméj rzeczy ród Niezabitowskich dobrą krew w sobie ma, i tęgich ludzi produkuje, o czém świadczy historya, mówiąc: że jeden Niezabitowski za króla Zygmunta, acz sam był mały wzrostem, tak wielkiego Chana tatarskiego z łuku ustrzelił, że kiedy około leżącego już Chana tego stanął, to mu z drugiéj strony, głowy nie było widać z za brzucha.
Pomału się też szlachta i rozgadała, i podkomorzy, jakto każdy jest zuch po batalii, rozweselił się dobrze i kazał Reformatom dać wina. Reformaci kazali wynieść całą beczkę, wiedząc dobrze, że za nią odbiorą dwie albo i trzy, a kiedyśmy tak z godzinę posiedzieli w refektarzu, bo nam w celi było za ciasno, tom już tak był z Przemyślakami, jakbym się z niemi był rodził. Oni też niebawem także mnie pokochali, a to tak samo gorąco, jak gorąco mnie przed godziną bić chcieli. Pijatyka i gawędka trwała aż do świtania, śród któréj ku zadziwieniu memu, przekonałem się, że w Przemyskiém tak samo piją, jak u nas. Na drugi dzień, oddawszy owe obiecane dwadzieścia dukatów Gwardyanowi na klasztór i osobno najętéj mszy świętéj wysłuchawszy, chciałem ruszać do domu, ale ani mnie mówić o tém nie dali. Całą hurmą musieliśmy konwojować Niezabitowskiego do domu, gdzieśmy parę dni wesoło się zabawiali; potém to ten, to ów zabierał mnie z sobą i woził po dworach, bo każdy mnie chciał mieć u siebie choćby na jednym obiedzie, a wszędzie mnie i moich ludzi tak karmili i poili, że mój Węgrzynek wciąż mnie namawiał, abym się niekwapił do domu, bo się tu konie dobrze wykarmią. Słuchałem Węgrzynka, chociaż dobrze wiedziałem, że hultajowi więcéj chodziło o własną gębę, niż o moje konie; więc zwiedziłem wiele dworów, wiele ludzi poznałem i wiele trwałych na potém powziąłem przyjaźni; spotkał mnie też tam i nie jeden niespodziewany honor, bom już był weszedł w modę w Przemyskiém i prezentowano mnie wielu znakomitym panom, a pomiędzy innemi JW. Cettnerowi, wojewodzie bełzkiemu, który tak bardzo się kochał w ogrodach, a mieszkiwał w Krakowie. Aż ledwie ku końcowi miesiąca listopada wyrwałem się z téj gościny — a kiedy w wigilię ś. Katarzyny powróciłem do domu, to tego dnia jeszcze przyjechał do mnie pachołek z listem zapraszającym na zrękowiny pana Żurowskiego z panną Błońską, które się odprawiły bardzo ozdobnie, a na których nakoniec pan Chorąży wniósł moje zdrowie kielichem Petercymentu.






Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł deprekacja – publiczne, uroczyste przeprosiny. Zob. także hasło deprekacja w Encyklopedii staropolskiej Z. Glogera
  2. Przypis własny Wikiźródeł eo instante – (łac.) nie zwlekając, natychmiast;
  3. Przypis własny Wikiźródeł ultimum momentum – (łac.) ostatnia chwila
  4. Przypis własny Wikiźródeł salvo honore cujusvis – (łac.) bez ujmy na honorze każdego (z was)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Kaczkowski.