Biesy/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Biesy
Podtytuł Powieść
Data wydania 1937
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Druk Drukarnia P. Mitręgi
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo)
Indeks stron
ROZDZIAŁ VII.

W pracowni Sprogisa i Lejtana panowała cisza. Gwałtownie następująca wiosna szalała na świecie, drażniąc i pobudzając aromatem okrywających się listowiem lip i brzóz, świergotem wróbli, basowym, niecierpliwym gruchaniem roznamiętnionych gołębi i śmiechem goniących po parku wychowanek Instytutu Carowej Elżbiety.
Wiosna wtargnęła tu przez okno i balkon snopami rozpryskujących się na szybach sąsiedniego domu promieni słońca, napływając na drgających falach powietrza, przepojonego szafirem pogodnego nieba.
Lejtan zjawiał się teraz do domu dopiero o północy. Spędzał całe dnie w Akademii, a wieczorami spotykał się z Manon lub razem z Paninem odbywał łódką dalekie wycieczki na malownicze wyspy, położone w szerokim rozlewisku potężnej Newy.
Sprogis nie wychodził prawie z domu. Malował z przejęciem i zaciętym uporem.
W metodzie jego pracy zaszły wielkie zmiany.
Zniknęły bez śladu dawna porywcza śmiałość i siła, ogień i polot burzliwy twórczości, przejmującej go zawsze dreszczem mistycznej rozkoszy.
Zmieniła się też zewnętrznie postać malarza. Nie był to już dawny Sprogis — wewnętrznie rozpromieniony podczas pracy, podniecony i żywiołowy, w głębi duszy rozradowany bezmiernie, niby wojownik w zgiełku i zwarze bitwy, niby trubadur, co pieśnią wzywa współzawodników na bój rozstrzygający.
Siedział teraz najczęściej skulony przed płótnem lub stał przygarbiony, z bolesnym skupieniem i trwogą w ponurych oczach, z twarzą bladą, wykrzywioną od stale go w ostatnich dniach nawiedzającego skurczu, który zmieniał do niepoznania lewą jej połowę, gdy prawa tymczasem pozostawała przerażająco nieruchomą, jak gdyby skamieniałą.
Ostrożnymi, skradającymi się i niepewnymi ruchami dotykał pędzlem obrazu, przyglądał się każdej plamie długo, z lękiem w oczach i z grymasem zwątpienia w kącikach mocno zwartych warg. Ścierał zamalowane już płaszczyzny, zeskrobywał farbę szpatlem i nożem, kładł nowe jej warstwy, porównywał, przyglądał się z różnych stron, a coraz wyraźniejszy lęk miotał mu się w źrenicach i zniewalał go do drażniącego pośpiechu. Każdy mięsień rąk Sprogisa, każdy nerw odczuwały ostro najsłabsze wrażenie, dochodzące do ośrodków mózgowych, dręczyły go czymś, co było najbardziej zbliżone do nieznośnie przeraźliwego krzyku, rozlegającego się znienacka. To, co niegdyś podlegało nakazom woli, teraz żyło w nim rozpętane, rozluźnione i rozdygotane. Wszystko jak gdyby znęcało się nad nim, nie dając mu chwili spokoju i przypominając natarczywie, że każde najsłabsze nawet dotknięcie pędzla musi być ścisłe i doskonałe.
W podświadomości Sprogisa tliła się myśl nieodstępna o ostatniej walce z Paninem, a jakiś głos podszeptywał mu, że jeżeli swym obrazem nie zwycięży rywala, stanie oko w oko z koniecznością nieuniknioną, której nie precyzował jeszcze, lecz wyczuwał ją zamierającym nagle sercem, skurczem mięśni, nieznośnym zawrotem i szumem w głowie.
Wtedy drżeć poczynał i zgrzytać zębami, niby raptem porwany paroksyzmem febry, miał żar w oczach, suchość i gorycz w ustach.
W rozpaczy niewysłowionej borykał się z tymi objawami, a resztkami posłusznej sobie woli zmuszał wyobraźnię i mięśnie do dalszej pracy.
Nie pokazywał jej jednak nikomu. Nawet Lejtan, powracający późno do domu, zastawał Sprogisa śpiącym już lub udającym uśpionego, a obraz jego był zawsze okryty płachtą i obwiązany mocnym sznurem.
Malarz obawiał się wszystkich i nie ufał nikomu.
Po tygodniu pracy przestał wychodzić z domu.
Obiad przynosiła mu z pobliskiej jadłodajni ospowata służąca, śniadania i kolacje przygotowywał sobie sam.
Rano, po wyjściu Lejtana, zamknąwszy drzwi na klucz, szedł do kuchni. Zaparzał sobie herbatę, gotował jajka i pośpiesznie powracał do pracowni, unikając spotkania z panią von Meck.
Po zajściu z nią, gdy powrócił pijany i wzburzony jakimś nagle zapadającym w nim postanowieniem, otrzymał list, którym pani Zenaida wymawiała mu mieszkanie. Napisał do niej kartkę, prosząc o odroczenie terminu, ponieważ w toku pracy nad odpowiedzialnym obrazem poszukiwanie innego pokoju uważał za wręcz katastrofalne dla siebie.
Żył nadal w nieprzerwanej ani na chwilę męce.
Szczególnie dręczyła go świadomość, że nie może ufać nawet Ernestowi.
Chwilami rozumiał, że przyczyną tego jest wzmocniona czymś przyjaźń Lejtana z Paninem, kiedy indziej znów zdumiewał się tej zaszłej w sobie zmianie stosunku do wypróbowanego druha i ziomka. Drażniło go, że Ernest jak gdyby nic nie spostrzegał i po dawnemu z zachwytem opowiadał mu o Paninie, powtarzając jego słowa i rozwodząc się nad głębią ideologii księcia, śmiał się ze wspólnych z nim przygód i awantur, lub śpiewał monotonne, do wycia wiatru stepowego podobne, stare pieśni taborów cygańskich.
Sprogis milczał wtedy lub patrzał surowo przed siebie, a na zaciętych wargach pełznął mu, niby wąż, uśmiech nieszczery i pogardliwy. I tego też, jak mu się zdawało, ani razu nie zauważył gadatliwy, bezbrzeżnie czymś rozradowany chłopak.
Pewnego razu malarz zadał Lejtanowi niespodziewane pytanie:
— Nic nie malujesz dla swoich sekciarzy, Erneście?
Student zaśmiał się i odpowiedział beztroskim głosem:
— Owszem, ale rzadko... mam dużo roboty w Akademii... Zresztą zrobiłem kilka kopii obrazów bizantyjskich i ilustracje do poematu Romana! Wiesz — bardzo mi się udały!
— To Panin na domiar wszystkiego kleci wiersze? — zdumiał się Sprogis, marszcząc brwi i usiłując włożyć w swe słowa odcień szyderstwa.
— Ach, cóż to za cudowny poemat o słońcu — źródle dobra i piękna! — zawołał Ernest. — Robię do niego miniatury, a Romek bardzo je chwali! Taki jestem dumny!... Taki...
Lejtan umilknął, nie znajdując słów na wyrażenie swych uczuć.
Sprogis opuścił głowę, aby nie zdradzić przed kolegą grymasu, gwałtownie wykrzywiającego mu twarz.
Nie podnosząc oczu, odezwał się syczącym głosem:
— Bacz tylko, aby Panin nie ukrył przed światem twej pracy gdzieś w kurzu za szafą... lub po prostu... nie spalił!
Znaczenie tych słów i zły, poszarpany nienawiścią ton głosu przyjaciela przeraziły i oburzyły Lejtana.
— Oszalałeś! — zawołał. — Co ci się stało, że śmiesz przypuszczać taką nikczemność ze strony Romana? Jest to wprost potworne! Nigdy nie byłbym cię o to posądził...
W zdenerwowaniu długo chodził po pokoju, a potem odszedł bez pożegnania.
Sprogis, mrużąc oczy i zaciskając szczęki, patrzał w ślad za nim zimnym, ciężkim wzrokiem. Zamknął drzwi na klucz i zerwał płótno, okrywające obraz.
Nie śmiał na razie podnieść oczu na swoją pracę, a gdy wreszcie spojrzał, nagła radość i jak gdyby namiętna nadzieja rozjaśniła mu wychudłą, ponurą twarz. Trwało to jednak krótką zaledwie chwilę, gdyż wnet lęk wyczołgał się ze zmarszczek na czole i wypełnił rozszerzone źrenice bezbarwnych oczu. Znowu niepewnym, chwiejnym ruchem nakładał malarz farby małymi płaszczyznami, ledwie dotykał pędzlem płótna, zdrapywał świeżą warstwę z bolesnym uśmiechem, szukał potrzebnego mu efektu, przyglądając mu się pod światło i z ubocza, z bliska i z daleka. Oddychał przy tym ciężko i chrapliwie.
Lejtan, wyszedłszy z domu, skierował się do pałacu Panina.
Był wzburzony do głębi. Nie mógł się uspokoić i zebrać myśli. Czuł, że w słowach Sprogisa brzmiało ostrzeżenie, którego nie zrozumiał, a bałby się dociekać jego prawdziwego znaczenia.
Odżyły w nim z całą siłą coraz natarczywsze i pełne trwogi nalegania Manon, aby zawczasu odsunął się od obu przyjaciół. Powtarzała mu to przy każdym spotkaniu.
Lejtan spostrzegał nieraz, że zdjęta obawą o niego, szła obok, nie słuchając jego opowiadań o życiu i pracy w Akademii. Wzruszała się za każdym razem, a nawet z jakimś pełnym cierpienia przerażeniem patrzyła na niego, gdy zaczynał snuć plany najbliższej przyszłości, która wydawała mu się taką jasną i prostą, jak szeroka, zalana słońcem droga.
Coś w głębi duszy doradzało mu teraz, aby nie iść do księcia, tymczasem namiętnie pragnął widzieć go, mówić z nim, aby rozwikłać niepokojącą zagadkę.
— Nie potrafię dziś panować nad sobą i wypaplam całe zajście z Wiliumsem, psując może nasz wzajemny stosunek — pomyślał w pewnej chwili.
Ucieszył się, ujrzawszy tramwaj, zdążający do Starej Wsi. Często bywał tam z Paninem, odwiedzając mieszkających w tej dzielnicy cyganów. Wolał zetknąć się z przyjacielem w towarzystwie, gdzie łatwiej by mu przyszło ukryć zdenerwowanie i wzmagający się niepokój. U cyganów nie zastał jednak Panina.
— Książę nie przyjeżdżał dzisiaj — oznajmił mu stary cygan, dyrygent chóru, i uśmiechając się chytrze dodał: — Może pan zaczeka na niego?
Ernest schwycił starca za rękę i ściskając mówił:
— Zatelefonujcie do niego i poproście, żeby tu przyjechał! Muszę się z nim zobaczyć koniecznie!
Księcia jednak nie było w domu. Lejtan postanowił zaczekać na niego w taborze, gdzie Panin ostatnimi czasy bywał codziennie.
Młody książę lubił spędzać wieczory u cyganów. Uprzejmie i chętnie przyjmowali oni hojnego, arystokratycznego gościa, od dawna zadomowionego w ich taborze. Przyjeżdżał i leżąc na tapczanie, pił herbatę i przemawiał do siedzących na kobiercu cyganów i cyganek. Mówił o słońcu życiodajnym i potędze jego wszechwpływu, o wyczuwanej przez ludzi mglistej tęsknocie do jedynej, symbolicznie utajonej w nim, a niewzruszonej prawdy, o porywach i wędrówkach dusz, dążących ku nieznanym szczytom, bez wytchnienia a bezwiednie poszukujących wyśnionej krainy szczęśliwości. Książę Roman lubił marzyć na głos przed tymi smagłymi śpiewakami i muzykantami; improwizować wdzięcznym, tęsknym głosem w obecności zwinnych tancerek o oczach, które na zawsze wchłonęły w siebie żar i blask słoneczny. Nie obchodzili go ci ludzie, prawie nie widział ich nawet, zaledwie wyczuwając obecność żywych istot, do których mówił chętniej niż do posągów z marmuru i brązu lub do szeleszczących liśćmi klonów w parku swego pałacyku.
Cyganie, wychodźcy z legendarnej krainy, do której nie było już powrotu, bo drogę do niej zatarły burzliwe dzieje ludzkości, — bezpańskie włóczęgi, ci bezdomni, owiani siwymi tradycjami, przepojeni zabobonem i prawem niezrównanej wolności, wrogiej tragicznie sztywnym kodeksom cywilizacji, te czarnookie kobiety o krwi skwarnej i niepohamowanej dumie istot, nie znoszących żadnych więzów i przymusu, rozumieli go po swojemu, lecz może najlepiej i najłatwiej.
„Książę Roma“, jak go nazywali pomiędzy sobą, nie był dla nich ani prorokiem ani geniuszem, uważali go za uosobienie wszystkich swoich zatajonych, mistycznych marzeń, w których pławiła się ich tęsknota bez jasnych dążeń i celów. Słuchali go z rozrzewieniem jak wyznawcy bliskiej ich sercu wiary i lubili za jego namiętne lub rzewne improwizacje, jak te złociste obłoki, topniejące w słonecznej mgiełce w godzinie pogodnego zachodu.
Do nich to wprowadził Panin czarnowłosego i ciemnookiego Lejtana. Wesoły, delikatny chłopak posiadał dużo naiwności, lecz miał za to szczere, czyste serce i piękny głos barytonowy. Tego wystarczyło, aby stał się „swoim“ człowiekiem w taborze, to znaczy, że miał wyznaczone miejsce na tapczanie i mógł przychodzić do starej willi, zajmowanej przez cyganów, o każdej porze dnia i nocy, wiedząc, że dostanie szklankę gorącej herbaty z konfiturami, obwarzanki z anyżem i kminkiem, i że cyganie powitają go życzliwie i serdecznie. Młody Łotysz, chociaż ani z charakteru ani z poczucia surowej protestanckiej moralności nie mógłby się zbratać z cyganami, pozbawionymi etyki uznanej przez świat cywilizowany, zbliżył się jednak do nich z całą szczerością i porywem, czując się w ich gronie nie tylko spokojnym, ale nawet szczęśliwym. Lubił też gwarzyć z Zarą, wnuczką starego dyrygenta.
Ognista tancerka i solistka stała się od roku gwiazdą cygańskich chórów. Siwe, rozczochrane staruchy, wróżąc z kart, przepowiadały jej błyskotliwą przyszłość, wywołując w pamięci dawne dzieje, gdy to dla śpiewaczki Nataszy zrujnował się pewien wielki książę i chciał się nawet z nią żenić, lub też opowiadały o słynnej Wari, obecnej małżonce „najjaśniejszego księcia“ Sałtykowa... Istotnie, już ten i ów z młodych arystokratów zaczynał zalecać się do czarnookiej, zwinnej jak wąż dziewczyny, zasypując ją kwiatami i drogimi upominkami. Tabor jednak strzegł jej jak źrenicy oka, chroniąc przed czyhającym na młodą krasawicę niebezpieczeństwem fałszywego, źle obmyślonego kroku.
W tym to właśnie okresie książę Panin przywiózł do Starej Wsi swego nowego przyjaciela, którego nazywał pieszczotliwie — „Promyczkiem“.
Roześmiany, szczery i rozśpiewany Ernest, wrażliwy na piękno dźwięku, barwy i formy, rozpromieniony pierwszą miłością, od razu podobał się Zarze.
Nie śmiała mu o tym powiedzieć, nie zamierzała nawet wyznać swego uczucia, lecz na jej młodej, wyrazistej twarzy można było czytać jak z otwartej księgi.
Cyganie w mig domyślili się prawdy i długo sprawę tę rozważali, obawiając się dramatu i niezadowolenia „księcia Romy“.
Dowiedziawszy się jednak od niego, że Lejtan kształci się na malarza i posiada talent, który z całą pewnością zabezpieczy mu dostatni byt, starcy pokiwali głowami i wydali wyrok:
— Jak los pokieruje, tak też się i stanie! Nie zawsze książę, choćby i najjaśniejszy, lepszym się okaże od utalentowanego człowieka bez szumnego tytułu. Niechże więc dziewczyna sama postanowi o swym życiu! Posiada wszystko, aby żeglować po szerokim morzu, ale bywa też i tak, że dziewczyna woli mieć cichą przystań...
Od pierwszego dnia znajomości z Lejtanem Zara postanowiła o swym losie, nie czekając na zezwolenie starszyzny. Urodziła się wszak wolną cyganką, a serce jej nie znosiło żadnych kajdan. Po drugim spotkaniu wybiegła za Lejtanem, pieszo powracającym wraz z księciem do miasta.
— Książę Roma pójdzie sobie naprzód, bo ja muszę pomówić z „Promyczkiem“! — zawołała rozkazującym głosem.
Gdy Panin śmiejąc się usłuchał jej, cyganka ujęła Lejtana pod ramię i przyciskając się do niego, spytała:
— Podobam ci się?
Zajrzała mu w oczy tak gorącym spojrzeniem, że aż spłonął cały, lecz milczał.
— Podobam ci się? — powtórzyła prawie groźnie.
Lejtan wziął ją za rękę, a dziewczyna przytuliła się do niego, omdlewająca, pełna oczekiwania. Nie wiedział na razie, co ma jej powiedzieć. Wreszcie rzekł cichym głosem:
— Bardzo lubię ciebie, Zaro...
— Lubić można kotki, konie, nie kobietę, która kocha! — wybuchnęła i odeszła od niego, ponuro patrząc w ziemię.
— Posłuchaj mnie i nie obrażaj się — szepnął. — Kocham inną, a stała się ona dla mnie wszystkim, bo bez niej nie mógłbym już żyć...
— Kocha ciebie? — spytała podnosząc na niego oczy.
— Nie wiem... Jeszcze nic mówiłem z nią o tym... — szepnął.
Powracali w milczeniu przez całą drogę aż do taboru. Gdy żegnał ją, ujęła go za głowę i długo całowała po oczach mówiąc:
— Rzucam kwiaty na trumnę swej miłości... Zdawało mi się, że inne, nie cygańskie sądzone mi życie. Widać ciąży na nas — cygankach przekleństwo nędzy lub rozpusty...
Pozostali jednak w przyjaźni.
Dowiedziawszy się, że Lejtan przyszedł i oczekuje na przybycie księcia, Zara pospieszyła do niego. Dziewczyna spostrzegła smutek w jego oczach i zaczęła wypytywać chłopaka. Opowiedział jej o zachowaniu się Sprogisa i jego słowach, które wzbudziły w nim bezprzyczynną może, lecz dręczącą go trwogę.
Siedziała zamyślona i przejęta troską Lejtana. Po długim milczeniu rzekła:
— Ktoś z nich dwóch jest złym człowiekiem...
Lejtan zerwał się na równe nogi i zawołał z nowym oburzeniem:
— To niemożliwe! Obaj są najlepszymi na świecie ludźmi!
Nic nie odpowiedziała na razie, lecz po chwili szepnęła:
— Nie znam Sprogisa, nigdy go nie widziałam, nie mogę go sobie nawet wyobrazić... Za to znam Romeczka... Zdziwiło mnie to, że zaprzyjaźniłeś się z nim... Tacy różni, nie podobni jesteście do siebie!... Potem zrozumiałam i uspokoiłam się... Przypadkowe łączą was więzy przyjaźni... i skończy się wszystko tak jak się zaczęło... od razu, w jednej chwili...
— Nie lubisz Romka? — wylękłym szeptem spytał Lejtan, jak gdyby wymawiając jakieś bluźnierstwo.
— Ależ przeciwnie — lubię! Miły to chłopak, tylko uważam go za jałowy, bezpłodny kwiat... Sypie ziarna na ziemię, lecz wyrosnąć z nich nic nie może, bo nic w nich nie ma... Piękny kwiat i piękne puste słowa, którymi się sam upaja najwięcej, chcąc usprawiedliwić bezużyteczność swego życia!
— Zaro! Zaro! — szeptał coraz bardziej przerażony Ernest. — Książę jest wielkim artystą!...
Uśmiechnęła się i wzruszając ramionami odparła:
— Takim się urodził, nie może nim nie być, jak słowik nie potrafi nie śpiewać... Zresztą — w jego życiu sztuka nie jest potrzebą duszy... On wsłuchuje się w siebie, żyje wyłącznie dla siebie samego...
— Panin zadziwia wszystkich i pociąga swoją mądrością... — bronił Lejtan przyjaciela.
— Mój dziadek powiada o nim tak: „Słucham księcia z lubością, bo słowa jego są tak piękne jak nasze pieśni o zapomnianej, utraconej ojczyźnie, o szczęściu i wolności. Posłuchać, powzdychać i czym prędzej — zapomnieć, bo inaczej — taka tęsknota i szarzyzna opadnie, że pozostaje tylko stryczek na szyi zaciągnąć! Niechby lepiej rozpowiadał o swojej Prawdzie, o duchu i słońcu takim, jak sam, — bogaczom, hrabiom i książętom a nie nam, ciężko i głupio dla nich pracującym! Nam niechby raczej dał chleba, dobre mieszkanie, pieniądze i równość, żeby policja nie śmiała żądać od nas łapówek, żeby książęta i bogaci kupcy nie mieli prawa nazywać nas „przeklętym zielskiem“ i brudnymi łapami bezkarnie obejmować nasze żony i córki!... Gdyby nam dał to, co jest niezbędne do życia, — posłuchalibyśmy inaczej jego bajeczek o dążeniu na szczyt promiennej góry, którą nazywa Elbordż!“
Zara zaśmiała się z lekką ironią i dodała:
— Ty — to całkiem inny jesteś, Promyczku! Ty urodziłeś się takim, co to za wszystko, co dobre i złe, płaci swoim potem i krwią!
Słuchał jej uważnie, a coś, co było dlań przedtem niejasnym, stawało się coraz bardziej zrozumiałym i niezwykle prostym. Skinął głową wesoło i rzekł:
— To prawda, że nic mi się łatwo nie daje... ale za to co się da — to już moje!
Nie mówili już o tym więcej, chociaż Lejtan długo jeszcze nie mógł wyjść z podziwu, w jaki to sposób — niepiśmienny, dziki cygan — dziad Zary — wypowiedział te same myśli, jakie cisnął w oczy Paninowi znakomity pisarz i niepośledni myśliciel — Wiktor Mujżel.
Przeszli na oszkloną werandę, gdzie podano herbatę. Zgromadził się cały chór. Opowiadano sobie o wypadkach, zdarzających się w kabaretach, i o jakichś nowych gościach, odwiedzających zamiejską restaurację „Samarkand“. Szeptem powtórzono Lejtanowi poufną wiadomość, że policja śledzi uważnie nieznanych na bruku petersburskim panów, rzucających na zabawę i pijatykę bajeczne sumy.
Lejtan nie słuchał, zatopiony w myślach. Nagle stanął mu przed oczyma surowy, jakiś bezbarwny Sprogis o zaciśniętych szczękach i ostrym, badawczym spojrzeniu, a tuż przy nim — wysmukły, niby utkany z łagodnych promieni słońca, zawsze dobrotliwy i piękny książę Roman ze złotymi iskierkami w głębokich, szafirowych oczach.
Któryż z nich jest dobry, a który — zły?...
Wiliumsa znał przecież od dzieciństwa. Wiedział, że jest to człowiek twardy, uparty, pełen poczucia swych sił; każde słowo i każdy czyn jego wydawał się jak gdyby wykutym z kamienia, lecz poza surowością zewnętrzną i wściekłą chwilami ambicją i nieufnością — w piersi Sprogisa biło serce, zdolne do dobroci i poświęceń. Nie — Wiliums nie mógł być złym człowiekiem!
Nie śmiał pomyśleć też tego o Paninie. Zachwycał się nim, podziwiał i lubił za tę jego ujmującą równość charakteru, za spokój, dobrotliwą, wielkopańską wyrozumiałość i tę zdolność do niespodzianego, błyskotliwego, genialnego niemal uniesienia. Po raz pierwszy w życiu spotykał podobnego człowieka, bezkrytycznie rozkochał się w nim, a stawszy się w jakiś zdumiewająco łatwy i naturalny sposób jego przyjacielem, z dniem każdym zamieniał się w coraz bardziej oddanego i wiernego wielbiciela, co już ostatecznie pozbawiało go wszelkiej zdolności do krytyki.
Teraz pod wrażeniem niezrozumiałego ostrzeżenia Sprogisa, zagadkowych powiedzeń Manon i słów Zary musiał się przyznać samemu sobie, że bądź co bądź wcale nie znał swego arystokratycznego przyjaciela.
Gdy odtwarzał w pamięci długie godziny spędzone z nim, odżyły nagle różne, prawie zatarte już w pamięci wrażenia. Uświadomił sobie z dziwną wyrazistością, że Sprogis niezmiernie interesuje księcia Romana, a przejęcie się jego osobą przybiera niekiedy cechy jakiejś trwogi i zaniepokojenia. Panin często wypytywał Lejtana o życie Wiliumsa, o jego nastroje, zamiary i plany na przyszłość, o obrazy, które kiedykolwiek bądź namalował surowy Łotysz, o jego upodobania i nawyknienia, wreszcie o to, co myślał i mówił o nim samym zwyciężony przez niego malarz.
Lejtan przypomniał sobie pewien wieczór, gdy książę z jakąś szumną afektacją i zachwytem oceniał talent Sprogisa i żalił się, że jest on zbyt przyziemny, nieczuły na drgające w atmosferze poszepty wszechświata i jak gdyby całkowicie pozbawiony chrześcijańskiego idealizmu, oderwanego od tego padołu udręki.
Te utyskiwania i żale Romana Ernest brał tylko za dowód dobrego serca i przyjaźni, lecz teraz obudzony zmysł krytyczny nadawał wszystkiemu jakieś zagadkowe, niepokojące oświetlenie. Lejtan widział w tym coś przerażającego, złowróżbnego i starał się czym prędzej odpędzić od siebie natrętne, sprawiające mu przykrość myśli.
Tego wieczora Lejtan nie doczekał się księcia i po rozmowie z Zarą świadomie począł unikać Panina usiłując nawiązać dawny, bliski stosunek z Wiliumsem.
Sprogis jednak zimnym wzrokiem spoglądał na przyjaciela, którego uważał już za zdrajcę a chwilami nawet za wroga.
— Wiliumsie — rzekł pewnego razu Lejtan — chciałbym ci powierzyć pewną wielką tajemnicę... a raczej zmianę, która ma wkrótce nastąpić w moim życiu...
— Mów, jeżeli sprawi ci to przyjemność... — odparł malarz z odcieniem niecierpliwości w głosie. — Dziwi mię jednak, skąd znów u ciebie nagła potrzeba do jakichś zwierzeń?
Lejtan zaniechał dalszych prób naprawy tak nagle urywającej się przyjaźni, więc mruknął tylko, jak gdyby do siebie:
— Przeżyliśmy wspólnie niejedną ciężką chwilę...
Wiliums wzruszył ramionami i zapalając papierosa odparł:
— Ale teraz nie przeżywamy nic, co by nas łączyło, chociażby na platformie głodu...
Wybuchnął złym, przykrym śmiechem. Student odczuł to tak jak gdyby go Sprogis spoliczkował. Za poradą Manon wyprowadził się niebawem z mieszkania pani von Meck i wynajął sobie na całe lato duży pokój z oszkloną werandą w Starej Wsi.
Urządził się tanio i praktycznie, bo musiał przez lato namalować kilka szkiców z natury, profesor zaś doradzał, aby uwzględnił przede wszystkim okolice stolicy. Zara z cygankami pomagała Ernestowi w przestawianiu mebli, wypakowaniu walizek i trzcinowego kosza, a potem kwiatami przyozdobiła nową pracownię.
Panin dowiedziawszy się od Cyganów o rozluźnieniu stosunków pomiędzy starymi przyjaciółmi, natychmiast przyjechał do Ernesta rozpromieniony i niezwykle czuły. Siedział u niego przez cały dzień, pomagał rozwieszać szkice na ścianach i własnoręcznie udrapował drzwi na werandę piękną kotarą, przywiezioną z pałacu. Od tego czasu wpadał po kilka razy dziennie, wyciągał Lejtana na spacery, woził na regaty i wyścigi, zabierając studentowi dużo czasu, przeszkadzając mu w pracy i uniemożliwiając rzadkie, a tak bardzo upragnione przez niego spotkania z Manon.
Wreszcie pewnego wieczora czując się dziwnie podnieconym i rozdrażnionym Lejtan wręcz zapytał księcia:
— Powiedz mi, Romku, szczerze, a ja ci też szczerze odpowiem na wszelkie twoje pytania! Dlaczego w ostatnich czasach zbliżyłeś się do mnie? Mój Boże, rozumiem przecież tę ogromną przestrzeń, która dzieli nasze światy wewnętrzne! Jesteś arystokratą do szpiku kości, estetą, prawie niedoścignionym dla mnie, genialnym artystą, człowiekiem bogatym, wykształconym wszechstronnie, starannie wychowanym. Tymczasem — ja? Czym może ci imponować taki wyrobnik jak ja, syn łotewskiego pastora, początkujący malarz, student jeszcze, mało uczony i zupełnie niewychowany?! Zastanawia mnie to i zdumiewa nieraz...
Książę podniósł oczy na mówiącego i długo przyglądał się Lejtanowi, zupełnie tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy dojrzał go, leżącego pod cuchnącym kocem w izbie starej szopy. Po chwili jednak na twarzy jego zjawił się zwykły, dobrotliwy uśmiech. Dźwięcznym i pieszczotliwym głosem odpowiedział:
— Pragnę ugruntować w tobie żądzę nieziemskiej Prawdy i najwyższego piękna!
Lejtan już otrzeźwiony i zrzucający z siebie niepojęty urok Panina spojrzał na księcia. Setki razy widział na jego twarzy ten sam stereotypowy wyraz, gdy wygłaszał swoje poglądy.
— Człowiek, mówiący zawsze jednakowym głosem i mający ten sam zdawkowy uśmiech promienisto-łagodny, nie może odczuwać podniecenia — pomyślał student i uświadomił sobie natychmiast, że gniew wzbiera mu w piersi.
Wciągnął powietrze całą siłą płuc i odparł spode łba patrząc na księcia:
— Myślałem nad tym, coś mi już tyle razy powtarzał, Romanie... Zapytuję cię, czy nie jest to sybarytyzm a nawet zbrodnia socjalna marzyć i innych skłaniać do szukania mglistej Prawdy i jeszcze bardziej dalekiego i niezrozumiałego Piękna, gdy na ziemi jest tak ponuro, ubogo, a dokoła szaleje nieprawość, rodząca zbrodnię, i szerzą się zbrodnie, — dające początek nowej nieprawości? O ty, książę, ty nie znasz życia, które poci się, cuchnie, jęczy, łka i przeklina, tuż poza murami twego pałacu!
Panin słuchał go uważnie. W szafirowych oczach jego migotały iskierki ni to gniewu, ni to przerażenia. Po długim milczeniu zaśmiał się cicho, melodyjnie, jak kobieta i szepnął:
— Nie mam istotnie nic wspólnego z tym, o czym przed chwilą mówiłeś, mój mały Erneście! Nie mam i nie chcę mieć, gdyż jestem wybrańcem. Jednym z milionów!... Któż mi jednak zabronić może marzyć o tym, co jest dla mnie najpiękniejszym? Czyż, według ciebie, Caruso, Battistini, Didur, Szaliapin lub inni znakomici śpiewacy powinni umilknąć na całe życie dlatego, że na świecie istnieją niemowy i głusi od urodzenia? Należy budować świat, opierając się na najwyższym typie ludzkim, a nie tak jak ty i Sprogis chcecie — na najniższym, najgorszym, niemal upośledzonym!
Lejtan nic nie odpowiedział, lecz ponury wzrok i blada, niespokojna twarz jego świadczyły, że nie zgadzał się z wywodami przyjaciela. Panin zrozumiał to i spochmurniał. Po chwili jednak podszedł do Ernesta i obejmując go szepnął:
— Są też i inne powody, zmuszające mnie do zbliżenia się z tobą... Wyczuwam w tym coś dziwnego, chwilami coś z mistyki... Dowiedziawszy się o waszej nędzy i poczuwając się niejako do winy zamierzałem dopomóc Sprogisowi, lecz on odtrącił mnie, a z jego słów i postępowania wywnioskowałem, że, choć w porywie jakiegoś dziwnego uwielbienia całował mnie po rękach, mam w nim nieprzejednanego nigdy wroga... Czuję to wprost przez skórę! Jednak — dziwna rzecz... Ujrzawszy ciebie po raz pierwszy w tym strasznym barłogu, uświadomiłem sobie nagle, że to nie Sprogis, lecz właśnie ty odegrasz w mym życiu rolę... nie wiem, jak ją określić, ale... w każdym razie rozstrzygającą... i straszną...
— Ja?! — zawołał Ernest, ze zdumieniem patrząc na pobladłą raptownie twarz księcia.
Panin w milczeniu skinął głową i jął puszczać kółka dymu.
Siedzieli długo, przyglądając się sobie z jakimś zupełnie nowym zaciekawieniem.
Napięcie ich uwagi i myśli doszło do takiego stanu, że pomiędzy nimi wytworzyło się coś na kształt pola magnetycznego, które pozwalało im rozumieć się bez słów i gestów.
Lejtan uświadomił sobie, że Panin istotnie odczuwa przed nim utajony strach. Książę natomiast nie widział w Lejtanie nic takiego, co by ten strach usprawiedliwiało, lecz też nic, co by go rozwiało ostatecznie.
Wkładając palto Panin rzekł cichym, smutnym głosem:
— Miałem nadzieję, że nie wyzwolicie się z mych sieci słonecznych... Tymczasem — instynktownie czuję, że Sprogis odszedł ode mnie na zawsze... a teraz i ty, mój mały Erneście... podnosisz bunt. O, wy za słabi jesteście i za tchórzliwi, aby cisnąć rękawicę utartym teoriom proletariatu ducha! Nie będę się wam narzucał, lecz proszę nie odmówcie i odwiedźcie mnie w pierwszym dniu wystawy... chciałbym zapoznać was z mymi rodzicami i ich towarzystwem, które może się wam jako malarzom przydać... Są to ludzie majętni, znawcy sztuki, którzy chętnie przez sam snobizm patronują artystom...
— Dziękuję i... obiecuję! — rzekł zmieszany i zasmucony Lejtan. — Obawiam się, żeś mnie źle zrozumiał, Romanie... no i Wiliumsa też... Wiesz przecież, że bardzo cię lubię, lecz teraz mam dużo pracy w Akademii i w domu, poza tym... Zresztą zawsze rad będę, gdy przyjdziesz do mnie na pogawędkę... wierzaj mi!
Uścisnęli sobie ręce i wkrótce się rozstali.
Lejtan przez kilka dni chodził jak struty.
Zdawało mu się, że śmiertelnie skrzywdził i obraził księcia i że okazał się niesprawiedliwym i niewdzięcznym. Częściej teraz odwiedzał Sprogisa, lecz nie powiedział mu nic o tym, co zaszło pomiędzy nim a Paninem.
Naradzał się z Wiliumsem o różnych sprawach, opowiadał o swych zamiarach artystycznych na przyszłość, gdy się dostanie do pracowni, z której już miał wyjść jako skończony malarz. Sprogis chętnie udzielał mu rad, lecz na wszelkie projekty przyjaciela odpowiadał milczeniem, a na twarzy jego Ernest spostrzegał dziwnie ostry, to znów zastygły, nieprzenikniony wyraz.
Malarz mówił jak gdyby z wielkim wysiłkiem, po czym natychmiast zapadał w stan zobojętnienia lub pogrążał się w swoich wewnętrznych, dla nikogo niedostępnych przeżyciach.
Coraz większy niepokój ogarniał Lejtana. Nie wiedział, czym by mógł dopomóc przyjacielowi, jak wyrwać go z ciężkiej choroby, która trawiła go niezawodnie, pogłębiając się z dniem każdym.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.