Bielany. W poniedziałek Zielonych Świąt

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tomasz Kajetan Węgierski
Tytuł Bielany
W poniedziałek Zielonych Świąt
Pochodzenie Pisma wierszem i prozą Kajetana Węgierskiego
Wydawca Księgarnia F. H. Richtera
Data wydania 1888
Drukarz F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Indeks stron
BIELANY.
W poniedziałek Zielonych Świąt.

Cóż za traf niespodziany
Dziś nie jechać na Bielany!
Nie módz dostać z cudzej łaski
Choć o dwóch kolach kolaski!
Niebędę wdzieczen nikomu
Tylko tobie, co w swym domu,
Pozwoliłeś tej wygody,
Patrzeć bez żadnej przeszkody,
Na te różne ludzi stany,
Co to lecą na przemiany,
To w powozach, to piechoto
A wszyscy z wielką ochotą.
Otoż to pędzi w zawody
Nasz Pan Kleant, Panicz młody,
Siedząc w Warszawie czas długi,
Dla Nimf tutejszych przysługi,
Złorzeczy na wyrok Boski
Że się śmierci niemoże doczekać Ojcowskiéj.
Szulery go zgrali w karty
Z fantów od krupierek zdarty.
Lichwiarz zaś tak niełaskawy
Niepożycza bez zastawy;
Dwa ostatnie wziął mu fraki,
Że dał konia i kulbaki.
A to co się znowu dzieje!
Młódź nasza widzę szaleje.
Niewidziałem tej rozpusty,
Żeby Panny na odpusty,
Jechać miały bez straży Ojca, Ciotki, Matki,
Lub czułej jakiej mężatki.

Żal mi was panny kochane
Jesteście nierozeznane.
Ta zgraja bystrej młodzieży
Co za wami wszędzie bieży
Są to pstokrate motyle,
Lubią kwiatki, lecz na chwilę.
Darmo kokietujesz Basiu,
Próżno nastawiasz się Kasiu,
I ty z nasiekaną buzią
Nieułowisz chłopca Rózio!
Oto jedzie Maryś z brzuszkiem,
Darmo zakrywa fartuszkiem,
Ani rogówka szeroka
Od bystrego schroni oka.
Tobie tłusty Bucefale
Nieprzeszkadzają rywale
Jedziesz sam na sam z swą Florą,
Lecz mnie na to złości biorą,
Że pod płaszczem przyjaciela,
Ma ktoś z ciebie zwodziciela.
Owoż ta przy srogiej cnocie,
Na wsi schowana w prostocie,
Już Adonisa złapała,
I co gadać nieumiała,
Sam widziałem jak na migi,
Wiodła miłosne intrygi.
Mąż zaś, aby był zawsze dobrej o niej wiary,
Kolorowe mu na nos wdziała okulary.
Patrzy na wszystko bez trwogi,
Jakbym przysiągł że ma rogi.
Przykładne, czyste dziewice,
Rodzoniutyńkie siostrzyce,
Idźcie pobożne dewotki!

Od was mamy wszystkie plotki,
Przed waszém świętém obliczem
Żaden się nieskryje z niczem.
Co za klauzurą w klasztorze,
Co w domu, lub wielkim dworze,
Co w pokątnej kamienicy
Robią ciszkiem kanonicy,
Co mężatki, co mężowie,
Wszystko wasz język opowie,
Jesteście czasem łaskawe
Sprawujecie nam zabawę,
Pewne przez wyrok niebios będąc o swój wieniec,
Że się nań nie pokusi swywolny młodzieniec.
Hej waleczny wojowniku!
Walisz na siwym koniku,
Dobrze mieć u Panów względy
Gładko idą facyendy,
Coś niedawno był gołota,
Świeci sio w kieszeni złoto.
Najlepszy zysk początkowy
Który poszedł od Montowy,
Niezbaczaj z drogi poczciwéj,
Przez żonę będziesz szczęśliwy.
Życzę chciwym handlarzom towar schować wszelki,
A nadewszystko wino z czarnemi butelki.
Jedzie Mars w ludzkiej postaci.
Zje, wypije, niezapłaci,
Przez sani kredyt tylko żyje,
Kto niewierzy, tego bije,
Świadkiem z Jeziorną jest Wola,
Kędy zbroczył suche pola,
Szczęście, że niekrwawym sztychem,
Ale rzęsistym kielichem.

Coś przyrzekał swoje względy,
Chronisz się odemnie wszędy,
Jedź dobrodzieju szczęśliwy
Nie będę ci natarczywy.
Cierpliwie me losy znoszę,
O nic nikogo nie proszę,
Wszakżeś bywał w moim domu
Niekłaniałem się nikomu,
Kontent zawsze z mojej doli
To mię tylko nieco boli,
Że ledwo coś urosł krokiem,
Hardym na mnie patrzysz okiem,
Jak traf podniósł, tak traf może
Strącić cię, strzeż się nieboże!
Wszystkich zgoła asystencie,
W wesołej minie natręcie,
Pełno cię jak widzę wszędy
Masz swe i u kobiet względy,
Jesz i pijesz trunek wszelki,
A nie kupisz swej butelki,
To mi rozum i to mi głowa,
Cudzym żyje, swoje chowa.
Wieź żonkę mężu łaskawy
Dla dziarskich chłopców zabawy,
Tylko cię skóra a kości
Takeś usechł ze zazdrości,
Na cóż oszalałeś człeku
Wsześćdziesiątym będąc wieku,
Piętnastoletnią dziewicę
Wziąć ci za oblubienicę! —
Co za tłok nieprzeliczony
Z każdej widzę leci strony:
Lichwiarze z dużemi nosy,

Z dziewczęty gołe młokosy,
Wojciechowa z swą drużyną,
Z mostu panny z Podczaszyną,
I ta w poszóstnej karecie
Co mieksza na Nowym Świecie,
Co zdarł innych, sam wyzuty
Z wszystkiego, jedzie z bankruty.
I dowcipni intryganci,
Cudzej fortuny liwranci
Alchemik co robi złoto[1]
Z jakimże siedzi niecnotą!
Gonią swe żonki Rogale,
A za niemi tuż rywale.
Co niedawno byłeś goły
Jedziesz strojny i wesoły,
Cnota też twa wszędzie słynie,
Żeś jest wdzięczen Starościnie,
To rzecz prawie niepodobna
Żeby każdego z osobna,
Można widzieć, już mi oczy
Kurz wygryzł, a dzień się mroczy.
Idźmy — jednak z tej podróży
Lichwiarz szczęście sobie wróży.





Przypisy

  1. Czy Cagliostro? Był w Warszawie 1780. Uciekł 27 Czerwca.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tomasz Kajetan Węgierski.