Biały książę/Tom III/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Biały książę
Podtytuł Czasy Ludwika Węgierskiego
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron



VII.


Gdy pod Gniewkowem Jaśko Kmita z Bartkiem z Więcburka zadali klęskę tak wielką Białemu księciu — wieść o niej rozchodząca się po wielkiej polsce, właśnie w chwili, gdy ziemianie i dygnitarze ze zjazdu w Koszycach wracali — poruszyła zarówno umysły jak nowiny, które z Węgier przyszły...
Dersław Nałęcz, zawsze niby bezczynny pustelnik siedzący w swej wielkiej wsi[1] na uboczu, a wiedzący lepiej od innych co się na świecie działo — zabierał się jechać do Poznania.
Z tego co do niego doszło zdala i głucho, miarkował że wielkopolanie nie zyskali w Koszycach czego chcieli, że tam, jak zawsze krakowscy panowie, Topory i Leliwy, Zawisza z Kurozwęk z ojcem i bratem, wyrobili co chcieli, a wielkopolan do milczenia zmusili...
Tyle tylko wnosił z opowiadań, a chciał wiedzieć więcej... Stary więc, mimo pochmurnego dnia już konia sobie podawać kazał i — zabierał się nań siadać, gdy nędzny wóz chłopski parą konikami ciągniony wtoczył się na podwórze, postał nieco u bramy, a potem skierował ku dworowi.
Na wozie wysłanym sianem, nikogo siedzącego widać nie było — stał więc Dersław czekając nań, gdy konie przyciągnęły wreście furę i z niej podniosła się blada, obwiązana szmatami głowa Lasoty...
Dersław aż krzyknął z podziwu, a na krzyk ten wnet jego niewiasty z domu wybiegły — na wozie leżał okryty siermięgą, okrwawiony biedny Nałęcz...
— Z pod Gniewkowa! krzyknął Dersław załamując ręce...
— Ledwie żyw — odparł Lasota. Chciałem się tu zwlec, abyście mi choć pogrzeb chrześciański sprawili.
Dersław się odwrócił wołając.
— Hej — słać po babę, po Truchlicę, i po owczarza! Oni mu radę dadzą.
I przystąpiwszy do wozu pytać zaczął po wojskowemu.
— Ucięli ci rękę albo nogę? Nie — chwalić Boga! Wnętrzności całe? Głowę pokaż?.. Kość nie przerąbana... Ran dużo ale mięsnych... Krew się odrobi...
Zajął się zaraz gorąco.
— Na ręce go wziąć i na posłanie moje... krzyczał...
Truchlicę choć za włosy mi ciągnąć, aby z zielem tu bywała — a raźno!
Gdy Lasotę ludzie podnieśli, choć zęby ścinał, krzyk mu się wyrwał. Niewiasty zawtórowały jękiem.
— Wstydź się! zawołał Dersław.
Co ból znaczy, gdy człowiek w sobie serce ma? Śmiej się? Będziesz zdrów jak ryba.
Truchlica ma zioła co goją choćby ogień był w ranie.
A dawajcie Truchlicę...
Może lepiej niż zioła baby, podziałały na Lasotę, piękne łzawe oczy Piotruszy, która z matką za chorym poszła...
Dersław konia odprawił i został przy Lasocie, po męzku się nim zajmując.
Gdy Truchlica oglądała rany i okładała je a lepiła, ów opowiadał jak niegdyś posiekany leczył się i wylizał dzięki temu — (wedle jego przekonania) że miał rozum, bo jadł i pił ciągle a nie dał życiu w sobie zagasnąć.
Wnet krupnik kazał warzyć tłusto dla Lasoty — a tak był pewien, że z pomocą Truchlicy, owczarza i krupników zdrowie rychło powróci, iż chciał czekać z podróżą do Poznania, ażby się Nałęcz dźwignął.
Być może, iż zawsze podejrzewając powinowatego i Piotruszę o serdeczniejszy niż go sobie życzył stosunek, wolałby był chorego z niewiastami samemi nie porzucać.
A tu znowu sprawa ogólna na sercu mu leżała.
Z Lasoty dobywszy co tylko on wiedział o księciu i jak o nim sądził, dłuższy czas z nim spędziwszy — Dersław zawyrokował.
— Na tego Piasta—znoska niema się co nam oglądać — darmo! Trzeba się wyrzec wszelakiej myśli o nim. Sprzeciwiałem się temu, gdy Przedpełk, Szczepan z Trląga i Wyszota powróciwszy zawyrokowali o nim, że z niego nic nie wyrośnie — myślałem że wprost podrażnił ich i źli nań byli — ale teraz widzę, że to duda jest, w którą dąć potrzeba nieustannie, aby jaki taki głos wydała.
Więc precz z tymi dudami! niech się na nią nie oglądają nasi — trzeba Ziemowita Mazura uprosić... Ci wiedzą czego chcą i dokąd idą...
Właśnie z tem postanowieniem pilno było na zjazd Dersławowi — lecz że do Poznania się, czekając na wyzdrowienie Lasoty, opóźnił — a niechętni królowi mieli się zebrać na obrady w Gnieźnie — tam i stary pospieszył.
Nie był na zjeździe w Koszycach na Węgrzech, i mało co wiedział o skutkach jego, chciał się i o tem dowiedzieć i wnieść, aby się już Białego a na nim pokładanych, wyrzeczono nadziei.
Gniezno wybrali sobie wielkopolscy malkontenci dlatego może, iż tam i najliczniejszy ich zjazd mógł przejść niepostrzeżony, bo go bodaj niedziela, święto i pobożność usprawiedliwiały.
Zaleciwszy więc żonie aby na Truchlicę zdała pilność około chorego, a Piotruszy do niego na straż nie posyłała — z dodatkiem, że młody, choć posiekany niebezpieczny... Dersław podjadłszy dobrze, napiwszy się i przeżegnawszy do Gniezna wyruszył.
Znalazł tam już ludzi znacznych wielką gromadę i niemal wszystkich tych, którzy z Węgier powracali. Ponieważ na zamku arcybiskupim, ani w żadnym gmachu widoczniejszym, nie mogli się zebrać przybyli, musiano obradować w szopie...
Jedną z nich przy gospodzie obszerną, oczyszczono z wozów i śmiecia, tatarkiem wysypano i jedlinką, poustawiano stoły i ławy, podesłano słomę pod nogi, i — niewymyślne rycerstwo ówczesne jakby w najwykwintniejszych gmachach — znajdowało się pomieszczonem wygodnie...
Krom tych, którzy stronę króla i starej królowej trzymali, a z krakowianami byli związani, znalazło się tu prawie wszystko co wielkopolska miała najdostojniejszego...
Nałęczów szczególniej, rozrodzonych bujnie, było mnogo.
Duchowieństwo też z różnych stron licznie się zjechało.
Domagano się naprzód od tych co w Koszycach byli, aby o przebiegu sprawy z królem Ludwikiem dali wiadomość.
Wieść już była tu doszła że król naprzód, nie mając męzkiego następcy po sobie żądał, aby się Polacy zgodzili na przyjęcie za królowę, córki Katarzyny — przeciwko czemu opór był wielki. Tymczasem Katarzyna zmarła i po niej znowu na Marję przelać chciał król jej prawa...
Z tych co z Koszyc powracali, za najwymówniejszego uchodził Pobożanin imieniem Spytek, na którego też zakrzyczano zaraz aby głos zabrał, może dlatego że, choć mąż był poważny i słowa łatwego, mawiał tak zawsze wesoło o największych sprawach, że raczej do śmiechu niż do roznamiętnienia pobudzał.
Spytek wstał, w boki się wziął, spojrzał po zgromadzeniu i począł.
— Miłościwi moi — rzekł — radbym był, gdybyście mi z powodzenia i zwycięztwa kazali sobie liczbę zdawać, a nie z pogromu — tymczasem i biedę a upokorzenie własne trzeba znać, aby się z nich dźwigać.
Wiecie to, że naprzód nami bez nas, chciano rozporządzać i nawet do Koszyc na zjazd nie powołano Wielkopolski, aby co Dobki i Zawisze postanowią my przyjęli z pokorą.
Wrzawa mu przerwała. Spytek pomilczał, brodę poprawił, wąsa pokręcił i mówił dalej.
— Rozmyślili się potem i zawołali nas do Koszyc... Jechaliśmy tedy tłumnie, a z tem postanowieniem żeby poradlnego nie dać — i córki na tron nie dopuścić...
Zwołano nas zrazu słodkiemi słowy, na lep biorąc — którym krakowianie aż się oblizywali.
Gdy przyszło do głosów — a Dobkowi wszyscy za soczewicę tron sprzedać ofiarowali się — myśmy się oparli.
Huknięto znowu i przyklaśnięto wołaniem.
— A opierać się będziemy... po kądzieli tron nie pójdzie. Piast się znajdzie...
Spytek poczekał, dał znak ręką i mówił znowu.
— Gdy Dobkowi zobaczyli, że przy swojem stojemy twardo, że nas ni starostwy, ni pieniędzmi, ni łaskami nie kupią — poczęli naprzód grozić... niełaską króla.
A no, kto łaską wzgardził ten i na niełaskę zważać nie będzie.
Chodzili koło nas, chodzili — nie zmogli. Co dzień spodziewali się, że zmiękniemy a napróżno. Jeden drugiego pilnował. Duchowieństwo błogosławiło...
Ciągnęło się tak już dni kilka, aż naostatek Jurga stary (tu wskazał na siedzącego) wniósł, że w Koszycach nie mamy czego siedzieć dłużej, byśmy krakowian bodaj porzuciwszy, tłumnie odjechali... ażali bez nas co poczną.
Musiała o tem wieść zaraz prysnąć po mieście, bo oni zawsze ludzi na podsłuchach mieli — ulękli się naszego postanowienia... Dobiesław z synem pobiegli do króla spłoszeni wołając, że wszystko się w niwecz obróci, gdy wielkopolanie precz pójdą.
Dopieroż radzić.
A wiedzieć to trzeba, że to miasto Koszyce zewsząd jest warownemi murami opasane, ani do niego wleść ani z niego wyleść nie można, ino przez wrota, u których i mosty zwodzone i brody są i straże.
Prawda, że pierwszych dni, otworem dla nas stały, a kto chciał kupić czego mu w mieście nie łacno było dostać — wyjeżdżał na wioski...
Zawisza widać poradził królowi, aby ze strachu tłumnego odjazdu naszego, wszystkie wrota pozamykać i straże mocne ustawić.
Pachołków nawet naszych po siano i obroki, o które w mieście ciężko było, nie chciano za miasto puszczać.
Strach nas ogarnął, bo dalej śmiercią głodową ginąć by przyszło... Pobiegli niektórzy do Zawiszy na zwiady.
Temu niewola w Koszycach słodką była, bo król go żywił, a węgierek pięknych siła miał, do których, mimo sukni swej, mógł się przysiadać.
Szli do niego Wąż i Mleczko.
Przyjął ich Podkanclerzy z uśmiechem drwiącym na ustach...
Na wołania i skargi jedną miał odpowiedź...
— Posiedźcie w Koszycach aż wam się naprzykrzy, konie wyzdychają, a wy schudniecie i dobremu panu przestaniecie się sprzeciwiać... Dla jednej wielkopolski, że ma muchy w nosie, kraj cały cierpieć nie może...
Cóż wy lepszego od krakowian, czemu to co nam dobre, wam nie do smaku? — Przemysława się wam chce osobnego w Poznaniu, ale tego mieć nie będziecie.
Z za stołów zaczęto wołać.
— Zobaczemy!
Lecz zamilkli wnet i słuchali. —
— Poszliśmy z niczem raz i drugi i trzeci — mówił Spytek. Niektórzy chcieli z Koszyc przebojem iść, ale panowie duchowni nie radzili. Nie jeden zmiękł i powiadał, podpiszmy co siłą wymódz chcą, a potem zaprotestujemy...
Tu zaś do nas krakowianie biegać zaczęli modląc a prosząc, że wielkie wolności i przywileje dla rycerstwa i ziemian król daje, i na wszystko się pisać trzeba, aby je zyskać, bo ich potem już nikt odebrać nie potrafi.
Prawdę rzec — dawał król wiele, ale nie to co myśmy chcieli.
Wymogli na nim krakowianie od wszelkich danin, opłat i posług wolność zupełną, krom dwu groszy z łanu na Ś. Marcina; obiecał ich na służbę rycerską nie wołać za granicę, tylko za sowitem wynagrodzeniem; o wszelką sprawę rady pytać, bez niej nic nie stanowić; urzędników nie mianować ino swoich, a książąt i z krwi ich nikogo; po miastach też sadząc tylko ojczyców tych ziem, w których one leżą. Naostatek i podwody królewskie darował...
Słuchano w milczeniu...
— A no — zamruczał Dersław... obiecać łatwo, zobaczymy co strzyma... Małopolany się otacza, oni radę jego stanowić będą, po ich myśl, pójdzie wszystko... a my jak byliśmy tak będziemy upośledzeni.
Spytek westchnął.
— Dajcież dokończyć — rzekł, — trzeba dopić kwaśnego piwa które nam nawarzono...
Za te wszystkie łaski a swobody córkę na tron z mężem jakiego jej wybiorą, przyjąć musiemy; więc choćby niemiec był czystej krwi, która nam jest trucizną... kłaniać mu się będziemy musieli.
— Ho! — ho! wołano po bokach...
— Zobaczemy! — śmiejąc się, dodawali inni.
— Tu nam już i głód się dawał czuć po troszę i tęsknota wielka... a bramy w Koszycach jak stały, tak stały zaparte... Rada w radę, milcząc przystać musieliśmy, aby nam je otworzono.
Wstał Sędzia Janko z Ostrowa i rzekł grubym głosem.
— Z musu się na to wszystko pisało nie po dobrej woli, więc zgoda nie warta nic, a myśmy tako wolni jak przedtem byliśmy...
— I córki jego niechcemy! — krzyknął Nałęcz stary, a za nim podniosła się burza głosów wołających. — Nie chcemy!!
Wrzawa taka powstała, że Spytek obejrzawszy się i widząc że darmoby chciał przyjść do słowa. Siadł na ławie, ręką machnąwszy.
— Miłościwi, — zagadał Pobóg jeden — przywilejem królewskim, jaki on jest, pomiatać się nie godzi. Mnie się widzi, że byleśmy umieli, pętle z niego zrobić można, na której i Ludwika i następców jego wodzić będziemy mogli, jako się nam zda.
Zważcie i to, że król Kaźmirz ziemian gniótł chłopów głaskał, mieszczan wynosił, cudzoziemców sprowadzał, że rycerstwo za niego nie mogło nic, bo je jak Maćka Borkowicza głodem morzył i ścinał... a Koszycki przywilej ziemian podnosi tak, że teraz bez nich nie ruszy się nikt i jak oni zaśpiewają, wszyscy skakać będą musieli.
Przeciągłe odpowiedziało milczenie; wstał Dersław.
— Między słowem, pismem, a czynem szerokie pole — rzekł.
Król, co takie swobody wielkie nadawał, w Koszycach przecie głodem was morzył i więzieniem zmuszał, abyście te łaski przyjęli.
Panowie piszą inaczej, a inaczej czynią... Wiatr to te obietnice... Co nam po nich? Pan nie swój, obyczaj mu nasz i kożuchy śmierdzą, córka też obcą nam będzie, mąż jej obcym — pójdziemy pod panowanie niemców...
Nam Piasta trzeba i do ich krwi powrócić...
Nikt nie przeczył — lecz wielu mruczało.
— A zkądże go wziąć?
Odezwał się z kąta jeden.
— A cóż? gromadą iść do Białego, pomagać mu... Niech się potrzyma... weźmiemy go sobie... Warchoł niczego...
Wstał Dersław.
— Mów raczej, że warchoł do niczego, — krzyknął. — Popytajcie tu przytomnych Wyszoty, Przedpełka i Szczepana co go z Dyżonu wywieźli, jako mącił a plątał im co dzień co innego pragnąc. — Widzieliśmy jako się rzucił na zamki, zdobył ich kilka a potem poddał, gdy się mógł trzymać.
Teraz go Jaśko Kmita z Bartoszem potłukli haniebnie u Gniewkowa. — Sędziwój weźmie go znowu, bo ma jak w garści w Złotoryi.
Ja sam — dodał Dersław — patrzałem nań i rachowałem na niego, — miałem powinowatego u jego boku, co każdy krok śledził — i powiadam wam, że tam z tej krwi Piastowskiej, ino woda została...
Niema się co na niego patrzeć, nie godzi mu się pomagać...
Słaby jest a okrutny, gwałtowny a nieporadny, i mieni się jako księżyc — który raz wraz chudnie i rośnie...
Nam innego pana potrzeba.
— Zkądże go wziąć? — rzekł Sędzia — slązcy piastowie, niemcy czyste...
— Mazurów mamy — rzekł Dersław. — Ziemowita ciągnąć musiemy. Mówią, że się opiera, bo się Ludwika lęka, a no — z czasem może nie stać go, nawróci się Ziemowit...
Gdy Dersław mówić przestał, żaden głos nie dał się słyszeć ani za Białym, ani przeciwko Ziemowitowi...
Naradzano się raczej jak go sobie pozyskać, bo wiadomo było, że go już napróżno kuszono...
Bartosz z Odolanowa, na którego się oglądało wielu, słuchał, spozierał w koło, lecz choć go się wyzywać zdawano, nie chciał głośno przemówić.
Siedząc tylko na ławie, a rękami szeroko na stole się rozparłszy — rzekł najbliższym.
— Czasowi to zostawcie — i nie myślcie o innym — zyszczemy go... Teraz o tem mówić, a króla i królewskich oczy nań ściągać — niepotrzeba...
Już wiem, że — gdy pora nadejdzie — gotowym go znajdziemy.
Dersław, który pochylony słuchał — zamknął cichą naradę słowy[2]
— Gniewkowskie książątko... aby ludzi nie bałamuciło, głów darmo nie zawracało, i krwi nie kosztowało napróżno, potrzeba zdać na jego własne losy...
Nikt się za Białym nie ujął, owszem Wąż rzekł, pogardliwie ramionami ruszając...
— W Złotoryi się on nie utrzyma długo... Jaśko Kmita, Bartosz z Więcburga, a pono i Kaźko szczeciński[3], który im w pomoc ma iść, zmogą wywłokę, ani mu ci z Drzdenka będą posiłkowali, choć siostrę ich wziął, słyszę, sobie — bo się ulękną.
Zbójów i włóczęgów tylko kupę ma...
Za tem niektórzy z poważniejszych o Mazurach szeroko i długo mówić poczęli, jako był ród ludzi rządnych, surowych, ale mocnej dłoni.
Wspomniał ktoś Opolskiego Władysława, ale przeciwko temu zaraz się głosy ruszyły, niemcem go zwąc — Kaźko Szczeciński, choć wielu miał przyjaciół, na pana też nie widział się im stworzony, bo miał to co i Biały — gwałtowność wielką a niestałość jeszcze większą. Lepszym od niego ludziom się wydawał — jednak z Mazurami mierzyć się nie mógł...
Stanęło na nich jednozgodnie...
Dopieroż na kupki i gromadki rozdzielili się różni, rozpytując o Koszyce, o ów sławny przywilej i niedowierzając mu a szukając w nim złego. Już to jedno, że pochodził od Krakowian, że Topory go wyciosały, a Leliwa im przyświecała, szlachcie wielkopolskiej podejrzanym go czyniło...
Zjazd Koszycki nieprzyjaźni między dwiema Polski połowami nietylko nie złagodził, ale ją podniósł do najwyższej potęgi.
W ogóle też, nietylko małopolska do walki z wielkopolską się gotowała, ale w tej nawet na dwa obozy rozpadało się ziemiaństwo; bo kto z królem trzymał, do Krakowa jeździł, łaską się jaką chlubił, tego odstępowano i za wroga uważano.
Z tych co ani czarnemi ni białemi niebyli, a stali na boku, trochę się na zjazd do Gniezna przywlokło; niektórzy Nałęczom się ująć dali, ci co się czuli więcej pociągnięci do Sędziwoja, do Grzymałów, wprędce szopę opuścili.
Im liczba w niej się zmniejszała, tem narada poufalszą, otwarciej nieprzyjaźną dworowi i jego stronnictwu się stawała.
Liczono siły, wymieniano tych, co króla i królowej stronę trzymać mogli i Dersław Nałęcz dowodził, że przewagę mieć będą ci, co Piasta żądali...
Pomiędzy niemi Bartosz z Odolanowa, wielu równie możnych a mężnych i silnych się znajdowało. Mieli też za sobą znaczniejszą część duchowieństwa, które, choć głośno się nie odzywało i czynnie nie występowało, sprzyjało Nałęczom... bo je pobór z łanu zniechęcił a poddanie ogólnemu prawu stanowisko jego zachwiało...
Tak ów zbór długo w noc jeszcze obradując w szopie, nazajutrz słowem związany mocnem, powoli się na różne rozproszył strony.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Wielkiej Wsi.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Szczeciński.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.