Biały książę/Tom III/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Biały książę
Podtytuł Czasy Ludwika Węgierskiego
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron



IV.


Starostą na zamku w Gniewkowie był Gerard ze Słomowa...
Niedarmo go tam posadzono, bo Sędziwój z Szubina obawiał się zawsze niespokojnego umysłu księcia i pokuszenia się o gród ten, w którym miał sobie oddanych ludzi, a Gerard należał do najdzielniejszych i najczujniejszych dowódzców.
Inny byłby się uląkł takiego zadania, otoczonym będąc niechętnemi, i w dodatku nie mając zamku tak obronnego, aby w nim być bardzo bezpiecznym.
Gerard tak prawie jak Ulryk bawił się tem, gdy mu wojować się, bronić, czuwać, zabiegać było potrzeba.
Miała to do siebie sprawa rycerska, że roznamiętniała ludzi, którzy w niej szukali tych żywych wzruszeń, jakich do życia potrzebowali. Tacy rycerze ochotnicy, gdy w domu nie było co robić, ciągnęli w niedostatku krucjaty, do Krzyżaków i z niemi na Litwę jak na łowy...
Nawyknienie do bojów, do pochodów, do dzielnych zapasów, gonitw, do wymyślania wojennych podstępów — czyniło je potrzebą...
Dla Ulryka z Drzdenka, dla Gerarda ze Słomowa, dostać się jednemu na niebezpieczną a szaloną wycieczkę, drugiemu do zamku lichego, zagrożonego, który się tylko mógł dzielnością i nadzwyczajnym wysiłkiem obronić — było najpożądańszą rzeczą... Wyzwać się na rękę, okazać męztwo i zręczność — stawało się zadaniem życia, tęskniono za tem.
Gerard ze Słomowa nie młody już, bo miał dwu synów dorosłych, był takim łakomym na ciężkie zadania. Sam on się wprosił do zagrożonego Gniewkowa, zabierając z sobą do niego obu synów, i namówiwszy brata Bartosa...
Obejrzawszy zamek nowy starosta — spostrzegł dopiero że w istocie na baczności się w nim mieć było potrzeba. Nie uszło to oka jego, że miasteczko, podzamcze, okolica duszą całą była oddana księciu Władysławowi. Otoczony był jawnemi nieprzyjacioły, którzy milczeli ponuro, a nie jeden znich podchmieliwszy odgrażał się po cichu. Płatano mu sztuki różne podstępnie, winowajcy poszlakować nie było podobna.
Na takie usposobienie wielką tylko surowością można było zaradzić. Gerarda obawiać się musiano, znano go ze sławy jaką miał że nikomu nie przypuszczał. Trudniej było na prędce zamek ubezpieczyć...
Brakło mu murów okólnych w części znaczniejszej, zastępowały je starodawne ściany z drzewa, obyczajem odwiecznym grubo tylko gliną pooblepiane... Gdzieniegdzie przekopy się pozasypywały — a i w pośrodku nie stawało wiele rzeczy do odpierania silnego napadu.
Gerard objąwszy zamek, obszedłszy je w milczeniu, natychmiast wziął się do tego co najpilniejsze było. Ludzi z miasteczka kazał spędzić do przekopów... i swoich nad niemi dziesiętników postawił. Zaczęto oprawiać ściany i lepić je, zatykać w nich wyłomy, umacniać bramę i przystęp do niej czynić trudniejszym...
Z miasta też nakazano wozić kamień, gruzy[1] wszystko co do obrony służyć mogło. Przyjaciele Gniewkowscy księcia byli zmuszeni przeciwko niemu dostarczać broni. Nie było rady, czyniono to niechętnie lecz — musiano.
W bardzo prędkim czasie zamek wyglądał lepiej daleko niż kiedykolwiek był za księcia — ale mrucząc i utrapieni podwodami a służbą zamkową mieszczanie odgrażali się szydząc że mimo to wszystko — byle ich pan przyszedł — nie utrzyma się Gniewków ze swą załogą.
Złemi oczyma spoglądano, gdy Gerard z innych zamków począł sprowadzać do Gniewkowa przybory wszelkie których tu brakło...
Jakiemi siłami naówczas napadano i broniono się — można mieć z tego wyobrażenie, iż nie licząc czeladzi, pachołków i gawiedzi licho zbrojnej, która nie na wiele się przydać mogła, Gniewków miał dwudziestu dwu dobrze zbrojnych ludzi — a doliczając do nich dowódzcę, jego brata i dwu synów, było ich razem dwudziestu sześciu. Z tą siłą mieli pewność, iż — nie zajdzieli zdrada jaka, obronić się potrafią.
Wprawdzie sasi Ulrykowi i kupa licho zbrojna Białego znacznie była liczniejszą, lecz nigdy tylu do obrony nie potrzeba co do napaści. Gerard ze Słomowa nie spodziewał się w najgorszym razie ażeby książę mógł zebrać wielkie wojsko.
Wiadomo było z czego się ono składało, a pomocy Ulryka się nie domyślano — choć wiedziano że książę oddawna w Drzdenku bawił.
Nim nadciągnęli sasi — Gerard miał już pewne posłuchy, że się coś nań zbierać może. Zwołał starszyznę miejską i po żołniersku się z nią obszedł — zapowiadając że, uchowaj Boże, najmniejszego zdrady poszlaku, wieszać każe i ścinać — bez sądu.
Gniewkowskich mieszczan więcej to podrażniło niż nastraszyło. Wiedzieli już że książę nadciągał, umyślili siedzieć cicho do jego przybycia, lecz jednomyślnie postanowiono pomagać mu gdy się tylko ukaże.
Biały rachował też na to... Wyprzedził on sasów, i choć nie wielką miał gromadkę z sobą, wszedł z nią do miasteczka...
Czekano nań... ruszyło się co żyło naprzeciw, i co tylko drąg okuty, pałkę, topor dźwignąć mogło, ogromną kupą stanęło przy nim, okrzykując go...
Godzina była ranna — dzień skwarny, Gerard, choć czujnym był, niespodziewał się napaści w tej porze. Natychmiast bramy zawarto, ludzi porozstawiano, wrzawa od miasteczka, łatwo się było domyślać, co zwiastowała...
Obyczajem swym Biały ruszył naprzód prowadząc za sobą owo pospolite ruszenie wprost do wrot, wywołując na rozmowę.
Gerard wysłał mu tysiącznika prostego...
Od księcia nakazywano poddać się pod karą główną... i otwierać bramy. Tysiącznik odpowiedział z rozkazu tak nieprzyzwoitym ruchem, iż dalsze z nim układy stały się niepodobieństwem...
Nadciągnęli tymczasem sasi z Ulrykiem, który nie bawiąc się w żadne gawędy, zaraz zamek objeżdżać zaczął i opatrywać, zkądby był najprzystępniejszy... Z miasteczka drabin, kozłów, rusztowania wszelkiego dostarczono obficie...
Chociaż książę jeszcze się spodziewał że dowódzca zda mu gródek, widząc że całe miasteczko z nim było, Ulryk nie zwłócząc wziął się do szturmu.
Sasi już przystawiali drabiny i mieli się drapać na ściany, gdy starszyzna miejska przybiegłszy do księcia, poczęła wołać iż niepotrzeba było darmo ludzi narażać... Ofiarowali się natychmiast ściągnąć tyle chrustu i drzewa, aby dokoła zamek otoczywszy podpalić go...
Stary, złamany, o kiju ledwie się wlokący sługa jeszcze dziadowski książęcia, podał tę myśl pierwszy, zaręczając że glina ze ścian odleci, a drzewo się zajmie, i załogę zmusi do poddania się.
Białemu żal było trochę zamku, zawahał się — wolał go posiąść innym sposobem, Ulryk zaś podpalenie pochwalał i namawiał na nie.
— Niema tu czego żałować — wołał. — Zamek się odbuduje, a ludzi nadto nie mamy i widzi mi się że nie łatwo ich ściągniemy, bo — uderzył śmiejąc się po przywieszonej do pasa tobołce, w której mało co pobrzękiwało... i niedokończył.
Książę, wahając się jeszcze — kazał jednemu ze swoich zagrozić oblężonym, że im ogień podłożą — ale groźba ta nie poskutkowała.
Tymczasem mieszczanie gniewkowscy, nie pytając już, poczęli drzewo, chrust, susz i co tylko palnego mieli pod wyschłe od skwarów ściany przyciągać i gromadzić...
Szło to z nadzwyczajnym pośpiechem, a stary, który doradził ten sposób okrutny — przestrzegł też aby nie podpalano póty, dopókiby jak największa ilość drzewa nie była do koła zwieziona. Ludzie miejscowi wiedzieli dobrze gdzie ściany były najsłabsze, spróchniałe, stare, i tam właśnie stosy największe podkładali.
Chociaż szło to bardzo żywo, z ochotą wielką, jednakże nim dokoła obwodu narzucono suszy dosyć — wieczór nadszedł.
Sasy i ciury książęce obozowali odpoczywając do koła, książę i Ulryk w domu sołtysa znaleźli wygodną gospodę. Mrok już padał, gdy dano znać że podpalać czas, aby wojsko było w pogotowiu...
Z uporu Gerarda, którego dobrze znał Ulryk, wnosił że gotów rozpaczliwą uczynić na nich wycieczkę...
Biały, gdy przyszła chwila stanowcza stał się ponurym i milczącym. Ogień podkładać pod własne gniazdo swoje, zdawało mu się świętokradztwem, lecz, uległ namowom, lękając się szyderstw Ulryka...
Wieczór był pogodny i cichy... głuche milczenie na zamku panowało — gawiedź miejska, jak każda jej podobna, radująca się szkodzie i złemu — zaczęła biedz niosąc pozapalane głownie i drzazgi smolne... Dokoła migały te rozsypane ogniki, a wkrótce gęste kłęby dymu poczęły się podnosić u ścian, i długo wiły się okrywając je, nim błysnęły jasne płomienie i lizać zaczęły czerwonemi języki osmolone grodu ściany.
Widok był straszny nawet dla tych, co ze śmiechem złym biegli nań patrzeć... Pożar w początkach częściowy, zaczynał się zlewać w jeden wielki wał płomieni i dymu. Stosy drzewa objęte ogniem, coraz wyżej rzucały iskrami i pasami ognia, który wzbijał się po nad ściany i żarł już przyparte do nich z drugiej strony chodniki, rusztowania, budy i wieże...
Miejscami, jak przepowiadał stary, osypywała się przepalona glina, stare drzewo spruchniałe zaczynało się żarzyć krwawo... Cały zamek, którego budowli rozeznać już nie było można, stał jako jeden stos ogromny objęty rzeką płomieni. Nie ulegało wątpliwości iż nietylko zewnętrzne ściany padną ofiarą, ale i wszystek gród spłonie, a mężni jego obrońcy zginą w tym ogniu.
Białemu ścisnęło się serce i gniewem wielkim poruszył się przeciwko Gerardowi, który gniazdo jego rodzinne na to zgliszcze zamieniał...
Ulryk znajdował środek wyśmienitym, przyklaskiwał i stanął tylko z sasami naprzeciwko wrót, aby, jeżeliby załoga ratować się chciała, nie wypuścić jej wolno...
W początkach, co było ludzi wewnątrz zamku, leli wodę starając się gasić stos zażegnięty, lecz usiłowanie to było próżne. Przytłumiony nieco z jednej strony pożar, wzmagał się gdzieindziej...
Czas jakiś trwał ogień, a z zamku znaku życia nie dawano... Niecierpliwił się książę, Ulryk dziwił, sasi podbiegali pod wrota, które płomienie obejmowały.
Na ostatek krzyk i trąbienie dało się słyszeć z nad brony, i Biały poskoczył ku temu miejscu, zkąd one wychodziły. Z za dymu ukazała się postać starego Gerarda, który zieloną gałęź trzymał w ręku...
Dla trzasku palących się bierwion i szumu płomieni nie można było usłyszeć co mówiono. Biały, któremu szło o ocalenie gniazda, rozkazał mieszczanom gasić ogień.
Dał znak aby wrota otwarto... ażeby ludzie w niewolę się poddali.
Stary dowódzca gdyby był sam nie uległby pewnie do ostatka i dałby się był zżedz z zamkiem razem, lecz synowie na klęczkach go błagali aby życie swe ocalił, a brat niemal zmusił do wywieszenia zielonej gałęzi.
W chwili gdy już zdobycia był pewien, chmurny i gniewny książę całe swe zuchwalstwo i pewność siebie odzyskał... U wrót postawiono w dwa szeregi sasów i ciurów...
Podniosła się brona, odwaliły płonące wrota i stary Gerard w całej zbroi wystąpił wiedziony przez dwóch synów...
Za nim szedł brat, a tuż dwudziestu i dwu zbrojnych... czeladź i pachołki...
Gerard wziął zrazu stojącego na koniu Ulryka za księcia i ku niemu się zbliżył, gdy ten mu na Białego wskazał.
Nawzajem, dla ujęcia przyszłego szwagra — odesłał książę do niego, a sam na kilka kroków odskoczył, wołając aby ogień gaszono.
Ulryk po rycersku chciał się obejść z jeńcami i byłby ich, przez cześć dla męztwa uwolnił, gdyby Biały nie podesłał doń z żądaniem, aby wszyscy uwięzieni zostali dla okupu...
Mieszczanie, którym teraz równie o ocalenie dla ich księcia gródka ojczystego chodziło, jak wprzódy szło o podpalenie dla zdobycia — rzucili się gasić i rozrywać ogień... lać wodę, zarzucać go ziemią.
Po zgliszczach płonących jeszcze, z głową spuszczoną wjechał Biały na gród swój, na którego dachach gdzieniegdzie gonty i dranice gaszono... Smutny to był widok. Gerard do ostatka nie rozpaczając w pośrodek przestronnych podwórzy zgromadził był konie, rynsztunek, zapasy, wszystko co wartość jaką miało... Kupami leżały tu sprzęt, broń, odzieże, skrzynie, wory... a w pośród nich przerażone ogniem rwały się rozhukane konie...
We dworcu pootwierane okna i drzwi, poodrywane okiennice jakby po rabunku i spustoszeniu — ogołoconym go czyniły i smutnym...
Książę stanął i ze zgrozy jakiejś a smutku wpadł w niezmierny i niepohamowany gniew, którego niemiał na kim wywrzec — padłby by, ofiarą jego Gerard, gdyby nie ta myśl, iż za niego okup znaczny uzyskać może... a zyskanie grosza, było dlań pierwszą potrzebą...
Spiesznie tłumiono ogień i ku północy dymiły tylko pozalewane węgle, a w środku zamku sasł[2] i ciury wesoło obchodzili zwycięztwo, do którego mało się przyczynili.
Biały siedział podparty za stołem, który dlań przyniesiono, i razem z Ulrykiem dopijał wydobytego kędyś ze schówki tajemnej miodu...
Misa strawy, którą przyniesiono z miasteczka stała pomiędzy niemi. Milczeli oba.
Ulryk, dla którego pono ciekawą zagadką był ten człowiek, któremu pomagał uproszony przez siostrę; badał twarz księcia mieniącą się najrozmaitszemi wrażeniami myśli, które po nim przechodziły...
Można było w istocie śledzić te fale zwątpienia i zapału, dumy i obawy, które uderzały w piersi księcia i wiły się po głowie jego...
— No — cóż dalej? — zapytał wesoło z obojętnością prawdziwie rycerską Ulryk — co dalej zamyślacie?
Biały zaciął usta — dumał — spojrzał — Ulryk na myśl mu przywiódł siostrę swą Frydę, a ona była najsilniejszym bodźcem do czynu...
— Co dalej? — powtórzył książę — to samo z siebie się rozumie... Wprawdzie nie powiodło się nam w Raciążu, lecz powetowaliśmy to na Gniewkowie, mamy dwa zamki. Na tem poprzestać nie myślę...
Spojrzał w oczy Ulrykowi.
— Chcę się nieco obwarować tu, aby mi lada kto Gniewkowa nie odebrał, którego zresztą mieszczanie strzedz i bronić mi pomogą, trzeba wzmocnić Złotoryę, a potem...
— A potem? — spytał ciekawie Ulryk.
— Potem — pójdę na Szarlej, a może na Inowrocław... — odparł Biały z dumą i pewnością siebie...
— Nim to nastąpi — odezwał się Ulryk — ja z mojemi sasami muszę do Drzdenka... Spocząć trochę im dać trzeba i koniom — a, kto wie, może się przyjdzie bronić w domu, bo mnie gotowi karać za to, żem wam pomagał.
— Nie będą śmieli — żywo począł Biały — który sam się potrzebował łudzić... Widzicie sami że mi ludu co chwila przyrasta... Jak tylko pójdzie wieść żem Gniewków wziął, że Krystyn i Gerard w moich rękach, popłoch padnie na nich... Nie będą śmieli...
— Lecz, choćby nie dla obrony Drzdenka, a dla spoczynku potrzebuję do domu — dodał Ulryk wstając. Może też gdy wam napłynie ludzi, a i Gniewkowscy z wami pójdą, mnie nie będziecie potrzebowali.
Biały, któremu się zdawało że w istocie obejdzie się bez pomocy Ulryka, o którego był nieco zazdrośnym aby jemu i sasom zwycięztw nie przypisywano — nie rzekł nic.
I tak nad rankiem, obdarzeni sasi, obdarowany z łupu Ulryk, wyciągnął nazad do Drzdenka.
Szczęściem dla Białego, wieść o jego napaści na Złotoryę, o zdobyciu, rozeszła się już była i Lasota we Starej wsi[3] dowiedziawszy się o tem, po krótkiej naradzie z Dersławem, ruszył napowrót do Białego...
Wysłano go może więcej na zwiady niż w pomoc dla niego, ale Lasocie dokuczyła bezczynność, rad był cokolwiek bądź przedsiębrać, byle darmo nie jeść chleba u starego.
Biały rozmyślał właśnie nazajutrz rankiem, kogo przy sobie ręką prawą uczyni, której czuł wielce niedostatek, gdy ujrzał w progu Lasotę.
Powitał go z wielką i może aż nadto wyrazistą radością. Brzemię mu z ramion spadało, miał na kogo je zrzucić.
— Lasota! — zawołał podchodząc — przybyłeś mi w porę. Mam ludzi dość, ale mi dowódzców braknie... Bóg ci zapłaci żeś o mnie pamiętał, a ja starać się będę odwdzięczyć. Co słychać w Wielkiej Polsce?
— Cicho i pusto — odparł Lasota. — Co było ruchawszego pojechało do Koszyc walczyć z królem Ludwikiem językami, nie mogąc kordem... Póki nie powrócą na Wielkopolskę niema co liczyć — musiemy sobie tu na Kujawach sami radę dawać.
Książę spojrzał nań.
— Jak? — zapytał.
— Prosta rzecz — zawołał Lasota — co tylko jest ludzi, którzy mogą udźwignąć miecz, dosiądz konia, musi iść z nami. Gniewkowscy księciu sprzyjają, niechże idą.
— Muszą iść! pójdą! — odparł ożywiony już książę.
Zadumał się chwilkę i postąpił ku Lasocie.
— Daję ci moc — rzekł — co uczynisz, wiem że dobrem będzie, rozkazuj w mojem imieniu!!
Lasocie dwa razy tego mówić nie było potrzeba, skłonił się zlekka i zawrócił, oczy mu się zaiskrzyły.
— Jeżeli mi nie będzie psuł co ja pocznę — nawarzym piwa królowi Ludwikowi, które mu nie bardzo będzie smakować...
Biały uspokoił się zupełnie — wiedział że na Lasocie mógł polegać...
Rozpoczął sam na starem swem zamczysku gospodarzyć, rozkładając się, i usiłując je do dawnego przyprowadzić stanu. Jednym z najbardziej dolegliwych braków, który mu się mocno czuć dawał, było — osierocenie po Buśku...
Błazna tego, do którego mógł mówić co mu na myśl przyszło, który mu bez ogródki i strachu odpowiadał i często myśl jego naprostował — nie dostawało... tęsknił za nim...
Jednem też z pierwszych rozporządzeń książęcych było, wysłanie po niego...
Niecierpliwie wyglądał przybycia... Buśko, który również był do swojego pana utęskniony, dał się wziąć i — choć nie lubił na koniu kłusować, przybył dosyć prędko...
Zobaczywszy go książę, śmiejąc się wyszedł aż do podsieni, poklepał go po głowie i wprowadził z sobą do izb... Do nikogo tak mówić nie umiał szczerze, otwarcie, co ślina do ust niosła, jak do starego swego bajarza i trefnisia...
— Patrz co oni mi z Gniewkowa zrobili! — zawołał — szczęście że nie spalili jeszcze.
Buśko obchodził kąty, wąchał i znajdował że spaleniznę jeszcze słychać było...
Oba razem powlekli się po zakomarkach mrucząc, rozglądając się, przypominając jak to tu dawniej bywało.
Zyskał na tem Lasota, któremu zostawiono zupełną swobodę rozporządzania się około wojska przyszłego... Gniewkowscy mieszczanie, lud ze wsi i osad okolicznych, przywiązany do dawnych książąt, a obawiający się zemsty Sędziwoja, gromadnie się zaciągał pod chorągiew Białego... Zbiegały się też owe włóczęgi i ludzie bez chleba a zajęcia, zasłyszawszy iż się księciu wiodło...
Jednych wypędzano z chat gwałtem, drugich ujmowano obietnicami, inni się garnęli niemając nic lepszego do robienia.
Co wieczór mógł Lasota uwiadomić księcia, iż mu rosły jego siły... Oręż chwytano jaki tylko dał się zdobyć, a często taki, co imienia tego wart nie był. Szło więcej o lik ludzi niż o uzbrojenie...
Zdawało się w istocie szczęście uśmiechać wygnańcowi...
Sędziwój z Szubina nie miał dosyć rycerstwa pod ręką, aby natychmiast przeciwko niemu wystąpić, a zyskany czas wzmagał odwagę i istotne siły księcia...
On sam już się nie chwiał w postanowieniach, był pewien, że cel osiągnie.
Dana mu przez Frydę nauka, którą ona przez posłów jeszcze kilkakroć mu powtórzyła, aby był surowym i nieubłaganym, utkwiła w głowie i w sercu księcia.
Powtarzał ją sobie, przejmował się nią — poprzysięgał nie zmięknąć i nie pofolgować nikomu, pilno było tylko co najrychlej czynem jakim okrutnym, a głośnym przekonać Frydę iż miał w sobie ten przymiot tak zdobywcom potrzebny.
Lasota, który tu wszystkim rozporządzał teraz, musiał go powstrzymywać od porywów niebacznych, któreby były ochotników zraziły...
W Gniewkowie, pomimo że się krzątano około naprawy zamku — Biały postrzegł że mu mniej było bezpiecznie niż w Złotoryi. Czekał tylko na przyobiecane posiłki sasów Ulryka, aby z niemi udać się tam gdzie postanowił główną swą umieścić stolicę...
Lecz o Ulryku jakoś słychać nie było... Pomimo nalegań i próśb siostry, nie chciał on narażać siebie, Drzdenka i przyszłości dla człowieka, który coraz mniej obudzał w nim zaufania.
Uległby był może i wielkiej zawsze ochocie do awanturniczych wypraw i temu błaganiu Frydy, za którą ojciec się też wstawiał, gdyby Dobrogost i Arnold bracia jego nie nadbiegli.
Oba oni sprzyjali Białemu, lecz doszły ich wieści o odgrażaniu się Sędziwoja, o zewsząd ściąganych siłach, przeciw niemu i jego pomocnikom. Od progu wchodząc Dobrogost krzyknął zobaczywszy Ulryka...
— Ani się waż krokiem ztąd! Musimy umyć ręce i więcej się do sprawy księcia nie mięszać, inaczej my wszyscy za niego pokutować będziemy.
Fryda stojąca we drzwiach z krzykiem się rzuciła przeciw braciom, ale jej mówić nie dali.
— Słuchaj Frydo — odezwał się Dobrogost — ojca i nas trzech na zgubę narażać nie możesz, dla twojego mnicha — kochanka! Całą siłą ciągną na niego i zgniotą go, a nas razem z nim...
Przerwał Arnold, opisując przygotowania i donosząc, że z Sieradzia Jaśko Kmita ciągnie w pomoc Sędziwojowi z Szubina, i że Biały, pomimo największych wysiłków utrzymać się nie potrafi.
Fryda zciągnęła brwi, spojrzała na Ulryka, który siedział milczący, na ojca, który się już nie śmiał odzywać.
— Opuszczacie więc go? — zapytała głosem, w którym drgał gniew i męztwo razem.
— Musimy — rzekł Dobrogost zimno.
— Toście podli! — krzyknęła Fryda rzucając wejrzenie groźne...
Na tę obelgę z ust kobiecych, bracia nie odpowiedzieli, Fryda popatrzała znowu na milczącego ojca, jakby się od niego czegoś spodziewała — postała chwilę i krokiem powolnym cofnęła się z izby...
Po wyjściu jej, Ulryk poruszony, chciał wziąć jej i Białego stronę — zakrzyczano go...
Dobrogost rzekł stanowczo.
— Nie puszczę cię, choćbym się bić miał z tobą, a jużci braterskiej krwi dla tego warchoła, który źle skończy, lać nie warto...
Fryda wypłacze się i ukoi.
Nadeszła chwila wieczerzy... ale Fryda się nie ukazała.
Ulryk szedł po nią — nie zastał jej w izbie, w której skrzynie pootwierane, suknie rozrzucone, i nieład znalazł jakby pospiesznego z domu wyboru...
Frydy na zamku nie było...




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; najprawdopodobniej brak spójnika i.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – sasi.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Wsi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.