Biały książę/Tom I/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Biały książę
Podtytuł Czasy Ludwika Węgierskiego
Data wydania 1882
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron



VI.


Chociaż najtrudniej pono u nas było zawsze ziemianom język za zębami utrzymać, zwłaszcza gdy serce w piersiach zagrało — choć zarówno Wielko jak Małopolanie grzeszyli tem zawsze, że tajemnicy gdyby o gardło szło, nie umieli uchować, ów zjazd na Gromniczną w Gnieznie rozszedł się jakoś nie zdradziwszy, co na nim uradzono.
Być też mogło, iż gdzie tyle głów i tyle zdań różnych było, na nic nie umiano się zgodzić, i dlatego milczano.
Dosyć, że ziemianie, każdy w swą drogę ciągnąc, nie chwalili się z tem, co postanowili.
Choć nie razem, większa część tych, którzy w Gnieznie obradowali, pociągnęła do Poznania.
Tu się lada chwila oznajmionego już Ottona z Pilcy spodziewano.
Miasto zawczasu pełnem było, jakby się na przyjęcie jego przysposabiano.
Wielkiego domu Toporczyków dziecię, na dworach cudzoziemskich i w podróżach po krajach obcych wykształcony, rycerskiej postawy i ducha, uprzejmy, miłość ludzką zaskarbiać sobie chętny, był ten Otto z Pilcy jakby dla pojednania dobrze z sobą zwaśnionych Wielko i Małopolan, najlepiej na oko dobranym. Tylko, że już tu, przy swem prawie stojąc, jako Krakowianina, narzuconego przez królowę, znać go nawet nie chciano.
Wprawdzie za sobą zjednane duchowieństwo miał, które za zgodą przemawiało, lecz nikt go słuchać nie myślał.
Umyślił Otto z Pilcy pańskim orszakiem Poznańczykom okazać, co zacz był. Wysilił się więc na poczet liczny i pięknie odziany, na konie cudne, na wozy i woźniki postrojone, na otoczenie świetne, i jak to już naówczas zwyczajem być poczynało, wjazd swój na wielkorządy z wielką zarządził wspaniałością.
Przed nim już na zamek, dla przyjęcia ziemian przybyły kuchnie, beczki i służba mnoga. Spodziewano się, iż przez ciekawość samą, zbiegowisko będzie wielkie.
Przed miastem na konia szkarłatem obwieszonego siadłszy, w orszaku pańskim, z uroczystością wielką zajechał Otto z Pilcy na Przemysławowski gród.
Po drodze gawiedzi milczącej stało siła, mieszczan, żydów i okolicznych kmieci powychodziły z domostw gromady, ziemianie tylko wcale się nie pokazali.
Na zamku były pustki.
Nie witał nikt, nie przybył nikt. Dopiero nierychło biskup sam z kilku kanonikami znalazł się u nowego wielkorządcy.
To przyjęcie milczące, dziwne, więcej może dumnego Toporczyka obeszło, niż opór i jawna niechęć, gdyby mu je objawiono. Było coś pogardliwego w tem usunięciu się, które mówiło:
— Nie nasz jesteś, nie znamy cię.
Biskup starał się go pocieszyć, obiecując, iż się to wszystko, zwolna a łagodnie postępując, zmienić może.
Wielkorządzca na pustym grodzie, wezwawszy do siebie tych, co z urzędu musieli mu się stawić, i z tych słowa nie dobył. Przybywali milczący, słuchali nachmurzeni, odchodzili nic nie obiecując.
Z walczącymi jawnie sprawa lepsza, z takim oporem biernym wielkiej cierpliwości potrzeba, a na tej właśnie Toporczykowi, krwi żywej i umysłu pańskiego, zbywało.
Z pomniejszych ludzi nie jedenby może zwrócił się ku niemu, i w nadziei, że coś uzyszcze, posłusznymby mu był, lecz każdy się obawiał pójść przeciw swoim, wiedząc, że wielkorządzcy łatwo się zmieniają, a ze swoimi po wiek wieków żyć potrzeba.
Nie znano i znać nie chciano Ottona z Pilcy. Nie miał on, jadąc, nadziei, aby go zbyt mile przyjęto, lecz ufał sobie, że uprzejmością i gościnnością powoli serca zjedna. Trafiwszy na ten pogardliwy niemal opór, nie wiedział spełna, co czynić.
Ponieważ z biskupem dobrze był, jego pytał o radę. Ten westchnąwszy do Boga, złożywszy ręce, nic więcej nie rzekł nad to, że czekać było potrzeba i nie okazywać gniewu.
Tymczasem na zamku ciągle pustki były. Oprócz kilku swoich Krakowian, nie miał nikogo, a ci, popróbowawszy się do Wielkopolan zbliżyć, odprawieni ostro, zostali sami jak on.
Po gospodach, napróżno szukali znajomości, gdzie się który śmielszy wcisnął, przychodziło do waśni — kilku porąbano, reszta na zamku siedzieć musiała. Nawet ci, co powinowatych mieli w Wielkopolsce, nie znaleźli lepszego od nich przyjęcia.
Tymczasem, jak przed przybyciem Ottona z Pilcy, tak po jego przyjeździe, rozboje i napady, gwałty i najazdy trwały ciągle. Mało było ziemian, co z dworem trzymali, na palcach można ich było policzyć, ci zaś, szczególniej na gwałtowności wystawieni byli. Otto z Pilcy chciał moc swą i powagę okazać, zarządził pogonie, wyprawił oddziały; nie powiodło mu się zupełnie. Jego ludzie ani języka dostać, ni pomocy od nikogo doprosić się nie mogli, odprawiano ich jak nieprzyjaciół, znać nie chcąc. Nawet ci, którym w pomoc przychodzili, pozbyć się ich byli radzi.
Cierpiał tak czas jakiś Otto z Pilcy, a coraz bardziej niepokojące wieści go dochodziły.
Duchowieństwo, na które rachował, bezsilne było, w końcu i ono swoim się narażać, i z nimi dla wielkorządzcy zrywać nie chciało.
Radził biskup z Przedysławem z Gołuchowa mówić i przez niego sobie ziemian jednać. Otto z Pilcy wiedząc, że powoływać go do siebie byłoby próżnem, bo wojewoda pewnoby się nie stawił, sam, dowiedziawszy się, kiedy w Gołuchowie go znajdzie, z małym pocztem doń pojechał.
Nie byli obcy sobie, bo się już w życiu nieraz spotykali; lecz teraz zaszły stosunki nowe i poprzednik na wielkorządach ani się już w Poznaniu pokazał.
Jednego dnia wiosny, wczesnej nadspodzianie, z gradem i ulewą a wichrem, w złą godzinę przybył Otto z Pilcy na zamek gołuchowski.
Nie wiedziano kto był, gdy zajeżdżał, a że gościnność u nas zawsze cnotą była najpierwszą, ani spytano nawet, spuszczając bronę.
Wyszedł pan Przedysław, pewnie się kogo innego domyślając, i zdumiał mocno, gdy Ottona zobaczył. Rad czy nie rad, do domu wpuścić i witać musiał.
Toporczyk już tak był podrażniony tem, co go tu, a nawet po drodze spotykało, iż nie usiadł, ani gościny nie przyjął, póki, co miał na sercu nie zrzucił.
— Panie wojewodo! — zawołał stojąc w przedsieni, — wiem, że mi nie jesteście radzi, żem wam gościom[1] niemiłym, lecz — wybyście do mnie nie chcieli, ja do was musiałem.
Skłonił się Przedysław. Weszli do wielkiej izby dolnej sklepionej. Gospodarz siedzenie pierwsze wskazał. Otto nie siadł.
— Przybyłem do was po radę, — odezwał się. — Królowa Elżbieta, na którą król nasz rządy tego królestwa zdał, z porady panów komesów swych i baronów zesłała mnie tu w miejsce wasze. Chciejcie wierzyć, żem się ja o to ani starał, ani dobijał...
Wiedziałem, że mnie niewdzięczną przyjmiecie twarzą...
Królowej posłusznym być musiałem, radbym tylko to czynić, co wam miłem i dobrem być może. Dlaczego wszyscy, jakobyście słowo sobie dali, odsuwacie się odemnie?
Przedysław pomilczał chwilę.
— Naprzód muszę wam to rzec, co mi najwięcej na sercu leży, — odezwał się, — a to, że ja też wielkorządy sprawowałem, jako powinność, ale nie żebym się ich napierał i o nie ubiegał. Dziśbym ich nie wziął.
Byćże to może, abyście nie wiedzieli sami, dlaczego was tak Wielkopolanie przyjmują?
Ziemia ta, gniazdo piastowskie, od której całe to państwo imię wzięło i królów, wydziedziczone ze wszystkiego, nawet z tego przywileju, że korony w Gnieznie strzegło... zostało przy tem jednem, że je zawsze Wielkopolanin rządził...
Nie mając udzielnych książąt, chciało i chce mieć nad sobą takiego, coby się tu zrodził i wychował.
— Albośmy to w całej tej koronie nie wszyscy bracia? — zapytał Otton. — Przecie Toporów naszych siła w Szląsku i tu u was. Jam tu obcy?
— Jeśliśmy bracią, to — stryjeczną, — rozśmiał się Przedysław, — daremna to rzecz inaczej dowodzić, kiedy nas po mowie i obyczaju każdy pozna, że nas nie jedna kwoka wysiedziała... Zresztą, tu o prawo idzie, a nie o miłość.
Gdyby wam wielkopolanina posłali do Krakowa, tak samobyście się nań zżymali.
Królowa ani król tego nie rozumieją, wy, miłościwy mój, powinniście byli zawczasu wiedzieć, co was czeka.
Otto z Pilcy potrząsł dumnie głową.
— Tem zawiniłem, żem tego nie przewidział, — rzekł. — Stało się. Dziś dać się wam wygnać, mnie, z ramienia króla posłanemu, sromby było... Zawierzcie mi, że dobra pragnę i...
Ręką skinąwszy nie dał mu mówić Przedysław.
— To nic nie pomoże, — przerwał. — Obraliście złe stanowisko. Żal mi was, lecz rady na to nie ma.
— Cześć moja nie pozwala mi go opuścić.
— A nasza cześć nie dopuszcza, byśmy inaczej was przyjęli, tylko tak, jako widzicie.
— Znać mnie więc nie chcecie?
— Ottona z Pilcy szanuję, — rzekł Przedysław, — ale wielkorządzcy w Poznaniu Krakowianina — nie znam.
— Gdzież ono prawo, którego się trzymacie?
— Wieki je zapisały... a czy na karcie gdzie stoi czy nie, my go sobie odebrać nie damy.
A po chwili dodał wojewoda.
— Przyjdzie do tego, że, gdy dziś wszystko pisać i pieczętować potrzeba, bo żadne słowo nie waży, postaramy się o to, na przyszłym, da Bóg, zjeździe jakim, aby obyczaj w pisane prawo się obrócił.
Stali tak naprzeciw siebie, a wojewoda ciągle gościowi siedzenie wskazywał, gdy on już ku oknu otwartemu patrzał, ażali grad i słota nie przejdą, aby nie mieszkając, się oddalić.
Podano kubki powitalne, nie tknął swego Otton.
— Panie wojewodo, — rzekł, — mnie się widzi, że wola królewska jest po nad prawo. Starajcie się ją odmienić, lecz słuchać jej potrzeba.
— A mnie się widzi, że rycerstwo tych ziem prawa swe miało i nawet u swych własnych panów upominało się o nie, cóż dopiero u obcego?
— Ale tenci królem naszym jest! — odparł Otto.
— Węgierskim i dalmackim więcej jeszcze... — szepnął wojewoda.
Otto się zwolna przeszedł po izbie zadumany.
— Powinniście na to pomnieć, — rzekł, — że póki żył król Kaźmirz, o to się najpilniej starał, aby z rozerwanego państwa jedność stworzył, bo to siłę mu daje. Chcecie więc rozerwać, co połączył, godzicie na bezpieczeństwo i potęgę korony tej?..
— Nie oddzielamy się przecie, ani królowi posłuszeństwa nie wypowiadamy, — odparł Przedysław, — lecz chcemy, aby zarówno wielkopolskim był jak krakowskim.
Poruszył ramionami Otto.
Na dworze szalał jeszcze wicher i grad z deszczem bił o ściany; lecz, nie zważając na to, dłużej już rozprawiać nie chcąc, Otto kołpak swój, który był na stole położył, wziął w rękę, skłonił się i zmierzał do wyjścia.
— Bez gniewu, — odezwał się Przedysław. — Chcieliście porady odemnie, musiałem wam ją dać. Czyńcie, co słusznem widzicie...
— Na stanowisku wytrwać muszę, — odparł dumnie Toporczyk. — Wy też rozmyślić się powinniście, czy walkę wam z królem i królową rozpoczynać się godzi.
— Wyzwano nas, — krótko odezwał się Przedysław.
W obu widać było, że nie czuli się nieprzyjaciółmi, i że raczej pociąg ku sobie mieli niż niechęć, lecz żaden z nich ustąpić nie mógł.
Grad ciągle na dachach i po ścianach warczał i szumiał.
— Nie czyńcie mi tej krzywdy, abyście dom mój w taką porę opuszczać mieli, — ozwał się wojewoda. — Z wielkorządzcą rozmowa skończona, a Otto Toporczyk gościem dla mnie miłym.
Dał się przybyły skłonić i rzuciwszy czapkę, usiadł.
Spojrzeli na siebie.
— Wielkopolska więc, — rzekł, — na króla i królowę zagniewana?
— Inaczej być nie mogło, — począł gospodarz. — Król Ludwik wprawdzie odwiedził nas, tak samo jak Łęczycę i Sieradz, ale w Gnieznie nawet na przygotowanym dla siebie tronie usiąść nie chciał...
Otto zmilczał.
— Niesłuszne uprzedzenie wasze, — odezwał się po chwili. — Król Ludwik pan jest mądry i dobry, płynie w nim kropla krwi Piastów, królowa stara Kaźmirzowa siostra, Łoktkowa córa, pani wielce łaskawa.
— Miły mój, — rozśmiał się Przedysław, — policzcie jej lata, czy w tym wieku takiem, jak nasze królestwo, rządzić jej przystało?
Dobra jest... ale sama dobroć ta dla nas się w złość obróci, bo źli ludzie z niej korzystać będą i już korzystają...
Prawdy do niej nie dopuszczą, kraj się zawichrzy...
Nie dokończył. Smutnie na stół patrzał Otto z Pilcy.
— Gorzko prawicie, — szepnął.
— Bo nam goryczą serce zapływa, — odparł Przedysław.
Tymczasem rozjaśniło się nieco, chmura niesiona wiatrem szybkim w stronę odeszła.
Otto z Pilcy powstał, rękę podając gospodarzowi.
— Zaprawdę nie wiem, co pocznę, — rzekł, — ale z wami rozstać się nie chcę jako obcy. Prawdę usłyszeć zawsze dobrze.
Szli tedy razem ku sieni, gdzie służba wojewodzińska czekała, i Otto z Pilcy, nie zatrzymując się dłużej, konia sobie podać kazał.
O tej bytności jego u siebie nie rozpowiadał wojewoda. Żal mu było człeka, który tem zawinił, że się lekko porwał na sprawę, której nie rozważył.
Pozostał jeszcze Otto z Pilcy na wielkorządztwie swem miesięcy kilka, lecz silił się napróżno przygarnąć ludzi ku sobie. Oprócz biskupa i kilku duchownych nikt doń nie zajrzał.
Tymczasem nieład coraz większy szerzył się po kraju, o którym on zapóźno zawsze się dowiadując, zapobiedz mu nie mógł. Każdy sobie sam sprawiedliwość domierzał, nie uciekając się do niego.
Siłą zmódz nie mógł ludzi, bo nie miał innej nad tę, jaką mu rycerstwo wielkopolskie dawało, a to szło niechętnie lub wcale nie przybywało, i rozkazy jego spełniało tak, aby skutku nie miały.
Ruszył w końcu Otto z Pilcy do Krakowa, do królowej, zniechęcony wielce.
Gdy się to działo, Nałęcze, a z nimi znaczniejsza część ojczyców tutejszych, już coraz pilniej nad tem radzili, aby sobie Piasta wybrać i postawić go przeciw Ludwikowi.
Dersław, który na Mazurach pokrewnych miał i znajomych wielu, nimby z drugimi na Białego książęcia, za którym wielu było, głosował, umyślił, gdy wiosna nadeszła, do Płocka się udać, kędy przyjacielem miał Mikołaja z Milanowa, skarbnika przy starszym księciu Ziemowicie.
Zwyczajem swym z tem, z czem jechał, wydawać się nie chciał. Za pozór dobry służyć mu miało, iż Lasotę, powinowatego, który ze śmiercią Kaźmierzową, został bez służby, przy mazowieckich książętach chciał umieścić. Ani też Lasocie sie[2] nie zwierzył z czego innego, tylko mu myśl tę poddał.
— Nim się co innego znajdzie, — rzekł mu, — abyś nie tęsknił w tej dziurze u mnie bezczynny, czemuby na Mazurach nie spróbować? Książęta są nasi, a urośli teraz w moc większą... Służą u nich ludzie i — dobrze im się dzieje.
— Tak ci, — z małym uśmieszkiem odparł Lasota, — słyszeliśmy o tem, jako tam pod ks. Ziemowitem zdrowo i bezpiecznie... kogo końmi nie roztargają albo nie powieszą, temu zdrowo.
— Ks. Ziemowit, — żywo przerwał Dersław, — nie ten już co był, złagodniał dużo... Zresztą sami zobaczymy, co się tam dzieje. Stary książę na zajętym po śmierci króla Płocku siedzi i obwarowuje się, młodzi w Czersku i Warszawie. Przy starym mój Mikołaj z Milanowa skarbnikiem, odwiedzić go pojedziemy. Nie spodoba się nam, siłą nas nie zatrzymają.
Lasota odgadł może, iż nie dla niego samego jechał powinowaty, lecz nie dał tego znać po sobie.
Mazowsze onego czasu, dopiero można było powiedzieć, zaludniać się, karczować, i tak jak drugie ziemie osadzać zaczęło. Mało co przed tem, gdy z Litwą zgody i pewnej granicy nie było, ze skraju szczególniej piaski i lasy pustynią stały.
Osiedlać się ludzie nie radzi byli, bezpiecznymi nie czując. Wielu ztąd Litwa nachwytała i w niewolę nauprowadzała, tak, że w głąb puszcz rzadka ludność chronić się musiała. Teraz dopiero gęściej wioski stawały, i po troszę pola wydzierano, choć z nich wielkiego pożytku nie było, i po latach kilku zapuszczano nowiny, wydzierając z pod lasu żyzniejsze role. Miasteczka też wprzódy ubogie, po troszę się zabudowały, a i zameczki z kamienia i cegły na wzór kaźmirzowski stawić poczęto.
Wziął książe Ziemowit po królu Płock i całą tę dzielnicę dobrze zagospodarowaną, więc i swoje Mazowsze na wzór jej podnosił.
Z Piastów ówczesnych ta gałąź odszczepiona najbujniej i najsilniej się krzewiła. Dla tego na nią spoglądano nie bez myśli, aby jej przyszłe losy korony całej powierzyć. Nie zdradzano się z tem jeszcze. Dersław i przypatrzyć się chciał dworowi, i przysłuchać, co tam tętniało, i wymiarkować, czy na Mazowieckich Wielkopolska rachować może.
Bywali tam z Wielkiej Polski niejedni, ziemianie się kumali i żenili, przecież Mazury jakoś odrębnie stali i zbliżenia zupełnego nie było. Wielkopolanina od Mazura łacno było rozpoznać.
Powolniej tam w te puszcze, na te wydmy piasczyste, do tych wsi rzadko rozrzuconych, dochodził obyczaj europejski, którego Krakowianie już dużo, i Wielkopolska po troszę chwyciła. Ziemianie na Mazurach żyli z prosta, stary obyczaj, odzież, język, odwieczne obrządki różne się tam zwłaszcza u uboższych, uchowały. Stosunki z Litwą po nad granicami, nawet pogańskiego dużo poprzynosiły i stare bałwochwalcze zwyczaje odżywiały. W niektórych wioskach, choć ksiądz był, choć się ludzie żegnali, choć do kościoła zaglądali, pan Bóg prawdziwy razem u nich stał z dawno wygnanemi.
Przy weselach, chrztach, pogrzebach, proboszcze na wiele obyczajów i pieśni uszy zatykać musieli.
Po nad większemi gościńcami, kędy kupiectwo ciągnęło, u brzegu rzek, które też drogi stanowiły, lud się już trochę ogładził; w puszczach jeszcze obcego zobaczywszy, a zwłaszcza zbrojnego, krył się i uciekał. Z chat całemi rodzinami zbiegali wieśniacy na widok podróżnych.
Wioski też te, do których rzadko obcy zaglądał, takiemi tu jeszcze pozostały, jakiemi przed wieki były, chałupy w nich dymne stawiono, a w zagrodzie ludzie, bydło i owce razem na kupie żyło.
I pól niewiele jeszcze widać było, bo się około nich praca rzadko opłacała. Z trzody, z lasu, z rzeki żył włościanin, i z nowin, które na popielisku ledwie radełkiem poruszywszy, a lada gałęzią zabronowawszy, rad był, gdy mu choć rzadki kłos wydały.
Wśród takiego ludu i ziemianin, i ksiądz żyjąc, stawał mu się po troszę podobnym. Więc tu, oprócz książęcego dworu, niełatwo było ujrzeć suknię kosztowną, zbroję lśniącą i strój wykwintny. Proste sukno grube, płótno szare i kożuch panowały. Oręż też staroświecki, oszczep drewniany, kęsem żelaza zaostrzony, najpospolitsze były.
Po wsiach wielu żelazo za drogi kruszec uchodziło, na który się łakomiono, jakby na srebro i złoto. Nie każdy nóż mógł mieć, lecz się bez niego umiano obchodzić. Na wozach długo potem jeszcze okowy żadnej nie znano, a siekiera w domu wielkim skarbem była.
Ubóstwo to pozorne przecież nie czyniło Mazurów nędzniejszymi od innego ludu.
Las był wielką skarbnicą, on dostarczał wszystkiego: jadła, opału, budulca, i obuwia, i wici. Był niby domem, był twierdzą. Na gołych górach i niezarosłych miejscach ledwie kto się budować ośmielił, bo ten tylko bezpiecznym się sądził, którego dojrzeć i wyszukać było trudno.
Stary Dersław zwykł był się w podróż wybierać nie gromadząc ludzi wielu, bo wiedział, że poczet wielki a świetny wałęsających się po lasach zbójów przynęcał. On, Lasota, około dziesiątka czeladzi odzianych niepokaźnie, wyjechali z Wielkiej Wsi do Płocka.
Drogę mniej więcej starym zwyczajem przepowiedzianą sobie mieli: do brodu jakiegoś wprost, od niego nad ruczajem w lewo do wzgórzy piasczystych, potem doliną na przełaj, nad łąką i tym podobnie. Instynkt więcej prowadził, niż te dane niepewne. Na polach też gdzieniegdzie spotykało się pastucha, z radłem parobka lub wędrownego dziada, którzy drogę do najbliższego miejsca pokazywali.
Spuszczano się na to.
I tym razem Dersław, trochę na Opatrzność Bożą rachując, z miejsca wyruszył, a choć się skazówek w prawo i lewo trzymano, ku wieczorowi zapadłszy w puszczę dziką, tak dobrze zabłądzili, iż gdy noc nadchodzić zaczęła, już myśleli o noclegu pod gołym niebem na polanie.
W tej roku porze nocleg w lesie wielkiem nieszczęściem nie był, bo konie napaść na trawie mogli, sami w sakwach chleb i zapas jaki taki mieli, a woń rozpuszczających brzóz i czeremch rozkwitających nie była przykrą.
Miejsce, w którem się znajdowali, ciągle kołując, dla natrafienia na jaką ścieżynę, śladu ludzkiej stopy nie okazywało. Las stał pod niebo wyrosły wiekami, miejscami podszyty gąszczami i zawalony łomem, który przebyć było ciężko. Ostępy dawno nie plądrowane, gdyby nie wieczór, zmusiłyby ich do polowania, bo zwierz tu, zabezpieczony, leżał spokojnie w barłogach i ledwie na ciśnienie oszczepu zrywał się do ucieczki.
Dersław powiadał, że takiego dzikiego lasu zdawna nie widział i że chyba bardzo się z drogi zbić musieli, gdy się w taką zapadlinę dostali.
Szukano tylko miejsca sposobnego na spoczynek, gdy z pomiędzy drzew ukazała się rzeczułka wśród moczarów, a po za nią na piaskowatem wzgórzu, coś jakby stare opuszczone horodyszcze.
Wiele podobnych już naówczas, po kraju spotykać było można, co niegdyś za pogańskich czasów za schronienie i na gromadzenie się wieców służyły, a teraz trawą porastały.
Błoto i rzeczułka dzieliła podróżnych od pagórka, Lasota się rzucił naprzód, szukając brodu, i wkrótce począł wołać ku sobie Dersława, gdyż na moczarach hać znalazł i rodzaj dróżyny.
Był to już ślad, że tu w pobliżu ludzie żyć musieli. Puścili się więc podróżni, spodziewając albo domostwo jakie znaleść, lub choćby na wzgórku suche legowisko.




Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – gościem.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – się.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.