Przejdź do zawartości

Białe miejsca na mapach

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł Białe miejsca na mapach
Pochodzenie Ząb czasu
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. [1931]
Druk Zakłady Wyd.-Druk. „Praca”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
BIAŁE MIEJSCA NA MAPACH.

Trzydzieści kilka lat temu Nansen i Svedrup umyślnie „zamrozili“ swój statek u brzegów syberyjskich, zamknęli się dobrowolnie w białem więzieniu, — w nadziei, że prąd arktyczny zaniesie ich do bieguna. Ich głośny „Fram“ trzy lata tkwił w lodach, posuwał się powoli, zygzakiem. W drodze powrotnej dynamitem rozsadzać musiano kry i olbrzymie barjery.
Bohaterski Peary prawie przez ćwierć wieku szturmował zaciekle ten odległy punkt tajemniczy na globie, zdobywał piędź po piędzi i stopień po stopniu... Badał Grenlandję, badał Ziemię Granta, szedł naprzód, znów się cofał. Amerykanie i Anglicy czterdzieści wypraw tragicznych posłali na mroźną północ...
I nic chyba lepiej nie świadczy o fenomentalnym, bajecznym rozwoju naszej techniki dzisiejszej, niż krótkie depesze o ostatniej podróży arktycznej „Zeppelina“. W piątek olbrzymi aerostatek, naładowany aparatami fotograficznemu, przyrządami mierniczemi, precyzyjnemi sondami i lunetami, ludźmi, zapasami, wyrusza z Friedrichshafen, już w środę rano jest nad Nową Ziemią, w ciągu jednego dnia fruwające obserwatorjum zatacza olbrzymi łuk, uczeni, Samojłowicz i Ljundal utrwalają na kliszach zarysy niezbadanych lądów, zapełniają bruljony bardzo ważnemi spostrzeżeniami magnetycznemi, notatkami meteorologicznemu. W piątek — po tygodniu! — statek powietrzny, przeleciawszy trzynaście tysięcy kilometrów, ląduje w porcie rodzimym, znakomity badacz szwedzki, doktor Ljundal, składa kajety i taśmy filmowe w obserwatorjum poczdamskiem — koniec! Ekspedycja spełniła zadanie. Następna wyprawa usunie — po kilku dniach — inne „białe miejsca“ na mapie. To, co niegdyś zdobywano niewysłowionym trudem całego życia, dziś — otrzymujemy jakby od niechcenia, po tygodniowej, pięknej i wygodnej podróży.
I jakżeby mogło być inaczej? Dzielny Nansen, bohaterski Scott, mężny Sverdrup, nieustraszony Peary przedzierali się na północ w saniach, ciągnionych przez psy, albo małe koniki szkockie, przebywali otwarte wody w kajakach które poruszać trzeba było skostniałemi od zimna rękami. Dziś — zamiast motorów żywych mamy niezmordowane silniki Diesla, ogniste konie mechaniczne, mamy sanie z propellerami, auta, łodzie motorowe, sterowce i samoloty.
Czy może być wogóle jakiś niezbadany, niedostępny punkt na ziemi w czasach, kiedy dwaj panowie, Boardman i Polando lecą jednym tchem, „jednym zamachem skrzydeł“ z Nowego Jorku do Stambułu — dystans: 8 tys. kilometrów, ćwierć obwodu naszej planety?
Mapa krajów arktycznych wygląda co prawda, dziś jeszcze, jak biały talerz — tu i ówdzie zabrudzony zlekka niebieskiemi smugami i zaciekami. Ta śnieżna biel nie oznacza śniegu i lodów, tylko... naszą ignorancję. Niebieskie smugi ciągną się tam, gdzie przejechał „Fram“ w roku 1909. Prawie co dzień i co godzina kurczy się ów biały nalot i znika, jak szron w promieniach słońca. Ekspedycje pracują w Grenlandji na tajemniczym „lodowcu wewnętrznym“, pod biegun wyruszają raz po raz aeroplany, sterowce, łodzie podwodne, łamacze lodów. Nie chodzi tu zresztą o czcze rekordy: droga przez śnieżne pustynie byłaby najkrótszą — idealną drogą z krajów europejskich do Japonji i Chin.
Zaznaczyć trzeba, że ludzie usposobienia romantycznego krzywem okiem patrzą na ów niezwykle ożywiony „ruch podbiegunowy“. Maszyna — mówią — znów zdziera szybko i brutalnie tajemniczą zasłonę, mąci ciszę odwieczną. Zbadamy przez kilka tygodni, miesięcy czy lat wszystkie kraje na ziemi — co dalej? Co zostanie dla naszych wnuków i prawnuków?
Takich tetryków, wyrzekających na gorączkowe tempo współczesnej wiedzy, na jej „głód wrażeń“ jest więcej, niżby się zdawać mogło i pytanie „co dalej?“ rozbrzmiewa dość często na łamach pism i w kawiarniach.
Nie troszczmy się zbytnio o naszych prawnuków, zagadnień trudnych i zawiłych nie zbraknie ani im, ani ich potomkom, gdybyśmy nawet cały globus doszczętnie zafarbowali.
Tkwimy np. w olbrzymim oceanie powietrznym, który jeden z wybitnych badaczy rosyjskich porównał trafnie z ruchliwą maszyną parową: kotły przegrzane stoją w krajach podzwrotnikowych, chłodnice pod biegunami. Od skomplikowanych ruchów tej wielkiej machiny zależy nasz byt i dobrobyt, jeden ostrzejszy powiew od północy zamraża statki zimą na Bałtyku, sprowadza wiosną nieoczekiwane przymrozki niszczy zbiory jesienią, albo je pomnaża. A jednak — wiemy tak mało o owych kilometrowych warstwach nad nami.
I jeszcze mniej wiemy o tem, co się dzieje pod naszemi stopami. Znamy właściwie tylko cieniutki naskórek naszego globu. Sztuka inżynierska w najgłębszych szybach świata — w kopalniach brazylijskich w północno-amerykańskich — osiągnęła zaledwie 1800 — 2500 metrów. Jak wygląda wnętrze ziemi? Czy jądro centralne składa się z płynnego żelaza, czy z innych metali?
„Białych miejsc“ — takich i innych — jest dużo, bardzo dużo. Nie wszystkie można zaznaczyć na płaskiej mapie. Sięgają wgłąb, sięgają wzwyż — w każdej nauce ich pełno.
Tylko bardzo naiwnym ludziom się wydaje, że dziś już niema tajemnic, bo do bieguna łatwiej dojechać, niż wczoraj do Płoskirowa...

KONIEC.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.