Bezwstydnie krótkie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Bezwstydnie krótkie
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1926
Druk Jan Świętoński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Bezwstydnie
krótkie
.....
Napisał
Janusz Korczak
Warszawa MCMXXVI Kraków
Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie

Druk. Jan Świętoński i S-ka, Warszawa, Kopernika 34.



a) Pisać? (szkoda czasu).
b) Czytać? (kino — kryzys książki).
c) Wydawca się krzywi (papier — druk).
d) Zresztą czytelnik sam.....
Bezwstydnie krótkie (nowele).







∗             ∗

— Mówię ci, jak uczciwy człowiek: on nie wart pomocy. Sam sobie winien. Mógł mieć. — No, ale jak się uparł, że mu nie wypada, to wybacz.
— No, ale tak go zostawić? On zawsze był przecie dziwak.
— Nie dziwak, ale dureń. Wiesz, co mi wtedy powiedział? „Ja kraść nie będę“. — Rozumiesz: wszyscy mogą, tylko nie on.
— Wiesz przecie: nigdy nie liczył się ze słowami.
— Ale ja się liczę i grosza mu nie pożyczę. Dosyć! Ma na co zasłużył.




∗             ∗

— Więc nie oddał?
— Lepiej jeszcze. Pożyczył znów 300 złotych.
— Idjota jesteś.
— Ależ poczekaj: jaka ty w gorącej wodzie kąpana.
— No więc gadaj.
— Odrazu ostro wsiadłem. A on: „czy się zapieram — jak tylko będę miał — jak będziesz w potrzebie, też pomogę“. I powiada: „napadłeś na mnie“.
— A ty?
— Mówię mu, że jak żyję, na nikogo nie napadałem, tylko żeby zwrócił. A on: „Pożycz raz jeszcze 300, to — już razem“.
— I pożyczyłeś?
— A co miałem robić? Mówił, że ma nóż na gardle.
— Idjota jesteś.
— Rzeczywiście. Ciekaw bardzo jestem, co ty byś na mojem miejscu zrobiła? Miał nóż na gardle.




∗             ∗

— Powiadam ci: boki zrywać.
— No, nie wierzę.
— Głupia jesteś. Wracam właśnie od nich.
— Ale skąd się u licha dowiedział?
— Ba. Kiedy dostał ostatni anonim, poleciał z nim do biura detektywów.
— Daj pokój, bo pęknę. Do biura detektywów? No i co?
— No nic. Powiedzieli, że tak. Więc naprzód miał jego zastrzelić, potem siebie, siebie i ją, ją i siebie, a potem przebaczył.
— A ona?
— Ona mu przyrzekła, że ostatni raz.
— I uwierzył?
— Nietylko on, ale ona, ona sama uwierzyła. I to jest najkomiczniejsze.
— Skąd wiesz?
— Mówiła mi. Wracam właśnie od nich. On zapłakany, ona zapłakana. Jak w romansie dla młodzieży.
— Co też to się dzieje na świecie.

— Pomyśl tylko: w dzisiejszych czasach... Idź do nich, przekonasz się... Warto!...
— Zwyrodnienie? No dobrze. Niech sobie będzie zwyrodnienie. — Lesbijska? Dobrze. Niech będzie jaka chce. Ale zlituj się, człowieku, ja się tylko pytam: czem? — No — czem? I jak ich dwie, to kto, jak? Musiałeś się przesłyszeć, albo zażartowali z ciebie.


∗             ∗

— To i ty kradnij.
— Nie umiem, Ewuniu. Ani ojciec, ani dziad.
— Spróbuj, Adasiu. Widzisz przecie. Czy ja wyrzucam pieniądze?
— A czyż ja mówię?
— Nie mogę końca z końcem. Życie brzydnie. Dzieciska się marnują. Spróbuj także. Dlaczego inni?
— Nie kuś mnie, kobieto... A jak jeszcze imię stracę? Pomyśl tylko: sąd — śledztwo — prokurator. — Pro-ku-ra-tor. Za nic.
— No nie. Ja tylko tak. Ślubowałam, to będę wierną — choćbyś nawet tam i został do końca uczciwy. — No, uściśnij mnie. Przytul mnie przynajmniej, Adasiu. — Oooch, Boże!




∗             ∗

— Powiadam ci: tak spodlałem w tej naszej demokratycznej, tak do cna schamiałem, że jak mnie w tramwaju jaki obdartus albo żyd potrąci — już nawet nie odczuwam potrzeby wyrżnięcia go w pysk. Rozumiesz: nawet potrzeby... Usunę się — i nic...




∗             ∗

— A ty co?
— Ja? No powiedziałem jej, jak należy. Że jest żoną, matką. Do czego to podobne? Powiedziałem, że kobieta powinna się szanować. Że jeśli w rodzinie moralność już tego, to wszystko zginie — Powiedziałem, że — bo ja tam pamiętam — do rozumu, do serca przemówiłem, długo mówiłem.
— No, a ona?
— Powiada, że teraz taka moda, że wszystkie, — kto ich tam zrozumie. Musi przecież coś wiedzieć, kiedy mówi. Teraz naprawdę trudno się dogadać. Tak się coś wszystko pokotłowało, pokiełbasiło po tych wojnach. Moda na zdradzanie. Pierwsze słyszę.




∗             ∗

— To tak? Więc na to nasi bohaterowie krew przelewali, żebym w niemodnym kapeluszu chodziła? Na to zerwali kajdany, żeby żona urzędnika niepodległej w zeszłorocznych sukniach na pośmiewisko się wystawiała? Ty barbarzyńco, najeźdźco, ty okkupańcie!




∗             ∗

— Dlaczego wyraźnie nie powiedzą? To wolno, tego nie. Temu wolno, temu nie. Do wczoraj było wolno, od dziś nie. — Józef za to samo nic, a Karol w kozie. — Władek przed rokiem jeszcze nic, a Paweł już dziś w pace. — Franek we Lwowie nic, a Filipowi w Warszawie wytoczono sprawę. A potem się dziwią, że jest zastój. — Ludzie się boją, nie mogą się zorjentować. — Nie każdy chce zaraz, żeby o nim gazety smarowały. Bo żeby choć pisać zabronili. Ale nie. Pierwszy lepszy pismak weźmie i dopiero będzie cię szkalował. A jak ma jucha dowody, to i sąd nie pomoże. Jakie sądy, taka to i cała... Nie darmo niemcy — jakże to: „Polnische Bruderschaft“.




∗             ∗

— Wiem — wszystko wiem. Ty mi kurjerkową wiedzą nie zaimponujesz. — Tylko, że dawniej kłanialiśmy się jednemu. Albo niemcowi, albo moskalowi. A teraz wszystkim: i czech, i moskal, i niemiec, i włoch, i anglik, i turek. Przecież nawet mamy posła w Palestynie też. — Jabym tym parchulom posłów jeszcze opłacał. — Wolę jednego gospodarza, niż dziesięciu. — Tak.
— Bój się Boga, przecież inni też.
— Kto: inni?
— No francuzi, anglicy, niemcy. —
— Powiadasz, że inni? — Więc co z tego? Widocznie chcą. Widać im tak dobrze. A ja nie chcę — i basta. Basta — rozumiesz — baaaassssta!




∗             ∗

— A czy czasem nie ona właśnie ukradła?
— Ależ sąsiedzie, co też sąsiad? Gdybyście widzieli, jak szukała. Łzy miała w oczach. — Musiałem ją uspokajać. — Mówi: „tak mi przykro, że akurat ze mną“.
— Może udawała?
— Cóż znowu. Najwyżej 20 lat — dziecko prawie. Skądby taka przewrotność?
— Po nich wszystkiego się można spodziewać.
— Ja wiem. Ale nie ona. Tak się do mnie tuliła. „Wsią pachniesz“ — mówi. — I w głowę — i w oko („w oczko“ mówi) i w twarz i w szyję...
— Podejrzane, sąsiedzie. Przecież my już nie tacy młodzi.
— Mówiła, że młodych nie lubi, bo natrętni. Zresztą — 50 lat — to jeszcze nie tego — nie taki znów wiek!
— A ile było w portfelu?
— Bagatela: nawet nie całe pięćset.




∗             ∗

— Sama nie wiem, jak to się stało. Zaraz na dworcu. Taki uprzejmy. Pyta się: do kogo, po co? Powiada, że trzeba być bardzo ostrożną. Aż żenująco usłużny. — Już nawet nie jak znajomy, ale — przyjaciel. — Ten kapelusz on mi właśnie doradził.
— Ale pomyśl: przecież to jednak okropne.
— Ja też mu tak powiedziałam. Bo trzeba ci wiedzieć, żem zaczęła strasznie płakać, aż mnie wodą cucił. I tak właśnie mówię: „to przecież okropne“.
— A on?
— Tak się jakoś naiwnie uśmiechnął i mówi: „A cóż w tem złego, żeśmy wymienili kilka serdecznych wyrazów?“
— Kilka — — serdecznych — — wyrazów? Dziwna doprawdy ta Warszawa. Trzeba się będzie wybrać.




∗             ∗

— Dobrowolnie? — Nie. — Co to, to nie. Na kryminały dam, ale nie na szkoły. — Dosyć! — Żeby chamom do reszty we łbach poprzewracać. — Powszechne nauczanie! — A do gnoju, psi synu. — Kto będzie bydło pasał, krowy doił, kartofle kopał, — profesory? — Seminarja, psiakrew: agitatorów tylko. — Widły, hyclu, nie gazetę. W pysk, nie wybory. — Ja mam do tego paskudztwa rękę przykładać? — Kryminał — i owszem, ale nie szkoły. — Na mnie możecie nie liczyć. — A ile wam tam brak jeszcze do tej waszej — szkoły?




∗             ∗

— Mogą sobie, panie dzieju, robić, co chcą. I ludowładztwo i żydowładztwo, nawet komuniści, owszem. — Mnie nic do tego. Mamy prezydenta, mamy ministrów, sejm. Płacą im: niech rządzą. Po mojemu, głupio, ale trudno — widać tak ma być. — Ale na moich śmieciach: ja pan. I tu niech mi się nie wtrącają. Demokracja? — Dobrze. — Ale jeszcze nie u mnie. — Może ja głupi, może nie taki znów głupi. — Ale dopóki ja żyję... panie dzieju, — niech oni mi swoich porządków — tu — nie, — bo stracę wreszcie cierpliwość.




∗             ∗

— No już dobrze — dobrze. Zmarnowałem ci życie. Dobrze. Źle zrobiłaś, że wyszłaś za mnie. Dobrze. Jesteś nieszczęśliwa. Nie rozumiem ciebie. Jestem egoista, tyran. Zgoda. — Ale musisz chyba przyznać, że zupa jest przydymiona?




∗             ∗

— Jakże? Na wspólnika brać notorycznego złodzieja?
— Mój kochany, znam go lepiej, niż ty. I mogę cię zapewnić, że nietylko nie jest notoryczny, a właśnie — wprost odwrotnie — to jest nieskazitelnie uczciwy złodziej. I właśnie takiego nam potrzeba. Nie wolno się do ludzi uprzedzać. A ty zaraz: notoryczny... Jak się chce robić interesy, nie można się bawić w grę słów... Notoryczny... Myślałby kto...




∗             ∗

— Bo właściwie nawet nie wypada, żeby panna z dobrego domu urodziła nagle dziecko.
— Po pierwsze: nie nagle. A po drugie: poco zaraz dziecko? — W Paryżu jest doktór, który tam coś szczepi małpom, i wcale dzieci nie mają — Człowiek majętny, na stanowisku. — Dlaczegoby nie miał pojechać z nią do Paryża? — A ja — będę się mogła nawet wystarać o paszport ulgowy. — Zobaczysz, że będzie dobrze.
— Boję ja się tego dobrego.




∗             ∗

— Pan nie wierzysz? — I ja nie wierzyłem. — Ale są. — Wiem napewno. — Już dawno. — Wtedy nazywali się — wolnomularze. — Tylko panie, ani słówka. Nie wolno o nich. Ani mru-mru. — Wszystko — oni. — Wojna — masoni. — Dolar — masoni. — Jakaś tam, panie, heca — masoni. Tylko, na miły Bóg, ani słowa, że ja to panu... Bo sprzątną... Uważasz pan? — Sprzątną bez pardonu. — I nikt się nie ośmieli nawet — dać znać do komisarjatu. — Otrują i — cicho, sza. Utopią — i sza. — Panie kochany człowiekowi włosy dęba stają.
— Więc co robić?
— Nic. — Sza! Życie każdemu miłe.




∗             ∗

— Doprawdy, — niesprawiedliwi jesteśmy. Że mogą się ubrać w brylanty, smacznie zjeść i siedzieć w loży — nawet tego im nie użyczyć? Toć oni, niebożęta, nic innego nie mają. — Zresztą: ich to tak jeszcze bawi.




∗             ∗

— No właśnie: wróciłam późno. Więc co? — Z chłopcami! — No tak: z chłopcami. — Dosyć tej opieki! — Bylem na czas przyszła do biura. — A mama mi może zabroni? — Jestem na posadzie. Jestem niezależna. — Może mam się kłaść do łóżka z kurami — z maszyną do pisania? Chce mnie mama wtrącić w perwersję? Dobre sobie. — — — Przestań się dąsać, matulu. — Jak będziesz grzeczna, i ciebie wprowadzę w świat.




∗             ∗

— Wyspiański? Owszem. Ale słuchaj: Margrabina. Niewidoma córka. — I on się poświęcił. Potem ona go z takiego niebezpieczeństwa. A żebrak był spadkobiercą tego, co na galerach. — Spotkali się, i dopiero zaczął ją całować. Takie piękne. — Płakałam. Śnił mi się. Jaki szlachetny! Bo gdyby nie (zapomniałam — jakieś takie włoskie imię) gdyby nie ten łotr, mogli się jeszcze w pierwszym tomie pobrać. Tyle cierpieć: dwa tomy. — Ale i Wyspiański niczego.




∗             ∗

— Ależ to oszustwo.
— Niech i tak będzie.
— Więc?
— Więc ideały, mój kochany, dobre dla pensjonarek. A ty jesteś przecież mężczyzną. W twoim wieku trzeba się już zacząć szanować. Nie wolno się kierować fantazjami.
— Więc mam okradać Polskę?
— A kto ją ma okradać, jeśli nie my? Wolisz może, żeby żydzi?
— Ani my, ani oni.
— Dzieciak jesteś. Stary dzieciuch. Wstydź się.




∗             ∗

— Powiadam mu: stać cię, to używaj. Pyta się — jak, co? Więc ja: wszystko. — Samochód — gramofon — kino — szampan — foxy — jazzy — czekolada — karty — troty — filantropja — pijama — zegar z dewizą złotą — obrazy ręczne — portrety olejne — bomboniery — bukiety — bronzy — psy — kobiety. Co najdroższe! A on nie: mówi, że trzeba oszczędzać. No i leży. I gdybym go nie uprzedzał. Ale mówię: „Patrz tylko, jak ja“. — No i co? — Ano nic. Ja mam, a on... Szkoda, bo dobry nawet, tylko lekkomyślny chłop. — Oszczędzał. — No i co? — A uprzedzałem — mówiłem.




∗             ∗

— Powiadasz: handel — Już myślałem nawet. — Ale patrz: przyjdzie ci żyd i masz z nim, jak równy z równym. Zacznie się z tobą targować. Powie, że drogo, że mu się nie podoba. A ty nic: przecie to klijent. Musisz być dla niego uprzejmy. — No bo klijent. — Zrozum tylko: nie wolno ci go wziąć za kark i na cztery wiatry. Nie wolno ci nawet tupnąć nogą i posłać do cholery. Ani: „parchu jeden“, ani „żydzie parszywy“. Nic — kundman. — Niee, to nie dla mnie. Już myślałem.




∗             ∗

— Mylisz się, mój kochany. Wcale nie bankructwo. Nie płacę, bo nie mam. Jak będę miał, zapłacę. Bankructwo — to zupełnie co innego. — Bankrutują, proszę ja ciebie, żydzi, bo na bankructwach zarabiają. Nie my.
— Ale ty przecież masz i nie płacisz?
— Przepraszam cię. Nie mogę w okresie ekonomicznego kryzysu zostawić siebie i rodziny bez grosza. To nie znaczy bankrutować. Nie mam na zapłacenie. To chyba wystarcza.




∗             ∗

— Wolę żyda. Tak. Będę to głośno mówił. Niech wiedzą. Żyd zarobi, ale i mnie da. — Żyd za mądry, żeby puścić z torbą. — Jeżeli oszuka, przynajmniej nawymyślam od złodziei — pijawek. — Nasz gorszy. — Okradnie, a ty milcz. — Jeszcze obrażony. — Nie wiem, czy mu za mało. Wygląda, że z łaski okradł. — Głośno będę. Kogo się mam bać? — Powiedział na dodatek, że nie mam głowy do interesów. — Ja nie, a on ma. Złodziej — szuja — mądrala. I co mu powiem: żyd? — Nie. — Zaciśnij zęby i milcz. Ładne czasy...




∗             ∗

— Wcale nie barbarzyńcy. Mieli kulturę. Pamiętasz polowanie z Francewym? Zwyczajny żandarm. A co za zakąski! Kawior łyżkami. Łosoś.
— No, nie żandarm. Pułkownik.
— Nawet, proszę cię, tylko podpułkownik. No, — a żona Prykowa? Pamiętasz? Co tu gadać. — Nie było wcale tak źle. — Dopóki się w parlamenty nie zaczęli bawić. — Potem, rozumie się. — Ale w każdym razie nie to, co teraz.
— A w Rosji jak było?
— A co mnie to wtedy obchodziło? Żeby nawet ludożercy. Do nas przysyłali, co mieli najlepszego. — Rubel był rubel. Wiedziałeś co masz. — A szaszłyk barani może zły? Daj ty mi spokój. Kultura była... A teraz?..




∗             ∗

— Dopiero ja. — Wstaję i powiadam: „Proszę o głos“. — Uważasz: w kwestji formalnej. Musieli mi dać. Powiadam: „Panie przewodniczący, proszę poddać pod głosowanie mój wniosek“. — Odrazu zrobiło się cicho. — Patrzą. — No i dopiero ja: „Proszę pod głosowanie mój wniosek, żeby przerwać dyskusję“. — Zaraz, proszę cię głosowanie. — I przeszło. — (Jeszcze tylko ci, co byli zapisani. Jeden się nawet zrzekł). — Gdyby nie ja, byliby całą noc. — Potem, proszę cię, do knajpy. — Zdrowie moje pili. — Owszem, — bardzo... Nie można powiedzieć... I zarząd nawet owszem. — Nie, że mnie także, tylko wogóle...




∗             ∗

— Taka scenka. — Przed kasą kolejową. — Tylko pan słuchaj. — Nic nie przesadzam. — Bilety kupują... Stoją: jakichś trzech obdartusów, — młodzik, — żydówka, dopiero za nią, kapitan wojsk polskich, — żyd, — potem chłop, ksiądz, znów odrapaniec, za nim staruszka w żałobie i tak dalej. A milicjant stoi i pilnuje porządku. Żeby broń Boże, nie inaczej, tylko właśnie tak. Mnie to niby nie obchodziło, bo ja przy innej kasie. Ale panie, — jak w febrze. — No i co zrobić? — Nie mogę. — Wolę u siebie w domu. Wolę nie patrzeć. Żeby mnie ozłocili, więcej nie pojadę. — Brrr!




∗             ∗

— On ma przekonania. Uważasz? Taki mleczak, smyk, gołowąs. Przekonania. Powiedział mi: „średniowiecze“. — Ja ci kundlu, średniowiecze. — Uniwersytet! — Chcesz, dobrze. — Miej przekonania, kiedyś mądry. Ale ani szeląga. Precz z moich oczu! — Powiada, że trzeba szanować. — Nie on moje, tylko ja jego. — Szkoda, że kija nie miałem pod ręką — Powiada jeszcze: „przesądy“. — Trzeba tylko było posłuchać. — Jak na wiecu. — Szkoda, że pasa nie miałem. Jabym mu i przekonania, i średniowiecze, i przesądy — Jeszcze: — „przedpotopowe pojęcia“. — Już nie pamiętam nawet. — Ach, ty kundlu! — Nie mam syna. — Matka chce, to niech mu posyła. — Średniowiecze.




∗             ∗

— Wczoraj mi jeszcze powiedział: „jak pana zostawiam w biurze, jestem spokojny“. No to chyba znaczy, że ma zaufanie, że nie jestem znów taki do niczego. — A dziś. — Nie wiem, co go ukąsiło. — I to źle, i to, i to. Jak na jakiego parobka. — Chcę wytłomaczyć — gdzie tam — gorzej jeszcze. — Wreszcie powiada: „głupiec pan jesteś“. — Pomyślałem tylko: „gdybym był mądry, nie byłbym urzędnikiem“. — Eech, czego człowiek dla miłego chleba...




∗             ∗

— Jak ja mogłam? Jak mogłam? Właściwie, on nawet wyraźnie nie powiedział, że się ożeni. — Jeżeli kocha, powinien się ożenić. — Ale nie mówił. — A obojętny świat — tak jakby się nic nie stało. — Przechodnie chodzą po ulicy. — Tramwaje kursują. — Sklepy otwarte. — Dzieci idą do szkół. — No, a co zrobię, jeżeli nie przyjdzie? — Chyba powiem, że niegodziwiec. Ale jak mu znowu powiem, jeżeli nie przyjdzie? — Że też niema na całym świecie człowieka, którego się można poradzić.




∗             ∗

— Słuchaj: jak ona wszystko prawdę. — Powiedziała, że nowina albo choroba. No i wiesz: Jadzia przecież. — Powiedziała, że jestem uczuciowa i wiele przecierpiałam. No wiesz: Kazik. Potem, że brunetka mi zazdrości, żebym się jej strzegła. (Antosia). Że blondyn mnie kocha — Powiedz tylko, skąd ona może tak wszystko wiedzieć?
— A o Bronku?
— Też. Trochę mniej wyraźnie, ale też. Powiedziała, że Kazik mnie oszukiwał, Józiek kocha szczerze, a o Bronku — że niby owszem, ale nie tak znów bardzo: o dwie karty dopiero za Jóźkiem. — No i pomyśl: czy można nie wierzyć?




∗             ∗

— Bezrobocie.
— Nie wierz. Kłamstwo. — Kto chce pracować, — znajdzie.
— Samobójstwa.
— Kłamstwo. Symulanci, — nie wierz.
— Drożyzna.
— Złoty gospodarczy się przystosuje.
— Fabryki zamykają.
— Na osiem godzin nie warto otwierać nawet. Mają rację.
— Podatki. Licytacje.
— Dla głupców. Nie jest tak źle. Nie wierz.




∗             ∗

— Ktoby się tego spodziewał?
— A ja dawno wiedziałem. — Spotyka mnie na ulicy i: „może papierosika?“ — Tknęło mnie, ale nic. A on wyjmuje „Ergo“. Nie, moja kochana, jak człowiek ma dzieci w szkołach, nie częstuje. — „Ergo“ w dodatku.
— Oczy mi otworzyłeś. Teraz dopiero rozumiem. Spotykam ją przed składem aptecznym. — Co — jak? — Musi wstąpić. — Dentosan. — I szczoteczkę do zębów.
— A widzisz. Życie nad stan. A teraz wpadli. I co?




∗             ∗

— Po pierwsze: za wcześnie. Później — dobrze, ale nie odrazu. Tymczasem autonomja. — Po drugie — nie socjaliści. — Moraczewski! — Po trzecie — nie na Kijów, tylko odrazu na Moskwę. Europa by pomogła. — I zgnieść! — Że Napoleon — to co? — On wtedy w jesionce, a my w kożuchach. — Nie zmarzlibyśmy. — Po czwarte — trzeba było — zamach stanu — dyktator — i za mordę!
— Mój kochany, i wielcy ludzie — błędy...
— Wielcy ludzie — błędy? No dobrze. Ale dlaczego my mamy cierpieć?




∗             ∗

— Daj radca spokój.
— No — no. W dwadzieścia cztery godziny. — Niemcy — fora ze dwora — do faterlandu. — Żydy do Palestyny. — Litwini, ukraińcy, cała ta zgraja — hajda — do bolszewickiego raju. — Poselstwa wszystkie i ambasady na złamanie łba — owszem, z honorami — dyplomatycznie — manatki spakować — byle prędko. Zostajemy sami. Dopierobym wtedy pogadał.
— I cóżby radca...
— Naprzód Sejm. Zaczynam od Sejmu. Po 50 na każdy zadek.
— Wszyscy?
— Co do jednego. Żadnych: prawica — lewica. Oni się tam już wszyscy zwąchali. Po 50 — i do domu — do pracy, darmozjady, — Potem związki i partje. Przywódcy — jeżeli nie byli w Sejmie, też po 50.
— Wszyscy?
— Taaak, równość! Załatwione! — Złodzieje i łapownicy — kula w łeb. Bez sądu. Na jednego naszego ich dziesięciu.
— Kogo ich?
— Żydów, niemców...
— Przecież ich już radca powysyłał.
— Nie. Złodzieje osobno. Majątki skonfiskować. Na skarb. Ani grosza nie podarować.
— I koniec?
— Nieee. Kabarety, kinematografy, manikury, dancingi, perfumerje, — bo ja tam wiem co — wszystkobym pozamykał. — Potem dopiero kobiety. — Zawołałbym te wszystkie agarsony — i żółte książki. Tak. Albo się umyć, żadnych krótkich sukien, jedwabi, dekoltów. Albo — albo.
— A potem?
— Potem tobym już wiedział, co mam robić.
— No dobrze. A handel, przemysł?
— Aha, prawda. — Jakbym już zrobił porządek, dopiero wtedy pożyczka na inwestycje. —
— A jakby nie dali?
— To nie. Bez łaski. Uruchomiłbym dopiero wszystko. Ustaliłbym kurs złotego. I wierzajcie mi: dopiero wtedy zaczęliby nas szanować. Dopiero wtedy sami by prosili. Nie my do nich, a oni do nas.
— I Ameryka?
— I Ameryka. Im rynki potrzebniejsze, niż nam.
— Bo ja wiem. Może radca... Ale nie w 24 godziny.

— A jak w tydzień, to źle? Przecież oni lata całe — te niedołęgi — safanduły — Grabscy — Skrzyńscy — lata całe — i co? Nic. — A można w tydzień. — Można!



∗             ∗

— Myślicie, że ja już wcale? Tylko dom, dzieci, sieroty? A co się tyczy tego, to już nic? — Przepraszam. — Wiem, co się dzieje na świecie. — Widzę. — Zresztą codziennie kurjerek. — Od deski do deski. — Nekrologi, wypadki, ogłoszenia — a nawet i wstępny niekiedy. — Więc wiem. — Bo nie wolno się zasklepiać. — Jestem okuran. — Od deski do deski.







Mógłbym tak jeszcze długo.
Ale dosyć...
Kryzys — papier — czytelnik sam resztę w duszy dośpiewa....




Pisałem w m. st. Warszawie.
Sylwester 1925 — 1926 roku.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.