Bez serca/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bez serca
Podtytuł Obrazy naszych czasów
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1884
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIV.

„Księżna Karolina z baronów von Maholich i książę Platon Eutychjewicz Radjanowie, mają honor zawiadomić pp... że dnia 28 stycznia 18... znajdować się będą u siebie...“
W takiej formie, półtora roku później, miejska poczta rozniosła po Wiedniu zaproszenia do mnogich znajomych księcia Platona i żony jego...
Księstwo w przepysznym pałacu najętym na Ringu spędzili drugą już zimę, dom trzymali otwarty i należeli do gwiazd kolonii kosmopolitycznej nad Dunajem.
Dom ich słynął z tego przepychu orjentalnego, którym ziomkowie księcia wszędzie się odznaczają; próżność młodej pani nie myślała mu kłaść hamulca.
Pamiętna dni tutaj przebytych z niepokojem w duszy, o tę przyszłość, która się jej tak szczęśliwie wyśniła, Rolina usiłowała ją zatrzeć teraźniejszym swym blaskiem i stanowiskiem jakie w świecie zajmowała. Była tu nietylko najpierwszą z elegantek wielkiego świata, którym suknie Worth przysyłał z Paryża, ale jedną z najpiękniejszych pań wiedeńskich, a w Wiedniu wiele to znaczy, bo piękności nie są żadną osobliwością.
Mieszkali księstwo w Wiedniu, i, powierzchownie sądząc, wnosić było można, iż się to stało wskutek życzeń Roliny, dla niej tylko — a jednak ci co znali księcia Platona, i małżeńskie stosunki obojga, uśmiechali się niedowierzająco gdy o tem mówiono i jenerał Piotr Maksymicz, mieszkający tu także, ruszał ramionami a szeptał.
— Bałamut z Platona Eutychjewicza!
Bałamut czy nie, książę był dla wielu zagadką, a i stosunki jego z żoną, na pozór jeszcze mające odbłyski miodowych miesięcy, — niejasne były dla wielu...
Nie żałował niczego dla żony książę Platon, zdawał się spełniać wszystkie jej życzenia, był pełen atencyi dla niej, ale bystre ludzi oko dostrzegało pod tym płaszczem zgody i pokoju — znamion stanu walki.
Mówiono po cichu iż byli na wojennej stopie oddawna.
Rozmiłowany do szaleństwa, książę wprędce jakoś ostygać zaczął, i natura do uległości nie nawykła w nim się odezwała. Rolina też panować chciała — musiała więc rozpocząć się walka, i dotąd jej końca podobno nie było. Nieprzyjacielskie zastępy stały naprzeciw siebie, zbrojne, wypatrując chwili, któraby zwycięski bój stoczyć dozwoliła.
Przez jakie stopnie przeszedł ten dramat małżeński — ile w nim było dla obojga wspomnień gorzkich, tego się tylko domyślać było można. Książę wobec świata był zawsze najlepszym z mężów, — Rolina się zdradzała. Znak to był iż słabszą się czuła.
Pierwsze miodowe dni w Castellamare spłynęły bez chmurki, Rolina zdawała się kochać męża, pragnęła z nim być samą, wyrzekała się świata: „Une chaumiere et son coeur!“... nie trwało jednak długo.
Pusto straszliwie jej było nad tą lazurową czaszą, neapolitańskiej zatoki — zaczęło być gorąco nieznośnie.
Zwiedzili Sorento i Capri, Rolina poziewała — męża znajdowała nudnym i monotonnym. Pierwsze maleńkie spory doprowadziły ją do niespodziewanego odkrycia iż był nieznośnie upartym... Zaczynała go pół żartem, pół seryo nazywać despotą. Niebardzo się bronił temu. C’est dans le sang! mówił obojętnie.
Ale i w jej krwi była taż sama zachcianka panowania...
Małe chmurki na horyzoncie małżeńskim przelatywały prędko, bo książę był jeszcze duszą i zmysłami rozkochany — ale duszna miłość ostygała powoli... zmysłowej ona nie rozumiała.
Jednakże przechadzali się jeszcze razem po morskiem wybrzeżu — choć pani ziewała i patrzała w dal tęsknie. Trudno jej było wyżyć w tej monotonnej samotności, z zawsze jednym wielbicielem, który codzień jednakowo kochał się, wyrażał swą miłość i męczył ją pieszczotami.
Które z nich wprzódy zażądało zmienić powietrze — rzeczą jest niedocieczoną. Rolina była zręczniejszą, być więc może iż wmówiła mężowi że on tego życzył sobie.
Pojechali ztąd — do Trouville.
Księżna znalazła się w swoim żywiole, było ciasno, gwarno, miała przed kim popisywać się oczyma i tualetami. Okrzyknięto ją królową sezonu. Książę nic przeciwko temu nie miał, ale na dworzan królowej patrzył ostro i zbliska.. Wszyscy wiedzieli że strzelał w lot kulą jaskółki, i bił się na szpady dzielnie. Przytem silny był tak że człowieka brał z łatwością na ręce i jak piłką się nim bawił. Księżna te popisy zręczności i siły znajdowała — de trés mauvais gout. Pierwsza sprzeczka ostrzejsza zaszła w Trouville, a wiadomo że od wygranej w tej pierwszej utarczce najczęściej cała przyszłość zależy.
Książę począł wyśmiewać jej zalotność w sposób przykry i bolesny! ona nazwała go dziwakiem, niewdzięcznikiem, despotą... Koniec końcem rozkochany markiz francuz musiał zwrócić się ku innemu bóstwu — bo książę Platon stał się niemal grubijaninem. Rolina płakała, gniewała się i — zaprzysięgła pomstę. Miodowe miesiące bezpowrotnie przeszły.
Stosunek małżeństwa zupełnie się zmienił. O miłości mowy nie było, ale przy ludziach książę największą okazywał i uszanowanie, a zazdrosnym był szpetnie. Co gorzej, Rolina się przekonała że surowy dla niej, dla siebie wcale nim nie był! Nie wdawał się wprawdzie w uczuciowe romanse, ale za łatwemi pięknościami gonił z rodzajem cynizmu i lekceważenia, dowodząc że mężczyźnie było dozwoleniem, co kobiecie uwłaczało i odejmowało jej szacunek.
Chcąc się pomścić Rolina stała się bez udziału serca, wyzywająco zalotną, książę szydersko a bezlitośnie paraliżował wszystkie jej rozpoczynające się zaledwie romanse.
Wojna rozpoczęła się na dobre, a nawet urzędowego jej wypowiedzenia nie brakło.
— Jeżeli cię to bawi — rzekł książę Platon — kokietuj i bałamuć kogo ci się podoba, ale, w razie jeżeliby to zadaleko zaszło, możesz być pewną że się rozstaniemy... Starać się będę, abyś w takim razie miała przysądzone alimenta skromne i na zbytki niestarczące. Dopóki nosisz imię moje, nie będę nic żałował, jeśli się rozejdziemy... za nic nie ręczę...
Opłakiwała Rolina okropny zawód jakiego doznała, sądząc że ten człowiek łatwym będzie do opanowania, ślepym i posłusznym. Nie rachowała wcale na tego drugiego człowieka, jakiego każdy z nas prawie w sobie nosi.
Przez całe półtora roku ten stan trwał ciągle, coraz się tylko stając nieznośniejszym dla niej — a obojętniejszym dla księcia.
Mówiono że pobyt w Wiedniu, nie dla Roliny został obmyślany, ale dla pięknej rękawiczniczki w Ringu, w której książę Platon był po swojemu rozkochany.
Jenerał Piotr Maksymicz w ciasnem kółku najzaufańszych przyjaciół zwierzał się im, że — Platon zupełnie był rozczarowany żoną, którą miał za ideał a znalazł istotę rzeczywiście prozaiczną i pospolitą. Był czas, dodawał, że i ja nawróciłem się na cześć tego mniemanego ideału, ale dziś książę mi przyznaje, żem przed nawróceniem jaśniej widział niż on...
Rolina powróciła do Wiednia napozór zwycięzką — w istocie znękaną i zrozpaczoną w duszy.
Piękność jej nie ucierpiała przez ten czas, owszem cieleśnie rozkwitła i rozwinęła się do najwyższej potęgi, była olśniewającą, ale wyraz twarzy zmienił się znacznie.
Rysy jej zaostrzyły się, uwydatniły, nabrały charakteru, w którym łagodność, dobroć, wdzięk dziewiczy, zupełnie się zatarły. Miała majestat, powagę, dumę, lecz w wejrzeniu i uśmiechu przebijała się gorycz, ironia, boleść tłumiona.
Coś tragicznego, gorączkowego w obejściu się z ludźmi, w sądach o nich — dowcip złośliwy, pogardliwe miny, czyniły ją często przykrą w towarzystwie. Nawet wesołość jej gdy chciała przybrać ją przez fantazyę — niemiła była i czyniła wrażenie smutne.
Naprzekór mężowi, nie wyrzekała się wcale zalotności mogącej mu przykrość uczynić, doprowadzała ją czasem do tak ostatecznych granic, tak była nieopatrzną, dobrowolnie się kompromitującą, jakby wyzywała męża. Wszystko to jednak było tak obrachowane i odmierzone, iż w razie wybuchu ze strony Platona, ona mogła dowieść niewinności swojej.
Po przyjeździe do Wiednia, Rolina przez dość długi czas, nie myślała się nawet pytać o Boehmowę i o przyrodnią siostrę. Była najpewniejszą że one same do niej pośpieszą. Gotową też była, zapomniawszy przeszłości, przyjąć je miłościwie, ująć, obdarzyć, a jeśliby to ubogie pokrewieństwo księciu czyniło przykrość — nawet się z niem popisywać. Wojna z nim była teraz na porządku dziennym, a wszystko co ją podtrzymywało, pożądanem.
Lecz choć pobyt księżnej Radjan, z domu Maholich, głosiły wszystkie dzienniki, choć ekwipaż jej i stroje opisywały, choć niepodobieństwem było aby Boehmowa nie dowiedziała się o tem z Tageblatu, który codzień czytywała — ani ona ani Pepi nie dawały znaku życia.
Bolało to księżnę, tak dalece, że się kazała w policyi dowiadywać co się z niemi działo. Przyniesiono jej wiadomość że jakiś czas mieszkały na Józefstacie, ale się potem na wieś prawdopodobnie do Galicyi wyniosły.
Istnym przypadkiem potem, gdy księżna mało do kościołów uczęszczała, raz w czasie nabożeństwa, na którem ekscentryczną tualetę pokazać chciała, zdaleka spostrzegła Boehmowę, ale samą, bez córki.
Spojrzenie na nią zaintrygowało ją mocno, gdyż ze stroju skromnego ale wcale przyzwoitego, modnego nawet wniosła że się jej dobrze dziać musiało. Nie wahała się do niej przecisnąć (pięknej a strojnej pani ustępowano wszędzie, a nawet w kościele) Boehmowa choć poznała ją, nie śpieszyła z powitaniem.
Rolina zbliżywszy się do niej szepnęła.
— Czyż to się godziło tak o mnie zapomnieć! Szukałam was, dowiadywałam się...
Balbina milczała zrazu nachmurzona.
— Ja nie mieszkam w Wiedniu — odpowiedziała sucho i z urazą.
— Moja Balbino — odparła księżna — nie dąsaj się na mnie, zapomnijmy o tem co było, przebaczmy sobie wzajemnie — chcę wam służyć, jeżeli w czem mogę.
— Dzięki Bogu, my nic nie potrzebujemy — odpowiedziała Boehmowa.
Podrażniona jeszcze bardziej ta wiadomością, Rolina nie odeszła od dawnej swej towarzyszki, dopóki jej, rozdobruchawszy, nie skłoniła aby z nią siadła do powozu i jechała do pałacu na Ring na dłuższą rozmowę.
Popłakawszy trochę, otarłszy łzy, Balbina zmiękła i dała się zabrać z kościoła. Wsiadłszy do powozu, historyi swojej nie potrzebowała opowiadać Boehmowej, gdyż to co wszyscy wiedzieli, i jej nie było obcem, a dziejów swojego serca, pożycia walki — wyjawić przed nią nie chciała. Przez dumę usiłowała się okazać — szczęśliwą.
Balbina znajdując ją opływającą w dostatkach, z tytułem jaśnie oświeconej, nie okazywała ani zdziwienia, ani zazdrości.
— Gdzież jest Pepi? — zapytała Rolina.
— Wyszła za mąż, jest na wsi — odpowiedziała Balbina.
— Za kogo?
Boehmowa spojrzała na nią, zawahała się nieco, uśmiechnęła.
— Zamążpójście swe tobie trochę zawdzięcza — rzekła. — Wzięła tego, którym ty wzgardziłaś. Bronisz tęsknił za tobą, Pepi mu przypominała ciebie...
Rozśmiała się sucho Rolina.
— A! to wyborne! — zawołała — i żyjecie w tych biednych Broniszowicach, które mu się zostały z całego majątku. Jakże tam wam?
Z pewnego rodzaju politowaniem spojrzała na Boehmową, która poruszyła ramionami.
— Cóż znowu! — odezwała się. — Bronisz po ciotce bezdzietnej odziedziczył dobra znaczne, z pięknym zamkiem i ślicznym parkiem. Mieszka czasem i w Broniszowicach, ale ma pałaców do wyboru, nie licząc pięknego domu, który spadł na niego w Wiedniu. Są bardzo majętni.
Brwi się ściągnęły Rolinie i zrobiło bardzo przykro, Stach był jedynym dla którego miała coś nakształt uczucia, pewną słabostkę, tęskniła za nim. On ją tak kochał!!
Winszuję Pepi! — westchnęła smutnie.
Przepych jakim księżna była otoczoną, nie zrobił na Balbinie spodziewanego wrażenia. Zasiadły na rozmowę, wśród której Rolina się popisywała z okazałością swego domu, ze stopą na jakiej żyli i stosunkami które miała w świecie, Boehmowa mówiła jej o cichem szczęściu Pepi, o dobroci męża, o życiu na wsi wygodnem i pańskiem.
— Moja Balbino — rzekła Rolina w końcu — napiszże do nich, niech nas odwiedza, zapraszam najserdeczniej. Chcę widzieć Pepi szczęśliwą mężatką, i Stacha...
Znalazła się nadzwyczaj pańsko z Balbiną, i, ona co nikomu nigdy nic nie była zwykła dawać, zmusiła ją do przyjęcia kosztownej dosyć pamiątki, a prócz tego pięknej bransolety z Włoch przywiezionej, dla Pepi.
Nie dając bynajmniej poznać po sobie co cierpiała, wysilała się księżna aby okazać szczęśliwą, tryumfującą, panującą w domu, zupełną panią swej woli. Boehmowa wierzyła temu czy nie? trudno było poznać. Rozstały się uprzejmie na pozór lecz zimno.
Tak jak Boehmowę, i innych swych dawnych znajomych, przyjaciół, starała się Rolina wciągnąć do domu, odnowić z niemi stosunki i odegrać rolę szczęśliwej przed niemi.
Ile razy potrzebowała męża za komparsa do tego przedstawienia, książę Platon, z ironicznym uśmiechem na ustach, posługiwał jej doskonale — dla honoru domu.
Orszak swój wielbicieli, księżna umiała zawsze utrzymać w wielkim komplecie, zwiększając go, dopełniając, mieniając swych służbowych szambelanów, naprzemiany okazując to jednemu, to drugiemu, szczególne względy swoje.
Było to w jej naturze, że gdy się nawet z kim poróżniła, pogniewała, rozstała urażona, — zapominała o tem łatwo i po niejakim czasie dawna uprzejmość wracała.
Czcicieli i hołdowników potrzebowała tak koniecznie, iż nikogo z nich tracić nie chciała.
W wielkim świecie patrzano na nią jako na fenomenalną istotę.
Zalotna niezmiernie, śmiała do zuchwalstwa, ze wszystkich tych zalotów wychodziła zwycięzko, nieskompromitowana, obojętna, nie dając sobie zarzucić najmniejszej słabostki. Miała fantazye, lecz te na bliższem poznaniu przedmiotu ich się kończyły... Człowiek zbadany przez nią, stawał się jej obojętnym.




Wieczór, na który wysłano zaproszenia, miał być jednym z najświetniejszych tego roku. Urozmaicić go mieli, sławna włoska śpiewaczka, znakomity skrzypek belgijczyk, ulubiony deklamator niemiec; muzyk improwizator węgier, uczeń Liszta, naturalnie, któż nie jest uczniem Liszta?
Rolina oddawna wielką miała ochotę urządzić u siebie teatr amatorski, spodziewając się urokiem jego wciągnąć — dotąd zimną i trzymającą się zdaleka, księżnę Matyldę. Wiele jeszcze brakło do tego! Lecz i bez teatru, napływ do salonów księstwa Radjanów był wielki.
Słynęły one z doskonałych wieczerzy, z niezmiernej ilości wina szampańskiego, lejącego się na nich strugami, z wytwornością dostatku a przedewszystkiem ze swobody, która tu panowała.
Zbierali się tu ludzie wszelkich narodowości, wszystkich stanów, ale przeważała arystokracya, dyplomaci, wysocy urzędnicy, znakomitości finansowe... Co się nazywa par excellence światem, zajmowało tu pierwsze miejsce.
Charakterystyką salonu księstwa było, że gdy gdzieindziej przypuszczano świat literacki, artystyczny — i po troszę ze wszystkich warstw które wychowanie zrównało — tu elita tylko wstęp miała... Artyści przychodzili dla zabawy państwa, nie dla siebie, tolerowani byli zaledwie. Księżna szczególniej starała się o imiona, tytuły — a te dla niej zacierały wszystko co pod niemi być mogło ciemnego i nieczystego... Książę Platon nadto był wielkim panem, aby się nim potrzebował okazywać i pamiętać o tem — ona bolała jeszcze nad przeszłością swoją.
Jak z sobą żyli małżonkowie, mógł świat sądzić, jak mu się podobało — w salonie księżna była gospodynią, panią i królową. Platon ani z nią rywalizował o to, ani sobie zadawał pracę odegrywania jakiejkolwiek roli. Wolał być swobodnym i czasem zamało się troszczył o swych gości, zdając ich na żonę...
Dawni znajomi pięknej Roliny stawili się wszyscy do apelu tego wieczoru. Przed innemi wszystkiemi przesunął się, zawsze do niej po ojcowsku przywiązany hrabia Bongi, który ze łzami w oczach mówił o szczęściu tej pary gołębi, nie domyślając się utarczek za kulisami.
Jeden z pierwszych ukazał się w salonie, podchodząc ku gospodyni z błogim na ustach uśmiechem...
— Królowo moja! — zawołał — dziś znowu jesteś piękna jak Madona Rafaela. Szczęście promienieje na twej twarzyczce, a ja patrząc na nią, czuję się też szczęśliwym!
Dziś pewnie mnogich mieć będziecie gości.
— O! rozesłano zaproszeń wiele — uśmiechając się mówiła Rolina — w mieście niema ani koncertu, ani żadnego atrakcyjnego widowiska... Chi lo sà: może trochę łaskawych się znajdzie.
— Łaskawych! — przerwał Bongi — ale to wy łaskawi jesteście dla nich, że ich przypuszczacie do oglądania waszego oblicza!
Z hrabią dość poufale była Rolina.
— Jeden obiecany gość — szepnęła pochylając mu się do ucha — najmocniej mnie interesuje... (Mówiąc to patrzyła w zwierciadło i poprawiała czarne włosów pierścienie spadające na szyję białą i ramiona).
Wiecie kto? — Mój szwagier!
Hrabia go nie znasz może? Biedny człowiek kochał się niegdyś we mnie, byliśmy naówczas dziećmi. Ja nawet lubiłam go trochę. Polak, dobre serce, człowiek miękki, marzyciel, wieśniak... Ożenił się z moją siostrą przyrodnią, podobno dla tego że ona mu mnie przypominała. Czem? nie wiem, bo jest blondynka, niebieskooka, proste sobie dziewczę...
Ruszyła ramionami. Dziś zobaczymy się znowu! To zabawne!
Nadchodzący baron St. Foix, który, pomimo dziwnego obrotu losu, zawsze się liczył do platonicznych wielbicieli Roliny — przerwał rozmowę z Bongim. Baron odmładzający się tem uparciej im widoczniej starzał, w roli galanta śmiesznym być zaczynał.
Księżna jako starego, dobrego przyjaciela przyjęła go bardzo uprzejmie — co go zawsze uszczęśliwiało, czyniło ruchliwym i gadatliwym do zbytku. Wyginał się przed nią, prostował, poruszał młodzieńczo, a gdy się śmiał, twarz mu się brzydko zmarszczyła.
Jego wierność księżna wynagradzała wzrokiem czułym — choć w duszy znajdowała go pociesznym.
Bongi, który nie miał z kim mówić o sztuce, wziął go zaraz pod rękę, gdyż księżna przybywające przyjmowała panie.
Znajomości niewieścich miała teraz poddostatkiem, z niektóremi paniami była na bardzo poufałej stopie — wszystkie obsypywały ją czułościami i wszystkie zazdroszcząc jej, wyśmiewały po cichu, ogadywały ostrożnie, oburzały się jej kokieteryą zimną, może dla tego że do żadnego skandalu nie doprowadzała.
Od powitania zaczęła się wzajemna analiza strojów, pochwały ich obserwacye które późniejszym cichym rozmowom miały dostarczyć wątku.
Dosyć już osób przybyło i salony się napełniały, towarzystwo ożywiać zaczęło, gdy w progu ukazał się Adam Morimer.
On także należał do dobrych przyjaciół księżnej, która ze szczególnemi względami była dla utalentowanego młodzieńca, obawiając się może aby resztka dawnej, zawiedzionej pasyi, w ocet i żółć obrócona, nie wylała się na nią w jakiej piosence lub obrazku — bo Morimer pisał poezye piękne i malował jak artysta.
Adam był mocno zmieniony. Dawne jego marzycielstwo, pogonie za ideałami dni młodych, ustąpiły teraz usposobieniu, w którem ironia gorzka górę brała... Stał się sceptykiem, dosyć obojętnym na sprawy świata, nie mogąc mu jednak darować że się dawniej rajem przedstawiał, a w końcu okazał — kałużą.
Typ całkiem odmienny, co do powierzchowności i męzkiej piękności. Morimer nie gasnął nawet przy księciu Platonie.
Zobaczywszy go przesuwającego się księżna kilka kroków podeszła ku niemu, z uśmiechem ładnym na ustach, wdzięczących się dziecinnie.
— Tak dawno was nie widziałam! — odezwała się. — Dziś, winnam zapewne urokowi muzyki, żeście sobie mnie przypomnieli. I przychodzisz pan, razem z tłumem, gdy ja najmniej z jego towarzystwa będę mogła korzystać.
Morimer podniósł brwi, twarzą wyrażał podziwienie.
— Mościa księżno — rzekł — doprawdy! tak grzecznie mnie witasz jak gdybyśmy nie byli... dobremi dawnemi znajomemi!
Rolina z wyrzutem spojrzała na niego.
— Przychodzę nie dla muzyki — mówił Morimer — ale dla napawania się widokiem waszym. Na tem tle złotem jesteś pani jak postać ze starego obrazu trecentisty, w całym blasku i potędze!
— Ironia to czy pochlebstwo? — zapytała księżna. — Nauczyłeś mnie pan być tak niedowierzającą jak sam jesteś.. Szukam teraz w słowach jego nie tego co mówią, ale co skrywają.
— Kiedy o księżnie mowa — rzekł Morimer grzecznie — głos i słowo może być tylko jedno... uwielbienie.
Miała Rolina odpowiedzieć coś jeszcze, gdy we drzwiach zobaczyła wchodzącą Pepi. Mąż ją prowadził.
Stach biedny wzruszony mocno się zdawał.
— Mój Boże! — zawołała w duchu księżna — co się z niego zrobiło!
Piękny Bronisz w istocie, opalony, ubrany trochę z wiejska, wyglądał niedźwiedziowato i miał fizjognomię zadomowionego, szczęśliwego szlachcica, który niewiele o świat dbając, ani się do niego na strój, ani na minę nie wysila. Śmiała mu się dobrodusznie, poczciwa, okrągła, rumiana twarz, choć oczki biegały niespokojnie.
Spartej na jego ręku Pepi, także poznać było trudno. Skromne, wesołe dziewczątko wykwitło na dosyć poważną mężatkę, śmiałą i pewną siebie, nawykłą do panowania na wsi wszystkim nie wyłączając męża, który opanowanym być potrzebował. Z dawnego wyrazu twarzyczki jedna łagodność i dobroć jej pozostały.
Księżna z otwartemi manifestacyjnie rękami pośpieszyła naprzeciw nim, wpatrując się w zmięszanego Bronisza, któremu dłoń podała.
Siliła się próżno coś powiedzieć im, mimowoli czuła się poruszoną i gniewała za tę słabostkę na siebie. Pepi śmiało, przytomnie, jasnym swym uśmiechem i głośnem powitaniem, wywiodła ją z zakłopotania.
Oboje małżonkowie, wśród tego towarzystwa stolicy, mieli tak wybitne znamię wieśniacze, iż wszystkie oczy zwracali na siebie. Rolina dostrzegła że i Pepi i mąż jej utyli i — postarzeli; lecz w twarzach ich czytała że byli sobie, po prostu — ludzie szczęśliwi.
Tylko, takiego szczęścia wiejskiego ona im nie zazdrościła i wyżyćby w niem nie mogła. Świat o niem nie wiedział.
Nim od nich przeszła księżna do innych swych gości, zapoznała szwagra i siostrę z kilku otaczającemi osobami. Morimer przyszedł się swej dawnej znajomości przypomnieć.




Towarzystwo coraz się więcej ożywiało, grupując wedle powinowactw różnych, gospodyni zajęta niem, uprzejma dla swych gości, nie zapominała wszakże na przekór mężowi, na utrapienie wielbicieli zazdrośnych, sięgać po nowe zdobycze lub już poczynione zapewniać sobie.
Po drodze, przesuwając się przez tłumy, cisnącym się do niej rzucała ciche, tajemnicze słowa, dawała znaki porozumienia. Z jednemi spotykała się wśród tłumu samego, z drugiemi w sąsiednich buduarach, po zakątkach, w których na jej przejście oczekiwać się zdawali.
Mówią często o tych geniuszach, które na raz po kilka korespendencyj dyktować umieją; Rolina należała do nich, bo jednego wieczora, jednej godziny mogła wiązać, rozplątywać, zadzierzgać mnóstwo małych intryżek, stanowiących sturamienny dramat dziwnego jej życia...
Mąż nigdy jej nie był na zawadzie, zuchwale w oczach jego szeptała, ściskała ręce, umawiała się, uśmiechała oczyma śmiałemi zdając się mówić do niego.
— Cóż mi zrobisz?
Nowo zaprzężony do zwycięzkiego wozu jej stał anglik.
— Pani dziś piękną jesteś, jak... marzenie! — szepnął przechodzącej.
— A wy, mylordzie, jesteście dziś trywialni jak rzeczywistość! — odparła Rolina — i przynieśliście z sobą spleen, który mnie jest zakazany.
— Spleen! nie, ale zazdrość!
— Doprawdy? o kogoż jesteście zazdrośni?
— O zwierciadła co jej obraz odbijają.
— Trywialne! zawsze trywialne! — odparła Rolina.
— Zbyt wiele czuję, bym mówić umiał ładnie...
— Zużyte! — rozśmiała się księżna.
Nachyliła mu się do ucha, widząc że mąż patrzy na nią, szepnęła coś, podała rękę — odeszła.
Radjan zbladł i poczerwieniał — lecz, śmiał się hałaśliwie...
O trzy kroki dalej, upadła jej batystowa chusteczka. Stojący tuż mężczyzna lat średnich schylił się aby ją podnieść i — z szelestu jakiegoś posądzić było można iż kartkę wsunął do chustki. Spojrzeli na siebie znacząco.
— W. Ekscelencya znudzisz się dzisiaj u mnie...
Szła dalej, baron St. Foix zastąpił jej drogę.
— Mój przyjacielu — rzekła do niego głosem tęsknym — nasze wieczory, en petit comité, daleko są przyjemniejsze, ale obowiązki gospodyni...
Mój książę tak potrzebuje rozrywki....
Mignęła tylko, już jej nie było.
Oczyma dawno szukała Stacha Bronisza, odebrała go żonie, wzięła pod rękę, i zwolna szła z nim do gabinetu...
— Stachu? — zapytała głosem w którym było nieudane drżenie — Stachu? mów, jesteś ty szczęśliwy?
Był to wystrzał — a bout portant.
Bronisz jąkał się, przemówić długo nie mógł — był zburzony — przelękły.
— Nie budź wspomnień umarłych — odezwał się poważnie.
Milczeli chwilę. Stach dodał cicho:
— Nie mogę być szczęśliwym, ale jestem spokojnym.
— Starczy ci to?
Nic nie odpowiedział Bronisz.
— A ty? — zapytał nieśmiało.
Rolinie błysnęły oczy.
— Jak sądzisz? — odparła z ironią. — Prawda? wszystko się składa na oszukanie ludzi, — możnaż nie być szczęśliwą, z takim antynousem jak mój mąż, z takim krezusem jak on, z takim miłym i dobrym człowiekiem? Możnaż nie być szczęśliwą tak się uśmiechając jak ja, tak się trzpiocząc swobodnie?
Głos jej coraz bardziej gorzkiem szyderstwem przerażał Bronisza, który bladł słuchając.
— Przypatrz się księciu — ciągnęła dalej — niema straszniejszego, zimniejszego, okrutniejszego despoty na świecie nad mojego pana! Nienawidzę go!
Stach osłupiał.
— Ale o tem oprócz ciebie, nie wie i nie powinien nikt wiedzieć — mówiła dalej z szyderskim śmiechem. — Dla świata ja muszę być szczęśliwą — i, przyznaj mi, noszę moją maskę tak że z pod niej łez krwawych i męczarni nie widać.
— Rolino, być ze to może! — krzyknął Bronisz.
— Cicho! — ciągnęła dalej rozgorączkowana księżna. — Chciałam się raz poskarżyć przed kimś... mogłam tylko tobie jednemu, ty jeden mnie kochałeś!
Piekło noszę w sobie — dodała — ale i jemu zatruję życie...
Nagle spostrzegła nadchodzących i, wesoło dokończyła.
— Signora Tritomi śpiewać będzie... chodźmy bliżej...
Pobiegła do salonu... Akompanjator uderzał pierwsze akordy, słuchacze zajmowali miejsca, Rolina sadzała swe przyjaciółki...
Cicho zrobiło się w sali, tylko Bongi nie puszczał barona, któremu długą jakąś historyę opowiadał.
— Nie a propor — rzekł do wyrywającego się. — Przywieziono z Nicy zwłoki tego biednego Rudolfa. Stara księżna która leżała chora, po śmierci wnuka, dopiero teraz smutna swą podróż mogła przedsięwziąć. Pogrzeb jutro... bądź że na nim.
— Niezawodnie.
— Szkoda chłopca — westchnął hrabia. — Ale to są skutki zbyt pieszczotliwego i troskliwego wychowania. Trzymano go długo w niewoli i zamknięciu oddzielonego od świata... Abbé Voisin spowiadał go co tygodnia...
Cóż dziwnego że młodość się upomniała praw swoich...
Oklaski huczne przerwały rozmowę.
Baron, tak długo trzymany w niewoli przez włocha, od wnijścia do salonu, dawał znaki niepokoju jakiegoś. Coś mu ciężyło na sercu. Oglądał się, zamyślał, zagryzał usta i z tego co Bongi mówił, niewiele słyszał i rozumiał.
Wtem spostrzegł przechodzącego na palcach księcia Platona, który z kółkiem małem swych dobrych przyjaciół, w gabinecie osobnym palił cygara i pił zamrożonego szampana... Porzucił on ich, aby się pokazać przy śpiewie i śpiesznie powracał do kątka.
Baron schwycił go pod rękę.
— Jedno słówko, mości książę! — Mówiąc oglądał się dokoła, jakby nie życzył być podsłuchanym. — Słówko — ale — na osobności.
Książę Radjan, któremu pilno było do swoich, stanął krzywiąc się nieznacznie. Stary ten wielbiciel Roliny nudził go.
— Pilne to?
— Bardzo! — odparł St. Foix — pilne i ważne.
Przemknęli się w milczeniu do bocznego gabinetu, w którym oprócz kredensowych przyborów nie było nic.
Służba gospodarowała obok.
— Czytałeś książę gazety wieczorne?
— Ja? ja? — zawołał Platon — ale ja oprócz Gołosu nie czytam nic.
Francuz ściągając brwi, dobył z kieszeni złożony w kilkoro arkusz dziennika jeszcze wilgotny i palcem pokazał w nim miejsce jedno ks. Radjanowi.
Gospodarz obojętnie, lekceważąco poszedł z nim do lampy, począł czytać i — zwrócił się do barona blady i pomięszany...
— Miałażby to być prawda, czy tylko wymysł złośliwy? — zakrzyknął z namiętnością wielką.
— Prawdą jest wiadomość, a umieszczenie jej może być złośliwem — rzekł francuz. — Wymyśleć coś podobnego nikt nie mógł, są szczegóły...
Radjan stał blady i drżący.
— Jakież to może następstwa pociągnąć za sobą? — zapytał pomyślawszy.
— Żadnych innych, oprócz ewentualnego wezwania na świadectwo przed sądy. Mściwy amerykanin będzie umyślnie starał się zeznaniami uwikłać księżnę — i przed światem ją skompromitować.
— Nie mówiliście jej o tem? — odezwał się Platon.
— Ja? Za kogóż mnie macie? — zawołał baron. — Na cóż jej zatruwać ten wieczór? — Sprawa ta do was należy.
Platon się namyślał mnąc gazetę w ręku...
Mojem zdaniem — mówił baron — dla uniknięcia nieprzyjemności, natychmiast wyjechać potrzeba... Ztamtąd — wskazał na północ — nie ściągną was dla tak głupiej sprawy.
Radjan stał ciągle w myślach pogrążony, lecz zwolna odzyskując panowanie nad sobą i energię człowieka, który się nie nawykł lękać niczego.
— Książę masz krewnych — powód do nagłego wyjazdu znajdzie się łatwo...
Nic nie odpowiadając Platon podał rękę francuzowi i uścisnął dłoń jego silnie... Wyszli razem z gabinetu, na którego progu gospodarz już twarz starał się wyjaśnić. W oczach jego można było dostrzedz jakby błysk jakiegoś szyderstwa, które się radowało cierpieniem czyjemś...
W salonie deklamował już sławny artysta, piękny wiersz Hamerlinga, — panowała cisza. Rolina odpoczywała nie słuchając wiersza, ale oczyma licząc swoje ofiary, i uśmiechając się tym, którzy poezyę poświęcali dla niej.
Bawiła się wybornie tymi ludźmi, których wprawiała w stan odurzenia, budziła w nich niedorzeczne nadzieje, karmiła jak kanarki, rzucając im po prószynce cukru — jutro gotując się struć ich zimnym sarkazmem i wyrachowaną obojętnością.
Stojący z boku ks. Platon spoglądał na nią z rodzajem politowania. Siedziała tak tryumfująca i spokojna, nie czując miecza damoklesowego zawieszonego nad głową.
Wieczór, jakby na przekór gospodarzowi, który pod koniec chodził jak struty — przeciągnął się dłużej niż zwykle.
Wieczerza wykwintna, szampan, którego wypito niezliczoną ilość butelek, wesołość do najwyższego stopnia spotęgowały. Zabawa zmieniła się w bal, taniec ochoczy z początku, szalony w końcu.
Godzina była trzecia po północy, gdy księżna pożegnawszy ostatnich gości, znużonym krokiem weszła do sypialni, w której na nią dwie służące oczekiwały. Rzuciła się na kanapkę, bezsilna, zwieszając głowę ociężałą.
Jedna ze sług zbliżała się aby jej rozwiązać włosy, gdy — zapukano do drzwi.
Było to — zuchwalstwo niesłychane.
Nikt inny naturalnie dopuścić się tego nie mógł prócz księcia — lecz i on nie powinien się był ważyć! Rolina rozgniewana podnosiła się już, chcąc zabronić mu wejścia, gdy Platon ukazał się w progu. Nie zważał wcale na groźne żony oblicze, która zawołała poruszona.
— Ja padam ze znużenia! Proszęż mi dać pokój... Jak można było...
Platon nie dozwolił jej dokończyć, wzrok je go więcej mówił niż słowa.
— Musimy natychmiast pomówić z sobą...
Rolina patrzała nań wielkiemi oczyma.
— Powtarzam, jest interes nie cierpiący zwłoki, natychmiast mówić z sobą musimy.
Ze zmienionej twarzy, z natarczywości tej, nie wiedząc co wnioskować, Rolina przewidywała scenę zazdrości...
— Należałoby mieć litość nademną — odparła chmurno.
Książę Platon nie słuchając jej, dał znak sługom ażeby się natychmiast oddaliły. Oprzeć się jemu niktby był nie śmiał w domu, a w tej chwili miał oblicze tak groźne i nakazujące, że dziewczęta pierzchnęły przestraszone. Zostali sami.
— Tyrania nie do zniesienia! — odezwała się Rolina.
Zamiast odpowiedzi, książę zwolna dobył gazetę pomiętą z kieszeni, wyszukał w niej artykuł i podał jej go nie mówiąc słowa.
Rolina na sam widok dziennika pobladła, chwyciła go do światła, zaczęła czytać i nie dokończywszy z krzykiem, zasłaniając sobie oczy, padła na kanapkę.
Książę był litościwy na pozór, nie rzekł przykrego słowa, nie pozwolił sobie żadnych wymówek.
— Baron, który mi przyniósł gazetę — rzekł zimno — przewiduje ze ten oszust przez zemstę, może swoją dawną narzeczonę wezwać na świadka, usiłować wciągnąć w to błoto, z którego się sam wyrwać nie potrafi...
Miarkujesz pani, że żona moja, nosząca imię Radjanów, w proces kryminalny wmięszaną być nie może.
Rolina rozpaczliwie ręce łamała.
— Na to jest jeden sposób — mówił książę z dumnym spokojem, tonem stanowczym — musimy jeszcze tej nocy jechać ztąd do moich posiadłości w Krymie. Śmierć jakiegoś bliskiego krewnego, nagły ten wyjazd usprawiedliwi. Przyjaciele moi go wytłumaczą.
Bardzo mi przykro dla pani, że się tak smutnie przerwie, wesoło rozpoczęty karnawał, — tyle przyjemnych stosunków zerwać musi — lecz, wina nie moja. Przyznasz mi pani, żem usiłował nie stawać na przeszkodzie jej — rozrywkom ale — il y a force majeure!
Uśmiechnął się szydersko.
Księżna stała już skamieniała, nie mogąc przemówić słowa, nie śmiejąc podnieść oczu. Piersi jej poruszały się płaczem tłumionym dumą. Nie mówiła nic. Ognistemi głoskami na czarnem tle tej przepaści, którą widziała przed sobą, piorunowym wężykiem biegały słowa: Pomszczę się!
Mąż jej tryumfował, lecz znalazł się rycersko, nie nadużywał swej siły, nie wysilał się na zwiększenie męczeństwa.
— Wydałem rozkazy — rzekł — aby do drogi było wszystko gotowe, pociąg którym jedziemy wychodzi o szóstej rano... Zostawiam tu ludzi, którzy o domu i rzeczach pozostawionych mieć będą staranie.
Czekał na próżno na odpowiedź, Rolina z głową zwieszoną siedziała, nie spojrzawszy na niego.
Platon dobył zegarek.
— Jest już czwarta... zaledwie mamy dość czasu, aby wziąć ubranie podróżne...
I wyszedł z sypialni księżnej...




Nazajutrz baron St. Foix w ulicy spotkał hrabiego Bongi.
— Słyszałeś hrabio — rzekł — jakto nigdy za dzień jutrzejszy ręczyć nie można! W czasie gdyśmy się tak wesoło bawili u Radjanów, książę odebrał telegram o niebezpiecznej chorobie, czy o śmierci ciotki. Musieli dziś do dnia wyruszyć do Krymu.
Bongi podniósł ręce do góry.
— Biedna ta ofiara! — zawołał. — Więc i ona towarzyszy mężowi!! Zawsze i wiecznie poświęcać się musi dla drugich — złote serce!!

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.