Bez serca/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bez serca
Podtytuł Obrazy naszych czasów
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1884
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.

Jednego zimowego wieczora, między siódmą a ósmą, w starym domu na Wallnerstrasse, na trzeciem piętrze, panował ruch niezwykły. U drzwi co kilka minut dzwoniono, podżyła służąca w dosyć zaniedbanym stroju, nadąsana i zakłopotana, śpiesząc się, pokazywała w progu, zbywała przychodzących kilku słowami i co prędzej biegła napowrót.
Chłopcy z magazynów przychodzili z paczkami i mijali się na wschodach.
Wewnątrz słychać było podnoszące się głosy, to niecierpliwe, to gniewne. Światła pośpiesznie przemykały się z pokoju do pokoju.
Niekiedy ruch uliczny, który w tej części miasta w późniejszej porze dnia nie bywa żywy — przerywał i zagłuszał te niespokojne życia objawy. W tym domu i w tem miejscu tak podbudzone życie zdawało się czemś dziwnem i ściwem, bo ulica liczy się do tych zacisznych, które jak staruszkowie do spokoju i życia regularnego trybu nawykły. Starym murom roztrzpiotanie się takie nie przystawało. Kamienica w której się to działo, wyglądała bardzo poważnie, prawie smutno. Zewnątrz miała tę barwę szarą, którą wiek mury przyobleka, fizyognomię nie dzisiejszą, taką, jaką w końcu XVII i XVIII wieku przybierały domy przyzwoite.
Budowniczy nie wysilał się, wznosząc ją, na oryginalność pomysłów; szedł posłusznie za formami przyjętemi i styl kamienicy godził się doskonale z całym szeregiem obok stojących sióstr rodzonych, mało co od niej młodszych i starszych.
Wszystkie one siedziały nachmurzone, posępne, w takich samych popielatych sukienkach, z jednakiemi powyginanemi ozdobami i połamanemi gzemsami, strojne w te same kwiatki, sznury i pilastry.
W takim domu można się było domyślać tylko ludzi spokojnych, niepotrzebujących wiele słońca, ani do zbytku powietrza — ale murów zacisznych, utrzymujących zimą ciepło, chłód latem, a w pośrodku miasta umieszczonych, z którem ich życie wiązało.
To niezwykłe poruszenie wieczorem, hałas, bieganina i stukanie drzwiami, w spokojnie, klasztorno wyglądającym domu, wywoływało też na innych piętrach niepokój i zdumienie. Służące wychodziły na wschody, ciekawie głowy zwracając ku górze i chcąc odgadnąć co tam taką burzę i zamieszanie spowodowało.
Wewnątrz mieszkania, którego część stała w tej chwili nieoświeconą, ruch i niepokój skupiał się cały w jednem miejscu. Salonik i mały gabinet, przytykające do tego pokoju, były ciemne i puste; tu na stoliku lampa, po komodach i półkach stały rozstawione w nieładzie świece. Z ulicy patrząc, można było z przesuwających się szybko cieniów wnosić, że się tu żywo i niecierpliwie krzątano...
Tak było w istocie.
Pokój ten był zarazem sypialnią i garderobą kobiecą, ale teraz panował w nim taki nieład, tak wszystko było porozrzucane, iż o mieszkaniu, jak w stanie normalnym wyglądało, trudno było powziąć wyobrażenie.
Na krzesłach, kanapie, stolikach, na ziemi nawet, na parawaniku komin zasłaniającym, leżały i wisiały powydobywane z szaf i szuflad różne części stroju kobiecego, począwszy od całych sukien, do drobnych gałganków, wstążek, kwiatów, bielizny, rękawiczek, chusteczek i klejnotów.
Ani łóżeczko z podniesionym do góry pawilonem, ani dwie komody z na pół powysuwanemi szufladami, ani nawet koszyki na drzewo przy kominku wolne od nich nie były. To wydobywanie najrozmaitszych części stroju ze wszystkich kryjówek, kazało się domyślać, że pani władająca niemi, nie była jeszcze pewną co na siebie włoży. Zważywszy spóźnioną porę, nie można się było dziwić, że w chwili tak stanowczej mogła ją z tego powodu opanować niecierpliwość, która w ruch gorączkowy wprawia całe otoczenie.
Nie było ono liczne, ale poruszało się tem żywiej; fizyognomia też tego wnętrza sypialni nie dowodziła wielkiego dostatku.
Stroje porozrzucane daleko wyglądały wykwintniej od samego mieszkania z meblami staremi, zużytemi i ustawionemi więcej dla potrzeby niż wdzięku.
Każdy, komuby choć przez dziurkę od klucza wolno było ciekawem okiem zajrzeć do tego pokoiku, główną uwagę zwrócić musiałby na tę, około której tu poruszało się, obracało i biegało rozkazom posłuszne, wszystko.
Była to młodziuchna (taką się przynajmniej wydawała) osóbka, nie ubrana jeszcze całkowicie, w gorsecie i spódniczce, z pięknie utrefioną, kruczemi włosami okrytą główką, przyglądająca się właśnie sobie w wielkiem trumeau, na pół pękniętem i niezbyt już jasnem.
Zaprawdę mogła być kontenta z tego co jej zwierciadło mówiło, choćby nawet nieco zamglone — i każdy, coby ją zobaczył stojącą tak przed niem, a jak posąg wdzięczną i cudnie kształtną, musiał być obrazkiem tym oczarowany.
Była to jedna z tych istot szczęśliwych, które natura na drogę życia wyposaża tak bogato pięknością i wdziękiem, jakby one, wszystkie inne jej dary miały zastąpić.
Lecz, jakże to trudno taki posążek taragryjski opisać!
Cudownie była piękną, a co więcej, miała jedną z tych piękności oryginalnych, wybitną indywidualnością nacechowanych, których główny wdzięk zawisł na czemś nieokreślonem, co się pochwycić nie daje.
Patrząc na klasycznie regularne rysy, które w jednej chwili, jednem niczem umiały przybrać charakter coraz nowy, odmienny, nie tracąc swej właściwości, trzeba się było zdumiewać nieskończonemu cieniowaniu, do jakiego one były zdolne.
Począwszy od główki, bujnemi, kruczemi włosami okrytej, które się buntowały przeciwko grzebieniom i szczotkom, kapryśnie składając w pierścienie — aż do malusieńkiej nóżki zachwycającego kształtu, wszystko w niej było idealnie pięknem.
Nie była to Venus z Milo, lecz niby Psyche, niby Hebe starożytna, naprzemian niewinna jak dziecię i jak dziecię rozpieszczone, swawolna.
Kształtów pełnych już i dojrzałych, które przez to nie straciły młodzieńczego wdzięku; piękne dziewczę, oprócz innej broni, miało dwoje oczów czarnych, jakim równych trudno było znaleźć nawet tam, gdzie jest tych czarnych djamentów ojczyzna.
Oczy to były, które mówiły co chciały, a choć wyraz chłodnego, surowego rozumu w nich przemagał i duma niemi strzelała — umiały być słodkie, wyzywające, pokorne, błagające — naiwne.
Profil twarzy, w której były osadzone, czoło, usta, owal jej, zdały się ze starożytnego medalu wzięte, tak były nieskazitelnej piękności.
Nawet w tej chwili, gdy wyraz ust i ściągnięcie brwi zdradzały niepokój i rozdrażnienie, a przeglądająca się w zwierciadle, nie potrzebowała zmuszać się do nadania sobie wdzięku, choć nadąsana, zmęczona, była cudnie piękną.
Ale dobroci, łagodności, ślad na twarzyczce nie pozostał i można było powątpiewać, czy one kiedy tu, nieprzywołane, mieszkały.
Wyrazu tych ślicznych ale skrzywionych i zaciśniętych ust można się było ulęknąć, równie jak piorunujących błysków oczu. Nie była to już ani Psyche, ani Hebe, ale jakieś bóstwo grozy pełne.
I wpatrując się w nią baczniej można się było dobadać, że ten wyraz najwłaściwszym był fizyognomii, której dobroci i słodyczy uroku brakło. Piękność jej musiała budzić raczej niepokój i trwogę, niż sympatyę, oczy hypnotyzowały więcej niż pociągały ku sobie.
A jednak nawet gdy tak się stawiła groźną, nie można się było wstrzymać spojrzawszy od wykrzykniku:
— O! cudo!
Stworzoną się czuła snać do panowania, ruchy miała królewskie i główkę niosła, jakby na niej już dyadem dźwigała.
Otyła, kwaśna, potargana, zmęczona, z twarzą czerwoną i potem okrytą, — zniechęcona służąca, odziana niedbale i prawie ubogo, dosyć niezgrabnie kręciła się około swej pani. Widać było po niej, że straciła zupełnie nadzieję, aby jej mogła dogodzić.
Na twarzy pomarszczonej, znękanej, kroplistym potem okrytej, wyryte było:
— A! kiedyż się to raz skończy!
Oprócz niej, opodal nieco, stała druga pomocnica czy doradczyni, która również zdawała się znudzoną, ale na jej ustach do wyrazu zniechęcenia mięszała się odrobina ironii jakiejś.
Była to kobieta lat średnich, ubrana jak do domu, lecz z pewnem staraniem, aby się zbyt starą i zaniedbaną nie wydawała. Ślady dawnej piękności, jednej z tych pospolitych a długo trwałych, które blondynkom świeżo się wydawać dozwalają prawie do starości, — czyniły tę panią dosyć jeszcze powabną. Mogła jednak mieć lat czterdzieści z okładem, choć się do nich zapewne przyznawać nie myślała.
Kształtów nieco pełnych, ale sznurowana starannie, ściśnięta może do zbytku, chwaliła się postawą, zdala jeszcze dosyć zręczną. Wyraz jej twarzy, równie jak pięknej panny, nie odznaczał się dobrocią, lecz nie zbywało mu na przebiegłości. Było w niej jeszcze wiele namiętności, choć już ukołysanych, dużo ognia i życia, lecz jakby gwałtownie zepchniętych wewnątrz, aby się na świat nie pokazywały. Niebieskie blade jej oczy patrzały bystro i rozumnie, ze spokojem, który daje wiek i doświadczenie.
Jedną ręką w bok się ująwszy, drugą pierścionkami okrytą, trzymając na piersiach, spoglądała na pannę przed zwierciadłem tupiącą nóżkami z niecierpliwości — i zdawała się szydzić w duchu może więcej z jej gniewów, niż się litować nad nią.
Pięknej dzieweczce nic nie przypadało do smaku, niczego nie było dosyć, nic nie przychodziło w porę.
Rozkazywała podawać sobie różne części stroju, przykładała je przed zwierciadłem jedne do drugich i do siebie, potem zżymała się i rzucała niemi.
Zegar stojący na kominie, stary, niesmaczny XVIII wieku zabytek, z bronzu poczerniałego i zabrukanego marmuru — właśnie wybijał pół do ósmej. Oczyma gniewnemi, posłyszawszy jego syczenie, panna rzuciła na godzinę, która się przypominała, nóżkami zaczęła tupać znowu i wyprawiła po coś służącę, która zdawała się bardzo rada temu, że wyjść mogła.
Krótką chwilę panowało milczenie, które podżyła jejmość, uśmiechając się przerwała:
— Nie gniewajże się, nie niecierpliw, Rolino. Wierz mi, wszystko to zostawi ślady na twej pięknej twarzyczce: a choć ona, dzięki Bogu, stracić na tem nie może i będzie jeszcze aż nadto piękną, by wszystkim głowy pozawracała, wolałabym abyś przed ludźmi ukazała się spokojniejszą, weselszą — nie tak roznamiętnioną.
Pamiętaj, że cię to starszą uczyni.
— A! a! — śmiechem zimnym parsknęło dziewczę, na chwilę zwróciwszy się ku mówiącej i natychmiast znowu pochylając się ku zwierciadłu.
— Bądźcie, proszę, o mnie spokojną, szanowna pani Balbino. Macie mnie zawsze jeszcze za jakieś dziecko, potrzebujące przestrogi... O! o! wierz mi, potrafię być czem zechcę, i jaką mi będzie potrzeba.
— O tem ja nie powątpiewam bynajmniej — z małym przekąsem odpowiedziała Balbina — ale to już źle, gdy się do czegoś przymuszać potrzeba... Lękam się czasem, abyś zanadto rozumu i rachuby nie miała, bo rozum i rachunki często zawodzą.
W obu głosach kobiet, brzmiało jakieś szyderstwo i stosunek ich, choć musiały żyć z sobą ciągle, zapowiadał się nie zbyt przyjaznym. Widocznie były na wojennej stopie, choć walki starsza zdawała się unikać.
Rolina odparła żywo:
— Dziękuje za te owoce doświadczenia, któremi raczycie dzielić się ze mną.
Pani Balbina rzuciła na nią wzrokiem, w którym pragnienie zemsty zabłysło, lecz wnet siłą woli się poskromiła i rzekła z cicha:
— Wierzcie mi, dobrze wam życzę.
— A! nie wątpię! nie wątpię — żwawo i śmiejąc się ciągnęła dalej Rolina. — Wy równie chcielibyście się mnie pozbyć z domu, jak ja się z niego wydobyć życzę! W tem jednem najzupełniej się zgadzamy... — I śmiała się bez najmniejszej ochoty do śmiechu.
— Niestety — mruczała ubierając się — ani wasze modlitwy na tę intencyę, ani moje starania o oswobodzenie, dotąd nie skutkują.
— A! zapewne — dodała zbliżając się do sukni, którą pani Balbina pośpieszyła się pomódz jej wkładać — wydobyć się z tego obrzydłego, ciemnego kąta, z tego wstrętnego ubóstwa, z tej więziennej uliczki, byłoby może łatwo, gdybym się ja mogła lada czem zaspokoić. Ale ja się czuję stworzoną do innego świata i w nim stanowisko sobie zdobyć muszę... Wysoko! wysoko! Muszę! muszę!!
Ostatni wyraz, podnosząc głos, wykrzyknęła namiętnie. Cała jej dusza w nim była...
Po ustach milczącej pani Balbiny przesunął się uśmieszek ironiczny.
Brak odpowiedzi zmusił czarne oczy do zwrócenia się na towarzyszkę, której wyraz twarzy szyderski jej nie uszedł...
— Wątpicie o tem! — zawołała.
— Ja? bynajmniej — chłód udając odpowiedziała Balbina. — Tylko te środki, które Rolina obiera dla osiągnięcia celu swych życzeń, nie zawsze mi się odpowiedniemi wydają.
— A?? — ironicznie spytała, nie przestając się ubierać z pomocą towarzyszki, piękna panna — naprzykład?
— Mówiłam ci to wiele razy — flegmatycznie poczęła Balbina — nadto się rwiesz gorączkowo, zbyt niespokojnie, często zuchwale — narzucasz się niemal — rozpraszasz na wszystkie strony. Może to być zabawnem i odpowiadać temperamentowi — ale jeżeli mowa o rachunku — poważniejsze, umiarkowańsze, ostrożniejsze obchodzenie się z ludźmi, przy twej piękności, z pewnością prędzejby cię doprowadziło do celu.
Masz zawsze, co najmniej czterech lub pięciu podbitych i rozkochanych w tobie, łudzących się jakiemiś nadziejami.
Rolina przerwała trochę gniewnie.
— Proszę, bardzo proszę... nie troszczcie się tak o mnie... Nie potrzebuję kurateli.
Zajmującą tę rozmowę przerwało wdziewanie jedwabnej sukni spodniej, na którą druga krepowa wkładać się jeszcze miała.
Rolina przysunęła się do zwierciadła. Zaczynała być z siebie rada, oczy jej się uśmiechały.
Suknia doskonale malowała cudną jej kibić. Utoczone ramiona i biust wychodziły z niej kształty tak wdzięcznemi! Barwa ubrania złotawa, okrywająca ją krepa i koronki, tak doskonale harmonizowały z płcią jej nieco śniadą!
— Prześliczną będziesz! — zawołała jakby mimowolnie ulegając wrażeniu Balbina.
Zwycięski uśmiech Roliny potwierdził to wyznanie, które na nieprzyjaciółce wymógł urok jej piękności.
Z pośpiechem szło teraz dopełnianie tej toalety; Balbina podawała jej ogniste róże, które miały tkwić we włosach czarnych i u boku, przepaskę, rękawiczki z całym regestrem guziczków, zapinających się mozolnie.
Wszystko to co na siebie brała Rolina, było z wielkim smakiem obmyślane, wytwornem i pańskiem się wydawało na oko. Niełatwo było dostrzedz w tem tysiąca drobnych fałszów i wybiegów, któremi ubóstwo posługiwać się musi, gdy chce rywalizować z dostatkiem i udawać to czem nie jest...
Ósma godzina biła na starym zegarze, gdy dziewczę zupełnie już do wyjazdu gotowe, ostatnim rzutem oka oceniwszy ubiór swój w zwierciedle, przypięło mały zegareczek do pasa, poprawiło kameę którą suknia spięta była, i — zmęczona, z ostrożnością, aby nie pomiąć stroju, siadła na krześle odpocząć.
Pani Balbina, która też potrzebowała spoczynku, opodal się nieco umieściła.
Służąca, która wróciła w czasie ubierania, — a tej też sił się zdawało brakować — posprzątawszy trochę pozostałości toaletowe, wyszła lżej oddychając, że się raz ubieranie skończyło.
Balbina oka nie spuszczała z milczącego dziewczęcia, którego humor dosyć posępny, zdawał się niebardzo godzić z ubiorem i zabawą, na którą się wybierać musiała.
Wśród milczenia przerywanego tylko głuchym chodem zegara i turkotem wozów dolatującym z ulicy, w sąsiednim salonie dał się słyszeć chód powolny, przybliżył ostrożnie do drzwi, zapukano i męzki głos zapytał:
— Czy można?
Pani Balbina żywo się z krzesła podniosła i podeszła ku drzwiom, wołając głosem wesołym:
— Prosimy! dziś jesteśmy wcześnie gotowe...
Drzwi uchyliły się powoli, ostrożnie i do pokoju wszedł z pewną nieśmiałością, mężczyzna w mundurze, z kilku na piersiach krzyżami.
Był to człowiek już stary, z głową siwym, krótko ostrzyżonym włosem okrytą, twarzą mocno ogorzałą i całą jak jabłko pomarszczoną — ale dobrodusznego, spokojnego wyrazu. Maleńkie oczki piwne, wąsik podstrzyżony i zakręcony do góry, czoło niskie i pofałdowane, usta do zbytku szerokie i zapadłe, broda wystająca naprzód, fizyognomię tę czyniły niemal komiczną i do dziadka od orzechów podobną. Łagodność tylko i wypiętnowana na niej rezygnacya uszlachetniały ją nieco.
Pomimo wieku trzymał się sztywno, prosto, po żołniersku, choć w ruchach miał zarazem coś bojaźliwego. Znać na nim było życie całe spędzone w karności wojskowej, w pracy ciężkiej, która się niebardzo opłaciła.
Smutek też, z którym się on już obył i zrosnął z nim, okrywał mu czoło zmarszczone, mówił z maleńkich oczek kryjących się pod nawisłemi brwiami.
Wejrzeniem, miłości razem pełnem i obawy, zmierzył wchodzący piękną Rolinę, która spojrzała nań także, ale dość ostro i jakby z wyrzutem, którego zataić nie chciała.
— Jak anioł jesteś piękna! jak anioł! — szepnął stając w zachwycie przed siedzącą, która mu się uśmiechnąć nawet nie raczyła.
Niespokojna była, zadumana.
Siedząca z boku Balbina, ramionami poruszyła nieznacznie.
Dziewczę w istocie było cudownie pięknem, chociaż nie tą pięknością anielską o jakiej mówił stary, którą daje łagodność i dobroć serca, ale jakąś dumą zbuntowanego anioła, który świat do walki wyzywa.
— Zmęczoną już być musisz — przemówił przybyły, usiłując jaknajłagodniejszą przybrać intonacyę, aby nadąsanej nie narazić sobie. Powinnaś być jednakże kontenta z nas i z siebie... Wszystko się stało po twej myśli. Jesteśmy zaproszeni do księżnej, będziesz grać w jej amatorskim teatrze, pozawracasz wszystkim głowy...
Piękna Rolina malutką rączką ślicznych kształtów pogardliwie jakoś rzuciła.
— A! a! — przebąknęła kwaśno. — Papie się to zdaje szczytem tego, cośmy marzyć i osiągnąć mogli — a dla mnie, to dopiero próg do tych wschodów na które ja wnijść muszę.
Uderzyła ręką o rękę...
— Gdyby świat cię ocenić umiał — przerwał ojciec przypochlebiając się — wnieśliby cię na ręku na te wyżyny! Lecz, prędzej później, poznają się na mojej Rolince... Jestem pewny, że i dziś nadzwyczajną wywołasz sensacyę... Dość spojrzeć na ciebie!
Roztargniona, o czem innem myśląca panna, zaledwie zdawała się słuchać ojca, który odpowiedzi nie otrzymawszy, poszedł do zegara.
— Ale to już po ósmej! — rzekł trochę niespokojnie.
— Do pałacu księżnej nie mamy nad dwadzieścia minut drogi, nawet tą obrzydliwą dorożką, którą jechać musimy — odparła Rolina zawsze kwaśno. Zbyt wcześnie, właśnie nam przybywać nie wypada. Naznaczona godzina dziewiąta, wszyscy się spóźnią.
— Ale ty z powodu teatru możesz potrzebować być nieco wcześniej — odezwał się ojciec troskliwie.
— A! nie! nie! — już się niecierpliwiąc odparła panna. Ja do teatru wcale nie zmieniam stroju, urządziłam się tak, że występuję jak jestem. Wyjedziemy ztąd o dziewiątej i wczas jeszcze będziemy.
Ojciec skłonił się posłusznie; miał we zwyczaju nigdy się jej nie sprzeciwiać.
— W takim razie — rzekł — pozwolisz mi że pójdę dokończyć moje cygaro, którego potem nie będę już mógł palić przez cały wieczór.
Córka nic mu na to nie odpowiedziała. Stary wojskowy wysunął się po cichu, dwie kobiety zostały same. Towarzystwo pani Balbiny, nie zdawało się być nazbyt miłem Rolinie. Unikała spotkania ze wzrokiem, który z niej nie schodził.
— Powinnaś być weselszą — odezwała się zawsze z pewną ironiją Balbina — spotkasz tam wielu twoich czcicieli. Jeżeli kiedy, to dziś będziesz miała nie małe zadanie, żadnego z nich nie zniechęcić, a wszystkich przy swym rydwanie utrzymać.
Rolina spojrzała ostro na mówiącą i odparła z rodzajem pogardy.
— Zawsze jedna i jedna piosenka! Wyrzucacie mi tych mnogich moich czcicieli. Zdaje się ci, że jak niedoświadczone stworzonko, rady sobie nie dam z nimi! Dla innych może i powinno to być tajemnicą, ale dla was coście mnie wychowywali moje dwadzieścia trzy lata nią nie są. Był czas nabyć doświadczenia!
Rozśmiała się dziko trochę.
— Kochana Rolinko! — pochylając się ku niej, poczęła głosem niestosownym do epitetu pani Balbina — kochana Rolinko, wszystko co powiem, masz mi za złe, choć w istocie troszczę się o ciebie, życzę ci najlepiej. Właśnie to co ty zowiesz doświadczeniem, a ja straconym czasem, niespokojną mnie czyni. Z twoją pięknością i rozumem, do dwudziestu trzech lat nic nie zrobić...
Rolina gniewna zerwała się z krzesełka, na którem była przysiadła. Oczy jej się paliły.
— I nie widzicie tego — zawołała — że to przecież nie moja wina, że ja jestem ofiarą tego — (wskazała na drzwi któremi ojciec wyszedł) — tego położenia, tego naszego sromotnego ubóstwa, zaniedbania się...
Gdyby nie ja, nie moje starania, czyżbyśmy mieli jakie stosunki? Byłabym zmuszoną wyjść za jakiego lichego urzędnika, albo takiego jak on, wojskowego bez przyszłości... Gdyby nie ja, ktoby nas znał? Ktoby nas myślał zaprosić!
O! o! te pięć lat nie zostały stracone — nie! Wydobywam się, albo raczej spodziewam się dobyć z tej dziury obrzydłej, w którą mnie obojętność ojca wrzuciła.
Ciągnęła dalej, coraz się roznamiętniając.
— Dosłużył się przez całe życie, ledwie podpułkownika, w dymisyi dopiero pułkownikiem został! Tyle lat zmarnował! Nie umiał, nie chciał się nigdy na wierzch wybić. Ta apatya go zgubiła i ta śmieszna manija antykwarska, dla której wszystko poświęcić gotów — nawet mnie! Tak! nawet mnie!
— Niesprawiedliwą jesteś względem ojca — odparła Balbina zarumieniona. — To najlepszy w świecie człowiek! Przecież do tego jednego co go bawi, rozrywa, czem żyje, miał prawo... Jesteś egoistką okrutną...
— A! a! — rozśmiała się Rolina — Egoistką! Jak gdyby świetny mój los nie podniósł ojca? Ale on dla mnie nie chce i nie umie nic uczynić — nic! Dziś jestem pewna, na ten wieczór księżnej że mnie prowadzić musi — narzeka w duchu i skarży się, jakby największą czynił ofiarę...
Balbina poruszyła ramionami.
— Biedny pułkownik — rzekła — gdyby życie dał dla ciebie, i tegoby ci było mało.
Rolina może nie dosłyszała tych wyrazów, bo słuchać więcej nie chciała. Poszła do wielkiego zwierciadła, zaczęła się w niem sobie przyglądać na wszystkie obracając strony, poprawiła włosów, twarzyczka jej przybrała wyraz wesoły i szyderski.
Myśli jej pobiegły w innym kierunku.
— A! — zawołała wesoło — dziś ich podobijam wszystkich! Najprzód to moje nieśmiałe, rozkochane książątko, śliczne chłopię, a takie bojaźliwe, strwożone — a tak szalejące za mną! straci głowę hrabia... choć bardzo doświadczony i tak pewny siebie! Francuz też, gdybym tylko chciała — ale, zdaje mi się, że opanowawszy go nawet, wielkiej tam przyszłości nie ma. Nie! nie! Jego dostatek cały na popis obrachowany... a przytem fantazye, i ze starą hrabiną zerwać mu trudno!
Hispano-amerykanin, o którym ci wspominałam, że się za mną włóczy, nie podoba mi się wcale. Brzydka, dzika twarz, jakieś oczy zwierzęce; ale mówią, że ma milijony i to go czyni prawie przystojnym, przynajmniej znośnym.
Zamyśliła się nagle, urwała i zamilkła.
— Zdaje mi się — przerwała Balbina — że wszystkich nie wyliczyłaś...
— O! nie! nie! — śmiejąc się perłowemi ząbkami odpowiedziała Rolina — ale tych o których zamilczałam, dzisiaj u księżnej nie spotkam... W różnych sferach mam potrzebnych mi czcicieli.
— Którymi się doskonale i nielitościwie wysługiwać umiesz, nieprawdaż? — szepnęła Balbina.
— A od czegóż oni są? — mówiła oka nie spuszczając ze zwierciadła Rolina — alboż mój uśmiech i uścisk ręki nie są warte usług jakie mi oddają?
— A twe serce? — spytała Balbina.
— Serce! — rzekło żywo dziewczę. — Wierz mi, że ja niewiem czy je mam... i czy to co wy nazywacie sercem, mieć będę kiedy. Mniej więcej są mi wszyscy obojętni, gdy nie są potrzebni. Widzisz, jestem szczera.
Czasem, twarz nowa, człowiek nowy, młodość, pewien wdzięk, czynią na mnie jakieś wrażenie. Jestem niespokojną, mogłabym się posądzić o zakochanie, gdybym siebie nie znała. Ale — nie boję się, bo wiem, że zobojętnieję prędko. Człowiek zajmuje mnie póty, póki jest dla mnie zagadką... Zresztą, wy to wiecie najlepiej, bo przed wami z tego nigdy nie czyniłam tajemnicy, że moim celem jedynym, który muszę osiągnąć, jest zamążpójście — co się nazywa — świetne. Imię wielkie i milijony! w ostatku choćby milijony bez imienia — ale te muszę mieć koniecznie!
Brzydzę się ubóstwem, nie cierpię go, — a może więcej jeszcze tym naszym kłamanym dostatkiem, którego pozór tysiącem ofiar okupywać potrzeba.
Dwadzieścia i trzy! Jeszcze lat kilka dobijać się mogę... potem...
Balbina słuchała, patrzyła i uśmiechała się nieznacznie.
— Nie życzyłabym czekać aż do ostatniego kresu — odezwała się — pierwszy milijoner jaki się nastręczy...
Dziewczę nic nie odpowiedziało, a po chwili mówiło trzpiotowato znowu.
— Ma to swą zabawna stronę. Dokoła ci wszyscy roznamiętnieni, oszaleni, drżący, niespokojni, ta atmosfera pasyi, a ja wśród niej tak zawsze panią siebie, tak zimną, tak obojętną... Śmieję się z nich w duszy... Wiesz — dodała zwracając się do towarzyszki — mam już taką wprawę, że przebieg każdej z tych miłości, które obudzam, mogłabym naprzód przepowiedzieć. Wiem co mi który z nich powie i kiedy... co mój uścisk ręki wywoła, jakie wrażenie zrobi wzrok...
— Lub... coś jeszcze więcej! — złośliwie szepnęła cicho Balbina...
Rolina zarumieniła się nieco.
— Choćby i coś więcej? — odparła hardo. — Wiem, bardzo dobrze czem i kiedy kogo nagrodzić lub zachęcić. Bądź spokojną.
— Nagrodami za zasługi nie życzyłabym jednak zbyt szafować — odezwała się Balbina.
— O! proszę mnie nie uczyć i być spokojną o mnie — rzekła chłodniejąc Rolina. Jestem tak siebie pewną, że mogę dobiedz do samego brzegu tego co nazywasz przepaścią — i — głowa mi się nie zawróci, nie wpadnę w nią!!
Rozśmiała się dumnie.
— Nadto jestem panią siebie.
— Winszuję — przerwała zimno Balbina, spoglądając na zegar — chociaż nigdy za nic ręczyć nie można... Dziewiąta blisko!
Gdy to mówiła, pułkownik wkładający rękawiczki pokazał się w progu.
— Jedziemy! — rzekł — okryj się proszę, dobrze. Weź co ciepłego, ażebyś się w powrocie, zgrzana, nie zaziębiła. Mamy odwilż wprawdzie, ale powietrze jest przejmujące.
Pomimo niezbyt wielkiej czułości, jaką starsza pani okazywała swej wychowanicy — poruszyła się z wielką troskliwością do ubrania jej i zabezpieczenia od zimna.
Starania te, kapryśne dziewczę przyjmowało nie okazując najmniejszej wdzięczności, z niechęcią raczej, jak dań należną, znajdując je niedosyć zręcznemi, — odpychając opryskliwie.
Ojciec, pani Balbina, sługa, skupiło się wszystko w chwili odjazdu, musiało krzątać, pomagać, zabiegać około pięknej a obojętnej królowej.
Pani Balbina idąc za pułkownikiem przeprowadziła ją do drzwi. W progu gdy Rolina już ze wschodów schodziła, stary pułkownik odwrócił się do uśmiechającej mu Balbiny i ukradkiem; nieznacznie, w twarz ją pocałował...
Okiem pełnem odrazy i wzgardy z wierzchołka wschodów, pozostała jejmość ze sługą domu, powiodła za zstępującą ze wschodów ostrożnie Roliną.
Służąca ziewała i oddychała swobodniej.
— Chwałaż ci, Panie — zamruczała zwracając się do Balbiny — raz się to przecie skończyło! Dobrze że nie codzień ta księżna daje wieczory, człowiekby nie wytrzymał.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.