Bez przewrotu/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Bez przewrotu
Pochodzenie trylogia
Niezwykłe podróże
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1892
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Julia Zaleska
Tytuł orygin. Sans dessus dessous
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.
W którym rozmaite obawy zaczynają na jaw wychodzić.

Tymczasem miesiąc upłynął od owego posiedzenia ogólnego w salonach Klubu Strzeleckiego. W tym przeciągu czasu opinia publiczna wielce się zmieniła. Korzyści, mające wyniknąć ze zmiany osi, zostały zapomniane! Straty zaczęły się uwydatniać. Bez katastrofy przewrót był niemożliwy, gdyż owa zmiana miała być, podług wszelkiego prawdopodobieństwa, sprawioną jakiemś gwałtownem wstrząśnieniem. Jaką mianowicie byłaby ta katastrofa? — oto czego nikt odgadnąć nie mógł. Co się zaś tyczy polepszenia klimatów, czy było ono w istocie pożądanem? Powiedziawszy prawdę, tylko eskimosi, lapończycy, samojedzi, Czuchońcy mogli skorzystać na niem, nie mogąc na niem stracić.
Warto było słyszeć teraz delegatów europejskich, jak wymyślali na tę przewidywaną operacyę prezesa Barbicane. Na początek zdali oni raporty o niej rządom, które reprezentowali, zużyli nici podmorskie nieustannem przesyłaniem depesz, pytali co moment i otrzymywali instrukcye... Łatwo się domyśleć, jakiemi były te instrukcye. Zawsze stereotypowane podług formuł sztuki dyplomatycznej z dodatkiem wielce zajmujących zastrzeżeń: „Pokażcie dużo energii, nie kompromitując wszakże rządu! Działajcie stanowczo, ale nie naruszajcie status quo!“
Tymczasem major Donellan i jego koledzy nie przestawali protestować w imieniu ich zagrożonych krajów — w imieniu Starego Lądu nadewszystko.
— Co prawda — mówił pułkownik Borys Karkow, — jest to zbyt widocznem, że inżynierowie amerykańscy musieli przedsiębrać środki ostrożności, celem zabezpieczenia, o ile to jest możliwem, terytoryów Stanów Zjednoczonych od skutków wstrzaśnienia!
— Ale czy to jest w ich możności? — odpowiadał Jan Harald. — Gdy się potrząsa drzewo oliwne podczas zbioru oliwek, czy nie wszystkie gałęzie cierpią na tem? A pan, gdy dostaniesz uderzenie pięścią w piersi, czy całe twoje ciało nie dozna wstrząśnienia?
— Więc to to opiewał ów tajemniczy paragraf dokumentu? — wołał Dean Toodrink. — To były zmiany geograficzne i meteorologiczne na powierzchni kuli ziemskiej, które przewidywał?
— Tak właśnie! — mówił Eryk Baldenak. — A czego najpierwej obawiać się można, to tego, aby zmiana osi nie wyrzuciła mórz z ich przyrodzonych basenów.
— A jeśli poziom oceanu zniży się na niektórych punktach — zauważył Jakób Jansen, — czy nie może nastąpić to, że niektórzy mieszkańcy znajdą się na takich wysokościach, iż wszelka komunikacya z ich bliźnimi stanie się zupełnie niemożliwą?...
— A być może jeszcze, że zostaną podniesieni do warstw tak rzadkiego powietrza, że nie będzie ono wystarczającem dla oddychania.
— Wyobraźcie sobie tylko Londyn na wysokości góry Mont-Blanc! — zawołał major Donellan.
Mówiąc to, gentleman ten rozstawił nogi szeroko, głowę odrzucił w tył i spoglądał ku zenitowi, jak gdyby stolica Wielkiej Brytanii była tam gdzieś w kierunku jego wzroku, pośród chmur zatopiona.
W istocie, wszystko to było wielce groźnem dla świata i jego mieszkańców, a tem więcej niepokojącem, że już przewidywano możliwe skutki zmiany osi ziemskiej.
Szło tu, ani mniej ani więcej, tylko o zmianę dwudziestu trzech stopni, która miała sprowadzić ruszenie z miejsca mórz wskutek spłaszczenia ziemi przy dawnych biegunach. Czy ziemia zagrożoną była przewrotami, podobnemi do tych, które niedawno zauważono na powierzchni planety Marsa? Tam bowiem całe lądy, między innemi Libya Schiaparelli’ego, zostały zalane, — czego dowodzi cień ciemno-niebieski, który zastąpił kolor różowawy. Tam znikło jezioro Moeris. Tam sześćset tysięcy kilometrów kwadratowych zostało zmodyfikowanych na północy, podczas gdy na południu oceany opuściły obszerne, przedtem zajmowane okolice. A jeśli znalazły się litościwe istoty, które zaniepokoiły się losem „zatopionych na Marsie“ i proponowały zrobienie składki na korzyść tych nieszczęśliwych, cóżby to było, gdyby przyszło troszczyć się o zalanych na ziemi?
Niebawem dały się słyszeć protestacye — ze wszystkich stron nadesłano ostrzeżenia rządowi Stanów Zjednoczonych. Wziąwszy dobrze wszystko na uwagę, lepiej było nie próbować doświadczenia, jak narażać się na katastrofy, które ono niechybnie sprowadzić musiało. Stwórca nie mógł był się omylić w swem dziele. Cóż za potrzeba była podnosić na nie zuchwałą rękę?
Otóż nie wiem, czy zechce kto uwierzyć temu, co powiem? Znalazły się umysły dość lekkie, by żartować z rzeczy tak poważnych!
„Patrzajcie na tych yankesów! — mówili. — Natknąć ziemię na inną oś! To mi pomysł dopiero! Gdyby jeszcze oś ta skutkiem ciągłego kręcenia przez miliony lat zużyła się od nieustannego tarcia, może byłoby właściwem zmienić ją, tak jak się zmienia oś bloku lub koła u wozu! Ale przecież oś ziemska jest w równie dobrym stanie teraz, jak była w pierwszych dniach stworzenia!“
I co tu na to powiedzieć?
Wśród tych wszystkich zażaleń Alcyd Pierdeux starał się odgadnąć, jakiej natury i w jakim kierunku ma nastąpić wstrząśnienie, obmyślane przez J. T. Mastona, jak również w jakim punkcie kuli ziemskiej odbędzie się ono. Skoro stanie się panem tej tajemnicy, potrafi rozpoznać, jakie części ziemskiej sferoidy mają być najwięcej zagrożone.
Jak to wspomnieliśmy już wyżej, obawy Starego Lądu nie mogły być podzielane przez Nowy — a przynajmniej w części, objętej nazwą Ameryki północnej, która wyłącznie prawie należy do Związku Amerykańskiego. W istocie, czyż można było przypuszczać, że prezes Barbicane, kapitan Nicholl i J. T. Maston, rodowici amerykanie, nie pomyślą o zabezpieczeniu Stanów Zjednoczonych od zalewów i upustów, które miała sprowadzić zmiana osi w rozmaitych punktach Europy, Azyi, Afryki i Oceanii? Albo się jest yankesem, albo nie jest się nim, — a przecież oni byli takowego typami, i to pierwszorzędnemi; były to nawet typy rzadkie, „ukute z jednego metalu,“ jak to powiadano o prezesie Barbicane w tym czasie, gdy rozwijał swój projekt podróży na księżyc.
Oczywiście, część Nowego Lądu, leżąca pomiędzy ziemiami północnemi i odnogą Meksykańską, nie potrzebowała się obawiać tego wyczekiwanego wstrząśnienia. Możliwem było nawet, że Ameryka zyska na tem znaczne powiększenie swego terytoryum. W istocie, czyż nie należało przypuszczać, że na basenach, opróżnionych przez dwa oceany, zalewające je obecnie, powstaną prowincye, które ona zagarnie pod zwoje swego gwiaździstego sztandaru?
„Tak, bezwątpienia! Wszelakoż — powtarzały umysły lękliwe, te, które zwykle widzą tylko złą stronę rzeczy, — czy można być czego pewnym na tym padole łez? A jeśli J. T. Maston pomylił się w swych wyrachowaniach? A jeśli prezes Barbicane zrobił choć najlżejszą niedokładność w zastosowaniu praktycznem tych wyrachowań? Do kaduka, to może się przytrafić najbieglejszemu artylerzyście! Nieraz przecie i oni chybią celu, i strzelą, jak to mówią, „kulą w płot.“
Łatwo się można domyśleć, że te niepokoje były starannie podtrzymywane przez delegatów mocarstw europejskich. Sekretarz Dean Toodrink podał masę artykułów tej treści, i to najgwałtowniejszych, do dziennika „Standard.“ Jan Harald do szwedzkiego „Aftenbladet,“ zaś pułkownik Borys Karkow do ruskiej bardzo poczytnej gazety „Nowoje Wremia.“ Nawet w Ameryce zdania były podzielone. Jeśli republikanie, którzy są liberalnymi, pozostali stronnikami prezesa Barbicane, — demokraci, którzy są konserwatywni, ogłosili się przeciw niemu. Pewna część prasy amerykańskiej, mianowicie dziennik Bostonu, „Trybuna,“ wychodzący w New-Yorku, i inne, dołączyły się do prasy europejskiej. Wiadomo, że w Stanach Zjednoczonych od uorganizowania Associated Press (Stowarzyszonej Prasy) i United Press (Zjednoczonej Prasy) gazeta stała się potężną agenturą informacyj, skoro cena wiadomości miejscowych i zagranicznych rocznie przewyższa o wiele cyfrę dwudziestu milionów dolarów.
Napróżno inne pisma, również dość rozpowszechnione, chciały ujmować się za interesami Stowarzyszenia North Polar Practical Association. Napróżno mrs. Evangelina Scorbitt płaciła po dziesięć dolarów od wiersza artykułów poważnych, fantazyjnych lub sarkastycznych, w których drwiono z obaw i niebezpieczeństw jakoby urojonych. Napróżno ta gorącego temperamentu wdowa usiłowała dowieść i przekonać, że nie było niedorzeczniejszej i bardziej bezpodstawowej hypotezy nad tę, żeby J. T. Maston był zdolny do popełnienia najlżejszej w rachunku pomyłki! Nic nie pomogło. Ameryka, opanowana panicznym strachem, przyłączyła się prawie jednomyślnie do chóru, zawodzonego przez całą Europę.
Zresztą, ani prezes Barbicane, ani sekretarz Klubu Strzeleckiego, ani nawet członkowie Rady administracyjnej nie zadawali sobie trudu odpowiadania. Pozwalali ludziom rozprawiać, ile im się podobało, i ani na jotę nie zmienili swych zwykłych zajęć. Zdawało się nawet, że nie są wcale zajęci ogromnemi przygotowaniami, niezbędnemi dla tego olbrzymiego czynu. Czy obchodził ich choć trochę zwrot opinii publicznej, niezadowolenie ogólne, które uwydatniało się bardzo stanowczo przeciw projektowi, przyjętemu zrazu z takim zapałem? Nie znać było tego wcale a wcale.
Wkrótce, pomimo poświęcenia mrs. Evangeliny Scorbitt, pomimo znacznych sum, które oddała na cel obrony ich osobistości, prezes Barbicane, kapitan Nicholl i J. T. Maston zaczęli być uważani za istoty niebezpieczne dla spokoju i całości Obu Światów. Rząd związkowy został oficyalnie wezwany przez mocarstwa europejskie do zwrócenia uwagi na tę sprawę i wybadania jej promotorów. Ci ostatni powinni byli wyznać otwarcie, jakiemi mianowicie środkami myślą operować, co umyślili przedsięwziąć, by starą oś ziemską zastąpić nową. Informacye takowe powziąwszy, byłoby łatwem wywnioskować, jakie będą skutki, zapatrując się naturalnie na rzeczy z punktu ogólnego bezpieczeństwa; łatwem byłoby wskazać, które części kuli ziemskiej będą bezpośrednio zagrożone; jednem słowem dowiedzieć się wszystkiego, czego niepokój publiczny nie wiedział, a co przezorność wiedzieć chciała.
Rząd waszyngtoński nie dał się długo prosić. Wrażenie, które opanowało Stany północne, środkowe i południowe Rzeczypospolitej, nie dozwalało na najlżejszą zwłokę. Komisya śledcza, złożona z mechaników, inżynierów, matematyków, hydrografów, w liczbie pięćdziesięciu, pod prezydenturą znakomitego Johna H. Prestice, została wyznaczona dekretem z dnia 19-go lutego; miała ona pełną plenipotencyę do zbadania środków, mających być użytemi, a w potrzebie wzbronienia ich.
Najprzód tedy prezes Barbicane otrzymał wezwanie do stawienia się przed tą komisyą.
Pomimo wezwania, nie stawił się.
Agenci udali się do prywatnego mieszkania prezesa, pod numer 95 na Cleveland-Street w Baltimore.
Nie znaleziono go już tam.
Gdzież więc był?...
Nie wiedziano.
Kiedy wyjechał?
Pięć tygodni temu, to jest 11 stycznia, opuścił on stolicę Marylandu i sam Maryland w towarzystwie kapitana Nicholl.
W którą stronę udali się obaj?...
Nikt nie umiał tego wyjaśnić.
Widocznie dwaj członkowie Klubu Strzeleckiego udali się w podróż do tajemniczej krainy, gdzie mieli kierować robotami.
Ale gdzie leżała owa kraina?...
Łatwo pojąć, jak na tej wiadomości zależało wszystkim; wszak należało zniweczyć w zarodku plan tych złowrogich inżynierów, i to nie zwlekając ani minuty, — bo kto wie, może wkrótce byłoby już zapóźno.
Tak więc wyjazd tajemniczy prezesa Barbicane i kapitana Nicholl sprawił publiczności zawód nielada. Gniewne jej usposobienie przeciw administratorom North Polar Practical Association objawiło się z równą gwałtownością, jak przypływ morza podczas przesilenia dnia z nocą.
Na szczęście był w Baltimore ktoś, co nie mógł nie wiedzieć, dokąd się udali prezes Barbicane i jego towarzysz. Ten ktoś był w możności odpowiedzieć stanowczo na ten olbrzymi znak zapytania, który wznosił się nad powierzchnią globu.
Tym ktosiem był J. T. Maston.
J. T. Maston został zawezwany przez komisyę śledcza na żądanie Johna H. Prestice’a.
J. T. Maston nie zjawił się wcale.
Czyżby i on również opuścił Baltimore? Czyżby i on puścił się w drogę, by się połączyć z swymi wspólnikami, celem doprowadzenia do skutku tego dzieła, którego następstw świat cały wyczekiwał z łatwem do pojęcia przerażeniem?
Nie! J. T. Maston zamieszkiwał zawsze Balistic-Cottage, pod numerem 109 na Franklin-Street, pracując bez wytchnienia, zabawiając się nowemi obliczeniami, przerywając swe zajęcia wtedy tylko, gdy był zmuszony przepędzić jaki wieczór na salonach mrs. Evangeliny Scorbitt w jej wspaniałym hotelu na New-Park.
Prezes komisyi śledczej wysłał doń agenta z rozkazem sprowadzenia go bez zwłoki.
Agent przybył do mieszkania, zapukał do drzwi, wszedł do przysionka — i został nieszczególnie przyjęty przez murzyna Fire-Fire, a gorzej jeszcze przez pana domu.
J. T. Maston uznał wszakże potrzebę stawienia się na wezwanie; ale znalazłszy się wobec członków komisyi śledczej, nie ukrywał wcale niezadowolenia z powodu natrętnego przerwania jego zajęć ulubionych.
Pierwsze zadane mu zapytanie było następującej treści:
Czy sekretarz Klubu Strzeleckiego jest powiadomiony o obecnem miejscu pobytu prezesa Barbicane i kapitana Nicholl?
— Tajemnicę tę posiadam — odpowiedział J. T. Maston głosem stanowczym, — ale nie czuję się upoważnionym do wyjawienia jej.
Drugie pytanie było takie:
Czy dwaj koledzy Mastona zajmowali się obecnie przygotowaniami, potrzebnemi do zamierzonej operacyi zmiany osi ziemskiej?
— To, o co mię panowie zapytujecie — odrzekł J. T. Maston, — stanowi część tajemnicy, którą zachować jest moim obowiązkiem, zatem odpowiedzi dać nie mogę.
Zapytano go jeszcze: czy zechce pracę swoję przedstawić komisyi śledczej, która osądzi, czy może zezwolić na spełnienie zamiarów Stowarzyszenia?
— Co za żądanie! Rzecz naturalna, że tego uczynić nie mogę!... Prędzej zniszczyłbym moje dzieło!... Wszak to jest mojem prawem, jako wolnego obywatela wolnej Ameryki, zachować w tajemnicy rezultat mojej pracy!
— Ale, jeśli pan jesteś w swojem prawie, panie Maston — rzekł prezes John H. Prestice głosem poważnym, jak gdyby przemawiał w imieniu całego świata, — to może niemniej jest twoim obowiązkiem mówić wobec ogólnego wzburzenia, by położyć kres gorączkowej trwodze ludów całej ziemi.
J. T. Maston nie sądził, aby to było jego obowiązkiem. On jeden tylko obowiązek widział przed sobą, a tym było: zachować milczenie. Więc będzie milczał.
Nie poskutkowały nalegania, prośby i groźby — członkowie komisyi śledczej nie potrafili wydobyć ani jednego wyjaśniającego słówka z człowieka o żelaznym haczyku. Nigdy, przenigdy nie śniło się nikomu, aby tak zawzięty upór mógł się zagnieździć pod czaszką z gutaperki.
J. T. Maston tedy odszedł tak, jak przyszedł; a chyba nie potrzebujemy mówić czytelnikowi, z jakim zapałem winszowała mu bohaterskiego znalezienia się mrs. Evangelina Scorbitt.
Skoro wieść o rezultacie stawienia się J. T. Mastona przed komisyą śledczą rozeszła się pomiędzy publicznością, oburzenie tej ostatniej przybrało formy rzeczywiście zatrważające dla bezpieczeństwa i całości dymisyonowanego artylerzysty. Taki nacisk wywierano na wyższych przedstawicieli rządu związkowego, tak gwałtowną była interwencya delegatów europejskich i opinii publicznej, że minister stanu John S. Wright był zmuszony żądać od swych kolegów upoważnienia do działania manu militari.
Pewnego zatem wieczora, w dniu 13 marca, J. T. Maston siedział w swym gabinecie w Balistic-Cottage, pogrążony w swych wyliczeniach, gdy raptem dzwonek u telefonu zadźwięczał gorączkowo.
„Allo!... Allo!..“ — przemówił aparat, targany drżeniem, cechującem jakiś nadzwyczajny niepokój.
— Kto tam? — spytał J. T. Maston.
— Mistress Scorbitt.
— Czego żąda mistress Scorbitt?
— Ostrzedz, byś się pan miał na baczności!... Zawiadomiono mnie, że dziś wieczorem jeszcze...
Jeszcze te słowa nie doszły uszu Mastona, gdy podwoje Balistic-Cottage zostały gwałtem z zawiasów wysadzone.
W przysionku, prowadzącym do pracowni Mastona, zrobił się zamęt niewypowiedziany. Głos jeden klął i łajał. Inne starały się zmusić go do milczenia. W końcu posłyszano łoskot upadającego ciała.
Murzyn Fire-Fire zlatywał ze schodów, stoczywszy bohaterską ale bezskuteczną walkę z napastnikami swego pana.
Za chwilę drzwi pracowni zostały roztrzaskane, a na progu stanął urzędnik policyjny z eskortą agentów.
Urzędnik policyi miał rozkaz zarządzić rewizyę w mieszkaniu J. T. Mastona, zabrać jego papiery i przyaresztować samego właściciela.
Nieustraszony sekretarz Klubu Strzeleckiego uchwycił rewolwer i zagroził napastnikom sześciu wystrzałami.
W mgnieniu oka, dzięki przewyższającej liczbie, został rozbrojony, a papiery, okrywające stół, zrabowane.
Wtem raptownym ruchem J. T. Maston wyrwał się z rąk oprawców i potrafił schwycić kajecik, który prawdopodobnie zawierał ogół jego obliczeń.
Agenci rzucili się ku niemu, by mu go wyrwać wraz z życiem...
Lecz J. T. Maston otworzył go z szybkością błyskawicy, zdarł ostatnią kartkę i potknął ją, jak zwyczajną pigułkę.
— A teraz weźcie ją! — zawołał tonem Leonidasa przy Termopilach.
W godzinę potem J. T. Maston został zamknięty w więzieniu w Baltimore.
Było to, co mogło mu się trafić najpomyślniejszego, gdyż ludność byłaby na jego osobie dopuściła się gwałtów, którym policya nie byłaby w możności przeszkodzić.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Juliusz Verne, Maria Julia Zaleska.