Bez kwiatów
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Bez kwiatów |
| Pochodzenie | Przez moje okno |
| Wydawca | „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o. |
| Data wyd. | 1922 |
| Druk | Drukarnia Udziałowa |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Pobierz jako: EPUB Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Spoglądam na prawo, na lewo, wytężam wzrok — patrzę w sąsiednie okna i nigdzie, nigdzie nie widzę poza szybą zielonych liści, wachlarza palm, etażerki kwiatów. Myślę — zima — usunięto kwiaty więcej w głąb pokoju. Ale — przypominam sobie, że i w lecie rzadko gdzie widać gąszcz zieleni, rozkładającej się świeżym bukietem w obramowaniu firanek. Balkony najczęściej puste, czasem melancholijnie zwiesza się z kamiennej urny spieczona na słońcu roślina. Nigdzie markizy, a pod nią owej ściany, oplecionej winem, powojem, bluszczem — oddzielającej balkon od ulicy, tworzącej rodzaj altany. I gdy spojrzę coraz wyżej, ku górze — z żadnego okna nie wystaje skrzyneczka, pełna płomiennych kwiatów nasturcji, lewkonji, rezedy. Smutne są te okna, smutne, jak drzwi opuszczonych grobowców, poza któremi w proch rozpadły się niekochane trupy. Żadna radość nazewnątrz nie ujawnia się z tych mieszkań chłodnych, bez barwy, bez woni. Okna i balkony naszych kamienic, wyglądają jak okna i balkony hoteli. Znać, że w nich ludzie nie mieszkają, że tylko się?.. zatrzymują.
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Ludzie u nas żyją — bez kwiatów.
Zrozumiałam dopiero, ile poezji w życiu odbierają sobie dobrowolnie kobiety nasze, wyrzekając się pielęgnowania kwiatów w domu, gdy w Paryżu, wyszedłszy na ulicę, ujrzałam całe klomby gotowych już kobiałek pełnych bratków, niezapominajek, powojów, przygotowanych tak, że je zapomocą rzemienia zawiesić można na oparciu okna.
Nie są to ogrody Semiramidy — ale, gdy z okna rzuci się wzrokiem na świat Boży — to — pomiędzy nim — tym molochem, żrącym serca i życia ludzkie — a sobą — znajdzie się cały klomb kwiatów, całą tęczę błękitu niezabudek, zieleni paproci, czystej bieli narcyzów, fioletu hiacyntów, purpury róż... I smutek, płynący od zewnątrz zmniejsza się przefiltrowany przez te delikatne liście, przez te wonne i jasne kwiaty — pokorne i ciche, oblane słońcem, lśniące jeszcze kroplami wody. I poprostu myśl jakoś szlachetnieje, trochę poezji wkrada się do codziennego życia, i gdy później idzie się do pracy, do szarej — ciężkiej — nudnej pracy, unosi się w źrenicach trochę błękitu, zieleni, purpury z delikatnych płatków zebranej w duszy, jakby trochę tęczy barwniejszej, która w koło codziennej taczki się wplata i znośniejszą ją czyni. Niewiele kosztuje taki pleciony z wikliny koszyk, napełniony kwiatami, ot kilkanaście susów. Dziewczęta, kobiety rozchwytują je — unoszą, jak zdobycz, jak promień słońca, jak trochę poezji. Każda z nich musi mieć taki ogródek, który pielęgnuje wczesnym rankiem i o zachodzie słońca. Spieszy się do tych kwiatów i o świcie z poddaszy pochylają się nad kobiałkami, pełnemi kwiatów, głowy kobiece czasem białe, jak narcyzy, srebrne od przebytych lat, schylone udręką życia, okolone żałobną koronką czepka. Często nad klombem bratków we wschodzącem wśród mgieł słońcu, złocą się rozwiane włosy młodej dziewczyny, której ręka szybko, wprawnie uwija się wśród zieleni liści i na tle aksamitnych kwiatków odbija, jak zjawisko białe, młode — wdzięczne.
Niżej, na balkonach, pojawiają się znów kobiety odziane w szlafroczki i te wśród całej powodzi girland, powojów i bluszczu mają wygląd wielkich, świeżo rozkwitłych kwiatów — w swych błękitnych, liljowych, różowych domowych sukienkach. Paryżanki budzą się z myślą o swych kwiatach, biegną do nich jeszcze cieple od snu, z włosami spadającemi niedbale na ramiona. Według możności, według stanu kasy — normują ilość i rodzaj kwiatów, zdobiących ich mieszkania. Nawet sługi na oknach swych poddaszy mają swoje kwiaty. Uczą się, jak je pielęgnować, jak doprowadzać do rozkwitu, matka córce przekazuje przepisy pielęgnowania kwiatów. W duszy każdego człowieka, a zwłaszcza każdej kobiety, tkwi wielka tęsknota za pięknem naturalnem! — Sztuka!... to wielkie słowo — ale Wenus z Milo nie będzie nigdy miała wdzięku białej lilji. Kwiat mówi do każdej duszy i każdemu kochać się każe. Ma w sobie cichy czar poetycznej strofy i w kielichu swoim cały rój rozmarzonych myśli. Wdzięk Japończyków łagodny i miły, ma swoje źródło w ich miłości do kwiatów. I sami są jak kwiaty barwne, pełne czaru i nazw kwiatowych. Poruszają się z wdziękiem w tym kraju, który zdaleka nawet przedstawia się jak jedna wielka łąka, ukwiecona szmaragdem, rubinem, szafirem, topazem kwiecia. Ponad tą łąką turkusowe niebo, zmieniające się w opalowe mgły. Z tych łąk wychylają się drobne twarzyczki o cerze thea-rose, o skośnych oczach, ciemnych jak listki bratków i robią wrażenie motyli przeznaczonych poto, aby, o zachodzie słońca tulić się miłośnie do kwiatów, o różanej jutrzence pocałunkiem budzić do życia, do woni, do blasku...
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Dlaczego u nas tak mało kwiatów? Dlaczego kobiety przez swoje okna nie patrzą na świat z poza wachlarzy paproci i w obramowaniu bluszczu i powoi? Wszak kwiaty rosną wszędzie, gdzie jest trochę ziemi, gdzie słońce świeci, gdzie są kobiety, gdzie młode dziewczęta wstają wczesnym rankiem białe i różowe, śmiejące się do życia i ludzi.
Dlaczego u nas okna mieszkań są tak smutne, tak ciemne i tylko gdzieniegdzie widać kilka doniczek na oknie? Tam widocznie kobiety pragną rozjaśnić życie sobie i swoim. Biedne są często te kwiaty, ale są, żyją, dają ze siebie wdzięk i czar cichej poezji i piękna. W dawnych czasach był zwyczaj, iż do ślubu dziewczyna szła w wieńcu mirtowym — a mirt ten wychowała sama na oknie dziewczęcej sypialni. Z poza ciemnego bukietu drobnozielonych liści biegły w świat jej ciekawe spojrzenia, czasem łza zawodu upadła na mirty. A w dniu uroczystym, gdy w gałązkach zabłysła stal nożyczek, dziewczyna z żalem patrzyła na obcięte gałęzie. To była lepsza połowa jej życia, to były jasne poranki, wśród których ze słowami pacierza mieszały się nieśmiałe marzenia, to była jej swobodna młodość, którą w ofierze pod fałdami dziewczęcego welonu miała za chwilę złożyć u stóp ołtarza. Dziś — głowę dziewczęcia stroją do ślubu woskowe kwiaty, zdaleka cuchnące klejem i farbą. Czy trudno wypielęgnować bukiet mirtu swój własny, świeży i czysty? Czy tak trudno obudzić się rano z myślą o świeżo rozkwitłej róży lub o kielichach powoju?
Dlaczego niema we Lwowie kursów, które uczyłyby kobiety pielęgnowania kwiatów w mieszkaniach? Słuchaczek nie zabraknie. Ręczę za to. Miłość dla kwiatów zbudzi się i w duszach Lwowianek, bo na całym świecie kobieta i kwiat to dopełnienie wzajemne — a gdy ciepło nadejdzie, głowy kobiece pochylą się nad klombami kwiatów, na balkonach rozwiną się białe, liljowe, różowe powoje i Lwowianie patrzeć będą „przez swoje okna“ z poza wachlarza paproci, tęczy purpurowych fuksji, białych stokroci, płomiennej nasturcji — z poza festonów o różnobarwnych kielichach, kobei o fioletowych trochę wygasłych dziwnych kwiatach. I przez takie „ich okna“ — często życie wyda się im bardziej tęczowe, jasne, piękniejsze — bo kwiat — to tęcza życia, to jasność, to piękno...