Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XXXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXVII.

Dnia 30 marca deputacja z dwudziestu pięciu wygnańców z Chruszczowym i Panowym na czele udała się do naczelnika, następnie do sekretarza i komendanta z prośbą, aby chcieli przyjąć tytuł protektorów rolniczej osady wygnańczej. Stamtąd udali się wygnańcy do Zarządu miejskiego, prosząc go o pomoc i wsparcie w założeniu kolonji, którą na cześć naczelnika nazwano „Niłowaja“.
Nazajutrz zarząd miasta odpowiedział uroczyście, że od poparcia materjalnego nie uchyla się, zaś przez wzgląd na zacność zamiaru oraz korzyści, jakie spłyną na cały kraj i państwo, postanawia przypuścić do obywatelstwa Bolszowskiego wszystkie dzieci, spłodzone w nowej osadzie, aby w ten sposób mogły odzyskać pełnię praw cywilnych.
Dnia 1 kwietnia Kuzniecow uwiadomił Beniowskiego, że statki, używane do żeglugi między Ochockiem i Kamczatką, biorą ładunku najwięcej dziesięć, do dwudziestu beczek. Kazał więc Beniowski natychmiast jednemu ze spiskowych, Salmonowi, przysposobić ich dwadzieścia i wysłać niezwłocznie do Czekawki, pod pozorem, że będą potrzebne do warzenia soli w nowej osadzie.
Właśnie był zajęty wyjaśnianiem szczegółów swego rozkazu, gdy wszedł do izby Grześ i wręczył mu liścik od Nastazji.
— Co się stało?... Czy wszyscy aby zdrowi!? — zapytał troskliwie Beniowski.
— Nic się nie stało i wszyscy zdrowi! — odrzekł z uśmiechem chłopak. — Ale Nastka lubi pisywać!... Nie to, co ja. Lepiej, gdyby to ją posłano do kadetów!... Doprawdy...
— Idź już, idź do szkoły!... Spóźniłeś się. Pan Chruszczów już dawno zaczął lekcję!...
— A ja właśnie chciałem prosić, żeby mię pan dziś uwolnił, bo zmówiłem się z Kieszką Rybnikowym, żeby pójść na gęsi na Ilimski cypel... — wybąkał nieśmiało.
— Hm!... A no, puszczę cię tym razem, skoroś obiecał, ale... mówiono mi, że wogóle mało w tych czasach uczęszczasz do szkoły! Co?
— Ojciec pozwolił!... Przylot ptactwa niedługo się skończy... Wtedy znowu...
— Wtedy pojedziesz do Ochocka!
— Tak, tak!... Wtedy pojadę do Ochocka! — westchnął chłopak.
Gdy chłopak odszedł, Beniowski rozdarł natychmiast trzymaną w ręku kopertę.
„Bądź o godzinie trzeciej po południu w domu, muszę się z tobą rozmówić w ważnej sprawie bez świadków.N.“
— Ani słowa więcej, ani pieszczotliwego przydomku, ani wesołego jak zwykle żartu!... Co to znaczy!? Jaka nowa czeka mię niespodzianka!?... I kiedy się to wszystko skończy?...
Serce mu się ścisnęło jak od ucisku niezabliźnionej rany. Znowu przypomniał sobie cały swój do dziewczyny stosunek od pierwszej chwili, od owego przelotnego widzenia w uchylonych drzwiach.
...„Kocham cię, kocham!... Niewolnica twoja jestem!... Rób ze mną, co chcesz!... Słuchaj, wracajmy zaraz do miasta i sprawimy w twym pustym domu nasze gody weselne!...“ — szeptał miły głos, lśniły jak gwiazdy agatowe oczy i rozchylały się do pocałunku drobne usta...
— Ha, niech będzie co chce!... Chodził wzburzony po izbie i zabronił Jędrzejowi wpuszczać kogokolwiek do siebie. Słyszał, jak kłócili się z nim na ganku rozmaici interesanci, lecz czuł, że nie będzie mógł spokojnie sądzić spraw i wydawać rozkazów w swojej obecnej rozterce. Bał się zbliżającego spotkania i zarazem go pragnął... O co jednak jej chodzi?... Zdawało się, że już pogodziła się z koniecznością czekania do... choć do świąt?... Może znowu Stiepanow?... Ależ niedawno jeszcze całował mię po rękach i obiecywał poprawę... Kocha ją, szczerze ją kocha i napewno ją wkońcu swoją stałością zdobędzie!...
Zżymnął się Beniowski i pięść ściśniętą na stół opuścił.
— Ale... jeżeli nicpoń tutaj zostanie, to go stracą za nas, za to, że nie wydał nas... Ostatecznie... Chyba, że wykręci się swoją słabością... Nic nie wiem i nikomu w tym wypadku wierzyć nie mogę... Porwać zaś ją na okręt nie mogę mu pozwolić, bo wtedy... pościg za nami będzie wścieklejszy... wszystko wcześniej się wyda... Zresztą lepiej, żeby została z rodzicami... zapomni... przeniosą się do innego miasta... wyjdzie tam za mąż... Czyż to mało zakochanych rozstaje się na świecie!?...
Wbrew rozumowaniom niepokój Beniowskiego wciąż jednak wzrastał i za zbliżeniem się godziny trzeciej każdy szelest na dworze wzruszał go niezmiernie. Pod koniec chodził po izbie, cały zamieniony w słuch i uwagę. Zdumiał się więc bardzo, gdy niespodzianie, bez uprzedniego hałasu, otwarły się drzwi i na progu pojawiła się Nastazja. Była bardzo blada i ogromne jej oczy, płonące pod sobolim kołpaczkiem, zdawało się, że wypełniały całą zdrobniałą i wychudłą twarzyczkę.
Postąpił ku niej kroków parę.
— Z kim przyjechałaś?... Nic nie słyszałem!?...
— Odesłałam sanki z rozdroża i przyszłam piechotą!... Odeślesz mię swojemi psami, dobrze?...
— Ależ zmęczona pewnie jesteś i nogi przemoczyłaś na roztopach...
— Bynajmniej!... Zresztą to drobnostka!
Chciał zdjąć z niej szubkę, ale odsunęła łagodnie jego rękę, rozpięła jeno pętlice i ciężko usiadła na ławie.
Beniowski stał przed nią, z trudem przezwyciężąjąc drżenie ciała.
— Cóż się stało?...
— Zaraz!... Ach... Auguście... Auguście... Samuelowiczu! — zakryła twarz i wybuchła nagłym płaczem.
Chwilę płakała tak, aż poczuła nagle, że obejmuje jej nogi, że tuli do jej kolan kochaną głowę. Więc jedną ręką zakrywając wciąż zalane łzami oczy, drugą położyła na bujnych, zwichrzonych kędziorach narzeczonego.
— Zaliż mię... miłujesz jeszcze?...
Mocniej przycisnął się do jej kolan, lecz milczał. Przyzwyczajona do jego w tych wypadkach milczenia, ciągnęła więc dalej cichym przełzawionym szeptem:
— ...Miłujesz?... Dlaczego więc chcesz mię opuścić?...
Uścisk Beniowskiego zwolniał. Odsunął się, a po chwili wstał. I ona też wyprostowała się na siedzeniu, opuściła z oczu dłoń i patrzała nań bystro obsychającemi oczami. Stał ciemny, chmurny jak burza; nie widziała go jeszcze takim i poczuła nieznany dotąd przed nim lęk.
— Skądże wiesz?...
— Wiem. Dawno domyślałam się, a teraz wiem napewno!...
— Skąd wiesz!?... — powtórzył. — Skąd wiesz!? Musisz mi powiedzieć!...
— To nie ma znaczenia! I nie to mię boli, że uchodzisz, że chcesz porzucić nasze smutne lodowe pustynie i dzikich ludzi tutejszych, że pragniesz wrócić do twoich ciepłych, pięknych krajów, do twoich rodaków ogładzonych i wytwornych, do twoich dostojeństw, do dóbr rozległych, zamków i pałaców... Nie to mię boli, gdyż rozumiem!... — dodała z westchnieniem.
— Co za niewczesny żart!... — próbował sprzeciwiać się Beniowski. — Powiedz nareszcie, kto ci go urządził?...
Nie zwróciła uwagi na jego uwagę i ciągnęła dalej głosem cichym, jak żałosny świegot jaskółki:
— Pomogłabym wam sama, ukrywałabym was bez względu na czekającą mię karę, radowałabym się z waszej wolności... Sama tęsknię doń... ja, niby pani, a gorsza od was niewolnica, bo przykuta na wieki do miejsca mego przez ojca, przez matkę, przez nieszczęsny mój los! Czyż nie mówiłam ci nieraz, czyż nie widziałeś sam, że rwę się stąd, że cierpię, choć przecie nie zaznałam dotychczas nic lepszego nad to, co mam dookoła!... Więc rozumiem i nie dziwię się tobie, wam wszystkim, że ujść zamierzacie!... Nie, nie to mię nawet boli, że mię wziąć z sobą nie chcesz... Być może byłabym zawadą w ciężkiej czekającej was drodze, być może nieobecność moja przed czasem wydałaby wasze przedsięwzięcie!... Nie, nie to mię boli, Maurycy! — szepnęła, używając po raz pierwszy tego zatajonego przed wszystkimi, jej tylko wiadomego imienia kochanka.
Wstała i spojrzała mu w oczy.
— Lecz boli mię to, że tak... kłamiesz, tak strasznie kłamiesz!... Słuchałam nieraz ze zdumieniem, z przerażeniem, patrzałam z trwogą zabobonną, jak na niepojętego z bajki czarownika, jakeś mówił z tą samą łatwością, z tym samym miłym uśmiechem, tym samym przeszywającym serce słodkim głosem, fałsz wierutny, dobrze mi wiadomy, zaprzeczenie prawdzie, którąś sam mi przed chwilą odkrył. I w głowie mi się mąciło, i nie wiedziałem już nieraz, gdzie kończy się zdrada, gdzie zaczyna prawda, czemu wierzyć a czemu nie, na co się oprzeć godziwie?... Sama wciągnięta w ten wir, musiałam potwierdzać wbrew wewnętrznemu zaprzeczeniu, musiałam kłamać, poniżać się. I tyś się poniżał!... To mię bolało i boli nad wszystko!... Bo widzę teraz wyraźnie, że wszystko od początku do końca było chytrze obmyślanym planem, fałszem, łańcuchem kłamstw, udawań, wzorem komedjanckiej gry, podczas gdym ja...
Umilkła, opuściła powieki i znowu łzy duże jak groch potoczyły się po jej bladych jagodach. Beniowski stał przed nią, mieniąc się na twarzy, która mu pociemniała, poszarzała i stężała jak lice rozgniewanego lwa; miarkował jednak swój głos i swoje wzburzenie i zaczął prawić spokojnie:
— Zastanów się, dziecko moje, zastanów co mówisz? Zali nie rozumiesz słów moich, żądając ode mnie otwartości w takiej sprawie!... Cóżby to było?... Należało albowiem ręce jedynie założyć i pozostać z prawdą na ustach w wiecznej niewoli. I ku czyjej to wygodzie?... Poco i dla kogo? Dla ciemiężycieli?... Mianujesz mię podłym i niskim za użyte fortele wojenne!... Bo to wojna, wojna między uzbrojonym od stóp do głów panem i zupełnie bezbronnym oraz słabym niewolnikiem! Wojna skrzywdzonego z krzywdzicielem, wojna sprawiedliwego z chytrą i okrutną przemocą. Gdyż zaiste bladą igraszką jest i, nawet, — cnotą ów łańcuch rzekomych fałszów, kłamstw, udawań i komedjanckiej gry, o które obwiniasz mię wobec tego, co się tu u was dzieje i zwie się porządkiem i prawem!... Ale i te obowiązują, jeżeli już chcesz, jeno ludzi waszego pochodzenia i waszego poddaństwa! Kto zaś jak ja jest z innego ludu, jest wolnym obywatelem niegdyś potężnego, dziś nieszczęśliwego państwa, ten nie winien wam jest nic i żaden środek użyty gwoli wyzwoleniu się nie ubliża jego honorowi. Dezarmowany wódz pobitego wojska, wzięty na placu boju, okryty ranami w nieudatnej imprezie... osoba, którą nawet pogańscy wyznawcy półksiężyca umieli uszanować i rycerskie jej oddawali honory... A cóżeście wy uczynili ze mną?... Co uczynili wasi jenerałowie, oficerowie i żołnierze, tylekroć zwyciężani przeze mnie, z którymi po skończonej batalji zawsze obchodziłem się po ludzku?... Co uczynili, zapytam?... Oto ociekającego krwią cisnęliście w srogie więzienie, w ciemnicę bez światła i powietrza, gdzie w nieopatrzonych ranach moich lęgło się robactwo i pleśń... gdzie jedynym głosem, jaki dochodził mię poprzez grube mury, był brzęk łańcuchów i jęki katowanych przez was mych współbraci... Mało tego, dla większej mej udręki, jeszcze okaleczałego i słabego wywlekliście w łańcuchach na plac i kazaliście mi przyglądać się kaźni moich walecznych, szlachetnych żołnierzy, bitych przez was aż do śmierci kijami, piętnowanych rozpalonem żelazem, szarpanych obcęgami przez siepaczy za nozdrza, policzki i piersi, zato jedynie, że nie chcieli wam na wierność przysięgać, że byli dobrymi synami nieskończenie pokrzywdzonej ojczyzny... A gdym i ja odmówił przysięgi, cóżeście uczynili ze mną?... Czyż wasz pachołek... i... mnie... — ciągnął urywanym głosem — czyż mnie... wycieńczonego chorobą i więzieniem, jako widmo... nie bił... ażem padł bez zmysłów?... Rzucono mię następnie, jako krwawy łachman do żelaznego pudła i powieziono o tysiąc mil bez względu na szalone zimno, na brak odzieży, na niewygody, na litości godny stan mój, wywołany przez dodanie nowych ran do niezgojonych blizn starych... I takich jak ja znajdowałem wszędzie po drodze tysiące... Zaludniliście ziomkami mymi swoje pustynie, zapełnili nimi swoje ostrogi i twierdze, wzmocniliście nimi swoje wojska, zmuszając ich do służenia sobie ku pojarzmieniu innych ludów. Jakoweż prawo macie więc mówić o prawdzie i cnocie? Wy, coście wdarli się w czas pokoju w granice wolnego państwa i chwytacie każdego cnotliwego, starającego się o poprawę ginącej ojczyzny i wleczecie go na katusze, na zgubę... Wzamian płodzicie zdrajców, przekupujecie ich i wysuwacie ich przewrotnie na czoło narodu, do steru rządów, abyśmy pohańbieni w najskrytszych ostojach duszy naszej zgnili za życia od własnego trądu... Kto zacny wśród nas pewien jest, że nocą nie wpadnie do jego dworku banda waszych żołnierzy i oficerów, nie wywlecze go, z łożnicy, nie pohańbi mu przed oczami żony i córek, nie osmaga, nie pomorduje czeladzi i obrońców, nie pokradnie albo nie pożga dzieci... nie zrabuje wszystkiego, nie spali i nie zniszczy i nie odejdzie, zostawiając jeno łzy i ruiny!?... Gorsi niźli pohańce i Tatarowie, gdyż żyjecie wciąż wśród nas, podczas gdy tamci zjawiali się i uchodzili. Nie, zaiste, to nie ja pozbawion jestem praw, lecz wy wyzuci jesteście z oblicza ludzkiego... I wszystko jest wolno względem was i wszystko jest cnotą, co kłoni się ku waszej zgubie, albowiem czynami waszymi postawiliście się poza granicą społeczności!... Nie bliźnich winien w was widzieć uciemiężony, lecz krwawych tygrysów... I wolen wszelkie brać i przeciwko wam sposoby i wszystkie są godziwe, jako uświęciliście je po stokroć razy sami niedościgłym w podłości i okrucieństwie przykładem!...
Zatrzymał się, gdyż wydało mu się, że dziewczyna go nie słyszy, że jest jakby oszalała. Otwarła jak do krzyku blade jak: sama twarz usta, a nieruchome oczy patrzały nań martwą źrenicą. Gniew i gorycz opuściły go nagle, zbliżył się do niej i wziął ją za rękę.
— Nastazjo Iwanówno — zaczął łagodnie. — Tobie jednej nie kłamałem... Jeżelim prawdę ukrywał, to tyle tylko, ile potrzeba było dla własnego twego i twych rodziców bezpieczeństwa...
W milczeniu podała mu list. Poznał od rzutu oka pismo Stiepanowa. Namiętnemi słowy zaklinał ją nieszczęśnik, aby zmieniła ku niemu uczucie, aby zgodziła się poślubić go i uciec z nim na okręcie, jaki gotuje Beniowski dla uprowadzenia wszystkich wygnańców... Opowiadał szczegółowo plany ucieczki, wyłuszczał sposoby, wykazywał fortele użyte dla zamaskowania zamiarów, wyśmiewał łatwowierność władz, mówił szyderczo o rzekomej kolonji rolniczej... A wszędzie podkreślał chytrość, fałsz, obłudę Beniowskiego, malował go jako potwora w ludzkiej postaci, lubującego się w podłych podejściach.
„On i miłości twej używał jeno za pokrywkę swych planów i drwił z niej w kole swych towarzyszów, opisując śmiesznie najtajniejsze twoje pieszczoty... Dowodził, że miał, do ciebie zawsze wstręt, jako do prostej dziewki, z którą ślubów nigdy zawrzeć nie myślał i zawrzeć nie mógł, jako już miał prawą żonę hrabinę i od niej prawe potomstwo...“ — kończył donosiciel.
Tu zmarszczone brwi i ściśnięte usta Beniowskiego drgnęły; śledząca za nim w milczeniu Nastazja z jękiem opuściła się na ziemię. Pośpieszył jej z pomocą Beniowski, dźwignął na ławę, rozpiął stanik na piersiach, zbryzgał twarz wodą.
— Ach, puśćcie mię, puśćcie!... Pozwólcie, niech umrę!... — szeptała, przychodząc do siebie. I odwróciwszy odeń twarz, znowu zalała się łzami. Szloch wkrótce przeszedł w straszne wewnętrzne łkanie, wstrząsające boleśnie wyciągniętem jej ciałem. Beniowski stał bezradny, a po wykrzywionej bólem twarzy płynęły mu niemęskie łzy.
— A jednak... tak nie jest, Nastazjo! — zaszeptał. — Też człowiekiem jestem... I gdyby... gdyby tak było... gdybym cię... nie... miłował... Nastazjo... możeby było inaczej... możebyśmy w tej, oto, chwili... prawie u wrót wybawienia... nie stanęli na progu zguby... Bo gdybym naprzykład poślubił cię... byłoby mi o wiele łatwiej ukryć wiele rzeczy... Ślub taki według kanonów mojej religji nie ma znaczenia... Tem bardziej... wymuszony położeniem mojem... A przecie nie chciałem... właśnie dlatego, kochana... że...
Urwał, pogładził leciuchno jej rękę.
— Słuchaj, Nastazjo, zniknę niedługo jak zły sen z twego życia... Młoda jesteś, przebolejesz, zapomnisz... Trafisz na godnego siebie młodzieńca... I wśród was są ludzie szlachetni, kryjący się w cieniu... Nie wątpię, że już nie poślubisz tyrana... lecz... możesz jeszcze być szczęśliwa!...
Dziewczyna usiadła na ławie i spojrzała nań z dołu smutnemi nad wyraz oczyma.
— Nie!... — odrzekła, wstrząsając głową. — To się nie stanie!... Ale ty się nie bój!... Nie wydam was... Rozumiem was... Skoro mnie samej cięży to wszystko, co widzę dokoła, jakże wam, bezwolnym, ciężyć musi!... Nawet twą... nienawiść... Maurycy... rozumiem... Tylko my... my przecież... zdaje się... inni...
— Ależ tak, osobiście doświadczyłem od was tylko życzliwości i wierzaj mi, że używałem i użyję wszelkich sposobów, aby rodzinie twej jak najmniej stało się z naszego powodu krzywdy... Zważ jednak, czy mogłem zrzec się własnej wolności i uwolnienia tylu nieszczęśliwych za cenę swego osobistego powodzenia... W dodatku należy ci wiedzieć, że powodzenie to niezmiernie kruche; pomijając, że opiera się jedynie na życzliwości i zaufaniu ku mnie twego ojca, co może zmienić się łatwo z byle powodu, lub zostać zniszczone przez intrygi nienawidzących jego i mnie urzędników, pomijając to, łacno może wypłynąć jakikolwiek ze sposobów już uczynionych przeze mnie wielokrotnie dawniej w drodze, gdyż nie zaniedbywałem nigdy okazji do swego uwolnienia, do ucieczki... Takich grzechów zarówno ja jak i moi towarzysze zostawiliśmy poza sobą mnóstwo!... Wykrycie jednego z nich zgubiłoby nas... Czyż mamy czekać, wiesz dobrze na co?
— Ależ nie!... Uciekajcie!... Obiecuję wam ze swej strony pomoc najgorliwszą... Uciekajcie!... Myślę nawet, że musicie uczynić to bardzo niedługo, gdyż wydaje mi się, że ojciec zaczyna się czegoś domyślać... Łażą tam rozmaici i suszą mu głowę... Masz rację, że wśród nas wszyscy prawie są jak urzędnicy i że nie macie w miasteczku przyjaciół... Na wasze wolności, na osłabienie waszego ucisku krzywem mieszkańcy tutejsi naogół patrzą okiem...
Wstała i gorączkowo zaczęła mu opowiadać rozmaite szczegóły, które udało się jej podchwycić, a które nabawiały ją nieokreślonej trwogi, dopóki nie wiedziała, że istotnie plan ucieczki pokryty jest planem kolonji. Wierzyła w tę kolonję i z oburzeniem odpierała wszelkie zarzuty i wątpliwości; obecnie ocenia ich grozę...
Beniowski, skupiony i pozornie spokojny, słuchał ją uważnie i rozpytywał pilnie o szczegóły.
Przegadali do zmierzchu i wkońcu umówili się co do sposobu porozumienia i planu postępowania.
— A głównie strzeż się ty... Bądź ostrożny, nie przychodź lekkomyślnie na moje nawet wezwanie, a skoro przyślę ci kawałek wstążki czerwonej... wiedz, że wszystko się wydało! Gdybyś jednak potrzebował uciec się do siły zbrojnej, pamiętaj, — szczędź ojca! On też według swych pojęć ma rację, pełni wiernie służbę!... Żegnaj, być może, że widzimy się po raz ostatni!... — westchnęła, wyciągając do niego rękę.
Ukląkł przed nią i, objąwszy jej kolana, długo tulił do nich swą głowę, wreszcie odepchnęła go ostrożnie i, dusząc łkania rękawem szubki, poszła szybko ku drzwiom.
Beniowski miał wrażenie, że otwarły się wszystkie jego stare rany i krew z niego uchodzi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.