Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XXXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXVI.

Z niemałym zachodem udało się Beniowskiemu uchronić Stiepanowa od gniewu naczelnika i naczelnikowej. Iwan Piotrowicz koniecznie chciał winowajcę wysłać do odległych ułusów i odroczył to jedynie na usilne prośby Beniowskiego do czasu wyzdrowienia przestępcy. Siedział więc Stiepanow pod silnym nadzorem w mieszkaniu Panowa, nosa stamtąd nie śmiejąc wychylić.
Tymczasem wiosna zbliżała się w szybkiem tempie. Pod ciepłemi promieniami słonecznemi, pod wilgotnem tchnieniem południowych wiatrów rwał się i nikł w oczach prawie gruby pokrowiec śniegów na ziemi. Schły i kruszyły się wyłaniające z pod nich wojłoki zeszłorocznych traw, zielona ruń wytryskała z czarnoziemu często tuż obok topniejących strzępów lodowych. Pączki drzew, nalane pachnącemi sokami, cicho otwierały swe łuski pod pieszczotą złotych promieni. Na haliznach gliniastych, wygrzanych, na południowych wystawach pagórków zakwitły łany blado-żółtych pierwiosnków i ametystowych krokusów. Rwąc brzegi, szumiała woda, ciepłe jej zalewy omywały coraz szerzej chylizny, wypełniały zamulone wgłębienia ziemi, jakby siląc się zmyć w nich ślady zimowego ucisku. Wartko płynęły potoki wśród korzeni drzew i krzewów, niosąc im nowe soki bogate, ożywcze. Prostowały rozkosznie zarośla zwątlałe do niedawna pędy; połyskiwały żywą, ciepłą barwą wczoraj jeszcze przymierzchłe pnie srebrnych brzóz, złotawych sosen i brunatnych modrzewi...
A w głębi niebios, pełnych płynących chmur i ruchu wiatrów, szumiały skrzydłami niezliczone stada ptactwa. Ich niespokojny gęgot, krzyki, świstania dzień cały przelewały się nad ziemią falą radosną, milknąc jeno w czas krótkiej, jasnej nocy.
Kto żył w mieście i okolicach, chwytał za broń i biegł na brzegi jezior, na piaszczyste przylądki morza i rzeki, szczególnie ulubione miejsca wytchnienia przelotnych gości. Furkotały strzały z łuków, huczały rusznice, mącąc i przerywając na chwilę rozlewną pieśń miłości i wesela. Lecz na krótką jeno chwilę śmierć zwyciężała je, na mgnienie oka, gdyż taką jest potęga radującego się życia!...
To powszechne zajęcie się polowaniem było bardzo na rękę spiskowcom, gdyż pozwalało im niepostrzeżenie czynić tysiące drobnych przygotowań do zbliżającej się wyprawy. Wszyscy byli dobrej myśli, a zapewnienie, że dwunastu zaprzysiężonych zostało już zaliczonych do załogi „Ś-go Piotra i Pawła“, nie budziło już żadnych obaw co do możności zawładnięcia okrętem.
Jako piorun więc spadła na spiskowych wieść, że Czurin, z którym prowadzono szczęśliwie układy, zrzeka się niespodzianie dowództwa statku. Przyniósł tę wiadomość Kuzniecow, a był tak zmieszany, że nie mógł nowiny ukryć przed bawiącymi właśnie u Beniowskiego związkówcami. Gospodarz wszakże nie dał mu dalej mówić, lecz wziąwszy pod ramię, poprowadził natychmiast do sąsiedniej świetlicy.
— Zastanów się, co robisz?... Masz minę, jakbyś ręce chciał na siebie nałożyć, a tymczasem rzecz cała może się da jeszcze naprawić!
— Nic się nie da naprawić!... Okazuje się, że Czurin ma szpetny proces w Admiralicji, który nagle wznowiono; jeżeli go przegra, to pójdzie do min. Więc wzbrania się jechać do Ochocka i robi starania, żeby go naznaczono gdzie indziej... Tymczasem już nasi ludzie zapisali się na ten okręt i wszystko omówione... więc... tymczasem... wszystko... w łeb bierze! Niema rady i Czurin tu nic nie winien! Okrętu Czurinowi nie zawierzą, skoro będzie pod sądem, a i władza go z portu nie puści... Chybaby ktoś dał za niego kaucję 3,000 rubli i wyrobił abszyt!... Ale o tem marzyć niepodobna... W naszym skarbcu, o ile wiem, niema nawet dwóch tysięcy, a wydatków moc... Nikt zaś inny nie zgodzi się na warunki przyjęcia ludzi i towaru na statek, na jakie już przystał Czurin, nikt nie będzie taki przyjazny i powolny... Całą zimę pracowałem, żeby sobie jego zaufanie zaskarbić... A tu... licho nadało!... — zaklął wstrzemięźliwy zwykle Kuzniecow.
— Cóż to za sprawa?... — spytał po dłuższym namyśle Beniowski.
— Ciężka sprawa o jakiś bunt... Dobrze nie wiem... W dodatku rozmiłował się on tu w pewnej panience i z tej okazji nie chce jechać i na niepewną narażać się przygodę...
— O cóż chodzi?... Niechby ją z sobą zabrał! Przecież dobrze wiesz, Kuzniecow, że nie do Ochocka popłyniemy!...
Milczał przez chwilę zdumiony kupiec, wreszcie odparł:
— To prawda!... Nie przyszło mi to do głowy! Ale ja mu przecież tego powiedzieć nie mogę... Wystraszy się i da znać jeszcze do urzędu, aby swoją wolność okupić!
— To da się zrobić!... Ty go tylko namów, żeby szukał u mnie porady i opieki, żeby stan swych interesów szczerze mi przedstawił.
— I cóż mu powiesz?... Bo jeżeli on się nie zgodzi, to ja muszę zawczasu wiedzieć. Porobiłem już pewne kroki u Agafji Matwiejewny. Ona umiera z trwogi, ale zgadza się. Zamówiłem u Czurina miejsce na okręcie dla siebie i dla niewiasty. Musiałem nakłamać, że inna jedzie. Bo jakby dowiedział się, że to sekretarzowa bohdanka, umarłby z samego strachu. Więc powiedziałem, że to Kuźmianka. Jest tu taka córka kozaka Kuźmy, lekkich obyczajów dziewczyna... Bo przecież Czurin wie, że jestem kawalerem, a inna nie pojedzie... Wszystko więc się gmatwa... wisi na włosku... Nowosiłow chytra bestja, widzi skroś ziemię... Zazdrosny, kat... szkoda, że nie mogę ukręcić mu łba przed odjazdem. Trzyma nieszczęśnicę za siedmiu zamkami i takim ją strachem napawa, że od zmysłów odchodzi biedaczka, gdy przypuszcza, iż może się wydać... Nie chciała się zgodzić... Musiałem jej powiedzieć, że ty całą sprawę prowadzisz, wtedy dopiero...
— Zupełnie niepotrzebnie! Ale stało się... Biegnij więc do twego Czurina i zrób tak, żeby był u mnie dzisiaj wieczorem...
— Biegnę!... Boże mój, jakże się wszystko plącze! Zdaje się czasem, że nigdy nie dojdziemy do końca...
— Eh, Kuzniecow, Kuzniecow! Miałem ciebie za najdzielniejszego!...
Kupiec zamyślił się znowu.
— Ha, może i jestem!... — odrzekł bez cienia przechwałki. — Tylko, widzisz, nie każdy jest taki jak ty... doszły!... I odrazu mu wszystko do głowy przychodzi!... Ja muszę się namyślić... A może to i lepiej, bo, gdyby takich jak ty było więcej, światby się zawalił!
Uścisnął Beniowskiego za rękę, czapkę na uszy wsadził i ruszył ku drzwiom.
Po obiedzie uprzedził Beniowskiego przez umyślnego, że Czurin niebawem przyjdzie. Beniowski kazał Jędrzejowi nastawić samowar i przygotować herbatę, a na straży postawił spiskowców, żeby doń nikogo w tym czasie nie puszczali prócz Czurina i żeby im nikt nie przeszkadzał.
Wpół godziny potem zatrzymały się przed szkołą sanki i Czurin dość nieśmiało wszedł na schody ganeczku. Beniowski ukazał się w sieni i, po krótkiem wzajemnem zapoznaniu się, zaprosił gościa do świetlicy.
Przybyły był średniego wzrostu szczupławy blondyn z twarzą jednostajnie ogorzałą, z jasnemi oczami i rzadkim jasnym, jakby wypłowiałym zarostem. Usiadł na brzeżku krzesła, trzymając w ręku swój marynarski kapelusz i, po kilkakrotnem chrząknięciu, zaczął cichym głosem:
— Wybaczy pan, że choć nieznajomy, ośmielam się nachodzić szanownego pana, lecz powiedziano mi, że ma pan do załatwienia jakoweś interesa i zakupy w Ochocku... Będąc komendantem okrętu „Ś-go Pawła i Piotra“, rad jestem, iż mogę ofiarować panu swą pomoc w sprawie tak ważnej dla ogółu, jak założenie pierwszej rolniczej w tym kraju kolonji... Wszelkie polecenia z największą pilnością wykonam i z największą też ochotą... Mogę czcigodnego pana upewnić, że...
Zakończył jednym tchem, śpiesząc się i plącząc w widocznie przygotowanej przemowie.
— Wybornie się składa!... — odparł żywo Beniowski. — Nietylko potrzebne mi są narzędzia i sprzęty, których tu dostać nie mogę, lecz ze sprawozdania magazynów rządowych wnioskuję, iż nie starczy ani mąki, ani soli moim osadnikom zwołanym i z Niżniego i z Wierchniego, i z wielu ułusów. Zanim zaś zbiory nasze się objawią, musimy żyć kupionemi wiktuałami. Gdyby więc szanowny pan zechciał podjąć się zakupu tych towarów według przedstawionej specyfikacji, wolelibyśmy polecić to panu, niż kupcom, którzy nie omieszkają nałożyć na przedmioty cen znacznie wyższych dla pokrycia swoich procentów. A będzie tego pewnie za parę tysięcy rubli, które w chwili spisania umowy zostaną panu z kasy osadniczej wypłacone. Wzamian za tę usługę i życzliwość żywioną dla nas, gotowi jesteśmy panu okazać wszelką pomoc w jego osobistych sprawach...
— Cóż ja... ja nic! Doprawdy taka drobnostka... — bąkał oficer, rumieniąc się na całej twarzy.
— Szanowny panie, zapewne, że i my niewiele możemy, ale... mamy już jaki taki kredyt i poparcie u władzy... Są to rzeczy, których przeceniać nie należy, lecz... sam byłem marynarzem, wiem dobrze, jak to często między jedną i drugą wyprawą zachodzą trudności niespodziane, które łatwo znikają dopiero w obrotach samej nawigacji.
— Ha, ha! — roześmiał się Czurin. — To prawda: w obrotach samej nawigacji!...
Na pięknej chińskiej tacy lakowej wniósł Jędrzej wspaniałą zastawę do herbaty, słodycze, ciasta, cukrzone owoce. Nieśmiało brał Czurin grubemi palcami cieniuchne porcelanowe filiżanki, pełne aromatycznego płynu, niezręcznie nabierał małemi srebrnemi łyżeczkami konfitur z kryształowych słoików.
W tym czasie Beniowski opowiadał swobodnie jakąś przygodę ze swej żeglugi po morzu Niemieckiem.
Suto dolany do herbaty rum rozwiązał wreszcie usta gościowi. Zaczął zająkliwie uskarżać się na zawiść i niesprawiedliwość ludzką, jako to mu niby przyjaciel, kapitan Lewaszow, podstawił nogę w Admiralicji i, zwalając własne winy na niego, oskarżył go o zbuntowanie załogi na okręcie „Św. Katarzyny“, gdzie Czurin służył za pomocnika kapitana w czasie wyprawy 1769 r.
— Nawet świadków fałszywych postawił, najgorszych pijaków i nicponiów z pośród majtków wyszukał i podkupił... A wcale tak nie było... Przeciwnie, ja odrazu dowodziłem, że okręt chyli się i jest w niebezpieczeństwie rozbicia, bo balast został przez niego, przez Lewaszowa, który był drugim pomocnikiem, źle załadowany... w pijanym stanie. I właśnie z tego poszło rozbicie statku na barze rzeki Bolszej i śmierć kapitana Krewicyna, zmytego przez fale. Ale on dowodzi, że to ja... a że ma romans z Niemką Schmitową, żoną komendanta portu, więc mu wierzą!
Długo mówił, rozgadany do niemożliwych granic, otwierając admiralickie i swoje własne sekreta, aż przerwał mu Beniowski w odpowiedniem miejscu, że chociaż słuszność zupełna po jego stronie, zręczni wrogowie skorzystali z jego uczciwości i obstawili go, jak to z opowiadania widać, tak chytrze formalnościami, iż wątpliwa rzecz, aby mu się udało sądu i kary uniknąć.
Zbladł Czurin i blade oczy na Beniowskiego wytrzeszczył.
— Juściż! Sam to czuję, że mię oplątali. I właściwie przyszedłem tu, do wielmożnego pana, po radę i pomoc... Udam chyba chorego i tem samem inny mię w komendzie „Piotra i Pawła“ zastąpi!
— Mało to pomoże. Jest to jeno zwłoka a nie ratunek. Admiralicja bowiem, widząc, iż pan nie powraca, rekwirować niechybnie gubernatora kamczackiego będzie, iżby cię wydał i pod strażą do Ochocka przystawił. Musi on przychylić się do tego żądania, a tak zyskasz pan kilka miesięcy na tym wybiegu, ale prędzej czy później interesa pańskie w gorszym niż przedtem znajdą się stanie!
Zakrył biedny oficer twarz rękami i nuż jęczeć i przeklinać swoją dolę:
— Gdybym był sam! Niechby tam już raz się stało, co się stać ma! Dziśbym dni moje zakończył... Nie raz śmierci zaglądałem w oczy... Ale związałem się tu z pewną... panienką, której losy ode mnie zupełnie obecnie zależą, gdyż zaufała mi całkowicie. Co więc czynić!? Co czynić!... Chyba, że pan ulituje się i weźmie mię do swej kolonji, gdzie ukryję się do czasu, aż w razie powodzenia uzyska pan powszechne dla wszystkich osadników wszelakich win przebaczenie. Albo porwę dziewczynę i ucieknę z nią... na wyspy Aleuckie, albo jeszcze gdzie dalej!
— Powoli, powoli, Wasyli Grzegorzewiczu!... Niema co jeszcze tak rozpaczać!... — pocieszał go Beniowski. — Przedewszystkiem jeszcze na was nie wydano wyroku, nawet mało kto wie o waszej sprawie. Należy więc to wszystko jak najdłużej, w jak najgłębszej zachować tajemnicy. Dlatego nietylko pan nie powinien składać komendy statku, ale owszem szykować wszystko tak, jakbyś miał zamiar z pierwszymi zaraz lodami wyruszyć. O wszystkiem, co się stanie, staraj się mnie natychmiast zawiadomić, a ja ze swej strony wybadam u naczelnika kraju wszystko, co się da o pańskiej sprawie i względnie do tego naradzimy się co robić. Być może, że się tu na miejscu uda całej sprawie łeb ukręcić!...
W miarę jak Beniowski mówił, Czurin nabierał otuchy, patrzał na wygnańca wniebowziętemi oczyma, mrugał zaczerwienionemi powiekami i nawet się uśmiechał.
— Skoro pan weźmiesz się do tego, to rozumie się... Już czuję się zbawion. Wdzięczność moja niewolnikiem mię uczyni pana po wsze czasy. A teraz już muszę odejść, gdyż czekają na mnie!
Gdy po uniżonem pożegnaniu wyszedł do sionki, Beniowski zawołał nań nagle od proga:
— Panie Czurin, wróć pan na chwileczkę!...
Marynarz zatrzymał się z błyskiem nowego strachu w oczach.
— Widzi pan — zaczął Beniowski, wychodząc za nim. — Zapomniałem zupełnie, że pan może być obecnie w kłopotach pieniężnych. Ponieważ bardzo nam chodzi o załatwienie tanio i dobrze naszych zakupów w Ochocku, więc może jako zadatek weźmie pan... pięćset rubli. Pewnie wyprawę musi pan narzeczonej na drogę kupić... Mało białogłowa na statku znajdzie odpowiednich dla siebie rzeczy i wygód!
Podał gościowi sakiewkę brzęczącą złotem. Ten zdumiony długo patrzał na nią z nieufnością, poczem nagle pochylił się i pocałował w ramię Beniowskiego.
— Pan... pan... nietylko szlachetny... pan... dobry!... Nie zapomnę... Istotnie w wielkim jestem kłopocie!
Rozstali się, mocno uścisnąwszy sobie dłonie.
Zaledwie sanki Czurina znikły za zakrętem drogi, już wpadli do Beniowskiego spiskowcy, czekający u Chruszczowa na rozwiązanie tak ważnej sprawy. Beniowski jednak nie kwapił się wtajemniczać ich we wszystkie szczegóły, ograniczył się jedynie do zapewnienia, że sprawa jest na najlepszej drodze.
— Więcej nie mogę na razie wam powiedzieć... Musimy być nad wyraz ostrożni, a wy musicie mi ufać. Najmniejszy rozgłos zgubi nas. Jestem pewny, że cała ta historja ze Stiepanowym jeszcze się nie skończyła i że lada chwila możemy być zmuszeni do najbardziej hazardownych kroków!
— Cóż wtedy zamierzasz czynić? — zapytał się Panow.
— To się zobaczy! Obecnie nic przewidzieć się nie da... Zależy od okoliczności, od przeciwników... Niewiadomo jeszcze, w jakich warunkach i gdzie będziemy zmuszeni przyjąć walkę. Ale zwycięża ten, kto gardzi śmiercią. Tuszę, że każdy z wygnańców dotrzyma przysięgi, a wtedy pierzchną nikczemni najemnicy. U szlachetnych narówni ze swobodą — śmierć chwalebna! Nikczemności jurgieltnika — popłoch i ucieczka odpowiada! My bronimy życia swego, oni jedynie swych urzędów i majętności. Upewniam was, że czuwam wciąż nad wszystkiem, że użyłem wszelkich sposobów i mam niezbitą nadzieję, iż o każdym kroku rządu powiadomią nas w porę. A byleśmy tylko kilkanaście do przygotowania mieli godzin, w zakład głowę mą stawiam, iż zamku i garnizonu zostaniemy panami, co gdy się uskuteczni, wówczas miasto musi nam się poddać, będąc zewsząd wystawione na ogień forteczny.
— Tak więc dalece!... Myślisz o zdobyciu miasta? zapytał pobladły Baturin. — Wstępnym bojem?... Co? Cóż więc znaczyły wówczas twoje zapewnienia pokojowe i odrzucenie moich projektów!?
— Gdyby szło wszystko tak, jak przypuszczaliśmy wtedy... Ale kto przewidział zdrad tyle? A co jeszcze będzie, niewiadomo!...
— Zapewne, niewiadomo!... Któż również ręczy, że ci twoi przyjaciele wśród rządu uwiadomią cię w porę o zamachu?... Kto oni są?... Czy można im tak bezwzględnie zaufać?...
— Kto są, to moja rzecz!... — odparł chłodno Beniowski. — Wymienić nazwisk nie mogę. Przekonałem się, że najcichszym głosem wypowiedziana tajemnica dziwnym jakimś sposobem przesiąka tutaj przez ściany. Dla waszego więc bezpieczeństwa, dla powodzenia sprawy, żądam raz jeszcze bezwarunkowego posłuszeństwa i zaufania... zaufania i raz jeszcze zaufania!...
— Czujesz chyba, że go posiadasz w zupełności!... — gorąco podchwycił Chruszczow. — Chodźcie, przyjaciele, niech Beniowski idzie do Niłowa, bo już wieczór i tylko patrzeć jak po niego przyślą... Niech rzadziej nas widzą razem z sobą ci wysłańcy!...
Cały wieczór spędził Beniowski u naczelnika, opowiadając mu to o swoich planach, tyczących się rolniczej kolonji, to wysłuchując uwag i projektów, co do wykończenia budujących się dla niego domów, oraz rolniczych narzędzi i sprzętów, potrzebnych na nowem gospodarstwie. Wszyscy również z natężoną uwagą wysłuchali ponownego opowiadania o zatargu ze Stiepanowym, o jego szaleństwie, o pojedynku i zdradzieckim zamachu pistoletowym.
— Już ja mu dam!... Niech się tylko z choroby wyliże!... — wołał Niłow, stukając twardym palcem po stole.
— Ze ślubem wszystko się skończy!... uspakajała go Marta Karłowna.
Beniowski milczał, rad, że będzie miał czem trzymać na wodzy Stiepanowa i jego cichych stronników.
Wrócił do domu po północy.
Cały następny ranek strawił na robieniu z doktorem Mederem petard do wysadzenia w potrzebie bramy forteczki, lub drzwi do składów oraz kancelarji. Poczem odwiedził Stiepanowa. Gorączka ominęła już chorego; poznał Beniowskiego i natychmiast zaczął uniżenie mu schlebiać, przysięgać wierność, obiecywać wdzięczność bezgraniczną. Beniowski udawał, że wierzy, upewniał go, że zapomniał już niedawne przewinienia i skoro się nie powtórzą, nic nie przeszkodzi powrotowi dawnej jego dla Stiepanowa życzliwości...
— Wobec jednak gniewu Niłowa, musisz do czasu pozostać w mieszkaniu i pilnować łóżka, a straż nazewnątrz strzec cię musi!... — zakończył rozmowę.
Stiepanow skrzywił się, lecz nie mógł nie usłuchać.
Przed wieczorem zjawił się u Beniowskiego wezwany przezeń Czurin.
— Otóż wszystko obraca się ku lepszemu, ale po pierwsze: zatrzymasz pan dowództwo statku; po drugie: wiernie spełnisz to, coś obiecał Kuzniecowowi; po trzecie: pod pozorem, że statek rozeschnął się i że sączy się woda do niego, zawiniesz pan nazajutrz po wyruszeniu z portu do brzegów Łopatki w miejscu, które ci w wilję wyjazdu Kuzniecow wskaże. Tam dowiesz się, co należy robić i co postanowił o twym losie naczelnik kraju. Mam nadzieję, że nietylko uda mi się proces przeciw panu unicestwić, lecz wyrobić ci nawet rangę rzeczywistego kapitana okrętu. Musisz wszakże poprzysiąc mi posłuszeństwo i tajemnicę do czasu. Pięćset dodatkowych rubli na wydatki bieżące dostaniesz pan zaraz... Siadaj więc pan i pisz pokwitowanie!
Zachwycony Czurin wziął pióro i napisał nietylko weksel, ale całe swe zobowiązanie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.