Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXVII.

Czuć było wiosnę. Mgławo migały nocami gwiazdy na pociemniałem niebie. Nagrzane za dnia śniegi zionęły siwemi oparami, które krzepły natychmiast w leciuchne szrony na odwilgłych i znowu tężejących ku nocy gałązkach drzew. Kroki ludzi chrzęszczały przejmująco na śniegowej grudzie.
— Kto idzie? — pytały co chwila straże, rozstawione dokoła szkoły.
— Swój!
— Hasło?
— Piotr i Paweł...
Czerwono gorzały nieduże okna szkolnego budynku, słaniały się na nich tłumnie cienie ludzkie.
Beniowski opowiadał zebranym o zdradzie Lewantiewa i o jego śmierci. Groza wiała nad słuchaczami.
— Będzie się to powtarzać coraz częściej! — rzucił Baturin. — Ludzie są słabi!... Zapachniało im prawo Piotra Wielkiego i, miasto uwolnić się razem, myślą jeno o polepszeniu swego wyłącznie losu za judaszową cenę...
— Nie widzę innego na to sposobu, jak oddać władzę dyktatorską życia i śmierci jednemu z nas. Aby miał prawo wydawać rozkazy i układać plany, nie zdradzając ich przed nikim... Dla pomocy niechby ów najwyższy naczelnik dobrał sobie sam zaufanych ludzi... W ten sposób może uda się zachować tajemnicę! — radził Panow.
— Proponuję na dyktatora Beniowskiego!... dorzucił Chruszczow.
— Tak, tak!... Beniowski, niech rządzi Beniowski!... — ozwały się głosy.
— Myślę też, że potrzebna większa w słowach oględność i tajemniczość, niż to możliwe przy obecnym sposobie wykonywania naszych zamiarów — zabrał głos Beniowski. — Lecz musi to być ze wszech punktów rozważone postanowienie, a osoba dyktatora wybrana jednogłośnie!
— Co tu radzić?... kto tu za nas do tej pory myśli?... kto w razie czego najciężej za wszystko odpowie? Ty, Beniowski... Tobie najwięcej ufamy!... Ty rządź!... — zagrzmiało ze wszystkich kątów.
— Więc głosujcie! Bez głosowania tak ważna sprawa obejść się nie może. Pamiętajcie, że w razie wyboru będę miał nad wami prawo życia i śmierci... nawet... za zwykłe nieposłuszeństwo!
— Podchodzić do głosu!... — wezwał przewodniczący obradom Chruszczow.
Podchodzili i zgodnie podawali głosy za Beniowskim, a Chruszczow znaczył je na papierze.
— Jest nas tu pięćdziesięciu dziewięciu, a głosów podano pięćdziesiąt osiem... Kto jeszcze nie głosował?
— Stiepanow nie głosował! — odrzekł Panow.
— On jeden. W każdym razie Beniowski wybrany.
— Chciałbym jednak usłyszeć powody, dla których wstrzymałeś się od głosowania? — zwrócił się do Stiepanowa Beniowski. — Czy masz co przeciwko samemu postanowieniu, czy też przeciwko mojej osobie?
— I jedno i drugie!... — odrzekł krótko. — Despotja nigdy nie prowadzi do dobrego...
— Skoro jednak potrzebna jest dla tajemnicy, dla powszechnego bezpieczeństwa!...
— Będziemy cierpieć od omyłek, od stronności i zaślepienia jednostki...
— Choć pochwalam wasze ogólne postanowienie, ale uznaję zarazem słuszność uwag Stiepanowa i w razie mego wyboru wcale nie miałem zamiaru umniejszać liczby członków Rady Zarządzającej, ani ujmować jej znaczenia... Owszem, zapraszam do niej na dawnych prawach nawet Stiepanowa, który, jako adwersarz, najlepiej dojrzy i śledzić będzie umiał moje czynności! — odpowiedział Beniowski.
— Nie wypada mi dłużej przed wami zataić... — przerwał głucho Panow — że Stiepanow według mnie nie godzien jest dopuszczenia do tajemnic związkowych i że uczyniłem moją propozycję głównie w zamiarze usunięcia go z Rady!
Zaległa cisza głęboka.
— Co?... Co powiedział?
— Ładna rzecz!... Przecież to jego krewniak!...
— Niech gada zaraz, o co chodzi!...
— Prostych ludzi to śmiercią karzą, a takiego!... Ho, ho!
— Co on zrobił!... Zaraz gadaj!...
— Nie ujdzie żywy!... Tu o zgubę naszą chodzi!...
Wrzawa wzmagała się. Wtem Beniowski znowu głos zabrał.
— Trudno zmuszać Panowa, aby na siostrzeńca swego powiedział więcej nad to, co powiedział. Zupełnie to wystarcza. Zapewne, że Stiepanow po proteście swego krewniaka już do Rady nie może być przyjęty, lecz nie widzę dlaczegobyśmy mieli dalej go ścigać, skoro nic jeszcze występnego nie uczynił, prócz może wypowiedzenia nierozważnie jakich słów lub gróźb! Wystarczy nam, gdy obieca większą na przyszłość wstrzemięźliwość oraz posłuszeństwo, a zaś Panowowi, z którym mieszka, poruczymy pilny nad nim nadzór... Czy zgadzacie się na to?
— Tak będzie najlepiej!... — przywtórzył mu Chruszczow.
— Zamiast niepotrzebnych sądów i swarów, niech Stiepanow poprostu powtórzy przysięgę...
Spiskowcy rozstąpili się, czyniąc puste miejsce przed wezwanym; ten milczał, blady, z oczyma utkwionemi w ziemię; wreszcie podniósł wzrok gorejący i utkwił go w Beniowskim.
— Tak?... Dobrze! Więc powiem!... A komuż to mam przysięgać!?... Temu drabowi, który wszystkich nas, świat cały uwodzi jedwabnemi słówkami, budując powodzenie osobiste na powszechnem omamieniu?... Nie, tej przysięgi nie uczynię!... Nie jestem szaleńcem!... Gotów jestem życie przynieść w ofierze sprawie ogólnej, ale kropli krwi nie obowiązany jestem oddać na widzimisię jakiegoś tam awanturnika!... Mówi, że jest hrabią, że jest generałem, magnatem i bogaczem, ale jakie mamy nato dowody prócz słów jego własnych?... Czem poświadczył pokładane w nim zaufanie? To, co uczynił, każdy z nas uczynić w stanie. Że ogrywa kupców?... To czyż o mało w ten sposób nie wydał nas wszystkich i nie naraził nas na zgon haniebny od otrucia!?... Wzbudził powszechną ku sobie nienawiść i stąd to a nie skądinąd płynie zdrada, której nic nie wstrzyma, gdyż płynie ona z małej ku niemu ufności... Kto zresztą wie, kto wie, jakie pobudki skłoniły go do zabójstwa Lewantiewa? Może nieboszczyk przejrzał go i odmówił mu posłuszeństwa, jak ja, albo może zechciał Beniowski zawładnąć i jego majątkiem, jak zawładnął majątkiem Kazarinowa!...
— Co on plecie?... Co on plecie?... Bezmyślny szaleniec!... — szepnął Beniowski.
— Podlec, podlec!... Patrzcie, oto na szczęście zachowałem pismo Lewantiewa, choć mi je kazał Beniowski zniszczyć! — krzyknął Kuźniecow, występując z szeregów.
Chruszczów wziął od niego podawany list.
— Czytaj, czytaj!... — wołano ze wszech stron.
— „Do Jego Wysokiej Szlachetności Naczelnika Kamczatki...“ — zaczął Chruszczów drżącym głosem.
— Fałsz... Nie wierzę!... Sfałszowany... Co dla Beniowskiego znaczy sfałszować list?... Nie pierwszy i nie ostatni sfałszowany przez niego dokument... Wiem coś o tem!... — wciąż przerywał czytanie Stiepanow.
Po skończeniu zaś listu w długiej przemowie dowodził oponent, iż z takim potworem i intrygantem, jak Beniowski, walczyć bronią zwykłą niepodobna, lecz on gotów uciec się do sądu Bożego i pojedynkiem zaświadczyć prawdziwość swoich oskarżeń.
— Co za głupstwo! — zawołał Chruszczów. — Średniowieczne zabobony!...
— Ukarz go, zuchwalca! — krzyczał Panów. — Pojedynków mu się zachciewa...
— A jeżeli Beniowski zginie, to co? — wołali jedni.
— Co za niedorzeczne pomysły!... — sprzeciwiali się drudzy.
— Śmierć jego najmniejszej jest wagi!... IlHu tu nas jest przytomnych, tylu zdatniejszych do wykonania nie tak trudnych już naczelnika obowiązków!... Zresztą żądam w imię Boga!... Niech Bóg nas sądzi, skoro wy, grzeszni ludzie, nie umiecie!... — wybuchnął Stiepanow.
— Tak, to prawda, nie można mu odmówić, skoro pod opiekę Boga się udaje! — rozległy się tu i owdzie nieśmiałe głosy.
Rzesza wygnańców zawahała się. Dojrzał to Beniowski i ogłosił naraz, że wyzwanie przyjmuje.
Nazajutrz o świcie pojechał wraz z Chruszczowym i Kuzniecowym na oznaczone miejsce; niezadługo stawił się i Stiepanow z Panowym; grupkami zwolna napływała reszta spiskowców. Czarne ich postacie w kosmatych odzieżach, twarze posępne i ogorzałe, mocno odrzynały się na niepokalanej białości śniegów i szronów, pokrywających polankę oraz zarośla. Złote słońce ranne roziskrzyło zimne pokrowy tysiącem skier, górą sklepił się blady błękit nieba z srebrnemi chmurami; mroźny opar nocny opadał ku dołowi, jeno na miejscu pojedynku chwiał się jeszcze, podsycany oddechem licznych ust, ciepłem tęgich, parujących ciał ludzi, otaczających gotujących się do walki adwersarzy. Dano im broń, długie szpady oficerskie; zajęli pozycje, sekundanci stanęli po bokach z laskami. Stiepanow z niesłychanym impetem natarł na przeciwnika. Beniowski początkowo ustępował, zasłaniając się. Gdy już był u kresu mety, silnie sparował sztych i momentalnie sam przeszedł do natarcia. Furknęła szpada Stiepanowa, oplątana niezmiernie szybkim wężowym ruchem klingi Beniowskiego, wyleciała w powietrze i padła o dwa kroki na śnieg. Beniowski cofnął się, nadepnął ostrze nogą i swoją szpadę opuścił.
Lecz w tejże chwili huknął strzał i widzowie z okrzykiem trwogi i zgrozy przychylili się ku ziemi. Stiepanow stał z dymiącym się pistoletem w prawym ręku, a lewą z drugim pistoletem podnosił znowu ku zbroczonemu krwią Beniowskiemu. Strzał jednak spalił na panewce.
Sekundanci schwycili szaleńca i powalili go na ziemię, reszta rozjuszonych wygnańców wpadła nań kupą. Musiał Beniowski poniechać tamowania krwi ze zranionego ramienia, aby nieszczęśnika bronić. Związanego oddano pod straż Panowa; poczem wszyscy niezmiernie wzburzeni wracali gromadkami do wioski.
Beniowski musiał śpieszyć na zwykle zajęcie do gubernatora, gdzie miał pozostać na obiedzie; zakończenie więc sprawy zostało odłożone do wieczora.
W czasie obiadu wesoła, przydrwiąca rozmowa obracała się dokoła projektów setnika Czernych, dokoła możliwości zdobycia Kalifornji i prawdopodobieństwa zagarnięcia trzech gubernij przyległych sobie pod władzę zacnego triumwiratu.
— Juścić, że w tych warunkach zgadzam się i na Ochocką gubernję!... — dowodził Niłow. — Mając na wyspach Aleuckich i w Kalifornji twoje, mój zięciu, poparcie, a w Kamczatce przychylnego sobie Nowosiłowa, będziemy mogli rządzić całym tym krajem, jak nam się spodoba!
— Nie wiem jednak, czy na sekretarza można będzie liczyć zupełnie!... Za gruby! Nie dwóch a trzech i więcej ludzi w nim się mieści! — zauważył Beniowski.
— Hm!... Myślałem i o tem... Zapewne, że nie zupełnie. Ale zważ, Auguście Samuelowiczu, że węzłem wszystkiego jest Ochock: przezeń idą rozkazy i raporty, z niego wypływają okręty, niosąc prowiant, amunicję i zasiłek w ludziach... Kto ma Ochock, ma w garści kraj cały... A tam ja będę!... Ja, który znam Sergjusza Mikołajewicza jak zły szeląg!
Pilnie, choć w milczeniu, słuchały tej politycznej rozmowy Nastazja z Martą Karłowną, znikając od czasu do czasu za drzwiami dla spraw domowych. Dopiero na samem wyjściu zawolała pani Niłowowa Beniowskiego do pokoju córki i jęła mu wyłuszczać, jak pilne jest, wobec gotujących się zmian i możliwej dalekiej wyprawy, przyśpieszenie wesela:
— Żebyście się mogli choć sobą nacieszyć przed twoim tam wyjazdem! Chcesz a skłonię męża, żeby dom i całe uekwipowanie własnym ci sprawił kosztem, żebyś mógł nie czekać na budowanie osady...
Zmieszał się mocno Beniowski i umknął jej oczu:
— To żadną miarą być nie może, gdyż i względem wygnańców zaciągnąłem zobowiązania, których naruszenie odrazu zniweczy me wpływy... A bez tych wpływów nic się nie uda!
Długo dowodził, zanim przekonał gorącą niewiastę. Gdy już wychodził, w ciemnym korytarzu rzuciła mu się na szyję ukryta w ciemnościach Nastazja i, tuląc zapłakaną twarz do jego piersi wyrzucała mu tkliwie:
— Nie śpieszno ci do mnie, ukochany, nie śpieszno!
Nadaremno próbował oderwać jej ręce, przyciskała się doń coraz mocniej, aż po krótkim oporze Beniowski sam ją nagle do siebie przygarnął, przechylił wtył i utonął gorącemi ustami w jej pokornych ustach.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.