Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXIX.

Chyży bieg przybierać zaczęły przygotowywane całą zimę wypadki.
Jeszcze Beniowski spał, a już nazajutrz stukał do drzwi szkoły zaśnieżony i zdrożony wysłaniec, wioząc list od Łoginowa, przełożonego spiskowców w Niżnie-Kamczacku. Pisał, że ma przyjechać z Wierchniego Ostroga do Bolszeriecka trzech wygnańców, Iwaśkin, Wołodimirow i Puszkarew, którzy będą prosić o przyjęcie ich do sprzysiężenia. O istnieniu sprzysiężenia mieli dowiedzieć się od Lewantiewa, lecz szczegółów nie znają. Zwierzyli się wszakże poniektórym przyjaciółkom swoim, jako niezadługo pozyskają wolność, wielkie honory i majątki, gdyż są na tropie wykrycia rządowi wielkiego buntu, organizowanego przez Beniowskiego.
„Co zaś do innych, to wszyscy jesteśmy pełni otuchy, gorącego pragnienia jak najrychlej tę ziemię przeklętą opuścić i posłuszni waszemu wezwaniu wraz z kapitanem Sybajewym niezwłocznie się u was stawimy“.
Jeszcze Beniowski rozmyślał nad listem, co ma czynić, gdy wszedł kupiec Krasilnikow i po długiej okolicznościowej rozmowie ofiarował Beniowskiemu 200 rubli kozubalca, byle ten wyrobił mu jedyne prawo dostarczania przyszłej rolniczej kolonji wygnańców wszystkich potrzebnych towarów i wiktuałów.
— Dwanaście tysięcy rubli kaucji natychmiast w kancelarji złożę, że towary będą dobre, słusznej wagi i miary, oraz wydawane bez zwłoki!
— Daruje pan, iż sam dać odpowiedzi nie mogę, gdyż ten ważny interes dotyczy wszystkich... Muszę więc propozycję pana na ogólnem zebraniu przedłożyć... Uczynię to natychmiast... Właśnie mamy odbyć naradę! — mówił z pewną niecierpliwością Beniowski.
Kupiec ani myślał wychodzić. Rozwodził się długo i szeroko o potrzebach rolniczej kolonji i o wielkich zyskach, jakie ona osiągnie z porozumienia z nim, Krasilnikowym.
— Inni was obedrą. Mnie przedewszystkiem chodzi o usługi ojczyźnie. Weźmy naprzykład siekierę: to się zawinie, to wyszczerbi, to stępi łatwo i trzeba odrywać się od roboty, by ją na brusie pociągnąć...
— Ależ tak, tak! Bardzo słusznie!... Jesteśmy pewni, że pan dostarczy nam doskonałych cieśli i kowali. Niezmiernie się nam przydadzą!... Niech pan zabierze pieniądze i pośpieszy zamówić nam majstrów... Nie wątpię, że zebranie przychyli się do prośby pana...
— Jakież to mam zabrać pieniądze, he, he!... Rozgniewaliście się pewnie, Auguście Samuelowiczu, że śmiem wam ofiarować tak mało... Małe dostatki nasze nie pozwalają nam na większą kwotę: uważamy ją jednak za drobny ledwie zadatek i nawet zaraz obecnie gotowiśmy powiększyć ją jeszcze o sto rubli, mając wasze słowo!...
Zżymał się Beniowski, miał ochotę wyrzucić kupca za drzwi, musiał jednak nietylko wysłuchać do końca jego rozwlekłych wywodów, lecz i przyjąć zgodnie z obyczajem obrzydliwy datek.
Natychmiast po wyjściu Krasilnikowa udał się Beniowski do Chruszczowa, wyłożył mu treść otrzymanego listu i kazał na piątą zebrać spiskowców do szkoły. Sam musiał śpieszyć do komendanta, który go wzywał w „ważnej, wiadomej sprawie“.
Powitał go kozak jak zawsze utyskiwaniem, że mu zbyt mało udziela czasu i wręczył następnie ogromną plikę papierów, mówiąc wyniośle:
— Znajdziesz tu, przyjacielu mój, szczegółowo wyłożone moje poglądy na wyspy Aleuckie... Dodasz do tego to, cośmy mówili o Kalifornji, i otrzymamy piękny memorjał, który na wiosnę podam osobiście Imperatorowej... Zajrzyj, a zobaczysz, jak niewiele będziesz miał pracy... Wszystkim nam to podanie dobrze się tu przysłuży...
Z konieczności musiał Beniowski przebiec oczami pierwsze stronice.
„Jako oddzielone od lądu burzliwemi wodami oceanu wyspy Aleut w nieznanych mgłach... A bogactwa ich są niezliczone i niewiadome, a składają się z futer morskiego i lądowego zwierza, z drogich kamieni Sezamu, a może nawet i złota amerykańskiego... Zamieszkują zaś je ludy dziwne i nikomu niepodwładne, przebywające równo chętnie na ziemi, jak w wodzie...“
— Trzeba będzie jednak trochę tam zmienić!... — bąknął Beniowski, składając papiery.
— Poco?... Aha, rozumiem; tu i owdzie jaką literę albo znak pisarski, bo ja, he, he, istotnie żołnierz jestem, w tych drobiazgach, niezupełnie pewny! He, he!...
— Nietylko! Trzeba będzie trochę i treść...
Setnik wydął usta.
— Czyż ty, Beniowski, sądzisz, że w kilka miesięcy zdążyłeś lepiej poznać kraj, niż ja, który tu jestem od lat kilkunastu!... Mylisz się... Nie zgodzę się na żadne zmiany!... Co, naprzykład, według twego zdania należałoby?... Co, naprzykład?...
— Naprzykład o tych... ziemno-wodnych ludziach!...
— Domyślałem się... A jeżeli przedstawię ci świadków, którzy na własne oczy widzieli...
— Ale pan sam ich nie widział?
— Cóż z tego!... Chociaż byłeś w rozmaitych stolicach i na dworach, nie widziałeś też wszystkiego...
Spór stawał się trochę przykry i Beniowski już wstał, żeby się pożegnać, gdy wszedł sekretarz Nowosiłow i ogłosił wielką nowinę, że przyjechał kupiec Kobylin z Wierchniego z wieloma ludźmi, z rabami i psiarzami i z karawaną futer drogich, i że uda się go pewnie namówić na grę, gdyż jest to wesoły hulaka i rozrzutnik.
— Cóż ty na to, Beniowski, hę? Kwaśny jesteś czegoś, hę?
— Jest kwaśny, bo myśli, że wszystkie rozumy połknął, a tymczasem okazuje się, że nie! — rzucił komendant.
— Pokłóciliście się, to ciekawe!... A o co?...
— Wcaleśmy się nie pokłócili, lecz nie widzę, poco mam przepisywać i poprawiać doskonały raport Nikandra Gawryłowicza...
— Mówiłem już, że dla niektórych liter i znaków pisarskich...
— Przyjacielu, Nikandrze, jesteś pierwsza na półwyspie głowa, wiemy o tem wszyscy, ale pozwól, niech już Beniowski z twej mądrości dowolnie skorzysta... Niech go tam gęś kopnie, niech korzysta... dla wspólnego naszego powodzenia... — śmiał się sekretarz.
— Właśnie o to chodzi!...
Beniowski wstał.
— Muszę już iść!...
— Więc grać nie pójdziesz?...
— Dziś wieczorem naczelnik zapowiedział mi swoją wizytę z całą rodziną.
— Ho, ho!... A nas nie prosisz?...
— Owszem. Rad będę bardzo!
— Nie widzę bardzo radości! A któż tam będzie więcej?
— Nikt.
— Co za piekielna nuda!... A może przyprowadzić... Kobylina?
— Nie wiem, czy wypada?... Będą panie!...
— Czy wypada?... Patrzcie go! — zasyczał sekretarz. — Ech, Beniowski, Beniowski!...
Beniowski uchwycił wzrok jaszczurczy urzędnika i rzekł łagodniej:
— Jutro służę... z tym Kobylinym. Dziś, Sergjuszu Mikołajewiczu, doprawdy nie mogę!
— A już idź, idź do swego fartuszka!... — roześmiał się sekretarz i dodał żart tak ordynarny, że Beniowski aż pobladł z gniewu. Pośpieszył więc wyjść, czując, że łatwo wybuchnąć może niebezpieczna zwada między nim a podrażnionymi urzędnikami.
— Bielskiego!... Wołać Bielskiego!... Niech przyniesie skrzypce. I bez stołecznych obejdziemy się frantów!... Hulaliśmy bez nich, pohulamy i teraz!... — huczał gniewnie sekretarz.
— Leć, Mitka, po Bielskiego! — rozkazywał podręcznemu kozakowi komendant.
Jednocześnie z Beniowskim wysunął się na dziedziniec kozak Mitka.
— Gdzie go znajdę, tego żebraka!... Pewnie gra gdzie w szynku! — mówił, mijając Beniowskiego i kłaniając mu się nisko.
Beniowski z przykrem uczuciem siadł na sanki i kazał się wieźć do siebie. Podejrzewał, że Bielski jest na zebraniu, i śpieszył go uprzedzić.
Gdy wszedł, spostrzegł starca niedaleko ode drzwi, kryjącego się wstydliwie w ostatnich szeregach zebranych. Zafrasował się bardzo Bielski, usłyszawszy opowieść o zamiarach sekretarza i komendanta.
— Trzeba iść, bo gorzej będzie, jak mię nie znajdą!... Bywajcie zdrowi!...
Westchnął, nacisnął uszastą czapkę futrzaną na siwą głowę i wyszedł.
Beniowski przedstawił sprawę Iwaśkina, Wołodimirowa i Puszkarewa; wszczęły się przykre i namiętne debaty: jedni proponowali, żeby zdrajców zaraz zabić, inni, żeby ich uwięzić, ci wyrzekali wogóle na zepsucie obyczajów, na podłość ludzką, na sobkostwo, tamci klęli świat cały i złych i dobrych. Wkońcu przyjęto podaną przez Beniowskiego rezolucję, żeby zgłaszających się judaszów upewnić, „jako dawny zamiar zrzucenia jarzma niewoli został porzucony wobec zmiany zachowania się członków rządu względem wygnańców; że obecnie wszystkie ich siły skierowane są wyłącznie na założenie osady rolniczej na Łopatce, ku czemu zapraszają wszystkich towarzyszy, a w tej liczbie i przybyłych“.
Beniowski śpieszył ze skończeniem obrad, poczem wraz ze służącym i dobraną do pomocy Alajdą zaczął porządkować i przygotowywać dom na przybycie naczelnika z rodziną.
Przybyli wszyscy, przybył nawet Grześ, który zresztą wkrótce się gdzieś ulotnił. Gubernator wesoło żartował, spoglądając na ustawione na stoliku gąsiorki:
— Jakiegoż to bohatera miałeś, Auguście Samuelowiczu, na myśli porazić, szykując taką moc napitków?...
— Wcale tego nie dużo, Iwanie Piotrowiczu! Grube ino szkło naczyń wywołuje omamienie wzroku. Aby wszakże damom nie było nudno, prosiłbym o pozwolenie zaproszenia paru moich przyjaciół: Chruszczowa, Baturina, Stiepanowa.
Nastazja rzuciła nań zdziwione, pytające spojrzenie, więc wysławszy po przyzwoleniu gubernatora z kartką służącego do zaproszonych, skorzystał ze sposobności i, zbliżywszy się, szepnął jej prosząco:
— Szczególniej dla tego ostatniego proszę was o względy, Nastazjo Iwanowno!...
— Pocóż to?
— Długo i szeroko o tem mówić i nie miejsce po temu! Wyjaśnię najdalej jutro, o ile pani sama nie wymiarkuje powodu.
Spojrzał jej smutno i zarazem serdecznie w oczy. Kiwnęła głową i zwróciła się do wchodzących niebawem gości.
Wieczór przeszedł na ożywionej rozmowie; naczelnik upodobał sobie Baturina, który okazał się wielce gładkim, światowym kawalerem i nieodmownie sekundował mu przy puharze; rozweselona pani Niłowowa miała wciąż z obu swych stron Beniowskiego i Chruszczowa, opowiadających zabawne historyjki ze stołecznego życia, a Nastazję oblegał rozpłomieniony Stiepanow.
Przesiedzieli tak do dnia, gdyż podochocony naczelnik nie chciał wracać do domu. Dopiero gdy siny świt, lejąc błękitne smugi tężejącej światłości w komnatę, przepłoszył cienie, przygasił żółte płomienie świec, uwydatnił bladość zmęczonych twarzy oraz pustość opróżnionych gąsiorków, dźwignął się Niłow na niepewnych nogach. Obudzono śpiącego na ławie Grzesia i kazano zajeżdżać saniom. Ponieważ odurzony ostatecznie Niłow potrzebował podtrzymania i pomocy, siadł z nim razem zamiast Grzesia Beniowski a chłopak stanął ztyłu na płozach za siedzeniem matki i siostry.
Szczęśliwie dojechali na miejsce i wprowadzili przy pomocy służby naczelnika do sypialni. Gdy Beniowski wychodził, zatrzymała go Nastazja.
— I mnie się trochę należy, Auguście Samuelowiczu, tem bardziej, że zdaje się dobrze spełniłam wasze polecenie.
— Pani jest zawsze dobrotliwą nad wyraz istotą...
— Nie o to chodzi!... Wiem, że Stiepanow was nienawidzi... dziś wiem nawet dlaczego! Wyznał mi już bez ogródki swoją miłość i nalegał usilnie, iżbym go za swego obrała małżonka... Czy tego pan chciał?...
Beniowski spojrzał na nią dziwnym wzrokiem:
— Możeby to... było... najlepiej!...
Szarpnęła się i pobladła.
— Niedobry!...
Ujął ją pieszczotliwie za rękę.
— Cóż pani mu odpowiedziała?...
— Odpowiedziałam, iż mało miałam okazji do poznania go, że zatem nie mogę tak nagle przyjąć jego propozycji; że choć nic nie mam przeciw jego osobie, nie czuję jednak również nic okrom przyjaźni... Wskazałam mu ponadto na trudności ze strony rodziców, którzy sprzeciwią się pewnie widokom człowieka, który przez stan swój wygnańca żadnej nie może posiadać własności, ani urzędu... Uprzątnąć więc mu przedewszystkiem tę zawadę radziłam!
Beniowski zrobił bezwiednie niespokojny ruch.
— ...Nareszcie dodałam, że pan cieszy się zupełnem zaufaniem ojca i że nie widzę skuteczniejszego środka usunięcia trudności nad pana pomoc... Radziłam mu więc, aby nie opuszczał żadnej okazji pozyskania szczerej i prawdziwej pana przyjaźni... Cóż, dobrze?...
Beniowski przez dłuższą chwilę nie podnosił opuszczonej głowy.
— Zapewne!... Nic lepszego nie można było w tym wypadku uczynić!... W każdym razie dziękuję pani serdecznie, dziękuję...
Dziewczyna czekała, że ją popieści, zrobiła nawet ruch, jakby chciała się do niego przytulić, lecz on złożył jeno na jej ręku pełen szacunku pocałunek i powiedział:
— Do jutra... a raczej do dziś po południu!
Wracał piechotą.
Zorza napełniła miasteczko swoim złotym pyłem i purpurą; cicho płynęły w podniebiu od morza siwe chmury. Wszystko spało jeszcze, nawet psy nie snuły się po pustych ulicach. Gdy jednak mijał dom komendanta, dobiegła go stłumiona wrzawa.
— Popili się!... — mruknął, wspominając z niechęcią scenę z setnikiem i sekretarzem. Zamierzał iść dalej, gdy nagle rozległ się przejmujący krzyk.
— Oho!... — szepnął — mordują kogoś!
Zawrócił mimowoli i poszedł w tę stronę. Rychło dostrzegł kupkę kozaków i mieszczan przed gankiem domu komendanta; przyglądali się ciekawie czemuś, co działo się wewnątrz ich koła. Nad głowami ludzi mignęły nagle pręty i straszny, skomlący krzyk powtórzył się.
— Egzekucja!
Zbliżył się już na tyle, że spostrzegł stojących na ganku komendanta, sekretarza i paru kupców.
Schował się przed ich wzrokiem za plecy tłumu i z boleśnie bijącem od przykrego domysłu sercem spojrzał, kogo biją. Na kobyle z rękami i nogami przywiązanemi pod klocem leżał Bielski; siwa głowa starca tłukła się o brudne drzewo, a nagie, napuchłe, okrwawione plecy drgały i kurczyły się za każdym świstem rózeg.
Beniowski rzucił się ku oprawcom; tłum zakołysał się i rozstąpił, ale kozacy, stojący w pierwszym rzędzie, przytrzymali go za ręce.
— Nie wolno!
Rzucił wzrokiem na ganek i na krótką chwilkę oczy jego skrzyżowały się z wyzywającem, okrutnem spojrzeniem sekretarza.
— A Beniowski!... Jużeś wolny? Chodź, chodź! Jeszcze zdążymy zagrać partyjkę... Mamy czas!... Nic tu ciekawego!... Nieraz to jeszcze zobaczysz!... Ha, ha!...
Beniowski odwrócił się i szybkim krokiem podążył do fortecy. Lecz widok mocno przywartych drzwi i ślepych okien objętego snem domu naczelnika otrzeźwił go; przypomniał sobie ową scenę, gdy był tu w podobnych warunkach z powodu zapomnianej u drzwi jego warty, zawahał się i zawrócił. Straż w bramie, śledząca za nim ze zdziwieniem zdaleka, oddała mu, gdy przechodził, ukłon wojskowy.
— Śpią, Auguście Samuelowiczu, śpią i nie wstaną wcześniej, jak na podwieczerze!...
— Tak, tak!... Zapewne!... — odszepnął machinalnie. Serce i usta miał pełne goryczy. Poskarży się jutro, poskarży! Bić starca... niedołężnego, steranego starca!... Czy jednak nie lepiej skoczyć do wsi, wzburzyć wygnańców i dziś jeszcze rzucić się na nich wszystkich?... Nie!... Morze skute lodami... Dwa miesiące co najmniej trzebaby było walczyć i czekać... Tymczasem nadciągnęłyby załogi z Wierchniego, z Niżniego, z Awaczyńska!... Trzeba zcierpieć, pogodzić się z losem!... Zdaje się, że już... cicho!... Ach, łotry, ach, łotry!
Istotnie pusto było przed domem Czernych i sam dom, mocno zamknięty, zdało się, spał już twardo. Wtedy Beniowski, ostrożnie wymijając chałupy, gdzie już błyskały ognie i gdzie z kominów poczynały kurzyć się dymy, skierował się do znanej sobie lepianki Bielskiego.
W ciemnej, niskiej izdebce znalazł starca, leżącego twarzą na glinianej podłodze. Pozostał widocznie tak, jak padł, gdy go tu wrzucono. Skrwawione, starmoszone futrzane ubranie garbiło się na nim, jak skóra na zdychającem, wychudłem bydlęciu.
Beniowski nachylił się ku bladej, odrzuconej w bok ręce skatowanego i przylgnął do niej gorącemi wargami.
— Bracie, bracie!...
Palce Bielskiego uścisnęły go lekko.
— Nie trzeba ci co, bracie!...
— Beniowski?... To ty?... Tak?...
— Tak!... Może cię przenieść na pościel?...
— Nie rusz mię, nie!... Uciekamy, co?...
— O tak!... Uciekamy, ale przedtem...
— Nic, nic przedtem!... To przeszkodzi!
— Święty człowieku!...
— Idź, już idź!... Mogli cię zauważyć!... Przyjdą!... Dam sobie sam radę... Muszę trochę tak tylko poleżeć!... Pomodlę się do Matki Boskiej Częstochowskiej, to mi zawsze pomaga! Twardo trzyma się człek życia, twardo!... Wciąż mi jakowaś świtała nadzieja, że zobaczę Polskę... I oto przyszła! Idź już Beniowski, bo wyda się!... Och, och!... Jakże strasznie... jakże strasznie!... ale idź już!... Mówię ci!...
Nagle w pobliżu zaszczekał pies; starzec uniósł opuchłą, posiniałą twarz i kiwnął niecierpliwie na Beniowskiego.
Ten posłusznie wysunął się za drzwi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.