Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XV.

Gdy późno wieczorem Beniowski z towarzyszami przybył nareszcie do swego mieszkania, znalazł ku wielkiemu zdziwieniu na drzwiach pieczęcie, a przed drzwiami kozaków, którzy go grubjańsko odpędzili od proga.
Na gwar głosów wyszli od sąsiada Chruszczow i Alajda i objaśnili, jak rzecz się miała.
— Uważali cię za umarłego i chcieli majątek twój zagrabić do skarbu, a przy okazji i mój!... — tłumaczył Chruszczów.
— W tumulcie i powszechnej radości zapomnieli cofnąć straże! Nieporozumienie, które jutro rano się wyjaśni. Dziś chodźcie do mnie, zanocujemy razem, będzie ciasno, ale wesoło! — radził Baturin.
— Nie, nie można!... Nie jest to bynajmniej błahostka! Co raz w ich ręce wpadnie, niełatwo stamtąd wydobyć!... Mamy w mieście wielu ukrytych nieprzyjaciół i zazdrośników... Trzeba temu z miejsca łeb ukręcić... Zaraz pojadę! — oparł się Beniowski.
— Do kogo teraz trafisz? Śpią wszyscy!
— Pijani, jeszcze naskoczysz na awanturę...
— Słaniasz się na nogach, od wczoraj nie zmieniałeś opatrunku...
— Lepiej napisz list, pojedzie ktokolwiek z nas! — odradzali mu towarzysze.
Ale Beniowski nie słuchał, kazał wiernemu Jędrzejowi psy nawrócić i siadł na sanki.
— Wszystko sam, zawsze sam! Uważa się za jedyną wśród nas zdolną i godną osobę!... Despota! — sarkał Stiepanow, patrząc wślad niknącej w ciemnościach postaci.
Wygnańcy weszli kupą do Baturina, aby zaczekać na powrót naczelnika i otrzymać rozkazy, gdy jednak długo nie wracał, rozeszli się do domów senni i znużeni wrażeniami dnia.
Beniowski tymczasem zajechał do miasta wprost do komendanta. Setnik Czernych bardzo się zdziwił i zafrasował wiadomością, że straż nie została od domu Beniowskiego cofniętą.
— Zapomnieli, napewno zapomnieli! Cóżby innego mogło być... Ale ja nic pomóc nie mogę: rozkaz wydał naczelnik, on jeden tylko może go cofnąć. Chyba, żeby sekretarz wziął na swoją odpowiedzialność. Wiesz co, Auguście Samuelowiczu, jedź ty do niego, on ci sprzyja!
— Nie chcę go niepotrzebnie niepokoić. Skoro rozkaz wyszedł od naczelnika, zwrócę się do niego samego.
— Najlepiej, najlepiej, ale nie wiem, jak to tam będzie...
— Daj mi, Nikandrze Gawryłowiczu, przepustkę do fortecy na wszelki wypadek... Już późno!...
— Poco ci przepustka! Kogo, ale ciebie puszczą tam o wszelkiej godzinie...
Z trudem wymógł od niego Beniowski przepustkę.
— A wyśpij się dobrze, Auguście Samuelowiczu, i pamiętaj, że to jutro mamy z Kazarinowym ważną batalję... Bal u sekretarza! Inni sobie będą tańczyć, a my tymczasem poskubiemy tych gruboworych handlarzy... Ha, ha!... Dawno już wszyscy do tego tęsknimy! — gadał komendant, wyprowadzając Beniowskiego aż na przydźwierek.
Straż poznała Beniowskiego i, odebrawszy przepustkę, puściła boczną kładką do fortecy, gdyż most ze względu na obecność pod miastem wojowników ankalskich był podniesiony. Jędrzej z saniami odjechał w stronę więzienia, aby przytulić się z psami dla ciepła u jakiego budynku.
Beniowski szybko minął błyskający mdłem światłem odwach, ciemny budynek kancelarji, ciemne korpusy składów, kierując się wprost do domu naczelnika, gdzie w niektórych oknach gorzały jeszcze światła.
Zastukał ostrożnie do drzwi kuchennych. Długo nikt nie odpowiadał, wreszcie dźwierze uchyliły się i ze szpary wyjrzał długi nos Mironowny.
— A czego tam? Wszelki duch Pana Boga chwali... To wy, panie Beniowski? Czegóż to po nocy chcecie?...
— Chciałbym w sprawie osobistej zobaczyć się z naczelnikiem.
— Nie można!... Śpi... A jak śpi, szczególniej po... zabawie, to go nikt ruszać nie śmie! Taki rozkaz wydan raz na zawsze!...
— O cóż to chodzi?... — spytała nagle, występując z cienia, pani Niłowowa.
— Opieczętowano mi dom, miłościwa pani!... — odrzekł kłaniając się Beniowski. — Nie mam się gdzie na noc podziać, ani potrzebnego odzienia na zmianę, ani pościeli skąd dostać!
Wyczuwał wrogość z wyrazu twarzy i spójrzeń stojących przed nim kobiet i, nie rozumiejąc powodu, chciał się wycofać. Mironowna jednak przymknęła nagle za nim drzwi, skąd ciągnęło mroźne powietrze, musiał więc krok naprzód postąpić i znalazł się w blasku łuczywa, płonącego u przymurku. Marta Karłowna obrzuciła ponownem spojrzeniem jego rękę ranną, twarz bladą, uduchowioną, całą postać zgrabną i silną. Źrenice jej na mrugnięcie powiek spotkały się z jego cudownemi oczyma.
— Nic panu poradzić nie mogę! — szepnęła, cofając się w cień, aby ukryć wybijający na twarzy rumieniec. — Mironowna, idźno zobacz, co tam z Nastką. Słyszę, że jęczy...
Beniowski podniósł głowę, spojrzał bystro w stronę drzwi wewnętrznych, gdzie znikła Mironowna, ale o nic nie pytał.
— Zanocuj pan u nas!... — rzuciła niespodzianie Niłowowa. — Widzę, że pan ranny. Za chwilę przyjdzie Lapin i opatrzy pana... Posłaliśmy po niego...
— A więc ktoś chory jest w domu państwa?
— Tak, trochę... Nastka!... Nic szczególnego... bok ma przebity... Więc zostaje pan? Mironowna zaraz panu przyrządzi posiłek...
— Mam z sobą niewolnika i psy, które czekają pod bramą, noc mroźna... A w wiosce towarzysze...
— Zawsze pan o nich tylko myśli... Oni pana zgubią, zobaczy pan... To hołota, znam ich, a pan inny... Pan się może odznaczyć, wysłużyć... Mąż często to mówi... Zostań! — szepnęła, przystępując zupełnie blisko. — Śpi, pijany... Zostań!...
Milczał i czapkę niespokojnie w rękach obracał.
Pobladła i cofnęła się, gdyż Mironowna ukazała się już na progu.
— Pani kochana, trzeba jednak coś zrobić!... Dziewczyna gorączkuje, opuchlizna idzie coraz wyżej, cały bok i ramię czerwone, gorzeje jak ogień... A ten Lapin nie jedzie!
— Wątpliwa, aby przyjechał... Był też na fecie i widziałem, że się mocno do butelki przykładał... Może gdzie śpi! — zauważył Beniowski.
— A pan, co taki mądrala, czyby pan czasem nie pomógł? Męczy się gołąbeczka, męczy się, cierpi bardzo za... cudze grzechy! — dodała niańka z wyrzutem.
— Owszem. Znam się trochę na ranach, jako człowiek wojenny...
Lecz Marta Karłowna nie śpieszyła go prosić. Spojrzawszy ukradkiem na jej twarz, zrozumiał, że się w niej coś waży, że walka jakaś nią targa.
— Muszę wracać! — rzekł stanowczo. Już późno!...
— Więc chodź pan i... opatrz tę ranę, ale o niej wiele po mieście... nie gadaj! — bąknęła wreszcie Niłowowa.
Wszedł do komnatki słabo oświetlonej olejnym kagankiem, pełnej zaduchu i zapachu lekarstw. Na białych poduszkach odrazu dostrzegł rozwichrzoną plamę czarnych włosów dziewczyny i w jej wieńcu rozognioną twarz anioła.
Utkwiła w nim gorejące oczy i zdawało się, że go poznaje, gdyż przysiadła, powiodła ręką po licach, jakby chciała zetrzeć z nich resztki snu.
— Aha, jesteś... przyszedłeś... Czekałam... Miłuję cię nadewszystko... — zaszeptała cichutko. —...Porzucisz ojca twego i matkę twoją... Na wyspach... gdzie wieczna kwitnie wiosna, pod łagodnem słońcem... wśród sinego morza... Ach, jakże boli!... jakże boli!... — dodała nagle zupełnie przytomnie i wyraz katuszy ściągnął jej śliczne rysy.
— Proszę pokazać, gdzie jest rana?... — spytał wzruszonym głosem Beniowski. Płacząca Mironowna objęła za ramiona chorą i, szepcząc jej do ucha pieszczotliwe wyrazy, położyła na wezgłowiu, ranionym bokiem ku górze, poczem uniosła giezło i zaczęła odwijać obwiązki. Dziewczyna nagle przycichła i spokojnie pozwalała robić wszystko ze sobą; dopiero gdy poruszono ostatni szmat, przesiąknięty spiekłą krwią, jęknęła boleśnie.
— Co to jest?... Coście tu przykładali?
— Cóż mieliśmy przykładać!? Lapin od samego rana zaprzepaścił się z waszymi wojakami... Wyjechał gdzieś za miasto po obiecane reny, czy tam co... Bóg was wie!... Rana krwawiła, więc chleba z pajęczyną wczoraj jeszcze... Zawsze pomagało, było dobrze, a bo to pierwszy raz!... — dowodziła Mironowna.
— Zaraz to obmyć ciepłą wodą i lodu przyłożyć... Macie jaki pęcherz bydlęcy albo rybi?... Tu wszędzie lód kłaść trzeba aż tak wysoko... Boże, jakże napuchło!... Ogień nie ciało!... Gruczoły mogą się zapalić w piersiach! — mówił Beniowski, dotykając drżącemi rękami czerwonych półkuli dziewiczych i sczerniałego wokoła ciała.
— Coście narobili, coście narobili!... — powtarzał stroskany.
— To nie my, to ogień idzie od wnętrza... Chleb z pajęczyną odwieczny sposób, zawsze dobry... Pamiętam, jak Iwan Piotrowicz raz cięty został siekierą... Pamięta pani?... — zwróciła się do Niłowowej Mironowna.
Ta stała opodal blada jak śmierć, z zaciśniętemi ustami. Nagle otrząsła się.
— Lodu, Mironowna, lodu!... Ciepłej wody, daj, daj... ja sama!... — rzekła, pochylając się nad córką.
Ta półświadomym ruchem objęła nagle matkę za szyję:

„Trafił się sęczek na drodze,
Rozdarł... giezłeczko... niebodze...“

majaczyła półgłosem.
— Boże, mój Boże!... Czy aby żyć będzie, panie Beniowski?...
— Byle zaognienie wstrzymać od strony gruczołów, to reszta rzecz mała!... Nie takie rany ciało ludzkie znosi i goi... Źle, że odpływ złej ropy został wstrzymany i poszedł wgórę. Stąd uderzenie humorów do głowy... Należałoby dawać co godzin parę odwaru z gorzkiej kory chinowej, a jeżeli jej niema, to choć z bylicy... I chłodzący napój z soku żórawinowego... — radził spokojnie.
— Nic tego niema, nic!... Przeklęty kraj... Tylko wódka i wódka... Może dać nastojki spirytusowej z czarnych porzeczek?... Ona też zawiera goryczkę...
— Boże uchowaj! Gdybym mógł wrócić do domu, tobym może tam co znalazł...
— Idź, jedź!... Idę zaraz, zbudzę męża!...
Nie mogły się wszakże kobiety docucić Niłowa; bił je, kopał nogami, rzucał w żonę butami i posyłał po tysiąc razy do wszystkich djabłów...
— Nic z tego nie będzie! To kara za moje grzechy! Ty, Auguście Samuelowiczu, jedź zaraz, może znajdziesz jakie leki u towarzyszy... Jak znajdziesz, to wracaj! Czekać na ciebie będziemy choćby do rana!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.